Monday, March 25, 2013

Naga Day

Nadchodzi interesujący księżyc czyli tzw. Storm Moon, a w tym samym dniu wypada Naga Day czyli czas, który dobrze jest wykorzystać dla praktyki. Wszystko to około 27 marca. Z mojej perspektywy Naga Day mamy o wiele częściej...

Różne okoliczności uniemożliwiły nam zrealizowanie planu spotkań z zainteresowanymi naszymi książkami i nie dojechaliśmy do Szczecina, Wrocławia i Poznania. Książki jednak dotarły na miejsce i mam nadzieje, że kilka osób zdecydowało się je przeczytać. Będziemy się starali zorganizować spotkania w innych terminach i z pewnością dotrzemy wiosną przynajmniej do Wrocławia.

Dzieje się wiele interesujących spraw i to z rodzaju tych, które wpływają na czas jaki nadejdzie. Należy do nich bardzo konkretna, nie specjalnie rozgadana i rozedrgana, ale miła i interesująca pod wieloma względami, współpraca z Krzyśkiem Joczynem i Dawidem Adrjanczykiem z formacji Tundra (to tylko jedna z Ich emanacji muzycznych). Po pierwsze; jest kilka dobrych do słuchania fragmentów naszego wspólnego koncertu na scenie Magazynu Kultury w Kolanku nr 6 w Krakowie. Powinny one umocnić legendę naszej muzyki jako doskonałej do tripowania ... cokolwiek by to oznaczało :-)
Wszystko jest w fazie uzgodnień, ale w wersji minimalnej część tych nagrań, które dokonali "z sali": Krzysiek, Dawid razem z bardzo obiecującym, młodym dźwiękowcem Mateuszem Sieniawskim... i niezawodnym Zoomem, trafi do chętnych. To mój ulubiony sposób nagrywania koncertów, bo to co słychać potem z płyty czy z sieci jest tym, co słyszała publiczność. Są też inne pomysły, ale zbyt wcześnie by o nich pisać. Z inicjatywy Krzyśka, być może w najnowszym numerze toruńskiego zina Menażeria (Toruński Miesięcznik Kultyralny Menażeria, znajdziecie na FB) ukaże się rozmowa ze mną o starych i nowych czasach, planach i intuicjach.
W tym samym czasie (a "ten sam czas" to nasza specjalność z okresu, gdy nagrywaliśmy po dwie lub trzy płyty rocznie i to w odmiennych stylistykach) uczestniczyliśmy w sesji nagraniowej na płytę (płyty?) Michala Smetanki. Główną sesję nagraniową Michal zorganizował w Kezmarku na Słowacji i te trzy dni wytrwałej pracy i słuchania było ważnym czasem. Poza Michalem, który w sesję wszedł totalnie i z wszystkim co przez ostatnie lata robiliśmy razem, a także wszystkim co jest Jego solową pracą, mieliśmy wielką przyjemność zagrać z trzema muzykami ze Słowacji. To młoda, ale bardzo już uznana ekipa formacji L'udova hudba Stana Balaza z Raslavic: Stano Balaz - skrzypce, gitara elektryczna, gitara basowa, Pet'o Germuska - cymbały (ale jakie!), Miso Germuska - akordeon. Tych trzech gości robiło rzeczy, o których najstarszym "góralom" po naszej stronie Tatr się nie śniło, a jak się przyśniło, to oblewali się zimnym potem ze strachu, że się wyda, że nie mają o takiej muzyce pojęcia. Doskonałe instrumenty, doskonałe rzemiosło i do tego osłuchanie, wszechstronność i otwartość powaliła mnie na kolana. Co innego słuchać takich muzyków na koncertach (co robimy od lat...), a co innego uczestniczyć w sesji nagraniowej, rozmowach, obiadkach...  Zajmujące było też bserwowanie sposobu pracy, uzgadnianie ostatecznych wersji, a potem wspólne słuchanie tego co powoli się z nagrań wyłania... Ej boy! Mój bezpośredni udział w tej sesji jest dość niewielki, ale A. pokazała klasę i zaskoczy wielu... Praca nad nagraniami idzie powoli, ale wiemy, że są w doskonałych rękach i będziemy czekali tyle ile będzie trzeba. O realizatorze dźwięku napiszę jeszcze osobno, ale poczekam do płyt matek z gotowymi nagraniami. To będzie bardzo zaskakująca sesja na jesienną celebrację 15 lat Karpat Magicznych i w pewnym sensie zamknięcie wielkiego kręgu naszych poszukiwań karpackiego ethnocore.
Z drogami po Karpatach na Słowacji wiąże się też zapis naszej trasy - Andy Warhol Tour z 2009 roku. Tomek Rolnik Czermiński, nasz "oprawca" plastyczny i autor new look okładek płyt z World Flag Records pociął go i zlepił cyfrowo i jest to jakiś ślad pracy, jaką kiedyś wykonaliśmy. Znajdziecie go na You Tube. Chodzi o projekt, który przypomina rusińskie korzenie Andy Warhola i objaśnia moją tezę, że w Jego sztuce jest więcej tradycji ze wschodniej Słowacji (przekazanej małemu Andy'emu przez matkę Julię), niż się to powszechnie zauważa. Wytropiłem też ważny wątek ucieczki ojca, a potem matki Andy Warchola, pieszo (!) ze Słowacji przez Polskę, Bogdan Kiwak zbudował - z moją pomocą teoretyczną - artefakt w postaci dziecinnego "wózka Warhola", a nawet pojawiła się specjalna kompozycja dla potrzeb tego projektu, którą stworzył i nagrał Andrzej Widota. Po trasie na Słowacji, podczas której dotarliśmy do wsi Mikova i graliśmy koncerty (Koszyce, Preszow), a Bogdan działał w nurcie street artu :-) , a także pięknym późniejszym ujawnieniu w sali Muzeum -manggha- w Krakowie (m. innymi z Risą Takitą - butoh) zostały blaszane kwiaty Julii Warholowej, wózek, mała płytka ze wspomnianym utworem i filmik... W 2012 roku odbyły się w Krakowie i Rzeszowie dwie wystawy traktujące o słowackich kontekstach Andy Warhola i nic... jak grochem o ścianę?! A może właśnie nie? Może to był odzew ściany?

Wczoraj przeprowadziliśmy rytuały współbrzmień w sali Nowohuckiego Centrum Kultury i nie była to łatwa praca. To był nasz nadliczbowy i bardzo osobisty Naga Day?! Nazwa tego eventu, która nie pochodziła od nas (chyba zaproponowali ją Ela i Andrzej Lisowscy, gospodarze trzeciego dnia Navigator Fest.) okazała się dość ryzykowna. My sami od lat doskonale współbrzmimy, ale współbrzmieć z NCK nie jest łatwo, a nawet zorientowaliśmy się szybko, że jest to niebezpieczne. Współbrzmienie ze specyficzną sferą NCK, na prawach tej sfery, oznaczałby dla nas ciężki uszczerbek na psychice, kalectwo mentalne i powolne osuwanie się w obszar mroku... a współbrzmienie na naszych prawach, to wysiłek, który musieliśmy leczyć 9 godzinnym snem i mogę mieć tylko nadzieję, że uda się zamknąć etap rekonwalescencji wyjściem na wielki szczyt tzw. Niskich Tatr w najbliższy weekend. Niestety, sukcesem w takich sytuacjach jest już samo ujście z życiem i szansa na poskładanie się swoimi sposobami. Rytualna zmiana w tamtym miejscu wymaga znacznie bardziej potężnych mocy i radykalnych środków niż to czym dysponujemy, a do tego nie jest to nasze posłannictwo. Całe zajście z Navigator Fest. ma też inne aspekty i jak to zwykle bywa naszą ochroną była publiczność, doskonała fotograficzka z Redakcji nowohuckiego pisma Lodołamacz, Lisowscy i efekty wcześniejszej konferencji prasowej... a także przestrzeń tundry lekko dotykająca tę dziwną sferę, poprzez naszą książkę Vaggi Varri, która ładnie (a niespodziewanie) zaistniała na scenie. Aby była całkowita jasność: nie mam nic do organizacji Festiwalu, nasze instrumenty zostały przywiezione i odwiezione, umowa podpisana, nagłośnienie pięknie działało... ale to coś jest poważnym kłopotem NCK i w koniecznej i radykalnej zmianie nie pomoże wlepianie p. Andrusa w program, nagradzanie p. Marka Kamińskiego albo wynajmowanie firmy, która oferuje kiepskie pierogi z mikrofali na tacce ze styropianu pokrytej folią... w oprawie jak ze złych wspomnień. Długi czas byliśmy pewni, że to nowohucka stylizacja i stoi za nią przewrotny śmiech dyrektora Łaźni Nowej... albo organizatorów wycieczek śladami PRL-u. Może jednak?

Cieszę się już na Snehovą Jamę i Certovą Skale w drodze na umykającą nam od lat Kralova Holę na Słowacji. To w najbliższy weekend, a po nim: kilka koncertów z Bird People i Garekiem Drussem. Zaczynamy 11.04 w Krakowie na scenie Magazynu Kultury, 17.04 mamy spotkanie z fanami Skandynawii w Oleśnicy!, a 18, 20, 21.04 gramy w Austrii.  Zaplanowany jest też koncert i promocja książki o tundrze w Warszawie: 26.04 w Ukrytym Mieście. Niestety muszę się oderwać od tego wpisu, bo do środy muszę skończyć nową wersję (mocno zmienioną) przewodnika po Starym Sączu... Naga Days?

Saturday, March 02, 2013

Vak days albo żuchwa jelenia.

Nasza nowa książka Vaggi Varri. W tundrze Samów i praca wokół niej, to główny motyw ostatnich dni. W budniowie tzw. media są tak wykoślawione, że każda udana akcja i dotarcie do kilku nowych czytelników wydaje się wyłomem w ścianie obojętności i niekompetencji. Wersja, że panuje jakaś zmowa milczenia lub coś w tym rodzaju, jest bardzo optymistycznym poglądem na naszą rzeczywistość. Tu jest bezmiar grząskiego budyniu złożonego z braku wiedzy i orientacji w świecie, lenistwa i interesowności oraz nawykowych sposobów funkcjonowania wyuczonych na wzór tresury tzw. psów Pawłowa. Tym bardziej cieszy i zastanawia ( a czasem włącza czerwoną lampkę z napisem: uwaga, ostrożnie!) każdy drobny wyłom w tym mało przyjaznym otoczeniu. Wyłom raczej nie pojawia się samoczynnie i pracujemy wytrwale, aby zawartość książki dotarła do właściwych ludzi. Optymizmem napawa spore zainteresowanie podczas oficjalnej promocji zorganizowanej przez Wydawnictwo Alter i Środmiejski Ośrodek Kultury (26.02.2013 - oficjalne narodziny książki!) w Krakowie, obszerne notki na kilku portalach i w Gazecie Górskiej, starania naszych przyjaciół z Redakcji pisma Dzikie Życie i zaproszeniach z Radia Kraków, ale także świetnej i bezcennej otwartości Radiofonii. Robi co trzeba także Serpent.pl i pierwsze hurtownie, które podobno boją się... Ja też się boję takiego kraju, w którym hurtownie boją się, że nie sprzedadzą takiej książki jak Vaggi Varri... Zimny pot oblewa mi plecy! Poza naszą ciężką robotą na kształt książki złożyła się praca kilku osób i to jak książka wygląda to zasługa zdolnej artystki Magdy Konik!
W dwa dni po oficjalnej premierze książki odbył się wieczór celebracji w Magazynie Kultury (28.02.2013r.) i nie mogło się obyć bez muzyki... Zaproszony przez nas duet Tundra z Gdańska i my, już bardziej jako Noise to Silence z doskonałymi wizualizacjami wobixa (dzięki wielkie Jarek!), ale także czytanie wybranych akapitów (dziękujemy za kulturę sceniczną Marceli Bożek z Magazynu Kultury!), rozdawanie martenic specjalnie przygotowanych na ten dzień (kilka godzin przed 1 marca i świętem Baba Marta) przez Bogdana Kiwaka plus torcik (dziękujemy Nataszy!) i doskonała organizacja i sympatyczne przyjęcie w Kolanku nr 6 ... znowu niezrównana Marcela!!! i ekipa wolontariuszy! Osobne dzięki dla władcy nagłośnienia Mateusza Sieniawskiego! ALE to wszystko by nie zadziałało tak dobrze, gdyby nie Ci wszyscy ludzie, którzy przyszli, kupowali książki, prosili o podpisy i najwyraźniej nie uznali swej wieczornej wyprawy za kiepską! Dla mnie jest szczególnie ważne to, że przy profesorach siedzieli studenci, a przy nich trekkerzy, fani muzyki i miłośnicy dobrej wizualizacji, byli też zainteresowani tortem... Tundra okazała się ekipą doskonale osłuchaną i potrafiącą się znaleźć muzycznie nawet w takim przerażającym otoczeniu jak my... kilka znacznie bardziej doświadczonych, a może tylko znacznie bardziej zarozumiałych zespołów, boi się tego jak ognia... :-) dzięki czemu kilka festiwali jest dla nas zamkniętych. Wspólny i w dużej mierze swobodnie kształtowany koncert został zarejestrowany i o ile jakość pozwoli, to pewnie uda się część udostępnić w sieci. To, mam wrażenie, nie ostatni akt współpracy z Dawidem Adrjanczykiem i Krzyśkiem Joczynem / Tundrą?! Jak już tyle słodyczy w tym budyniowie, to muszę wspomnieć o hicie moich medialnych akcji czyli słynnej już w kilku środowiskach żuchwie jelenia! To bardzo intrygujące narzędzie muzyczne lub prosty instrument (?) ma brzmienie specyficznej grzechotki, ale wygląd mocno wpadający w oko i w wyobraźnię. To wszystko bowiem jest wprost z paleolitu... Miałem dużo radości gdy przetestowałem żuchwę jelenia na konferencji prasowej zorganizowanej przez Nowohuckie Centrum Kultury w związku z Navigator Fest. (nasz dzień na tym Festiwalu to niedziela palmowa...! -24.03.2013! od 16.40). Nieomal wszyscy dziennikarze zostali uwiedzeni żuchwą jelenia i wcale się Im nie dziwię... :-) Potem był Magazyn Kultury i opisany już wieczór okraszony solówkami na żuchwie jelenia... a w piątek, w audycji Gochy Niecieckiej w Radiofonii, którą (Radiofonię, nie Gochę!) krakowscy rektorzy postanowili zamknąć, bo podobno dużo kosztuje i nikt jej nie słucha (co jest kompletną bzdurą!), żuchwa wróciła do swej pierwotnej, magicznej funkcji... Wyleniałe gronostaje vs sprężysta żuchwa jelenia! W trzy dni udało mi się żuchwę jelenia przywrócić do obiegu aktualnej kultury i śmiem twierdzić, że nie mogłaby tego sprawić nawet największa gablota w najbardziej zasłużonym muzeum przez kilka tysięcy dni... :-) , co także znacznie więcej kosztuje niż moje skromne eventy. Ale ja nie apeluję o zamykanie muzeów, bo różnorodność jest podstawą zdrowego ekosytemu.
Vak jest Boginią i Patronką muzyków i pisarzy... i kilka najbliższych wyjazdów dla promocji naszej książki polecamy Jej uwadze... Zaczynamy od Wrocławia gdzie w Tajnych Kompletach zjawimy się 14.03.2013, w dwa dni później - 16.03 opowiemy o tundrze i książce w Szczecinie w ramach Nordic Cross Point, a w niedzielę - 17.03, mamy nadzieje spotkać się z zainteresowanymi w Poznaniu w Kluboksięgarni Głośna. Potem będzie wspominany Navigator Fest. w Krakowie, a w kwietniu spotkania w Katowicach i Warszawie. W Warszawie szykujemy także koncert Noise to Silence! Zagramy także koncert z przyjaciółmi z Bird People (Austria) i Garekiem Druss z Seattle... oczywiście w Magazynie Kultury w Krakowie  i oczywiście we czwartek: 11.04.2013r. Ale o tym w następnych relacjach z frontu anty-budyniowego!
Właśnie w sieci pojawiła się wiadomość, że ziemia się trzęsie pod Tatrami... pamiętam jak nas wyśmiewano gdy w czasie kampanii przeciw zalewaniu wodą przedpola wapiennych Pienin (to się nazywa Zespół Zbiorników Retencyjnych...) były obawy o trzęsienia ziemi i nagłe zejście wody Dunajcem... Rektorzy opamiętajcie się, bo nawet ziemia się trzęsie z żałości nad tym co wyprawiacie z Radiofonią! A żuchwa jeszcze czeka na opamiętanie... :-)
Na obrazku mapka z naszej książki, która pokazuje gdzie umiejscowiona jest akcja... :-)
  

