Monday, May 21, 2012

ETNOBOTANIKA

Rytualne zaczynanie kolejnego wpisu od stwierdzenia, że wiele się ostatnio działo... nie ma już sensu, bo tak widocznie będzie już zawsze i czas się do tego przyznać/przyzwyczaić. Codzienność nie składa się wyłącznie z dużych sytuacji, ale raczej z pasma wielu drobnych aktywności i to one najmocniej wpływają na nasze samopoczucie. Te same dni oglądane z pewnej perspektywy sprowadzają się zazwyczajk do mocniejszych akcentów i grubszych akcji. Pisanie bloga "z bliska" byłoby prawdziwsze, ale nudne i wyczerpujące, a pisanie z perspektywy czasu jest raczej projekcją niż rejestracją.
Z takiej właśnie perspektywy kilku dni pozostaje z nami ciągle żywa wizyta w Śląskim Ogrodzie Botanicznym w Mikołowie z okazji Dni Bioróżnorodności i mojego krótkiego, zawodowego wykładu. Z bliska to było kolejne bliskie spotkanie ze Śląskiem w postaci cukierni, języka, kuchni, ciężkich zasłon w oknach restauracji, placków ziemniaczanych z łososiem... skweru Przyjaciół z Miszkolca... W Ogrodzie był spacer wśród kwitnących krzewów i rozmowy o filozofii przyrody.  Z bliska było bardzo miło i dobrze ten czas wspominamy.
Kuba z Kawiarni Naukowej podesłał nam maleńki ślad naszego tam koncertu. To trochę muzyki i kilka fotografii, ale jako ślad odciśnięty w internecie na tzw. "zawsze" jest o.k. Zostanę raczej oldschoolowcem w tej kwestii, bo zdecydowanie wolę takie robocze zapisy... to przecież muzyka, a nie film. Bo to jest czas "z bliska"...a w tym czasie także mała sesja w studiu przy montowaniu i masterowaniu nagrań z joikiem oraz dwóch fragmentów z koncertu w 2011 roku we Wrocławiu, w których gramy z Damo Suzuki w towarzystwie rewelacyjnych: Job Karma i Igora Boxa! Kawałki są całkiem ładne...! Z bliska widać też, że rozkręca się pisanie o tundrze, Samach, joiku i reniferach...
 Z bliska widać też, że byłem dwa razy w górach liczyć kwitnące okazy zagrożonej rośliny - Primuli farinosy, a to nadaje sporą część wiosennego smaku.
Dzisiaj dotarła wiadomość z Wydawnictwa Ruthenus, że ksiażka Zielnik Podróżny jest już wreszcie wydrukowana. Wreszcie, bo to długa historia... Rozpoczęła się w 2009 roku pisaniem i w 2010 podpisaniem umowy z Wydawnictwem XY z Warszawy... Wszystko było bardzo pięknie, aż do czasu gdy książka była gotowa... bo wtedy Wydawnictwo XY wystawiło mnie do wiatru i zerwało podpisaną umowę... W 2011 roku wydrukowałem zeszyt dla biorących udział w warsztatach etnobotanicznych jakie dość regularnie prowadzę od wielu lat. Zeszyt złożyłem z kilku tekstów z przygotowanej książki. Książkę uratował Wojtek K., który zapalił się do mojego pisania przy okazji przewodnika po Starym Sączu i postanowił poszukać odpowiedniego wydawnictwa. Znalazł Ruthenusa z Krosna i zaczęło się właściwie raz jeszcze. Do nowej wersji książki weszły rozdziały, których mili panowie z Warszawy nie chcieli i okazało się, że może też być trochę kolorowych fotek... Szukaliśmy sprawnego designera i składacza, łamacza itd. w jednym i padło na Tomka Rolnika Czermińskiego... Nikt z nas w tamtym czasie nie spodziewał się takiej wielkiej roboty... Cały czas Bogdan Kiwak z cierpliwością buddyjskiego ascety kadrował, wyszukiwał, zmieniał itd. itd. setki fotografii. Pisanie książki w przełożeniu na język życia domowego jest jak kataklizm... na szczęście A. sama jest w samym środku swojego pisarskiego kataklizmu i potrafii wiele wybaczyć. Koncepcja, że pisanie książek jest zajęciem spokojnym, systematycznym i połączonym z wieczorami pełnymi dyskusji i spotkań z przyjaciółmi... jest z gruntu fałszywe! To raczej wojna, akcja ratownicza, długotrwała depresja i mania prześladowcza w jednym. Wszystko to jest jednak bardzo inspirującym i oczyszczającym doświadczeniem. Po napisaniu własnej książki nie jest się już tym kimś, kto naiwnie przystępował do pracy. Próbowałem porównać proces pracy nad płytą z pisaniem książki i jednak są to różne doświadczenia. Płyta jest jak jeden, ważny i spory rozdział w książce... ale nie jak całość. W pisaniu najbardziej podoba mi się alchemiczne przekształcenie tych wszystkich ulotnych, miękkich i intuicyjnych zachwytów, które są "z bliska" całkowicie bez sensu i nie świadczą o potocznie rozumianej zaradności, w coś trwałego, miejscami wspaniałego, w ślad... jeżeli nie na zawsze, to na długo. Mówiąc obecnymi zjawiskami, to jest to, co kiedyś spowoduje kilka smutnych wpisów na temat autora na FB...
W najbliższy piątek spotkanie autorskie w Dobrej Karmie i kameralny koncert, a 31 maja wykład z okazji książki na Uniwersytecie Rolniczym w Krakowie, potem znowu Śląsk, warsztat etnobotaniczny na Słowacji i może Warszawa.
Z "daleka" będzie to wyglądało bardzo pięknie, ale z "bliska" to ciężka praca i praktykowanie cierpliwości...