Saturday, February 09, 2013

SUBHARCHORD

Nasz coroczny wypad do Berlina na Festiwale: Transmediale 2013 i Fest. for Adventurous Music & Art był i tym razem niezwykle ciekawy i inspirujący. Ciekawy, bo pojechaliśmy do Berlina zaraz po udziale w Festiwalu digital-ia w Szczecinie (o ktorym pisałem wcześniej) i okazało się, że w klubie 13 Muz było całkiem, całkiem przyzwoicie i bodaj ciekawiej niż na Transmediale! Bio-art wydaje się być obiecującym polem doświadczeń i dyskusji i pewnie dlatego digital-ia porwały mnie bardziej?
Transmediale 2013 pod ładnym tytułem BWPWAP (Back When Pluto Was A Planet) to dla mnie, laika i obserwatora: prezentacja prac filmowych z doskonałą muzyką People Like Us, wykład i prezentacja przygotowywanej nowej książki Siegfrieda Zielińskiego (jestem Jego fanem),  wystawa prac graficznych (stare maszyny powielające!) i zabawa systemem poczty pneumatycznej (jako przykładu niezależnych sieci komunikacyjnych i wyczekiwanej alternatywy dla znienawidzonego :-) FB... :-)  ) ... i prezentacja - On the Politics of Blaxploitation-Cinema and Sun Ra's Afrofuturism.
Z tej ostatniej pogadanki okraszonej fragmentami filmów i fotką przedstawiającą rewolwer i czarny penis, jako obrazowego ujęcia lęków bladych twarzy przed legendarną witalnością seksualną i przemocą czarnych obywateli USA... nic właściwie nowego nie winikało. Sądząc po proporcjach penisa i pistoleciku, zdaniem prelegenta lęki białej Ameryki ogniskowały się raczej na witalności seksulanej Innych niż na przemocy, no i co to za odkrycie? Do przemocy garną się widać wszyscy, nawet ci z małymi pistolecikami!? Poza penisami i fascynacją bladego akademika Czarnymi, ujawniono także kilka interesujących kwestii. Szczególnie ciekawy był cytat z Kodwo Eshun opisujący dokonania Sun Ra: Hi's using the Moog to produce a new sonic people. He's using it to produce new astro-black Americans. Kiedy słucham takich wystąpień, to targają mną skrajne uczucia: od ciekawości, akceptacji i pochwały zajmowania się twórczością artystyczną przez tzw. naukę, po irytację i sprzeciw wobec posługiwania się czyjąś sztuką dla przeprowadzania swoich naciąganych tez i tworzenia bytów wydumanych.
Zielinski ze swym legendarnym rzutnikiem na kalki foliowe pokazał książkę - archiwum, w której nie będzie papierowych stron, a zbiór foliowych kalek... Książka będzie bardzo gruba i droga (są już przyjmowane zgłoszenia chętnych), ale byłoby dobrze mieć do jej czytania także stary typ rzutnika. Muszę poszperać na zapleczu mojego biura...
Zieliński i plątanina żółtych rur poczty pneumatycznych plus wydruki z kolorowych powielarek dodawały do nostalgicznego tytułu Festiwalu specyficznego smaczku, który jednak nie wróży dla niego ekscytującej przyszłości i ktoś (a wiemy kto...) musi się chyba nieco wysilić za rok?!
W 2012 roku byłem jednym z nielicznych, którzy zamiast wodzić palcem po ekranie iPoda, otwierali reporterski notes i robili notatki ołówkiem... w 2013 zauważyłem już cały wysyp notesów, notesików, a nawet poczciwych zeszytów w kratkę spiętych gumką... Za to mniej się piło bionady...?
Haus der Kulturen der Welt czyli wielki obiekt goszczący Transmediale ma dobrą stołówkę i sklepik z książkami, płytami, drobiazgami różnej maści... gdzie można kupić np. nową płytę... T. Spassova, mistrza fletu kaval z Bułgarii. Z przyjemnością kupiliśmy także nową płytę CD People Like Us pt. Welcome Abroad (Illegal Art 124)  i dwa single winylowe: Moon Magic (IA 702) i Withers in the Waking (Touch Seven 08), znakomta muzyka!
Prawdziwie duże emocje wyzwoliły w nas jednak dwa eventy jakie wydarzyły się w ramach  Festiwalu CTM.13, który odbywa się prawie równolegle z Transmediale. Pierwszy z tych eventów to wielogodzinny maraton zatytułowany: Subharchord - a child of the Golden Age i wystarczy wspomnieć, że poza fantastycznym i wielkim instrumentem (subharchord) elektronicznym brzmiącym jak pre-Moog znaleziony w świątyni Azteków, wysłuchaniem w towarzystwie samego artysty (!) kompozycji Frederica A. Rzewskiego - Zoologischer Garten event ten zamykał koncert intrygującego składu Biosphere + The Pitch. Geir Jenssen (aka Biosphere) jest dobrze w Polsce znany, ale z The Pitch zabrzmiał całkiem rewelacyjnie! W koncercie użyto odrestaurowanego i całkiem sprawnego subharchordu (!) i kilku instrumentów akustycznych (bęben obrotowy, wibrafon, kontrabas, klarnet) i klawiszowych, wyraźnie starszej generacji. Muzyka była doskonale zagrana, przemyślana i z dużą dozą tej pięknej improwizacji, która pojawia się gdy muzyk jest swobodny i otwarty. Jeszcze bogatszy global sum of all ecosystems jak definiuje się w ekologii pojęcie biosphere.
Jedynym (dla mnie) zgrzytem w starannie przygotowanym wieczorze był laptopowy set Kippschwingung Franka Bretschneidera. "Szwingung" był jak jasna cholera, oko oscylatora pulsowało jako wizualizacja na wielkim ekranie, A. zasnęła mimo zabawy artysty wirtualnym potencjometrem, a scena laptopowa nie zyskała u mnie nawet najmniejszego punktu. Frank B. jest pewnie znakomitym artystą i może w innych warunkach, w innym czasie ... ale laptopy do Złotej Ery muzyki elektro-akustycznej i archeo-elektroniki nigdy nie wejdą i nie bardzo wiem czego tam szukały.
Jak zeznał zagadnięty przez A. Jenssen; ten właśnie koncert plus nagrania zrobione podczas prób do niego, będą materiałem do wykrojenia nowej płyty Biosphere i The Pitch. Ma być szybko! Czekamy...słuchając własnej małej rejestracji.
Bardzo podobała mi się koncepcja zestawiająca wykład inżyniera dźwięku z dawnego studia eksperymentalnego berlińskiego radia z Rzewskim, który bywał w Berlinie za czasów NRD oraz Biosphere i doskonałymi muzykami z The Pitch ożywiającymi niezwykły instrument w 2013 roku. Przypominam, że Rzewski (którego kompozycje zaczynają mi się podobać bardziej niż S. Reicha) to rocznik 1938, a Jenssen urodził się w 1962 roku ... wspomniany inżynier ma pewnie bliżej do Rzewskiego. Na sali wielu słuchaczy z Włoch, za nami siedziała ekipa ze Słowacji...Polaków nie widziałem, ale zapewnie byli?
Drugi ze wspomnianych eventów, który zapadł nam w pamięć to koncert (?) Sunn O))). To specyficzne wydarzenie miało oprawę klubową i kilkaset osób stało na betonowej posadzce, a na scenie najpierw pojawił się dym wprowadzający osobliwy (dla mnie) klimat... a potem wyszli dwaj goście, jeden z lutnią ud, a drugi z wielkimi płaskimi bębnami i zagrali. Na lutni grał młody muzyk - Khyam Allami, na bębnach - Vasilis Sarikis... Duet ten pokazał tak dobry set akustycznej muzyki, że cała sala fanów najcięższych brzmień zawyła (dosłownie, styl to styl) z zachwytu. Allami wspomniał, że kompozycje są z jego (ich) debiutanckiego albumu i warto się za nim rozglądać! Potem było dużo dymu, jeszcze więcej dymu i znowu dym uzupełniony nowym dymem i ustawianiem gitar... Po dość irytującym odczekaniu w garderobie dalszych kilkunastu minut i dodaniu dymu do dymu jaki zaczęli robić niektórzy słuchacze plus dymu z papierosów i jointów pokazujących się to tu, to tam.... na scenie pojawili się Artyści w kapturach mnisich. Taki Zakon Grzmiącej Gitary, czy coś... Rozpoczęła się akcja w postaci emitowania dźwięków o sile stu bomb atomowych oraz teatralne dodatki w postaci wygrażania (nam?) zaciśniętymi pięściami muzyków (jedna ręka przy tej technice gry na gitarze jest prawie zawsze wolna) lub pokazywaniem gestów przypominających zrywanie dużych jabłek (ale zapewne było to wyrywanie serca wrogom), co podchwyciło zaraz kilku wyznawców ZGG ze świątyni Sunn O))). Teatr jak teatr, ale sam dźwięk zaczynał mnie powoli przekonywać i z zazdrością patrzyłem na kilka ton głośników jakie Zakon miał do dyspozycji. Bo w budyniowie też by tak chcieli, ale w zestawie są głośniki typu - dwie "budki dla szpaków" i końcowka mocy... no właśnie, raczej końcówka niż mocy. Zaczynałem się rozsmakowywać w bliskim mi noise sound, ale goście z papierochami dymili bardziej niż dymiarka na scenie, jakiś Turek wymachiwał A. identyfikatorem, który znalazł chyba w śmieciach i który w jego mniemaniu uprawniał do deptania po butach i chamskiego zasłaniania widoku gestykulujących członków Zakonu. Aby nie narazić się szczytnej (chociaż nie działającej od dawna) idei Multikulti, oddaliliśmy się nieco od sceny. Słychać było dalej dobrze :-) , a mogliśmy podziwiać koszulki Zakonu po 20 i 40 euro ... Kiedy jeden z Zakonników zaczął niestety śpiewać, naciągneliśmy kaptury i rzuciliśmy się w ciemność i deszcz Berlina, ku naszej przyjacielskiej kwaterze. Z Jackiem S. wymieniliśmy potem uwagi i doceniliśmy to przebieranie w habity... Jacek nawet sugerował aby poszperać w internecie i zobaczyć czy w tym samym czasie klony Sunn O))) ukryte w kapturach nie grały w innych miejscach?! Tak, poważnie, to brzmienie było super (bez wokalu), nawet ten dym można jakoś znieść, ale koncepcja magicznych gestykulacji jakoś mi nie leży, co w ocenie samej muzyki (zakonnego sound artu?) nie ma znaczenia. Poszedłbym z chęcia na Sunn O))) do miejsca gdzie można siedzieć i słuchać w spokoju... z zamkniętymi oczyma.
Na focie A. subharchord tuż przed koncertem...