Saturday, May 05, 2012

JOIK KRUKA

Przyjemnie zimny powiew z balkonu powoduje, że chce się pisać. A jest to przecież zadanie skazane na niepowodzenie i zaczyna być to moim poważnym problemem. To co błahe i podszyte żarcikiem pisze się znakomicie, ale to co ważne, zapadające gdzieś głęboko i znaczące jest trudne do opisania. Nie chodzi o słowa, nie chodzi o słowa połączone w zdania i nie chodzi też o zdania połączone w opowieści. To problem daleko bardziej złożony i fundamentalny. Bo gdyby się w tej formie pisania udawało jedynie lekkie i wesołe, to dla mnie oznacza koniec zaangażowania. Zawsze pozostaje jeszcze pisarska forma obronna czyli rodzaj dziennika...
Jest początek maja i wróciliśmy właśnie z Zamagurza czyli niewiarygodnie pięknych terenów z widokiem na Pieniny. Schroniliśmy się tam aby nasze głowy nie eksplodowały po zagęszczonym paśmie koncertów i SPOTKANIU z Per Niila Stalką i Lotte Willborg Stoor. Gdy wyczekaliśmy Ich na Balicach i zobaczyliśmy tę sytuację w jej całej bezbronnej naiwności, która ma jednocześnie moc kruszenia skał... zastanowiłem się poważnie nad naszym: absolutnym brakiem przystawania, nie wpisywaniem się, niedostatkiem rozsądku, zapobiegliwości itd. itd. Takie lgnięcie z punktu widzenia naszej osobistej karmy jest aktem obciążającym i grozi odrodzeniem się w postaci łosia lub renifera.

Zielone na wszelkie sposoby i otwarte do samych granic świata przestrzenie Karpat zaleczyły w kilka godzin nasze rozedrgane myśli, ale tym razem nawet po kilku dniach dryfu po doskonale nam znanych miejscach (w tym mieszczą się także stale robione odkrycia miejsc nowych) nie pomogło i o uzdrowieniu mowy nie ma! Nawet spanie po 12 godzin w wiosennym powietrzu pełnym pyłków, zapachów, fluidów i aktywnych mikrodrobin powodujących, że czas pomiędzy snem a jawą staje się bardzo długi i wypełniony wieloma obrazami... nie pomogło. Swoją drogą to A. ma rację zauważając jak prostackie są poglądy naszej młodzieży na rolę środków psychoaktywnych... reagują dopiero na trutkę na szczury?!

Przed Zamagurzem były prawie trzy dni w Częstochowie: od sobotniego wieczoru 28 kwietnia do poniedziałkowego przedpołudnia 30 kwietnia. W tym czasie spotkaliśmy się z Marysią Pomianowską przed Jej koncertem w ramach Festiwalu Muzyki Sakralnej i przy śniadaniu... oczywiście wróciło wspomnienie Raga Sangit, ale też wiele było nowości i plan na wspólną kawę w Krakowie.
Było dzielenie się naszymi doświadczeniami z trekkingów w tundrze i dobrze, że zrezygnowaliśmy z czegoś, co w slangu zawodowych "podróżników" nazywa się przerażająco: slajdowisko. Wystarczyło 15 fotografii 50 x 70 cm na ścianach i opowieść o okolicznościach ich wykonania - każda z nich jest taką opowieścią. Graliśmy też koncert i jakoś nie wspominam tego najlepiej poza kilkoma fragmentami gdzie energia się objawiła i tych kilku momentów, w których Per podzielił się z nami joikiem. Były też warsztaty, szukanie samskiego buta, pizza, zgubienie telefonu, przedziwne miejsce noclegu, miłe spotkania, jakaś groteskowa i przygnębiająca potęga Wieży na Jasnej Górze... symetrycznie powtórzonej przez biało-czerwony komin na drugim krańcu miasta. W tym wszystkim koloryt miejscowy trzymany w ryzach przez kilka osób... Gdyby chcieć pokazać jaką wydmuszką jest KK to wystarczy pojechać (paradoskalnie) do Częstochowy...
Przed Częstochową był koncert i warsztaty w Magazynie Kultury w Krakowie. Miło obserwować jak goście ze Szwecji (bo czasem byli to także goście ze Szwecji i byłoby wielkim błędem o tym zapominać!) przyglądają się ulicy Szerokiej i jak na drugi dzień dziękują, że mają okna na Kazimierz... i że Rynek i Wawel... ! Ej boy, chyba jesteśmy patriotami lokalnymi?! Szkoda tylko, że na Zamagurze nie mogliśmy pojechać! Next time?! Per podarował nam kilka joików i jeden okazał się możliwy do zagrania razem. W Częstochowie pojawił się następny... Bardzo puczające było pytanie o pęk piór  jaki miałem ze sobą i dopiero gdy wyjaśniliśmy, że to pęk lotek łabędzia (bo oczywista jest potrzeba posiadania na koncercie skrzydła łabędzia...?!), Per kiwnął głową ze zrozumieniem... Nasze koncerty przestają być koncertami i wielu ludzi wychowanych na przebojach robionych do radia i na estrady ma prawo być rozczarowana?! Bo jaką muzykę można grać lotkami z łabędzia? Sam się nad tym zastanawiam! Ciekawa jest także sytuacja z trembitą huculską. Zagrałem na niej, bo daje wspaniały burdon pod stojące akordy 12-stki i joik A., ale także dlatego, że Samowie mają bardzo podobne trąby sygnałowe luur (lur) i w taki sam sposób okręcane korą brzozy! Per zmieścił swój joik w naszym utworze (pierwsza wersja opublikowana jest na CD "Enjoy Trees!" dla Greenpeace), ale do następnej wspólnej aranżacji musiałem trembitę huculską rozłożyć na dwie części i zagrać na grubszej "jak na didjeridu"... Po latach przerwy, grałem na koncercie techniką didjeridu na połowie huculskiej trembity na wyraźne życzenie Sama śpiwającego joik... To było doświadczenie z serii: "dźwięk, który otwiera umysł". Kiedyś pisałem felietony pod tym tytułem, oprotestowanym przez dziwnych ortodoksów katolickich. Per przypomniał nam jedną ze starszych opowieści o tym skąd wzięła się nazwa Kraków? Pochodzi ona od kruka i Joik Kruka nagle nabrał specjalnego znaczenia.
A jeszcze wcześniej był moment gdy zadzwoniliśmy do Janka A. z prośbą o pomoc w przetransportowaniu dwojga gości z Sapmi do centrum Krakowa... to jest ten błysk doświadczenia i zrozumienia, że to co dzieje się prawdziwie trudno analizować, oceniać, doszukiwać się znaczeń i doceniać wagę... Dzieje się i tyle. Dwie osoby z bagażami i czarna pustka pomiędzy międzynarodowym portem lotniczym, a centrum Krakowa. My wiemy, że w tej czarnej dziurze mieszczą sie kury grzebiące w ziemi podwórek, kundle (ciągle) na łańcuchach, pola ..., trzy jabłonki, asfaltowe (ale wyboiste po staremu) drogi, "złodziejówki", dzielnica bogaczy i zielona łąka czyli krakowski Central Park... Goście tego nie wiedzą... ile razy sami byliśmy w takiej sytuacji i z tego mroku samsary wyłaniali się nasi wybawiciele wiedzący o kurach, kundlach i central parkach...!