Monday, January 28, 2013

BIO_CONTACT

Styczeń okazał się bardzo pracowity, ale też i ekscytujący. Okres pomiędzy połową grudnia a połową stycznia wydaje mi się szczególnie bogaty w wizje jakie uwalnia nasza podświadomość w postaci znaczących snów, obrazów majaczących w ciemnych szybach okien i zapadającej szybko ciemności i przeczuć wyłaniających się nagle w zaskakujących momentach. Trudno mi ten czas uznać za początek roku w sensie zmiany czegokolwiek, raczej jest to zawieszenie, pauza, brejk i miejsce, z którego nie widać już starego roku zbyt wyraźnie, ale nowy nawet jeszcze nie majaczy w oddali.
W takiej sytuacji rozpoczynanie aktywnego życia korzystne jest dopiero pod koniec stycznia. I to najwcześniejsza pora! Tak też zrobiliśmy i w czwartek, 24.01.2013 zgrabnym manewrem autobusowym ( z krk do wro i z wro do Zielonej Góry) dostaliśmy się do znajomej Galerii BWA w Zielonej Górze. To doskonałe miejsce znaliśmy już z koncertu w marcu 2012 r., ale tym razem okazją była dyskusja wokół książki A. Rubieże kultury popularnej i zaplanowany event naszej nowej aktywności Noise to Silent. Było gościnnie i inspirująco, ale także bardzo zawodowo. Jakoś łapię się na tym, że takie zawodowe, konkretne podejście zaczyna być dla mnie czymś bardzo ważnym. Takie podejście świadczy o szacunku dla gości, ale także dla siebie i tego co się robi wobec tzw. publiczności. Nie powinna nas dziwić pełna sala chętnych na rozmowę pt. Co się dzisiaj stało z kontrkulturą? Krótki event muzyczny był bojowym sprawdzianem naszych daxophonów, które pierwszy raz użyłem publicznie. Przypomnę, że daxophone to interesujący, tzw. nowy instrument muzyczny stworzony przez Hansa Reichela. Ten ( już niestety nieżyjący) artysta był znany szerzej jako elektryczny gitarzysta i budowniczy specjalnych gitar, ale jego daxophone także wzbudzał wielkie zainteresowanie. Główna część instrumentu jest cieniutkim kawałkiem twardego drewna przypominającym pióro ptasie. Dźwięk daxophonu określa doskonale pochodzenie jego nazwy - od Dachs czyli niemieckiego miana borsuka. Borsuk znany jest wytrawniejszym badaczom jako zwierzę, którego godowe zawołanie potrafi zmrozić krew lub przyprawić o szaleństwo nawet najbardziej zakochanych w leśnych stworzeniach miejskich aktywistów. Z tego właśnie powodu, na terenie Polski borsuk bywa nazywany jaźwcem i odgłos wydawany paszczą przez pijanych włościan (lub studentów) określano jako łupienie się (wycie) jaźwca. Po takiej rekomendacji pewnie niewiele osób zakocha się w daxophonach, ale będzie to błąd. Jest to doskonały instrument, który już na stałe ma swoje miejsce w muzyce i scenicznych akcjach Noise to Silence. Oczywiście prawdziwie awangardowy efekt daje dopiero daxophone w połączeniu z muzykiem z Japonii, ale trudno... i my także będziemy używać drewnianego jaźwca!

Następnego dnia rano, rezygnując przezornie z łaski pańskiej wąsatych przywódców związków zawodowych PKP, pomknęliśmy autobusem do Gorzowa i dalej do Szczecina. A w Szczecinie digital_ia bio_kinetic_tech_art festival ^bio_contact 25-27.01.2013 r.  zorganizowany w doskonałych wnętrzach Klubu 13 Muz. Nie będę opisywał poszczególnych obiektów, instalacji i innych atrakcji z obszaru bio artu, ale było ciekawie i inspirująco. Wiem, że słowo inspirujący bywa czasem używane jako zdawkowy wypełniacz tekstu, ale dla mnie oznacza ono, że obcowanie z ideą i formą zaproponowaną przez artystę wzbudza emocje i ruch myśli. Nie oznacza natomiast, że dzieło musi się podobać, jest wiekopomne lub bije od niego kunsztem artystycznym. Bio art wydaje się mi obecnie w całości inspirujący. Dla mnie to jest efekt całkiem wystarczający, bo kunsztem artystycznym jestem w Krakowie atakowany bez ustanku i na każdym kroku, niestety.
Wieczorem otwarliśmy serię koncertów i prezentacji soundartowych pod szyldem: digital_sound , setem Noise to Silence, a po nas zaprezentował się (razem z gadającą paprotką!) Affective Cinema Michał Brzeziński i Nonstate Macieja Ożoga i Barłomieja Kuźniaka. Na drugi dzień czekał A. #artist_talk pt. Bio art oraz sztuka technonaukowa w czasach posthumanizmu i transhumanizmu. Rozmowę moderował szef artystyczny Festiwalu Piotr Zawojski (UŚ), a uczestniczyli: Monika Bakke (UAM w Poznaniu), Sidey Myoo (UJ i AE), A. (UJ) i Maciek Ożóg (UŁ). Takich prezentacji nigdy zbyt dużo, pozostawiają niedosyt i chęć zadawania wielu pytań. Wielka szkoda, że nasi politycy nigdy nie mają czasu aby posłuchać czegoś o czym wypowiadają się jako stanowiący prawo fundamentaliści własnych opcji ideowych, a nie ludzie znający temat i szanujący odmienne zdania.
Było wiele rozmów (w tym wiele godzin gadania z p. Moniką Bakke, o której tekstach wiele pisałem) i spotkań, wiele inspiracji :-) i Festiwal jawi się nam jako bardzo udany. Także sam pobyt w Szczecinie był bardzo miły i tym bardziej nas to cieszy, że wrócimy do Klubu 13 Muz już w marcu, tym razem jako uczestnicy Nordic Cross Point.

Koncert Noise to Silence został zarejestrowany i w lutym odostępnimy go w sieci dla wszystkich chętnych. To nie jest muzyka dla filistrów, ale brzmi tak jak chcieliśmy, a to jest jedyne kryterium jakie stosujemy w tym projekcie. Będzie to druga porcja naszej nowej muzyki NtS, po sesji z Jackiem Zero z Berlina, dostępnej w sieci i na kasecie magnetofonowej pt. Acid Stasi House od blisko roku.
Za dwa dni jedziemy do Berlina na kolejne Transmediale, ale także aby testować w warunkach wielkiego miasta nasz nowy instrument czyli harfę wiatrową zbudowaną wg. starej, klasycznej receptury. Noise to Silence to otwarcie wielu wątków, a pośród nich także sound artu, który zamierzamy realizować w mało konwencjonalny sposób.

Dla równowagi i aby oddać sprawiedliwość: ze Szczecina do Krakowa wracaliśmy pociągiem i wyjechał on ze Sz. punktualnie, a wjechał pod naszą ulubioną tablicę: Kraków Główny ... kilka minut przed czasem. Jechał wprawdzie planowo prawie 10 godzin... ale co fakt to fakt. :-) Ogrzewanie padło jedynie na około godzinę, mróz i śnieg się nie wdarły i nasza płachta biwakowa nie była potrzebna!

Na focie z zasobów BWA ZG czerwono-czarna wersja Noise to Silence!

Friday, January 18, 2013

Espresso Book Machine

No i jest już połowa stycznia 2013 roku. Niby wszystko umowne: kolejny numer roku, to, że "nowy" i to, że kilkanaście dni ubyło z obecnego, a następny jest już bliżej... Jednak czuję zmianę i nowy powiew energii, chociaż nie ma to nic wspólnego z papieskim kalendarzem. W tym starym roku udało się zamknąć w nasyconą całość trzy książki: Zielnik podróżny, Rubieże kultury popularnej i Vaggi Varri - w tundrze Samów... Razem z Uchem jaka z 2003 roku to całkiem solidna dawka naszych doświadczeń, intuicji  i przemyśleń. To uczciwa wykładnia tego co robiliśmy przez ostatnie kilkanaście lat, ale też podsumowanie i zamknięcie kilku rozdziałów. To zabawne, że kiedy zamykamy pewne etapy, to otwierają się one dopiero dla wielu ludzi i zaczyna się dyskusja, animozje, dobre słowa, współpraca, przerwanie współpracy i takie tam zwykłe zamieszanie.
Te trzy ostatnie książki będą pożywką dla tego zamieszania pewnie przez kilka nadchodzących "nowych" lat?! I dlatego czuję nowe, bo w takim okresie jest także zawieszenie i brak, który rodzi doskonałe dźwięki i żmudne wypełnianie sensem.
Zwalniam się z obowiązku rewolucji i nie obchodzi mnie efekt ewolucji jaka się już dzieje. Sam proces i drobne kręgi na tafli codzienności smakują świetnie i dają wiele satysfakcji. Rozczarowujące? Nie, rewelacyjne i otwierające!
Jest już sporo obserwacji, co do odbioru pierwszych dwóch wspomnianych książek (trzecia jest w druku, ale jest szansa, że także narobi zamieszania), ale poza zakamuflowanym ostarcyzmem ze strony grona całkiem bystrych ludzi broniących tezy o konieczności halucynacji wywoływanych tak jak ustalili, jest także wiele interesujących otwarć.  Ci od kupczenia wizjami to niby bystra ekipa, a gra prostacko w czarno-biało czyli jak masz nieco inne zdanie, to "nie jesteś z nami". Poza wielką i usilnie koloryzowaną bańką dość tandetnych i starych idei stoi niestety zwykły rynek, na którym albo się sprzeda nowy nakład Opowieści Różnej Treści i kilka innych rzeczy w pakiecie, albo nie i trzeba by się brać do jakiejś roboty. A to jest nudne i nie poszerza świadomości w cudownie prosty, natychmiastowy i przyjemny sposób. Jest kilka innych małych niechęci, rozczarowań brakiem udawania szamana albo tym, że prawda jest jaka jest (a nie wiadomo jaka jest i czym jest?) i tym, że nie zakładamy sekty i nie adoptujemy (wielkich) artystów. A. postawiono zarzut z tego, że ma całkiem solidną biografię poza naukową... (!?). Czy posiadanie jedynie naukowej biografii nie jest jakimś intelektualnym pustostanem?
Nowe: nie wiadomo jakie jest, ale w warstwie materialnej już się wyłania z tego stanu niewiedzy i zawieszenia. Z Michałem Smetanką rozpoczęliśmy pracę nad przedziwnym zbiorem starej karpackiej muzyki i praktyk wokalnych i może uda się to udokumentować w postaci płyty/sesji dostępnej dla zainteresowanych? Kłopot polega na tym, że ta muzyka jest tak specyficzna, że każda tzw. aranżacja jawi mi się jak gwałt, a z pewnością arogancja. To tak jak z logotypami... kiedyś jako symbole i znaki były dla mnie bardzo ważne, a teraz to gdzieś znika i wolę niedookreślenie, zmienność i nieuchwytność. Razi mnie pokazywanie aranżowania muzyki jako jakiegoś aktu twórczego, bo jest to dla mnie obecnie jedynie zabieg marketingowy. Taki zabieg rewelacyjnie widać na medialnym przearanżowaniu beznadziejnych discopolowców na gangsta (! :-) ) raperów. Jak nie mieli nic do powiedzenia, tak dalej nie mają, ale sprzedają się teraz lepiej. :-)

Czekam na Vaggi Varri - w tundrze Samów bo jest to książka bardzo osobista i opisuje coś bardzo naszego, coś co pojawiło się chyba jako nagroda za wiele lat pracy i poszukiwań. Macie takie miejsca, które wystarczy, że istnieją aby warto było żyć?

Ostatnio pojawiły się nawiedzone teksty o Espresso Book Machine (EBM) czyli dużej drukarce zdolnej do wydrukowania formatu książki wraz z okładką. To ma być rewolucja na miarę Gutenberga? Nie chce mi sie wchodzić w polemikę z durnymi tekstami, ale jeden fragment z artykułu pt. Wydaj sam siebie (Forum, przedruk z LM Observateur) jest godny komentarza: znika wydawca, a także księgarz, /.../ z łańcuszka wypada też drukarz, składacz tekstu i korektor... /.../  W tym samym tekście sugeruje się, że ominięcie wydawcy doprowadzi do sytuacji, w której: większość autorów będzie znana tylko sąsiadom z klatki schodowej. Rozumiem, że tekst jest przedrukiem z pisma omawiającego inne niż budyniowe realia, ale ciśnie się na usta pytanie:  co jest złego w pisaniu dla samego pisania i niewielkiego grona odbiorców? Bo przewraca się koncepcja bogatych i wpływowych wydawców działających niby sam bóg? tyle, że bóg chciwy i bojący się o swą medialną wszechmocność? A w naszej budyniowej mizerocie też wydawca jest dość dziwną figurą: jak ma dobre intencje i wiedzę, to pracuje za wszystkich i klęczy na dywanikach dystrybutorów, a jak ma wpływowoych w mediach koleżkow (i wujków...) to nie dośpi, a zgnoi konkurencję, nawet jak tylko mu się taką wydaje. Najlepiej wszystko widać w wielkim i dziadowskim w formie vivarium pt. Krakowskie Targi Książek - od dwóch lat widać jak na dłoni, że to impreza dla wielkich i dotowanych. Poza może pięcioma wydawnictwami i kilkunastoma dotowanymi ze środków religijnych, reszta nie ma szans i jest tylko tlem. KTK zamieniły się w reality-szoł dla tych samych od lat wydawców i autorów, którzy i tak cały rok okupują programy telewizyjnych wujków i cioteczek. Małe firmy wydawnicze i autorzy, którzy nie powielają swej pierwszej książki w nieskończoność lub mają zgubny pociąg do wychodzenia z formatu "się sprzedającego w tym kraju" są na przemiał. Spodziewam się, że pojawią się targi małych firm i trzymanych siłą budyniowych powiązań na dystans autorów i pojawi się wreszcie rysa na tej inscenizacji. EBM będzie mieć sens jeżeli udrożni się kanały medialne i odczopuje z nadętych tamowaczy ruchu idei i osób.

Ciekawie zapowiada się efekt mojej konsultacji etnobotanicznej (tak! kiedyś to sobie wymyśliłem i przez jakieś 15 lat nikt mnie rozumiał, a teraz proszę bardzo...) o jaką prosili mnie krakowscy artyści i organizatorzy pracujący nad muzycznym spektaklem Art Color Ballet z ekipą bębniarską Wataha. Chodzi o konteksty słowiańskie, co samo w sobie wzmaga zawsze moją czujność i niechęć do oklepanych i prostackich wzorców... ale tym razem zapowiada się dobrze, a premiera w maju.
Inna bardzo otwierająca i przyjemna aktywność to współpraca z Alicją Mojko (ex Teatr Snów i kilka innych projektów) oraz młodym reżyserem ze PWST w Krakowie. To w tym momencie malutka pomoc muzyczna, ale sama przestrzeń teatru cieszy mnie niezwykle i zawsze była dla mnie ważna. Pojawiają się sukcesywnie filmy z naszą muzyką przygotowane przez różnych artystów, ale wspólnie oprawiane w serię: 15. lecie Karpar Magicznych przez Tomka Czermińskiego. Biegam też z wielką przyjemnością do Radiofonii gdzie co piątek od 10.00 do 11.00 z Gochą Nieciecką gadamy o etnobotanice i innych tematach. Podcasty z kolejnych audycji "radiobotanicznych" znajdziecie na etnobotanicznie.pl i stronach Radiofonii.
Od przyszłego tygodnia zaczyna się kolejny etap naszego projektu Noise to Silence: event w Zielonej Górze, koncert w Szczecinie i działania miejskie w Berlinie z pomocą Jacka Slaskiego.
Fota z grudniowego koncertu w Krakowie.

Friday, December 28, 2012

Enej Pektusem pogania

Tak zwany okres świąteczny jest lekko tylko zakamuflowaną przemocą obcowania z fundamentami budyniowa, które obecnie ogniskują się w zawartości głównych stacji telewizyjnych. Prześcigają się one w wyszukiwaniu przeterminowanych (tanie... a może nawet za free w pakiecie z nowym takim samym gniotem) patriotyczno-rodzinnych filmów z USA i wszelkich innych sposobach aby wedrzeć do naszych głów i uświęcić kulturowe więzy, aby podtrzymać sprzedaż reklam w najlepszym czasie antenowym. Trzy nasze wielkie (od wielkiej pazerności) stacje na wyścigi pokazywały dyżurne wyciskacze łez, przypominają nam tragiczne historie, umierających i kalekich ludzi, tłustych biskupów-polityków apelujących o mniejszy materializm, a wszystko to pomiędzy blokami reklam, które zdają się już nie mieć końca. Ten piękny czas pokazuje też kto drapnął kaskę za świąteczne, rozśpiewane programy rozrywkowe, a kto musi się zabrać za podchody do wszelakich caryc telewizyjnych i innych szefów wszystkich szefów, bo wypadnie z gry. W tym roku mieliśmy festiwal schludnej i kulturalnej (prawie tak jak Piasek!) ekipy Enej (przepiękne życzenia i jakie wspaniałe głosy!) gotowego już do sprzedaży produktu budyniowego szołbiznesu, troszkę było mojego ulubionego Pektusa, który nie jest jeszcze taki gładki i plastyczny jak Enej... było też mocne wejście Afromentalu, który przedstawiał w skromnych słowach Wielki Juror w dupnej czapeczce. Kto wie, kto wie, co za rok w grudniu będziemy oglądali? Na tym tle dobrze wypada warszawska inicjatywa pod irytującym troszeczkę tytułem Kolęda Nova... świetny zestaw artystów i cudowne rozmnożenie fantastycznego kolektywu rodzinnego: Waglewski, osobno Waglewski Fisz, osobno Waglewski Emade, osobno rodzina Pospieszalskich czyli niezmordowany zestaw wspaniałych artystów. Przy takich tuzach Trebunie Tutki z Jamajką zostali skromnie zbici w jedno, a całość okrasił, niczym wisienka na torcie, sam pan Stańko. Bo to Kolęda Nova... taka nova jaka nova... ale koniecznie cały ten kram musiał się do Krakowa wybrać, aby dodać nieco święconej wody i tanich kadzideł kościelnych. Rozumiem tę staranność... Enej już czeka z Pektusem, a Afromental też ma ochotę. Nadchodzący rok będzie więc powrotem do alternatywy, bo obawiam się, że Enej podpisze większość umów z koncernami piwowarskimi na wielkie letnie koncerty.
Takie sprawy jak śmierć Ravi Shankara w budyniowych mediach właściwie nie została zauważona, a odejście w czasie tzw. świąt Jerzego Beresia nie pasowała widocznie do tzw. wiadomości/faktów czy informacji (jak mówi mój ojciec: starych czy nowych, ale zawsze nieprawdziwych...). Bereś jest przykładem na totalny budyniów, bo jeden z najbardziej interesujących i inspirujących artystów jest poza ścisłym środowiskiem właściwie nie znany. Bo w budyniowie zawsze będzie ważniejszy przedruk i małpie naśladownictwo. Aż mi się nie chce dalej pisać, Bereś i Hasior byli bohaterami mojej młodości i rodzinnych opowieści, a w dużej mierze mistrzami mojej muzyki. Niestety, doczekamy się raczej setnego przedruku bablaniny McKenny niż szerszego zainteresowania tymi artystami i sztuką jaką praktykowali. Widocznie budyniów lubi przy wódce pogadać o wizjach jakie dają "egzotyczne" rośliny. Trafia do masowego odbiorcy i musi się sprzedać, a przecież chodzi zawsze o kasę. Jak we wspaniałym kawale rysunkowym z dawnych czasów: z plątaniny nagich ciał resztką sił wysuwa się gość i woła: a miała być joga i zen?! Miało być święte ziele, a jest wynik destylacji ziemniaków... jak ze "świętami".

Monday, December 10, 2012

POGRANICZE

Od czasu do czasu natrafiam na uczone dysputy o muzyce eksperymentalnej, w których przewija się określenie: kompetencje. Niestety, autorzy nie definiują czy chodzi im o dyplom, umiejętności, doświadczenie ... z czego? jakie? w czym? Jako old schoolowiec mam z tym problem, bo zaraz słyszę zdanie z usłyszane w dzieciństwie w Polskim Radiu o niejakim Wydrzyckim vel Niemenie, że z takimi kompetencjami to powinien w kopalni pracować, a nie zajmować się muzyką i jeszcze na dodatek śpiewać... albo pobłażliwe umieszczanie takich jak ja przez Jana Ptaszyna Wróblewskiego (socjalistycznego boga tzw. jazzu polskiego) w głębokich krakowskich piwnicach i garażach (było to jeszcze zanim JPW zakochał się - bo musiał - w jassowych dźwiękach) i trzymanie wszystkich w szachu tzw. "weryfikacjami" muzycznymi. Kilku ustosunkowanych dziadów egzaminowało "z muzyki" i do sztandarowych opowieści z tamtych lat zaliczam relację ze "zdawania na weryfikację" przez jedynego "dyplomowanego" później tablistę. Nieweryfikowany dotąd przyniósł na egzamin zestaw bębnów tabla i zagrał na nich Dha, Dha... :-) Bo komisja weryfikacyjna była otwarta na nowe... kiedy miała być otwarta. Ostatnio na kompetencje (jak zwykle bez wyjaśnienia o co właściwie chodzi) naciskał p. Michała Mendykę (m. innymi tłumacza książki Michaela Nymana pt. Muzyka eksperymentalna, Cage i po Cage'u) Paweł M. Krzaczkowski... a p. MM dzielnie lawirował i udało Mu się sprytnie uniknąć zdefiniowania kompetencji jako posiadania dyplomu wyższej (albo może wystarczy niższej?) szkoły muzycznej, a wszystko to w Notesie nr 80.
Gdyby bowiem kompetencje miały tak prosto wyglądać, to pewnie muzyka eksperymentalna nie pojawiła by się do dzisiaj? Ale nie chodzi mi o łatwe wyśmiewanie autorów wytrychu pt. "kompetencje" w sztuce, bo istotne jest raczej czym są kompetencje w sztuce i jak się je zdobywa? Dyplom jako papierową kompetencję można odrzucić bez dyskusji, bo byłoby kopaniem leżącego wymienianie setek ważnych artystów bez dyplomu... albo wymienianie setek tysięcy dyplomowanych osób, które niczego interesującego nigdy nie zrobiły. No to może cytacik oparty o stary (ale jary!) tekst Leszka Kolankiewicza traktujący o kulturze czynnej Grotowskiego : " Wszędobylski "profesjonalizm", wyzuty z tego, czym jest prawdziwe mistrzostwo, bezkomfliktowo, jego zdaniem, wpasowuje się w funkcjonujące struktury. Dodajmy, że zamiast "zmierzania do mistrzostwa", o którym mówił Krzysztof Czyżewski, dzisiejszy adept animacji - i pewnie nie tylko on - ma przed sobą stopnie, na które może wspiąć się jeśli nie bez trudu, to z pewnością bez zaangażowania całym sobą i bez krzty zamiłowania do rzeczy. Zamiast kunsztu, który doskonali w działaniu, ma plik certyfikatów. W konsekwencji tak swoiście pojmowanego profesjonalizmu - pointował Kolankiewicz - pojawiła się demoralizująca interesowność niemal we wszystkim, cokolwiek podejmowane jest w kulturze." Cytat pochodzi z książki Doroty Sieroń-Galusek i Łukasza Galuska pt. Pogranicze. O odradzaniu się kultury , która dopiero co została wydana przez Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego. Książka jest rewelacyjnym plaśnięciem w budyń i polecam ją z przyjemnością! Wracająć do tematu, gdyby trzymać się kurczowo bożka dyplomu (jakiego dyplomu?), to doprowadzi nas do sytuacji gdy w ściśle zaprogramowanym procesie kształcenia młodych ludzi staje się konieczne uczenie ich postawy antystrukturalnej. Czy jest możliwe, aby podnieść krzesło na którym się siedzi? Tak więc, z wysiłków tego typu wynika pojawianie się całych zastępów profesjonalnych głodnych duchów uczenie dysputujących o tych biedakach (bez odpowiednich kompetencji), którzy coś w życiu zrobili i można z tego uczynić substrat i telewizyjny ciepły kącik (w skrócie: TVP Kultura) dla żarłocznych profesjonałów z wielką swobodą (potwierdzaną wyszukaną mową ciała :-)  ) poruszających się w każdym temacie o jakim warto (w sensie: popłaca) rozmawiać.
Aby trzymać się książki Pogranicze przytoczę jeszcze jedną refleksję zawartą w tytule ostatniego rozdziału: Gościnność. Rozdział zaczyna się tak: " Właściwie nie jedno, lecz dwa słowa - "gościć inność". Tak rozpisana gościnność jest zaproszeniem do spotkania z odmiennością, z tym co różni gospodarzy i gości. Oznacza to gotowość do stawania twarzą w twarz z odmiennością."
Wbrew pozorom, także ten cytat ma wiele wspólnego z tematem dyskusji o kompetencjach w sztuce. Dyplom "z muzyki" jako miernik kompetencji jest po to aby można było być nie-gościnnym?! Tak to wygląda w praktyce. Bo w jakim celu powtarza się nawoływanie do weryfikowania, do ustanawiania niejasnych dowodów "kompetencji" zawodowych, kulturowych... ? To wstęp do wykluczania (to festiwal dla poważnych muzyków pochylonych nad tańszymi wersjami Jabłka, to festiwal dla dyplomowanych stukaczy w bęben, to klub dla tych, którzy mają dyplom z improwizacji... mówi się, że z próżnego w puste nawet Salomon nie naleje, a ten z "kompetencjami" i owszem), do monopolizowania, do manipulowania innymi, do kasy i mediów. Jakoś nikt nie zamienia "kompetencji" na "odwagę w eksperymentowaniu", na " doświadczenie i warsztat", a szczególnie nie na "nowatorstwo", bo publiczność lubi najbardziej te piosenki, które już dobrze zna, a nic tak dobrze nie idzie "profesjonalistom" jak zapożyczenia i podwędzanie wszystkiego nie posiadającym "kompetencji".