Wiem, wiem... więcej o joiku, o paskach i bębnach, o szamaniźmie, o tundrze, o ukrytych źródłach... o starej kulturze Europy... Będzie, będzie, ale nie dzisiaj jeszcze, jeszcze nie teraz.
Na focie A. : górująca postać z tyłu to Tomek -Rolnik- Czermiński (z synem), Małgosia -Tekla-, Lotta Willborg Stoor (w koszulce organizacyjnej!), Per Niila Stalka i Wasz sprawozdawca.

Saturday, April 21, 2012

Excercise Cold Response

W marcu tego roku odbyły się kolejne wielkie manewry wojskowe Cold Response, których gospodarzem była Norwegia. Tego typu manewry w terenach arktycznych odbywają się od 2006 roku, a tym razem uczestniczyło w nich ponad 16 tys. żołnierzy z 14 krajów. Byłoby o nich całkiem cicho gdyby nie zaginięcie, a potem katastrofa wielkiego samolotu transportowego Herkulesa C-130, którego szczątki znaleziono w pobliżu Kebnekaise. To najwyższa góra Szwecji i jedna z najwyższych za kręgiem polarnym. Wyszliśmy na nią w 2009 roku i przechodziliśmy pod nią w 2010! Na tym terenie nie ma zasięgu dla telefonów komórkowych i mimo sprzętu wojskowego minęło sporo czasu nim odnaleziono wrak samolotu. Niestety, była to także tragedia załogi - zginęło 5 osób! Obecnie w Kanadzie na spotkaniu wojsk operujących w arktyce debatują specjalne siły z USA, Rosji, Islandii, Danii, Szwecji, Finlandii i oczywiście samej Kanady. Wszystko to wygląda bardzo niepokojąco i potwierdza to także główna "obserwatornia" w postaci Centrum Studiów Międzynarodowych i Strategicznych w Londynie.  Jej dyrektor - Heather Conley nie pozostawia złudzeń co do tego, że szykuje się ostra kampania o odsłaniające się pod wpływem ocieplenia klimatu, złoża cennych minerałów. Najbardziej niepokojące jest to, że w ramach ćwiczeń wojska zajmują się technikami tzw. riot control czyli mówiąc prościej pacyfikacją wystąpień ludności miejscowej.
Poza tym, że następnym razem pod Kebnekaise nie rozbijemy namiotu ze strachu przed Herculesem, który może walnąć w okolicę, to jeszcze swobodne sikanie w tundrze będzie pewnie rejestrowane przez patrole wielu wojsk? Jak nasikam przypadkowo na ukryty zwiad to technikami riot control zostanę obezwładniony... Jest cholernie smutne, że czarne scenariusze z filmów cyberpunkowych zaczynają się sprawdzać i to na ostatnich naprawdę dzikich terenach Europy i w reszcie Północy.
Tym bardziej wydaje się ważne aby wiedzieć o co właściwie chodzi i co to jest ta Północ. Sprawa jest znacznie poważniejsza niż się wydaje, bo zniszczenie tych prawdziwie dzikich połaci Ziemii jest aktem nie tylko fizycznym. Północ jest określeniem na specyficzny stan umysłu i bez tego subtelnego spostrzeżenia nie bardzo można zrozumieć i praktykować m. innymi fenomen joik-u. Joikning to bardziej stan naszego umysłu niż artystyczna manifestacja i dlatego mody na joik na szczęście nie przewiduję.