Bogaty w zadziwijące konteksty muzyczny sezon 2012 zakończyliśmy dość niezwykłym koncertem z naszym przyjacielem i współpracownikiem Michalem Smetanką. Michal nakłonił nas do sięgnięcia po travnice - tradycyjne, kobiece pieśni pracy ze wschodniej części Słowacji i po brzmienia reliktowych pasterskich instrumentów. To przestrzeń dająca naszemu projektowi (przypominam pełną nazwę ... Lost Space - Magic Carpathians...) autentyczne i pełne inspiracji zaplecze, ale też pole minowe pełne ukrytych "bombowych" kontekstów typu: "polski folk", "folklor", "pieśni białym głosem śpiewane" i tym podobne. :-) Od zawsze mieliśmy trudne zadanie, bo nie chcieliśmy zwalczać ognia beznzyną i nie poszliśmy na granie oberków okraszone "nowoczesnym" skreczowaniem. Nie chcieliśmy zwalczać jednej konwencji inną konwencją. Szukaliśmy tego "ethnocore" w sensie przywołanym we wstępie do wspomnianej już książki Pogranicze przez p. Profesora Krzysztofa Rutkowskiego: "Słowo radix znaczy korzeń. Słowo "radykalny" znaczy zakorzeniony. Działanie radykalne oznacza zatem zakorzenienie, szukanie miejsca, wnikanie w miejsce, w którym pulsuje zarzewie ognia...". Podczas koncertu 6 grudnia 2012 roku byliśmy bardzo blisko: gościliśmy inność i pozwalaliśmy sobie być także "innymi". W tym sensie nasz projekt, który poza płytami przyniósł cztery książki ściśle z nim związane i wiele podróży, przyjaźni i inspiracji jaką dał innym - wydaje się spełniony?! Oczywiście na tyle, na ile pogranicze może być spełnione, bo przecież nie zamknięte i nie zdefiniowane do końca. Jesteśmy na kilka miesięcy przed celebracją 15-lecia Karpat Magicznych i na miesiąc przed rozpoczęciem nowego projektu Noise to Silence... jesteśmy na pograniczu.

Po naszym koncercie były jeszcze dwa miłe spotkania, jedno z  Basią Koroną i Adrianem Spułą (Adrian jest autorem albumu Łem - ukryta kraina... i pisałem o Nim na www.etnobotanicznie.pl) przy okazji Ich pokazu fotografii w Antykwariacie Abecadło i wydaniu dziennika z podróży po Gruzji - Dziennik na Wysokościach. Gruzja (zobaczcie na: www.Donkliszot.com/nie tak szybko do shuapkho), a drugie z muzycznym projektem Tundra z Gdańska. Dostałem świetnie wydany albumik z CD: tundra.anekumena  i chwilę rozmawialiśmy przy scenie w Kawiarni Naukowej. Tundra - Dawida Adrjańczyka i Krzyśka Joczyna przynosi doskonale zrealizowane utwory pełne dronów, ciągnących się mgieł burdonowych zasłon i sonorycznych zwielokrotnień. Na CD znalazłem cztery utwory i pierwszy z nich - Krzyki drzew - nie tylko za sprawą tego, że ma 10:42 !  wydał się mi bliski i znajomy. Kiedy staliśmy przy scenie wypełnionej wieloma instrumentami, przetwornikami i całą tą cholernie dobrą i bliską mi zbieraniną przeczuć piękna, pomyślałem, że może jednak się kręci? Może ktoś jeszcze czasem walnie w budyń?
Na focie Agi ułamek sekundy z koncertu - Izvor - w Magazynie Kultury w Krakowie.




Monday, November 26, 2012

PLANT DIGNITY

Sporo mówi się ostatnio na temat GMO i wygląda na to, że nie idzie tu jedynie o zagrożenie zdrowia modyfikowaną genetycznie żywnością, ale gdzieś w tle pobrzmiewają ważne nuty potrzeby zachowania rodzimych odmian i gatunków roślin i ich nasion. Wielu protestujących i zaniepokojonych GMO intuicyjnie wyczuwa, że chodzi o coś znacznie więcej niż nowa odmiana kukurydzy odpornej na szkodniki. Dobrym przykładem na to, co naprawdę niepokoi ( i słusznie!) wielu ludzi jest sztuczne stwarzanie i patentowanie form życia jako produktów handlowych przez firmy biotechnologiczne.  Jak pisze Monika Bakke (Sztuka w obronie "godności roślin", w: katalog pt. W stronę trzeciej kultury, wyd. przez Centrum Sztuki Współczesnej Łaźnia w Gdańsku): "patentowanie roślin - rodzaj biopiractwa - jest niebezpiecznym aktem kolonizacji życia, bo jak zauważa Vandana Shiva, patentowanie życia ogranicza wrodzoną twórczą moc żyjących systemów, które rozmanażają się i plenią w swobodny sposób i w samokontrolowanych warunkach."
Mówiąc prosto: firmy wyłącznie z pazerności i często w błahych celach (Bakke opisuje historię błękitnego goździka, odmiany stworzonej i opatentowanej jako produkt handlowy przez japońską firmę Suntory, jedynie dla walorów estetycznych i swobodnego manipulowania miejscami uprawy i sprzedaży) podejmują prace wątpliwe od strony przyrodniczej, etycznej, ale także prawnej. Jakimś odpryskiem tych niebezpiecznych sposobów myślenia (o człowieku w roli stworzyciela życia?) jest także manipulowanie roślinami, aby uznane za niepotrzebne na danym terenie nazywać "gatunkami inwazyjnymi". W wielu wypadkach, to nie rośliny były/są inwazyjne, a pewne gremia naukowców mają inwazyjne i nieodpowiedzialne pomysły na zarządzanie żywymi organizmami.

Rodzi się ruch sprzeciwu wobec takich praktyk i poza bioartem stawiającym wiele istotnych pytań, mamy do czynienia z praktykami biohakerskimi. W warunkach domowego, kuchennego laboratorium biohakerskiego udało się np. wyhodować nielegalne sadzonki "opatentowanego" błękitnego goździka i bez zgody firmy-właścicielki (?) "wypuścić" rośliny na łąkę...
W przypadku takich działań każdy biolog i genetyk złapie się za głowę z przerażenia, ale szkoda, że nie łapie się za głowę i nie protestuje, gdy firmy patentują rośliny jako swoją własność.

Tzw. "rolnik" pokazywany w tivi jako przykład "fachowca" zainteresowanego wprowadzaniem GMO (w tym wypadku kukurydzy) jest ogranym zabiegiem socjotechnicznym. Obaw przed dziwnymi praktykami, których symbolem staje się GMO nie da się rozwiać pokazaniem, obsadzonego w roli rolnika, przemysłowo nastawionego biznesmena i producenta ziarna kukurydzy, który wyjawi nam, że modyfikowana kukurydza jest odporna na szkodnika. Jako konsumenci mamy gdzieś szkodniki i ich obecność zaczynamy raczej traktować jako znak przydatności do spożycia. Niepokoimy się nie szkodnikami, ale raczej tym, co stanie się gdy wielkie, ponadnarodowe firmy staną się właścicielami patentów na rośliny uprawne i będą (a będą, bo taka jest ich filozofia) dyktowały warunki wszystkim. Drogą do tego rodzaju niebezpiecznego stanu (braku wyboru, braku rozeznania) jest nie oznaczanie produktów żywnościowych na obecność GMO.

Co jakiś czas pojawia się w mediach wesoły Pan Naukowiec z Korporacji (albo pracujący za pieniądze korporacji), który z politowaniem tłumaczy nam, szurniętym głupkom, że modyfikacje genetyczne roślin uprawnych są prawie tak stare jak ludzkość. W takiej roli bywają obsadzani także politycy. Pan Niesiołowski, często wypowiadający się na ten temat jako utytułowany przyrodnik i znany polityk, myli się całkowicie mieszając dobór gatunków metodami ogrodniczymi z obecnymi praktykami biotechnologicznymi. Nie dziwię się Mu specjalnie, bo zmiany w tej kwestii idą tak szybko, że zajęty polityką, mógł ich nie zauważyć i nie zrozumieć. W tym kontekście, za bardzo niebezpieczne należy uznać glanowanie humanistyki (bo zajmuje się m.innymi etyką?) i histeryczne wpychanie naukowców w objęcia tzw. przemysłu, co w Polszcze robi sama ministerka nauki i szkolnictwa wyższego.Tak przy okazji, warto może uzmysłowić sobie, że coś takiego jak spirala DNA jest jedynie modelem i nic takiego w rzeczywistości nie istnieje. Pokazywanie telewidzom, jak prosto odcina się z kolorowej spirali fragment i zastępuje innym kolorem jest wielką manipulacją nazbyt upraszczającą obraz tego co się właściwie w tak modyfikowanym organiźmie dzieje.

Ogrodnictwo, właściwa praktyka hodowli roślin, które spełniać może warunki upraw ekologicznych  z czasem ustąpiło pola (dosłownie: ogrodnictwo nie znikło, ale zostało ograniczone do niezbyt dużych areałów na rzecz wielkopowierzchniowych i przemysłowych form uprawy roślin) rolnictwu, które umożliwiło "stopniowe przejście, od ludzko-roślinnego partnerstwa do instrumentalnego stosunku wobec roślin" (Bakke, w j.w.) Podobnie jest z leśnictwem, gdzie uprawy rolno-leśne i lasy naturalne były niszczone dla plantacji i tzw. drzewostanów produkcyjnych. Przy tych zmianach utracono kontakt z roślinami, na rzecz wydajności i kasy. No i tu dochodzimy do sedna sprawy, do tego jak traktujemy inne niż ludzkie formy życia. Jak traktujemy/jak powinniśmy traktować rośliny?

W 2007 roku w Szwajcarii zaproponowano przyjęcie pewnego sposobu myślenia o tym problemie w postaci raportu Szwajcarskiej Federalnej Komisji Etycznej ds. Biotechnologii Nie-ludzi, który nosi tytuł "Godność istot żywych w odniesieniu do roślin" (The dignity of living beings with regard to plats. Moral consideration of plants for their own sake).
Raport narobił zamieszania i był/jest krytykowany z wielu różnych pozycji, co nie może dziwić, bo prawa roślin przyjęto jako wrogie korporacyjnym interesom i niebezpieczne dla niektorych religii, polityki, a nawet nauki... Serwis katolicki Catholic News napisał, że upominanie się o godność roślin jest "nihilizmem /.../ i jest głęboko niszczycielskie dla wyjątkowości istoty ludzkiej, a przez to bardzo niebezpieczne". Tak ujawniło się po raz kolejny manipulowanie przez KK sprawami ekologii: jest za, a nawet przeciw. :-))

Przy okazji opisywanej przez Bakke dyskusji (ale także dostępnym w sieci tekstom) ośmieszano na wiele sposobów "obrońców praw roślin" i wystarczy po te ograne sposoby sięgnąć, aby zarobić na wierszówkę lub za felietonik w tivi. Nie wątpię tym samym w kreatywność naszych medialnych lizusków, kórzy tak bardzo chcą wcisnąć się w dupska korporacji i wiodących (jak się im wydaje) trendów pachnących kasą.

Warto jednak wiedzieć, że gramy wszyscy obecnie o najwyższą stawkę i samym przytykiem "oszołom" już nie da się zamknąć ust. Jest sporo książek, które warto by przetłumaczyć i popularyzować (Bakke wskazuje np. na: Plant Autonomy and Human-Plant Ethics - Matthew Halla), ale jest ich znacznie więcej i wystarczy poszukać w dziale: ethnobotany... :-)) Stawka jest wysoka, bo nasi rodzimi rolnicy od dawna już niczego w poważniejszej skali nie produkują. Wystarczy pojechać na giełdę rolną, aby się przekonać, że krajowa zdrowa żywność od rolników jest mitem. Jesteśmy skazani na żywność pochodzącą z przemysłowego rolnictwa i sprowadzaną z miejsc gdzie nigdy niczego nie będziemy w stanie kontrolować. Na deficyt żywności miejscowej i produkowanej w zgodzie z zasadami upraw ekologicznych (czyli: normalnych) wskazują ceny, które dawno przekroczyły zdrowy rozsądek.

Bakke zauważa, że wykształciły się obecnie dwa nurty oporu wobec działań korporacji i dzikiej, korporacyjnej biotechnologii. Jeden z nich, to próby stworzenia kodeksów etycznych, regulacji prawnych itp. umów opartych na wyciąganiu wniosków z prawdziwego stanu wiedzy, a nie z zachłyśnięcia się możliwościami zarobienia worka kasy. Takie próby są ośmieszane i przewlekle dyskutowane dla zmęczenia materiału i zyskania czasu.
Drugi z tych nurtów i strategii oporu (kontrkultura jak się patrzy! :-) ) to ruch zaangażowanych w konkretne działania: bioartystów, biohakerów, etnobotaników, partyzantów ogrodniczych (guerrilla gardening), nowych rolników i leśników wracających do koncepcji upraw ogrodowych i forest-gardeningu itp.) i innych?! :-))
Najbardziej podoba mi się zauważenie przez Bakke, że: amatorski ruch biotechnologiczny propaguje pozbawione sentymetalizmu partnerstwo, związek i łączność. Właśnie te ruchy mają potencjał krytycznego wyzwania rzuconego obowiązującej antropocentrycznej postawie w stosunku do organizmów żyjących na Ziemi (postawy, którą charakteryzuje instrumentalizacja, kolonizacja, oddzielenie, kontrola itp.)"!!!
Podoba mi się ta myśl, bo dobrze wiem, jak wielu przyrodników chce się "opiekować" (a w konsekwencji zarządzać, kontrolować, oceniać itp.) przyrodą, którą traktują w duchu, który zużył się już całkowicie, ale niestety, nawet jako trup może nam zaszkodzić.
Jestem pod wrażeniem pracy i myśli p. Moniki Bakke i te obszerne cytaty w plaśnięciu... są aby mała biała książeczka/katalog miała w ten sposób jeszcze kilkoro czytelników?!Mam nadzieję, że autorka mi wybaczy?!