We czwartek zagraliśmy koncert w Kawiarni Naukowej i była to także premiera współpracy z Małgosią Teklą Tekiel. Przyjemność była spora, bo to jedna z tych nielicznych osób, która nie pyta tylko słucha i gra. A jak gra! Elektryczna gitara basowa to jest ostra maszyna, ale rękach Tekli ma ten poszukiwany przez nas walor melodyczno-rytmiczny. Mirek Badura całkiem już swobodnie zmienia brzmienia i możliwości thereminovoxa... a granie z takimi ludźmi jest satysfakcją samą w sobie. Także Kawiarnia Naukowa, miejsce małe, ale o bardzo określonym klimacie, okazała się miejscem gdzie może pojawić się muzyka. Na Kazimierzu są właściwie same małe miejsca, ale to dobrze, bo 10 metrów od nas odbywał się koncert znakomitej muzyki... w Chederze! Tomek J. z Ch. wpadł zaniepokojony naszym hasłem przewodnim: ethnoise ... na moment aby sprawdzić, czy na wąskiej uliczce Jakuba, pomiędzy klubami trzeba będzie ustawiać busa dla wzajemnego wyciszenia koncertów...
Kiedy się ma świadomość, że na każdej uliczce Kazimierza zaczyna się właśnie koncert.... to te kilkadziesiąt osób na sali ojawia się jako miłe i zapracowane zainteresowanie. I to jest ten real... gdyby wszyscy tak chcieli / musieli się sprawdzić to by nam znacznie ubyło gwiazd i pieszczoszków! A tak, to browary płacą, gazety tłoczą do głów bo mają umowy i reklamy, radia ulegają presji i kasce (i nie mówię o tych, które służą wyłącznie do zarabiania kasy z samej definicji i podstaw ich istnienia, ale o tych na które idą także nasze podatki) i do tego zawsze się znajdą kluby (także nie prywatne...!), które dotują. Dlatego konsekwentnie apeluję o likwidację Ministerstwa Kultury, które tylko utrzymuje ten obieg i spełnia rolę jedynie wielkiego Wujka. Jest interesujące, że jednym z efektów działania społecznego ruchu Obywatele Kultury jest w jednym z miast likwidacja wydziału kultury na rzecz społecznej rady kultury. Chciałbym mieć jakikolwiek wpływ na to do kogo idą pieniądze z budżetu. Teraz jest tak, że ekipy najbardziej "komercyjne" i umoczone w skomplikowane systemy obrotu kaską prywatną mają jeszcze państwowe wsparcie za to tylko, że grają koncert. A kiedy organizujesz coś o sporej wartości edukacyjnej, społecznej i kulturalnej (bo o sztuce nie mówię - ona jest zarezerwowana dla protegowanych kuratorów), to musisz sobie na to zarobić z biletów. Czyli wszyscy zrzucamy się kolejny raz, po podatkach i płaceniu za reklamę w kupowanych pismach itd. To jest chory układ i tyle.

Ostatnie dni to mrówcza guerrilla promocyjna i informacyjna związana z wizytą artystów z Sapmi. Przylecą we czwartek ze Sztokholmu i następne trzy dni to będzie spora dawka pracy i uważności. Muszę przyznać, że wiele osób i redakcji bardzo pięknie zareagowała na nasze prośby o pomoc. Poza stałymi naszymi wspierającymi ekipami jak Fragile czy Magazynu Skandynawskiego Zew Północy także Redakcja Glissando zachowała się wspaniale! Wczoraj jeszcze doszedł wywiad dla Etnosfery i mamy nadzieję, że jeszcze ktoś się zainteresuje? Muszę wspomnieć także o Antonim Krupie i Radiu Kraków, a jutro mamy mały występ w Radiofonii. Po tych dniach z joikiem, sztuką i kulturą Samów podam listę tych mediów, które chociaż miejscowe to za darmo niczego zrobić nie chcą. Zobaczymy, komu na kulturze naprawdę zależy? I nie jest trudno zgadnąć kto to taki?! Ale może nas zaskoczą, obudzą się... zobaczymy.
Nasze własne media działają niezmordowanie i polecam całkiem aktualny i jeszcze ciepły wywiad z Per Niila Stalką jaki przeprowadziła A. i jest dostępny na naszej głównej stronie.
Na mojej focie jest kamienny Dumający Sam z miasteczka za kręgiem polarnym - Galliware (wymawia się: Jaliware). To ilustracja do pierwszego akapitu tego wpisu...

Monday, April 16, 2012

NASZMALCOWANI


Kilka dni wolnego z okazji wiosennych świąt spędziliśmy na sanjasie w Górach Orlickich w Karkonoszach. To był teren, gdzie wyprawy na daleką północ ćwiczą w warunkach zbliżonych do tych oczekiwanych za kręgiem polarnym. Jest tam torfowisko zwane od zawsze "syberyjską tundrą" i faktycznie jest to dziki, zimny i mocno uwodniony teren, który przypomina jednak raczej tajgę.
Było pusto, zimno i cicho... do wynajętego domku nie bardzo można dojechać samochodem. Do tego zero laptopów i zero telewizora... i tylko piękny telefonik Steva Jobsa informował nas o szaleństwach Prezesa. Swoją drogą to facet ma parcie!
Odwiedziny w pobliskiej czeskiej wiosce (do granicy mieliśmy 25 minut podejścia) utwierdziły mnie w dziwnym poczuciu ciężkości wyczuwalnej w tych wyludnionych okolicach. Wszystko tam świadczy o tym, że kiedyś, inni... żyli tu naprawdę, ale nie teraz i nie my. Jest tam coś z atmosfery Beskidu Niskiego i Bieszczadów... powiedzmy prościej: Łemkowszczyzny. Mimo dzikiej przyrody, łanów śnieżycy i wspaniałych starych drzew... nie specjalnie będę chciał tam wracać.
Jeszcze o starych drzewach... zaczyna być tak, że obecność starych platanów, lip i jaworów poświadcza jedynie, że na terenie gdzie rosną byli: Rzymianie, Niemcy, Czesi... a brak drzew oznacza, że terenem zajmuje się polski proboszcz i zarząd dróg. "Prawdziwy" Polak poza tym, że musi być katolikiem i alkoholikiem... jeść kiełbasę z czosnkiem to jeszcze jest wrogiem drzew? No i musi być kibolem, bo to sprawa narodowa!

No i mamy kwietniową partyzantkę ... Staramy się nie dać złapać Armii Naszmalcowanych (AN). Na pierwszym miejscu działań są dwa muzyczne przedsięwzięcia: koncert w Kawiarni Naukowej w najbliższy czwartek i goście z Sapmi (Laponii) za tydzień czyli trzy dni joiku i duodji (rzemiosło artystyczne Samów) w Krakowie i Częstochowie. Joik i kultura Samów powinna zainteresować wielu ludzi, zwłaszcza, że jak dotąd w Krakowie chyba tego rodzaju akcji nie było? W Warszawie i Gdańsku tak, ale u nas nie było okazji uczyć się joik-u z pierwszej ręki. Promocja tego eventu i warsztatu wiele mnie nauczyła i widzę, że w mieście są ludzie, którzy nie szukają kultury/sztuki na wielkich afiszach i w gazecie. Jeżeli uda się wszystko co założyłem, to odblokuje się ścieżka, którą nikt nie może sterować i kupić. Przynajmniej jakiś czas... Tymczasowa Strefa Autonomiczna?!
Z koncertem w Kawiarni Naukowej jest najtrudniej, gdyż miejsce i event jest inny niż obraz fascynującej, archaicznej, źródłowej kultury Samów.
Zagramy tam z Mirkiem Badurą (thereminovox) czyli TereMirem... i Teklą, basistką, która właśnie skończyła sesję nagraniową z Deuterem! Z tego co mi mówi, to nasza muzyka "podeszła" i jest szansa na dobry set bez zbędnych dyskusji. Drążymy rzucone kilka lat temu pojęcie: ethnoise, którym chciałem rozwinąć wcześniejsze: ethnocore.

Guerrilla wymuszona jest (bo partyzantka zawsze jest wymuszona) przez naszmalcowanych... To "offowi" przebierańcy i malowane lisy, które mają wszystko kupione w twardym kapitalistycznym stylu, a na koncertach wymachują lewackimi transparentami! Nowa, jeszcze nie wydana płyta Kapeli ze wsi W. jest płytą tygodnia w Radiu Kraków... pewnie jest już kilka razy nagrodzona i tylko czeka druku okładki?
Proponuję wydawać tego rodzaju płyty puste, bez muzyki...nagradzać i mędrkować na opłaconych stronach w gazecie wg. przysłanego sznytu. Zaczynam się czuć jak w latach 80-siątych: oficjalna kultura swoje, a ta inna, nasza... swoje. Zaczynamy się słabo kontaktować i zmiana polega na tym , że klub studencki gra w grę "kultura namaszczona" (naszmalcowana), a klub prywatny robi coś mało ekonomicznego, ryzykownego artystycznie i otwartego.
I o.k. jak tak, to tak i tylko pilnujmy czytelności granic i nie bełtajmy w głowach młodym.

Są też optymistyczne nowości: po raz pierwszy od 30 lat Juwenalia w Krakowie nie organizują koncertu Kory, Voo Voo i chciałem napisać Kultu... ale Przemek dzisiaj twierdził, że jednak Kult jest! Dobre i to, zawsze lepiej niż... oj tam, oj tam... nie będę się pastwił.
Naszmalcowani są wśród nas i basta. Dobrze, że nie biją... ale też postaramy się by nie mogli. Jak w piosence: mamy dla was kwiaty...
Internet jeszcze działa i nie kasuje naszych banerków i postów bo nie zatwierdzone przez wielkiego Wuja składającego się z miłych promotorów, redaktorów, wydawców i wielu innych bardzo kulturalnych animatorów i dlatego wyjątkowo plaśniemy sobie w budyń czerwonym, rewolucyjnym banerkiem Tomka Rolnika Czermińskiego.

Monday, April 02, 2012

ŁEM


Udział w Festiwalu Przygody i Podróży "Bonawentura" w Starym Sączu kolejny raz pokazał nam, że nie jesteśmy "podróżnikami"... i mimo pełnej sali (co w tym miejscu zapewniał dotąd jedynie recital Piaska...) czuliśmy się troszkę nie na swoim miejscu. Bo te miejsca, które nas zachwycają robią z nami coś takiego, że możemy siedzieć i się spokojnie przyglądać czemukowliek... możemy opisać deszcz lub kępkę karłowatej brzozy... a tu trzeba "zdobywać" góry, "pokonywać" rzeki i obejmować w "posiadanie" dziewicze tereny... Jesteśmy możliwie daleko od takich podróży... ale Wojtek nas zaprosił, a Wojtkowi się nie odmawia, bo facet jest wporzo. Nęcił nas nocleg w Centrum Pielgrzymkowym, ale było to jednak trudne i zbędne dla nas doświadczenie. Oko świętej Faustyny było całą noc otwarte... a plakaty z schematami ubiorów liturgicznych trochę nas przygnębiały. Wynagrodziła nam to tzw. publiczność czyli entuzjaści, przyjaciele, znajomi i dalsi znajomi. W niedzielę rano, kiedy ekipa Nataszy i Głodnych Kawałków jeszcze spała pomknęliśmy do Kosarzysk i dalej w Małe Pieniny... Śnieg i wiatr dokonał rytualnego oczyszczenia i uwolnił nas od oka Faustyny. Była pewnie oki, ale oko po ludzku mogłaby zamknąć na chwilę...? Ze świętymi zawsze są kłopoty...