Dodałem nad tekstem symbol z kultury Samów, aby wskazać na tradycyjne rezerwuwary wiedzy o wzajemnych związkach roślin i ludzi. One są cały czas obok nas, tak jak rośliny.

Monday, November 12, 2012

Archeologia wyobraźni

Mamy w budyniowie wielu interesujących ludzi, ale czym bardziej intrygują, to mniej o nich mówi się na dworze i nawet okruszki z pańskiego stołu w postaci recenzji, migawek tivi i tematów wspominanych w pismach, nie spadają w lud. Płyty są gdzieś w szafie i w obiegu szeptanym, książki czasem leżą w księgarniach przywalone przez tony innych, wyprodukowanych przez tzw. tuzy i wtłaczanych w głowy przez bogate i ustosunkowane tzw. wydawnictwa, teatry i kluby muzyczne wegetują na marginesie wielkich banerów sponsorowanych przez nas wszystkich, a zespoły grają przypadkowe koncerty na zasadzie "jak się trafi" albo odchodzą w niebyt.
Z drugiej strony zaczyna kwitnąć nurt kultury (revival?), który kombatanci w moim wieku dobrze znają i kiedyś nazywał się kontrkulturą. Tyle, że w latach kiedy musiał się rozwijać (a było to jakieś 40 - 30 lat temu, a dla innych może dawniej :-))  mieliśmy do czynienia jakby z innym państwem, inną (czasem obcą) władzą i masą biednych, skołowanych ludzi bez dostępu do świata i coca coli.
Co jest takiego w organizowaniu się społeczeństwa budyniowego, że zawsze wyklucza obszary, osoby, idee i sztukę, która mogła by go rozwinąć i wyzwolić z budyniowej zasłony. W tak wielu sferach jesteśmy rozpaczliwie nieskuteczni, a w tym wykluczaniu idzie nam nadspodziewanie dobrze?! Tu wkraczamy w sferę osobistych przekonań i nie będę się wymądrzał, chociaż mam swoje zdanie. W Krakowie wraca nowe (ale zapewne także w innych miastach) i np. regularnie odbywają się nielegalne i nieoficjalne zabawy taneczne (rave), których geneza tkwi w bardzo odległych czasach i miejscach. Od lat powtarzałem, że powróci techno i tak się też dzieje. Są kluby i miejsca gdzie grają ekipy omijające z definicji obiegi dworu lub budujące swe własne dwory i systemy komunikacji. Inna rzecz jak te małe dwory potrafią powielać ten, który kontestują... :-) i wykluczać z wielką starannością. Wykluczanie innych jako rys budyniowej kultury? Może więc nie chodzi o powrót kontrkulturowych obiegów, a o władzę (władzkę :-) ) wykluczenia wybranych ofiar? Bo jak możemy kogoś wykluczyć, to oznacza, że my jesteśmy bardziej razem? Nonsens, ale działa.

Czytam właśnie książkę Zdzisława Skroka pt. Wielkie Rozdroże Ćwiczenia terenowe z archeologii wyobraźni (Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2008), który daje popis niezależności i erudycji. Skrok pisze: "sam wybieram ścieżki, które mają duszę. Uciekam od prosto wyznaczonych tras. Trzymam się poboczy, zaginionych traktów..." Dodatkową wielką korzyścią z obcowaniem z myślami tego typu autorów jest zobaczenie, kogo Oni czytają i co dla Nich jest ważne. W książce Skroka znalazłem dobre (chociaż skłaniające do uzupełnienia...) zdefiniowanie ścieżek śpiewu (songlines), a także znakomite opisanie kultury naszej części Europy jeszcze przed przybyciem tu Słowian. Mogłem to docenić i ocenić gdyż właśnie skończyłem teksty do nowej książki napisanej z A. pt. Vaggi Varri - w tundrze Samów, którą przygotowuje do druku Wydawnictwo ALTER z Krakowa. Skrok przywołuje też bardzo interesującego autora rosyjskiego, który twierdzi, że korzenie dzisiejszych Samów leżą w dzisiejszej Polsce (a stada reniferów przemieszczały się w tamtych czasach od Karpat na południu do obszaru Mazur na północy), ale warto wyjaśnić, że chodzi o czas o około 12 tysiącleci  wstecz. Szokujące, ale prawdopodobne (no i jakie ćwiczenie z archeologii wyobraźni) zważywszy na to, co zobaczyłem w Muzeum Archeologii w Krakowie (m. innymi artefakty z poroża reniferów z jaskiń w pobliżu Krakowa). Pojawia się też inny znakomity autor i odkrywca, to Nicolas Bouvier, który twierdził, że: " marsz jest narzędziem poznania intelektualnego i duchowego". W książce Skroka znalazłem też przywołanie buddyjskiego poglądu na las: " to szczególny organizm nieograniczonej życzliwości i dobrodziejstwa, który niczego nie żąda na swe utrzymanie i hojnie rozdaje swe dary, daje schronienie wszystkim, nawet cień niszczącemu go drwalowi".
Skrok napisał kilkanaście książek, ile z nich czytaliście? Bo nie wydało Czarne? Bo nie dostał paszportu Polityki? Bo nie promował (jak p. Leszek Balcerowicz wczoraj) swojej książki przy okazji narodowego święta, albo pod kościołem, licząc na darmowe media...  Z tym aktem egocentryzmu ( i dziadostwa profesorskiego) p. Leszka Balcerowicza może konkurować już tylko p. profesorka (nomen omen :-) ) Jadwiga Staniszkis wskazująca w studiu telewizyjnym palcem na relację z ulicznego pochodu i krzycząca: w żółtym to ja, w żółtym to ja! blisko prezesa, w żółtym to ja!

Ponawiam wcześniejsze pytanie o dziwaczną skłonność budyniowa do samoorganizacji z wykluczeniem wielu szans na korzystny ferment i mądry rozwój? Dlaczego p. Celebrytka Martyna i p. Biały Chrześcijański Podróżnik, a nie inni? Kochamy kicz i bałamucenie, kochamy tani blichtr, błyskotliwość ekranu i kredowego papieru? To może jesteśmy w kupie budyniowej jeszcze na etapie, w którym cieszymy się "koralikami i perkalem" jaki rozdawali biali "odkrywcy" tzw. "dzikim ludom", często o starej i fascynującej kulturze.

Kilka dni temu A. miała spotkanie promocyjne w CSW Kronika w Bytomiu. Kronika, to interesujące miejsce, następne po kilku jakie już wizytowaliśmy w serii promocyjnych spotkań dotyczących mojego  Zielnika podróżnego, a teraz Rubieży kultury popularnej, którą to księgę kontrkultury :-) popełniła A.  Pisząc to, mam w tle rozmowę-wywiad jaki A. właśnie udziela w związku z Rubieżami. Rozmowa jest ciekawa i pewnie będzie gdzieś publikowana, może w Notesie Fundacji bęc zmiana. Poza papierową wersją Notesu (którą preferuję, ale którą w Krakowie dość trudno napotkać) jest dostępna też jego wersja elektro: www.issuu.com/beczmiana  www.notesna6tygodni.pl
To może jednak coś idzie w dobrą stronę? :-)

Ten rok był bardzo intensywny: wyczyn w postaci trzech książek czyli K3!, sporo koncertów połączonych z wyjazdami dość daleko (najciekawszy to event w Alpach!) i kilka dużych projektów zawodowych, wreszcie także wyjazdowa, męcząca promocja książek... więc na listopad zawiesiliśmy granie koncertów. Ale to nie koniec i zamkniemy koncertowy rok w grudniu, w Mikołaja - 6.12.2012  - na scenie Magazynu Kultury w Kolanku nr 6 na Józefa 17 w Krakowie. To specjalny wieczór i okazjonalny projekt IZVOR z Michalem Smetanką, którego kilka nagrań wydaliśmy w World Flag Records , a który zaprezentuje wspólnie z A. travnice (kobiece pieśni pracy ze Słowacji) i kilka reliktowych instrumentów karpackich. Wieczór i projekt to IZVOR czyli specjalnego rodzaju naturalne źródło wody (coś jak samskie aja) w Karpatach i nazywane tak samo w całym łuku tych magicznych gór. Podtytuł eventu w Magazynie Kultury to: po dwóch stronach źródła: bo ja i A. poszukamy brzmieniowego core z pomocą prądu elektrycznego i układów 01... :-), a potem także najstarsze wersje rusińskiej muzyki z Karpat. Mamy nadzieje, na miły wieczór, bo od nowego roku więcej będzie już naszego nowego projektu Noise to Silence.

Na focie Bogdana Kiwaka, pochodzącej z jesiennych warsztatów w Górach Levockich na Słowacji, od lewej: ja, A. i Michal Smetanka. Sporo o etnobotanicznej aktywności i planach na następny rok znajdziecie na www.etnobotanicznie.pl


Friday, October 26, 2012

CMC

Odebrałem kilka grubszych przesyłek i stosik płyt rośnie szybciej niż moje wolne chwile na słuchanie nowej muzyki. Od lat apeluję do kolegów od tej mniej chcianej muzyki, "o której świat nie słyszy" (jak to określał Wojcek z legendarnego Obuha) aby zamiast udawadniania sobie, że możemy być jeszcze bardziej radykalni niż inni, pomyśleć o jakimś mechaniźmie dystrybucji i uważniejszego słuchania naszych produkcji. Najbardziej tajemniczo jest grać koncerty i udawać, że wszystko pojawia się w naszych głowach samoczynnie dzięki geniuszowi i zoterycznym rytuałom.
Brak dyskusji, refleksji i wymiany myśli ( a nie ciosów) zsyła naszą wątłą scenę w nicość.

Do stosiku płyt na stole dołączył wczoraj Koji Asano ze swą nową produkcją (już drugą w 2012 r.!) pt. Mileage Reimbursement, świetnie wydaną (fotografie!) przez Asano Production w serii Solistice (numer 048!). Wszystkie płyty Asano słucham zawsze z wielką uwagą, ale ostatnia dołączyła do dwóch innych, które szczególnie cenię: Galaxies (Solistice 044) i Polar Parliament (S 046). Trzy płyty jednego wykonawcy, ale też trzy światy muzyczne i za tę konsekwencję w realizowaniu wolności twórczej bardzo Asano cenię.
Jest też na stole płyta DEMO (ale nie od DEMOnstracji, ale trzecia w serii: ODEM, DOME...) naszych przyjaciół ze Szwajcarii - Naturtonmusik - czyli Willi Grimma i Gerarda Widmera, którzy zaprosili do tej realizacji kilku nietuzinkowych artystów. Jest więc stary znajomy - Res Margot, który w sierpniu słuchał nas na koncercie w Bernie ( a podobno uważnie słuchał trembity huculskiej...), jest Gilbert Paeffgen, Mich Gerber, Martin Hagler, Hank Shizzoe, Bardo Bernard Jager, Pudi Lehmann, gigant Paul Giger i Ania Losinger... O niektórych z tych muzyków pisałem w ostatnim numerze Glissando przy okazji omawiania nowych kontekstów szwajcarskiej muzyki tradycyjnej, ale o innych w Polsce nie wiadomo zbyt wiele. Różnica pomiędzy tamtymi nieznanymi w Polsce, a nami, nieznanymi w Szwajcarii jest taka, że Oni spotykają się, grają koncerty, robią filmy i nagrywają wspólne płyty, co w naszym środodowisku jest - jak dotąd - trudne do pomyślenia.  Od lat tego próbuję, ale widzę słaby entuzjazm. Czym mniej doświadczony muzyk, tym więcej kłopotu; bo to nie tak zmiksowane, tamto by inaczej zrobił, a ogólnie to zazwyczaj bardzo oszczędzają swój geniusz na jakąś inną, ważniejszą okazję?!
Jakiś czas temu A. zwróciła uwagę na dobrze brzmiący zespół Fifidroki i staraliśmy się włączyć go w działania Festiwalu Karpaty Offer. Nie udało się to, a od roku już nie wspieram tego przedsięwzięcia i byłem pewny, że nasze drogi się nie skrzyżują. A tymczasem przy okazji koncertu Karpat Magicznych w Chorzowie dwa tygodnie temu, spotkaliśmy się z kompetentnym i tryskającym entuzjazmem Norbertem Jasłowskim - gitarzystą tego projektu. No i pięknie wydany albumik Fifidroków pt. Hercklekoty leży na moim stole... Nie wiem, czy Fifidroki grają jeszcze w tamtym składzie (bo 7 osób w zespole uważam za piękną ideę, ale nie do utrzymania na dłuższą metę), ale w doskonale zagranej i zaaranżowanej muzyce kryje się wielka dawka radości i siły.

Poza tymi wybranymi i zgoda, że bardzo różnymi co do inspiracji i filozofii uprawiania muzyki i pracy z dźwiękiem, artystami i kolektywami artystów, na moim stole leżą także powoli pojawiające się filmy i obrazy z naszą muzyką. Jest piękna impresja na temat kultury Karpat do naszego starego utworu Góry nad Chmurami zrealizowana przez fotografika Adriana Spółę i polecam jego świetną stronę ( za nazwę dodatkowy plus!) www.Donkliszot.com i czeka na techniczną oprawę i umieszczenie w sieci. Jest też już możliwy do oglądania na YT - Fat Moon! W drodze są moje własne obrazy filmowe z tundry, ale chyba jeszcze trochę poleżą na stole...