W ostatni piątek pojechaliśmy do Olkusza... Kiedy przychodzi jakieś zaproszenie czy propozycja dotycząca nowego projektu, nie myśli się zazwyczaj o trudnościach i tylko jest entuzjazm albo go nie ma. W przypadku zaproszenia jakie nadeszło od fotografika Adriana Spuły entuzjazm pojawił się od pierwszego momentu. Czym bliżej zrealizowania entuzjastycznie powitanego projektu, tym sprawy zaczynają się komplikować, piętrzyć, trochę uwierać i przychodzi moment lekkiego zwątpienia: no fajnie, ale tego się nie da zrobić tak jak się wydawało... itd. itd. Tym razem, nawet nasz ulubiony rekwizyt kulturalny czyli pianino w rogu sali (drugim jest choinka...) i minimalny zestaw sprzętowy nie zachwiał atmosferą. Może dlatego, że na ścianach wisiały znakomite i ciężkie w znaczenia fotogramy z prawie całego obszaru Łemkowszczyzny. Wobec śladów dawnych mieszkańców sporej części Karpat w granicach Polski i w kontekście okoliczności w jakiej Polska tych ludzi wyrzuciła, trudno jest o uniknięcie zadumy i trudnej refleksji. Ale poza politycznym i społecznym kontekstem Akcji Wisła jest też inny, zwyczajny upływ czasu, znikanie miejsc i przestrzeni w Karpatach, zanikanie pewnych form wrażliwości i duchowości, zubożenie i ironia... Moja znajoma odszukuje dawne nazwy miejscowości, wsi, gór i miejsc... coś jak moje "odkrycie", że tzw. Góra Krzyżowa w Krynicy nazywała się naprawdę Urdy Wierch... (i taki tytuł na naszej pierwszej płycie Ethnocore...polecam) i myśl, że może jako Krzyżowa łatwiejsza jest do oskalpowania, zabudowy, zniszczenia i wykorzystania? Daleki jestem (wbrew pozorom) od naiwnych interpretacji historii i przypisywania komukolwiek bezwzglednej "racji", ale...
W Galerii Sztuki Współczesnej BWA w Olkuszu na dwie godziny objawił się inny, zapomniany świat, a skoro się objawił, to znaczy, że istnieje w nas i warto o tym pamiętać. Znakomici słuchacze, młodzi hardkorowcy i tzw. zwykli, starsi ludzie wyraźnie poruszeni obrazami i dźwiękami... to jest ta nagroda! To dla dotknięcia takich obszarów warto uprawiać ten dźwiękowy nomadyzm wbrew wszystkiemu.

Wczoraj, tzw. rzutem na taśmę (bo ostatnie godziny wystawy!) poszliśmy do MCK na pokaz pt. Współczesna Architektura Norweska 2005-2010... i zapłakałem już od pierwszych plansz i fot. Będziemy tu w budyniowie głędzić jeszcze sto lat o tym czy architektura ekologiczna (a może "zielona") jest modna czy nie jest... a w Norwegii ludzie sobie mieszkają tak, nie srają w każde dzikie miejsce, nie wrzucają umywalek i starych akumulatorów do potoków... pewnie dlatego, że jakby Boczek z Kiepskich powiedział: bo bogate są, panie, bogate są! A to nie bogate są tylko mają w głowie mózg a nie budyniowe zakisłe zwoje. I pochlipuję tak do teraz, bo to jest jedna ze spraw, której nigdy w budyniowie nie osiągniemy, bo tzw. rolnicy u nas zawsze będą rządzili i basta! Pozostaje tylko się postarać aby mojej emerytury nie dostawali...

Marzec z dryfem od Szczecina po Zieloną Górę i Olkusz zamknęliśmy, teraz nadchodzą kwietniowe jazdy: Kawiarnia Naukowa i "ethnoise" plus ważny z wielu powodów czas wizyty
i pracy z gośćmi z Sapmi! No i powoli buduje się trasa promocyjna dla Zielnika Podróżnego... będzie Śląsk, z czego bardzo się cieszymy.
Fota z Olkusza, fotogramy i my... prawdziwe wrażenia płynące z fotogramów i dźwięków nie są widoczne... kto był ten wie.

Thursday, March 22, 2012

MOSSGRAFFITI


Walenie olejem po ścianie zaczyna być troche już staromodnym obyczajem... czasem usprawiedliwionym, ale najczęściej jest to XXXX (zobacz napis na graffiti ze Szczecina z poprzeniego wpisu...). Niestety, jak wszędzie jest kłopot z tym co w streetarcie było największą siłą: z ironią, celnym opisem i skrótem, zaangażowaniem... Zaczyna to być taki sobie biznesik jak robienie reklam i malowanie szyldów. Miałem w szkole kolegę, którego ojciec uważany był powszechnie za artystę, bo potrafił pięknie narysować myszkę Miki, albo stajenkę z Jezuskiem (w zależności od sytuacji i zapotrzebowania szkolnego)... Wstydziłem się pokazać kolegom albumy rusunków mojego ojca i Hasiora... do Miki Mause było im daleko! Ta wizja estetycznego i miłego artysty prześladuje mnie od tamtych lat... a mylenie łatwości w malowaniu / graniu / rysowaniu ze sztuką jest dalej powszechne. Trudno uciec przed tym nieporozumienim i sam pomogłem w zamalowaniu ściany kamienicy w stylu "ogólno - ładno - promocyjnym" i mam czkawkę do dzisiaj. Czuje się nabrany przez malarzy i tzw. kierownictwo... kara jest jednak sroga, bo muszę to oglądać dość regularnie...
A tu się dzieją interesujące akcje pod kryptonimem mossgraffiti czyli graffiti mchowym albo może graffmchiti?
Wszystko co nowe po zbadaniu okazuje się mieć bardzo stare korzenie... nawet techniki z bezkorzeniowymi mchami. W Japonii znane są z ogrodów przy buddyjskich świątyniach kompozycje złożone ze 100. gatunków mchów (Sa iho-ji w pobliżu Kioto: świątynia mchu). Ale graffmchiti to technika nowa, łącząca stare zadziwienie mchem, odpowiedzialne ekotrendy ze sztuką ulicy. Mchy są roślinami beznaczyniowymi, czyli nie mają tych wszystkich rurek i muszą sobie radzić inaczej z poborem pokarmu i wody. Nie mają liści ale mikrofile (tzw. listki) oraz łodyżki i chwytniki. Mchy są organizmami pierwotnymi, pionierskimi i mimo, że potrzebują wody to jednak mają zdolność powracania do życia nawet po całkowitym przesuszeniu. Niektóre gatunki mchów dostosowały się do warunków miejskich tak bardzo, że poza miastami nie mogą żyć!
Kilka z tych zdolności wykorzystuje się przy akcjach zakładania żywego graffmchiti . Pierwszy krok, to przygotowanie żywej farby z mieszaniny mchu, piwa i cukru. Najpierw należy pozyskać trochę żywego mchu porastającego stare mury, jakieś ruiny i mosty... pamiętajcie, że chodzi nam o mech miejski, a nie płonnik z lasu lub torfowiec z podmokłych łąk. Nie skrobcie też wszystkiego zielonego co na starym tynku rośnie, bo ma być mech - nie porosty, glony i stary napis z łuszczącej się farby olejnej w odcieniu "morska zieleń". Mech troszkę oczyszczamy z liści, petów, zapałek itp. i po dolaniu piwa miksujemy blenederem. Warto dodać trochę cukru do masy, która powinna przypominać farbę olejną. Wszystko to umieszczamy w jakimś pojemniku zamykanym i po dobie ruszamy z żywą farbą i kilkoma pędzlami w teren. Masę można nakładać też ręcznie, malować palcami i wymyślać wiele innych sposobów nakładania mchu.
Napisy, obrazy, wszelkie wypukłości pokryte naszą żywą farbą za jakiś czas zaczynają się pięknie zielenić. Jak szybko to nastąpi zależy trochę od pogody (deszcz!) i miejsca akcji. Na nasłonecznionej, suchej ścianie raczej będzie kiepsko...
Przy akcjach łączących napisy lub/i obrazki z płaskorzeźbą warto miejsca wypukłe pociągnąć zwykłym jogurtem!
Na świecie żyje kilkanaście gatunków mchów, w Polsce około 700 gatunków, w miastach spotkacie kilkadziesiąt, a miejskich mchów jest może kilka, kilkanaście? To technika dla rezydentów, dla ludzi, którzy lubią zaskakiwać i są cierpliwi. Dla artystów, dla tych co smarują w stylu "pizda nie graffiti" jest to technika poza zasięgiem. Mam nadzieję, że graffmchiti się u nas pojawi i będzie świetnym uzupełnieniem technik guerrilla gardening i bioartu?
Na focie podstawowe akcesoria i składniki, a mech jest wiekowy z muru starego klasztoru!