Przed godziną skończyłem oglądać relację na żywo z konferencji Zwrot cyfrowy w humanistyce - internet - nowe media - kultura 2.0 (są dostępne podkasty) odbywającej się w Lublinie, na której miała wystąpienie A. i m. innymi Maciek Ożóg... znany także z eksperymentów dźwiękowych i własnych projektów muzycznych. Dyskusja o CMC ( Computer - mediated communication) i AR (Augmented Reality) plus bardzo interesująca i miała też wątki budyniowe. Ogólnie rzecz ujmując uczestnicy potwierdzili obecny ministerialny "trynd": wszyscy chcą innowacyjności, ścigania się z Harvardem i Nobla minimum raz na dwa lata, ale powinno się to zrealizować bez pieniędzy, w czasie wolnym od dydaktyki i dorabiania (tj. około drugiej w nocy) i poza uniwersytetami, bo te mają od jakiegoś czasu produkować sprawnych rzemieślników i to tylko w zawodach gdzie są niedobory kadrowe. Widać z tego, że poza wypie... ministra kultury wraz z jego świtą i całym ministerstwem, trzeba też pogonić mistra/ministerstwo szkolnictwa wyższego. Uniwersytety dadzą sobie radę same, a szkoły zawodowe zakładane przez chłopków roztropków w terenie są mi obojętne.

Japonia, Szwajcaria, Śląsk, Kraków, Lublin ... czy to jest już CMC? Pewnie tak, ale czy AR - ulepszona rzeczywistość (a nie poszerzona jak się często u nas tłumaczy) jest taka znowu dobra?
Czy CMC daje AR bez analogowych kontaktów? Chyba jest tylko znakomitym uzupełnieniem lub kontynuwacją albo wstępem. Ale z drugiej strony, kto z Was by o tym pogadał ze mną około siódmej wieczorem w piątek? Przysłuchując się wystąpieniom i dyskusji doszedłem do wniosku, że Carlos Castaneda powinien mieć przywrócony tytuł doktorski, pospiesznie odebrany mu za książkę
A Separate Reality (Odrębna rzeczywistość) gdyż opisał tam AR w wersji nie Zachodniej i znacznie bardziej wnikliwiej niż to się robi teraz.

Jutro przekonam się około 15-stej ile osób zechce analogowo spotkać się i pogadać o etnobotanice.

Na mojej focie piękny okaz muchomora (Amanita muscaria) z Kvikkjokk za kręgiem polarnym plus informacja, że nawet korzystania z jego psychoaktywnych właściwości nauczyły nas zwierzęta, a konkretnie renifery i początkowo ludzie pili ich mocz utrzymujący łagodniejsze dawki aktywnych substancji. Ludzie potrafią jednak wszystko doskonale zepsuć i obecnie macerują grzyby w wódce...

Saturday, October 06, 2012

CULTURA ANIMI

Za dwie godziny ruszamy na małą, ale dobrze się zapowiadającą trasę promocyjną, podczas której będziemy starali się przekonać do naszych książek solowych, a głównie do dzieła A. pt. Rubieże kultury popularnej. Określam je jako "solowe", dla odróżnienia od najnowszej książki pt. Vaggi Varri - w tundrze Samów, którą napisaliśmy razem. Trasa wiedzie przez: Rebel Garden, Dobrą Karmę, Tajne Komplety i Meskalinę... Prawda, że ładne nazwy? Bez fałszywej skromności cieszymy się, że jakoś dziwnym trafem nie są to miejsca dotowane przez pana ministra, tzw. "wpływowe koła" albo kruchtę.
Kiedy tak układałem sobie w głowie te wszystkie sytuacje, w których mimo morderczej pracy, zyskiwanego doświadczenia i ewidentnych sukcesów, wszystko co robimy jest w mediach komercyjnych całkowicie niewidoczne (albo spychane na margines zręcznymi gierkami słownymi, w rodzaju "niszowość"), znaleźliśmy się na otwarciu Krakowskich Reminiscencji Tetaralnych. Pośród błachych prac i amatorskich pomysłów na bioart (na którym nagle wszyscy się już "znają") powaliła mnie miła pani Jae Rhim Lee, m. innymi "infinity burial project". Poza wszystkim co pokazała JRL, padło w czasie prezentacji bardzo ważne zdanie o kulturach i kontr-kulturach, rozumianych jako pojęcia biologiczne.
Kiedy pada słowo kultura, to tytani intelektu, albo starzy dzisiaj, a kiedyś pilni uczniowie szkół ponadpodstawowych, myślą o łacińskim colere lub cultus agri - pojęciach sugerujących uprawę. Uprawiać można rośliny, bakterie, grzyby, ale także naukę i sztukę. W tym kontekście pojęcie uprawy jest bliskie pojęciu praktykowania religii.
Kultury bakterii można zwalczać z pomocą kontr-kultury innych bakterii lub wirusów. Kultury rolne zmieniają się i upadają gdy pojawiają się sprawniejsze, bardziej przydatne i interesujące kontr-kultury innych roślin.
Z kulturą w rozumieniu biologicznym (ale czy tylko?) związane jest też pojęcie monokultury.
W nauce o dynamicznych powiązaniach pomiędzy gatunkami a środodowiskiem (nazwa tej nauki: ekologia) pojęcie monokultury jest bardzo ważne. Kiedy jakiś gatunek i jego kultura zaczyna budować monokulturę jest to początek jego (i jego kultury) końca. Trwa to dłużej lub krócej i monokultura broni się zaciekle, ale tak czy siak zginie. Jedną z taktyk obronnych monokultur ( oczywiście w sensie biologicznym...) jest modyfikowanie się z pomocą zaszczepiania małych ilości kontr-kultur. Inną strategią przedłużania twania monokultur jest wytwarzanie substancji niszczących lub tylko neutralizujących kontr-kultury, w rodzaju mentalnych budyniów :-)), albo przejmowania  wypracowanych przez kontr-kultury, ale nazbyt sztywnych wzorców). Rozciąga to w czasie upadek monokultury, która staje się z czasem hybrydą nafaszerowaną dziwnymi (bo sprzecznymi ze sobą) tworami / komunikatami, niby ser dziurami.
Warto zastanowić się nad tym czy warto być szczepionką dla monokultury, która nas latami zlewa, marginalizuje i babrze budyniem Czasem pewnie nie będziemy mieli wyjścia, ale czuję mocno, że czas na szczepienia ochronne tych wszystkich aroganckich dziennikarzy, gremiów wpływowych i telewizyjnych i radiowych kurwiszonów minął. Jak będziemy chcieli (i bedziemy żyli), to napiszemy następny stos dobrych książek i nagramy jeszcze kilka płyt bez wpadania w medialne bóle od leżenia na hamaku w Bangkoku. Bo ani te książki, ani też płyty, ani kulturalne paszporty rozdawane przez prowincjonalne sitwy i samonagradzanie się warszawskich muzycznych perpetum mobile nie są naszym celem. Kontr-kultura na tą rozkładającą się monokulturę to klasyka gatunku... he, he, he....  i pozwolę sobie zacytować Cycerona (!) - dostępnym nam celem i środkiem zarazem jest cultura animi - uprawa umysłu. Rzecz jasna nie tylko w biologicznym sensie...
Na focie A. : trąba jerychońska :-)) w Szwajcarii.

Sunday, September 09, 2012

KLANGFESTIVAL: TO i OVO !

Wróciliśmy dzisiaj wczesnym  rankiem z kolejnego tego lata, bardzo udanego wyjazdu do Europy Środka. Katowice około 6. rano przywitały nas drobnym kapuśniaczkiem i widokiem zamroczonych alkoholem młodych ludzi... Sonosfera była równie przygnębiająca, po słońcu, kulturze, doskonałej organizacji festiwalu i znakomitej muzyce oraz zjawiskowej biofarmie pod Linzem w Austrii.

Klangfestival #5 to lokalny, mały festiwal organizowany przez załogę świetnych ludzi w okolicy małego miasteczka i w oparciu o bio farmę. Jest to żywa antyteza obecnego "tryndu" festiwalowego w Polsce, który mieści się gdzieś pomiędzy Przystankiem Woodstock, gdzie podobno w przyszłym roku ma wystąpić sam Pan Bóg (bo już inni wszyscy święci byli...), a OFF Fest. gdzie już w tym roku wystąpił sam Pan Bóg w duecie z Jimi Hendrixem. Ten prowincjonalny "trynd" dawno temu wyznaczył wieszcz: a teatr mój widzę ogromny! Oczywiście rozumiem potrzebę edukowania szerokich mas i znalezienia zajęcia dla absolwentów szkół zawodowych i innych młodych, którzy jak się im nie pokaże Pana Boga palcem, to nigdy Go nie zobaczą... ale tak by się chciało coś dla dorosłych?!

Na szczęście dla nas, niezbyt daleko od tej krainy budowania (budyniowania?) marki i tanich chwytów wydziału promocji miasta i gminy, organizuje się całkiem inne festiwale i muzyczne spotkania. Klangfestival był doskonałym przykładem na odmienny punkt widzenia i trwałe korzenie kontrkultury. Po pierwsze; nie miał być wielki i nie miał gromadzić tysięcy ludzi, którzy mieli by się obligatoryjnie bawić. Po drugie był zdecydowanie autorski, co oznacza, że nie kupujemy Pana Boga, bo jest już wylansowany i ma blisko z wakacyjnej trasy, ale zapraszamy te ekipy, które cenimy, które są intrygujące muzycznie i realizują swoje własne programy od lat. Do tego potrzebne jest jednak rozeznanie, osłuchanie, dobre środowisko i odwaga. Nie wystarczy notesik pt. koncertowe lato 2012 - Europa. No i inna jest sama organizacja festiwalu, który jest nastawiony na kontakt, na wspólne muzykowanie, na obieg, a nie na dobrą zabawę dla mas. Od lat staramy się tłumaczyć wielu organizatorom, o co w tym chodzi, ale zawsze wiedzą lepiej i rodzą nieznośne megafabryki z setką zespołów w jeden wieczór, grających po 20 minut każdy, albo dokładają mszę. Wszystko po to, aby zadowolić publiczność, tak jakby nie wiedzieli, że naszą publiczność zadowolić się nie uda nigdy i niczym właściwie. 

Festiwal rozpoczął się nieoficjalnym, ale doskonale zorganizowanym wieczorem we czwartek 6. września w lokalnym klubie i pod wezwaniem: klangfestival warm up / open impro / bring your klangwerkzeuge and join.... Przyjechaliśmy tam późnym wieczorem, już po piewszym secie jamu, ale i tak Ania wsparła ekipę muzyków z USA / Finlandii / Austrii, aż było miło słuchać i być tam! To pierwszy ruch jaki należy wykonać: dać muzykom pograć i spotkać się, wymienić uwagi i obserwacje, wypić razem piwo, wino i colę. To od tych pierwszych spotkań i miłych odkryć wspólnych znajomych, tras, klubów i poglądu na niezależny obieg kultury, zaczyna się dobra atmosfera i prawdziwy festiwal.

Na drugi dzień (piątek 7. września) nieco pospaliśmy w miejscu, które powinno stać się tematem innej opowieści i zostaliśmy przetransportowani na farmę położoną o jakieś 5 km od miasteczka, klubu i noclegu. Farma okazała się ekologicznym gospodarstwem rolnym. I tu jest ważne aby zaznaczyć, że wszystkie słowa typu: ekologiczna (jak tłumaczę biofarm), farma i gospodarstwo rolne oznaczają trochę co innego niż u nas. Ekologiczna (bio...) oznacza, że krowy są szczęśliwe i mają nawet mechaniczne szczotki do czochrania się po przyjściu z pastwisk, farma oznacza to, że produkuje się tu mleko, owoce i inne produkty rolne, a rolnictwo nie oznacza, że właścicle są na lipnej rencie, nie płacą podatków i siedzą w Norwegii, gdzie kładą flizy i podłogi... Właściciel biofarmy, ani na moment nie zaprzestał czynności jakie wykonuje każdego dnia i było to całkiem rewelacyjne! Krowy były tak aktywne, że nawet na chwilę ukradły show grupie teatralnej, a też nikt nie zalepiał im pysków kiedy miały ochotę porykiwać.  Drugi krok ku alternatywnej imprezie: nie udajemy, że jesteśmy w centrum Nowego Jorku, a z Iggy Popem, to my ze szwagrem nie takie... akceptujemy, że jesteśmy na biofarmie, a krowy mają swe prawa nie tylko na wpisach aktywistów na FB. Pojadaliśmy doskonałe śliwki i jabłka z drzewek na farmie i obserwowaliśmy jak z kolejnych samochodów wysiadają znajomi organizatorów i każdy taszczy ciasta, chleby, konfitury i ciepłe dania... Stół ustawiony przy scenie plenerowej uginał się po godzinie od darmowego jedzenia, a barek zaimprowizowany pod starą jabłonią serwował piwo, colę i lemoniadę.
No i meritum ważne dla każdego, kto sporo koncertuje: dwie sceny plus cała farma jako scena dla teatru i naprawdę dobry sprzęt nagłośnieniowy, oświetlenie itd. itd. , a nie stare wzmacniacze wygrzebywane raz do roku z kanciapy elektryka gminnego...
Najbardziej zazdroszczę sprawnych, cierpliwych i życzliwych ludzi, którzy wszystko przygotowują i na wszystkie komunikaty ze sceny odpowiadają: zaraz zobaczymy co da się zrobić... A tym razem mieliśmy duży kłopot... bo po kilku ostatnich przepakowaniach i koncertach w Austrii i Szwajcarii... zapomniałem istotnej części naszego dość mało typowego sprzętu. Ale zobaczyli co da się zrobić i jednak udało się nam wszystko, czy prawie wszystko uruchomić.
Dwie sceny dlatego, że jedna z nich, plenerowa była właściwie uruchomiona tylko dla nas, a wszystkie pozostałe zespoły, które używają perkusji, grały w dużej sali koncertowej urządzonej w budynku gospodarskim.
Klangfestival #5 otwarł znakomity spektakl teatralny, potem był set czystej muzyki elektrownicznej i po dziewiątej wieczór - my z Ericem Arnem firmowani starym: The Magic Carpathians Project. Granie z Ericem zawsze jest sporym i mocnym doświadczeniem. Tym razem było jeszcze lepiej niż dotąd, a Eric wyraźnie zrelaksowany i rozegrany czwartkowym jamem był w znakomitej formie.

Zrobiła się noc i wszyscy przeszli do sali koncertowej na koncerty i sety ekip, które zadziwiały doskonałym brzmieniem, ale także pomysłem na kreację sceniczną. Do tego wszystkiego doszło stanowisko niezależnego radia (free form radio) urządzone w przyczepie kampingowej, z której koncerty były transmitowane. Reporterka tego Radia nie pytała Ani ulubionym, polskim pytaniem: jak się to wszystko zaczęło, bo to by znaczyło, że się nie przygotowała do programu... ale pytała o wiele innych spraw. I tu dochodzimy do konkluzji, że u nas brakuje prawdziwych dziennikarzy, a Ci co walczą o cokolwiek interesującego, to jakimś dziwnym trafem są wolnymi strzelcami i nie potrafią się zorganizować w nurt niezależnych mediów, poza jakimś sektorem internetowym, w którym jest jednak wielu przebierańców.
Podczas Klangfest. zagraly ekipy: OVO, Jarse, Dirt Deflector, Die Prasidentinnen Besuchen eine Kunstausstellung. Family Institute i The Magic Carpathians Project. Czystą radość z obcowania z energią samą w sobie dawało słuchanie i oglądanie duetu OVO z Włoch. Po koncercie pogadaliśmy trochę ze Stefanią Pedretti, znakomitą wokalistką i gitarzystką OVO (także solowy projekt), która jakoś nie mogła sobie przypomnieć koncertu w Warszawie, ale pamiętała znakomity koncert w Brnie (jest dostępny w sieci na You Tube). Kiedyś wylądowaliśmy na jednej składance z OVO i pamiętaliśmy tę formację, ale spotkanie oko w oko z Nimi to była czysta przyjemność. Stefania gra coś, co nazywane jest noisem, ale moim zdaniem jest to ten rodzaj noiseu, który nas interesuje najbardziej czyli noise zagrany i nie mierzony decybelami, a energią. Sceniczny image OVO był na Klangfestival znacznie mocniejszy niż ten z Brna, a przyjęcie publiczności (w tym muzyków innych grup) znakomite.
Nie chcę się rozpisywać o zespołach, bo wszystkie grały interesujące, niezależne od mody sprawy (Finowie!), ale przecież przy tego typu spotkaniu najważniejsze nie jest ilu ludzi oczarujesz w ten wieczór, ale to, czy Twoja droga jest oryginalna i własna i czy potrafisz to udowodnić przy podobnych sobie. Wbrew pozorom, muzycy w tego typu miejscach są bardzo wyczuleni na pustosłowie, gwiazdorstwo i brak oryginalności. Mamy tylko własną muzykę, takie miejsca jak opisywany Festiwal i delikatny obieg informacji. Nawet Pan Bóg jest chyba po stronie masowych, socjotechnicznych akcji?
Poza koncertami festiwalowymi moją uwagę zwróciło duo, grające jedynie podczas jamu w klubie (pre-festival jam), o nazwie Bird People, od których dostaliśmy bardzo ciekawe wydawnictwa. Słuchając tej muzyki na moment przenieśliśmy się do San Francisco...
Festiwal skończył się późno w nocy, a właściwie nad ranem. Rankiem wszystko było posprzątane, a krowy nucąc kilka riffów OVO i The Magic Carpathians Project poszły na pastwisko...

Około południa w sobotę, siedzieliśmy jeszcze na trawniku przed budynkiem gdzie nocowaliśmy i raczyliśmy się kawą i lemoniadą (typu hipsterskiej bionade) rozmawiając leniwie o tym i Ovym.
Eric Arn wkrótce przyjedzie na koncert ze swą formacją Primordial Undermind do Bydgoszczy... i nam to bardzo pasuje: razem bedziemy grali "tylko" w Krakowie, Austrii i USA, bo polskie piekiełko czuwa nad dobrym rozwojem budyniu mentalnego. No to: na zdrowie!
Na focie Ani: 2/3 TMCP, Klangfestival #5!

Sunday, August 26, 2012

Wiedeń, Bern i źródła Renu

Po tundrze każdy wyjazd wydaje mi się nie do końca konieczny, albo wręcz zbędny. Tym razem jednak mieliśmy wielką ochotę na spotkanie ze starymi znajomymi, którzy żyją w uciążliwym i nudnym dobrobycie starej Europy. Wiemy, że kapitalizm się załamał, demokracja nie zdała egzaminu itd. itd. i tym bardziej chcieliśmy się utytłać w tym zgniłym systemie zanim lewacy zaprowadzą nowy ład i zamkną nas w łagrach. Poza tym były jeszcze wakacje, a nikt nas nigdzie nie zaprosił poza Wiedniem, Bernem i tajemniczym kolektywem z jakim mieliśmy działać w Alpach. W podstawowym i logistycznie najsprawniejszym składzie, ruszyliśmy zatem na południowy zachód.
W Wiedniu odebrali nas z dworca Eric i Vanessa. Jeszcze tego samego dnia, a raczej nocy, słuchaliśmy koncertu muzyki elektronicznej w zasłużonym dla tego gatunku klubie słusznie urządzonym pod wiaduktem i torami kolejki miejskiej. Solowy koncert zrobił na nas dobre wrażenie i tylko papierosy jako dekadencki dodatek do hipsterskiej aż do bólu postawy artysty cofnęły nas o kilka lat wstecz... Nic nie sprzęgało, nic się nie kłębiło, a grało... pewnie dlatego, że nie było pana Rysia z panem Witkiem, co się znają na kablach i mają lutownicę zawsze gotową do lutnięcia. W naszym postępowym budyniowie panowie Rysiu i Witek są nieodzowni i to oni dają zawsze pierwszy artystyczny dreszczyk w kategorii teatru absurdu. O, jak mi brakowało tych fachowych nawoływań: idzie / nie idzie / nie mam sygnału oraz pytań o to czy męski czy żeński? Ot, zachodnia zgnilizna i zgubny perfekcjonizm, który odbiera pracę małorolnym chłopom po zasadniczej elektrycznej.
Po wypiciu lemoniady przed klubem pełnym hipsterstwa zaschnięty budyń z moich butów odpadał płatami. Rankiem poszliśmy w miasto... a miasto Wiedeń jest dość interesujące do momentu gdy nie trafimy na główny plac i te wszystkie inne place z wykwitami megalomanii i przyciężkich idei. Kraków wydał się nam koronkowym cackiem i uciekliśmy do mieszkania. Na kilka godzin przed koncertem zainstalowaliśmy się w jednym z najmodniejszych, niezależnych miejsc w Wiedniu. Surowe i zrujnowane wnętrza trochę nas zaskoczyły, ale nie takie kluby widzieliśmy w Bay Area i podłączyliśmy wszystko co niezbędne z pomocą minimalnej ilości sprzętu. Eric i Vanessa obiecali nas wesprzeć więc nagle przeistoczyliśmy się w interesujący kwartet. Przed nami zagrała miejscowa ekipa ze świetnym muzykiem z Afryki Południowej, z którym od pierwszych chwil nawiązaliśmy miły kontakt. Słuchając tej ekipy żartowaliśmy, że gdyby ktoś tak grał w Polsce to miałby już w nosie muchy przeogromne, a może nawet ze dwie tse-tse. Chociaż nie, bo w budyniowie wszystko zależy od tego czy ma się kolegów w poczytnej (jak sama twierdzi...) gazecie, tygodniku i tivi... i czy zna się dobrze oblatanych w budowaniu marki (budowanie marki jest jakąś obsesją kuratorów, kuratorek i innych bardzo artystycznie i światowo zorientowanych młodych wspaniałych), w ostateczności pozostaje jakiś browar i jego dyrektorzy kreatywni, kreatywni czasem do bólu, który pojawia się gdy oglądamy ich wymysły. No więc goście zagrali tak, że zrobiło się całkiem miło. Przyszła kolej na nas i okazało się, że na znany nielicznym bo niszowy w Polsce zespół, wspomagany przez dwójkę Amerykanów, przyszło całkiem sporo ludzi w wieku od około dwudziestu do około sześćdziesięciu lat plus znany nam dotąd jedynie z wymiany korespondencji i tekstów redaktor magazynu Skug. Mimo tego, że brakowało mikrofonu, a my dysponowaliśmy małą częścią własnego sprzętu, udało się w kilku momentach osiągnąć przyzwoitą klarowność naszej muzyki i mam poczucie, że to wystarczyło.Słuchacze zdawali się rozumieć prostą zasadę, że dostają muzykę w technicznym opakowaniu klubu.
Świetny wieczór, dobra muzyka przy pakowaniu gratów i mała, nocna kolacyjka w mieszkaniu naszych przyjaciół utwierdziła mnie w przekonaniu, że ten wyjazd ma jakiś sens.
A później było już tylko lepiej. Spotkanie z Willym Grimmem i jego żoną, później z Gerardem Widmerem i sam koncert w sali prawdziwego ośrodka muzyki, powstałego dzięki pracy i doświadczeniu kilku mądrych ludzi, a nie z łaskawej dotacji wujka ministra, było jak udrożnienie tchawicy zatkanej budyniem. W Bernie także wiele spacerowaliśmy i do dzisiaj nie mogę uwierzyć, że rzeka przepływająca przez miasto jest krystalicznie czysta, a ludzie spływają nią do centrum... bo podczas upałów jest szybko i miło. A u nas Wisła - Królowa Rzek gęsta jak gnojowica, a kasa idzie na Sacrum Profanum. To tak jakby w gumiakach wybrać się do opery i mieć do tego rozporek z urwanymi guzikami. Szkoda słów i tylko żal, że te gumiaki przyrosły nam na stałe...a guziki gdzieś przepadły. Prawie cztery dni w Bernie dały nam wiele przyjemności i inspiracji, ale także zwykłego wytchnienia. 
Ostatnim i najbardziej tajemniczym etapem naszej podróży na zgniły zachód była wyprawa na wezwanie człowieka, który od dziewięciu lat opracowywał ramy znaczącego spotkania w niezwykłym miejscu w Alpach. Nie wchodząc w szczegóły była to wyprawa dość karkołomna, ale dotarliśmy w niezwykłą dolinkę leżącą na wysokości około 2 300 m i okoloną znacznie wyższymi szczytami Alp.  Pracowaliśmy tam przez dwa dni mieszkając w zaimprowizowanym obozie namiotowym. Coś jakby muzykować i medytować w Dolinie Pięciu Stawów w Tatrach. Droga do Zurichu wzdłuż Renu i jego arcyciekawych przełomów dał nam wiele do myślenia.
Powrót do budyniowa zaczął się już w Zurychu. Po pierwsze dworzec autobusowy z jakiego mieliśmy autobus wyglądał tak jak stary dworzec w Sofii jakieś 15 lat temu... A potem, już przy wsiadaniu budyń buchnął na nas szerokim strumieniem. Wystarczyło usłyszeć od pana (... i władcy autokaru) kierowcy, że osoby o różnych nazwiskach nie muszą siedzieć razem, bo przecież wiadomo, że nie mogą być mężem i żoną, a potem instrukcję jak mamy postępować aby wszystko w autobusie "pozostało w stanie nowości" i o tym, że powinniśmy powstrzymać się od wcierania czekolady w oparcia foteli... Przy barwnym opisie co możemy, a co raczej nie robić w ubikacji i że jeżeli już to mamy starać się trafić w dziurę... wymiękaliśmy ze śmiechu. Przestaliśmy się śmiać kiedy pan kierowca z wyraźną satysfakcją zarządał od nas po 15 euro za każdy duży bagaż ponad dwa dopuszczalne... Ile jeszcze będziemy męczyli się z głupimy ludźmi maskującymi słomę w butach białymi skarpetkami i odorem tzw. "przemysławki".
Ale koncerty, Alpy, jezioro smoka i energetyczne spotkania dały nam siłę aby przetrwać aż do Krakowa i przetrwaliśmy!
Na gorąco podsumuję nasz wyjazd tak: żyjemy w kraju namiastek, powierzchownych, a często tylko pozornych działań, w kraju gdzie jest zbyt dużo publicznych pieniędzy, gdzie młodzi wujkowie i ciocie od kreowania marki i sztuki współczesnej rozlewają się bezkarnie w naiwych akcjach i prostackim nie/rozumieniu sztuki, gdzie politycy zawłaszczyli całą przestrzeń publiczną i buduje się pomniki wojnie, gdzie liczy się wyłącznie władza podziału wyszarpanych tu i tam dóbr... w takich warunkach trudno jest zwyczajnie żyć i nie wyć!
No i zaraz po przyjeździe mamy prawdziwe problemy: Kora i jej Wielki Konopny Dziad plus piesek narkoman, prostak od jointów robiący marny happening w marnej tivi, jakieś sranie w banie Palikota...
Jedyne co można w tej sytuacji zrobić to pracować ponad siły i bez większych przerw i mieć w planie wyjazd gdziekolwiek.