Monday, March 19, 2012

PÓŁNOC, PÓŁNOCNY ZACHÓD


Wpis będzie krótki, bo pisze się dość niewygodnie na stojąco, a siedzieć dłużej nie mogę po ostatnich logistycznych dokonaniach: Kraków - Szczecin - Zielona Góra - Kraków. Wygląda to dość niewinnie, ale pierwszy etap (by pkp) trwał 12 godzin, drugi 5 godziny, a ostatni ponad 8 godzin... Jeżeli dodamy do tego godzinę dzisiejszego wyjazdu z Zielonej Góry: 4.00 ! to wyjaśnia chyba niechęć do siedzenia przy klawiaturze?!
Ale, ale... warto było! Szczecin to tym razem Nordic Cross Point i Teatr KANA, ale też swobodny dryf po mieście, który przynosi nam zawsze wiele odkryć. Warto przypomnieć sobie doskonałą graficznie starą flagę Szczecina. Hanzeatycka flaga przypomina budową powszechnie znany symbol yin-yang, tyle, że rozwiązanie graficzne bazuje na kwadratach i barwach narodowych. Ciekawostką wartą uwagi jest "powrót do pogaństwa" po 1005 roku. Ten "powrót do pogaństwa" jest właściwie odzyskaniem na ponad 100 lat rdzennych praktyk religijnych opartych o kult Trygłowa. Jest interesujące, że aby kultywować własne wierzenia musiało nastąpić oddzielenie się Szczecina od Polski. Ten fakt wiele mówi o tym co nazywamy Polską, tradycją i tożsamością. Ci co najgłośniej dzisiaj pyszczą o tradycyji stoją w długim pochodzie tych, którym zawdzięczamy utracenie swojej rdzennej duchowości? Ośrodek kultu Tryglawa na Wzgórzu Zamkowym dotrwał do 1121 roku, w którym Boleslaw Krzywousty zdobył Sczecin. Najbardziej z tego cieszył się Rzym co potwierdzono tzw. bullą papieską wydaną dwadzieścia lat później. Można się dowmyślać, że te dwadzieścia lat zeszło na wybijanie z głów miejscowym Tryglawa na rzecz Trójcy Przenajświętszej? Miejsce starego kultu szybko zostało zabudowane kościołem (taka praktyka była stosowana powszechnie i dla mnie jest to architektoniczna forma gwałtu wojennego), a miejsce to sąsiaduje z siedzibą Teatru KANA. W mieście jest wiele dobrego streetartu i widać też samoświadomość obecnej fali malarzy, co dobrze ilustruje zamieszczony obrazek ze ściany. Jestem wdzięczny autorowi tematu: Pizda - nie street art za zwięzłe ujęcie moich uczuć kiedy oglądam niektóre dzieła... Gdybym sam to napisał, to zaraz byłoby, że to hejterstwo itd. a tak to dzieło Anonymus. W Szczecinie jedliśmy niezły, tani i stylowy makaron z zieleniną i sosami, ale była też niezła kawa i bardzo dobra pizza.
Nordic Cross Point to spora impreza, z udanym plakatem i logo, ale także ekscytującą zawartością: przejścia przez Grenlandię, bazy arktyczne, psy, niedźwiedzie i tylko troszeczkę zbyt dużo męskiej przygody jak dla mnie. Impreza była wielowątkowa i nie sposób było zobaczyć wszystko co się działo. W pierwszą wiosenną, ciepłą sobotę zaskoczyło na sporo ludzi, którzy przyszli zobaczyć foty z zimnej tundry i posłuchać o Samach.
Wieczorem w Kanie nie było tłumów, ale w tym samym czasie grał także KAT... więc pewnie nasi fani poszli tam, na mniej skomplikowany przekaz w bardziej konwencjonalnej oprawie muzycznej? Przyjęcie w Teatrze i nocne rozmowy po koncercie przypomniały nam wiele wcześniejszych akcji i potwierdziły, że wyjazd miał sens.
Podczas miłej kawy przeglądałem z ciekawością Przekrój (11/2012 z 12 marca) z wywiadem z Kodymeme z Apteki pod romantycznym tytułem: Nie będę szmatą. Kodym ocenił: Vox i Rysiek Rynkowski to absolutne buraki, które powinne świnie paść. A tu moje wyważone i miłe w swej głębi wywody są oskarżane o hejterstwo? Ciekwaszy jest jednak dalszy ciąg rozmowy z Kodymem (który nie będzie szmatą) gdzie na pytanie o Męskie Granie, finansowanie przez piwowartswo i Waglewskiego, już leader Apteki nie był taki ostry. Zręcznie wyminął zjawisko MG, złego słowa na kombatanta wszechstylów offowych nie powiedział i tylko złożył ledwie zawoalowany akces do kaski z obrotu alkoholem. I wszystko byłoby o.k. - jest wolność wypowiedzi - gdyby nie to, że Vox i p. Rynkowski nie udają, że są offowi i ambitni. Kopać Rynkowskiego i Vox to jednak - jak na miłośników Witkacego - słabieńko i układownie. Mimo wszystko Apteka warta jest uwagi (za pomysł na projekt z Witkacym - Witkacy Express szacunek, podziwiam odwagę, bo ja jej wobec Witkacego nie mam) i byłoby całkiem pięknie gdyby nie sam Przekrój z kwiatkami typu felieton Hanny Gill-Piątek, w którym bezlitośnie wali w Euro 2012 z pozycji koordynatorki świetlicy Krytyki Politycznej w Łodzi... To trochę tak jak kopać p. Rynkowskiego, jakiś aktualnie słuszny ideolo styl warszawskiej mutacji Przekroju: wraca nowe?
W Zielonej Górze poza zamkniętymi kasami biletowymi pks wszystko się nam bardzo podobało! Świetne miasto, knajpki, galerie i zjawisko pod nazwą Palmiarnia! To wielka oranżeria z palmami i roślinnością tropików plus troszkę ryb i żółwi, którymi najbardziej cieszą się dzieci. Budynek ma kilka poziomów, kawarnię, restaurację i taras widowkowy. Zazdroszczę Zielonej Górze Palmiarni, szczególnie zimą! Dla zainteresowanych informacja: poza daktylowymi jest kilka innych gatunków palm (także piękne figowce i inne drzewa), a pośród nich karłatka, jedyna prawdziwie europejska palma oraz cenna palma z Meksyku przypominająca troszkę bambus.
Pierwszy dryf zawsze jest najważniejszy i już w jego trakcie miasto zostało wpisane na naszą tajną listę MKP: miejsc (do) koniecznych powrotów. Galeria BWA, w której mieliśmy grać zaskoczyła nas poziomem i tym co nazwałbym zwykłym uczestnictwem w sztuce. Takie miejsca nie da się ot tak powołać do życia, to efekt kultury, kontaktów, odwagi, cierpliwości, otwartości, kompetencji. Obserwujemy dzieje podobnych miejsc, których istnienie zostało zadekretowane - jest wicie, rozumicie trynd na te sztuke współczesną, te dyrdymały i goliznę, wicie rozumicie ... kupimy sobie uznanych kuratorów i nam zrobią tak, że panie dziejku w Warszawie nawet się zadziwią... no i wychodzi jak zwykle klub tańca towarzyskiego.
Nasz koncert sąsiadował z koncertem Dezertera... więc nie liczyliśmy na wiele, a tu zaskoczenie! Pełna sala i dostawianie krzeseł? No i delegacja z Nowej Soli - sam Edward Gramont z Terminusa ze swymi bliskimi! A to tyle wspomnień, a teraz znowu i plany! Po zjedzeniu doskonałej sałatki i makaronu po 22-giej nasza sympatia dla Zielonej Góry szczytowała i tak już pozostanie. Nie wypada mi się podlizywać szefowi BWA, ale może wystarczy mocne: dziękujemy!!!
Pobudka o 3 rano (a wiele tego snu nie było) i wyjazd o 4.00 autobusem ZG - Zakopane i... stoję przy pisaniu. Na dworcu spotkaliśmy starszego pana, który czekał na otwarcie poczekalni od północy i po blisko czterech godzinach zimna i ciemności był bardzo rozmowny. Opowiedział nam wiele ciekawych historii i twierdził, że jest z Gubina. Powiedział nam, że Niemcy mają lepiej... No nie wiem, z naszej perspektywy nawet jak mają lepiej to cieszymy się i pozdrawiamy, tylko tyle. Jeszcze tylko paru budynioczyńców lekko uspokoić i ... gitara! jak mawia Kiepski...
O naszych spotkaniach z wielkimi obiektami na trasie Szczecin - Zielona Góra... nie mam siły już pisać/stać. Wspomnę tylko, że były to: wielki krokodyl, wielki Chrystus Betonowy świebodziński i wielka budowa autostrady, wielki żart w postaci sklepu: wędkarski i elektryczny w jednym... i kilku mocnych elementów erotyki wiejskiej...

Thursday, March 15, 2012

NATURE DEFICIT DISORDER


Wszyscy znamy dość powszechną przypadłość ADHD ( skrót od: Attention Deficit Hyperactivity Disorder), która dotyka wiele dzieci, a tu pojawiła się nowa: NDD (Nature Deficit...). Pierwszy raz tego określenia użył Richard Lour w 2005 roku... Te i wiele innych bardzo inspirujących informacji pojawiało się przy każdym kolejnym wystąpieniu na świetnej konferencji: Hortiterapia - stan obecny i perspektywy rozwoju terapii ogrodniczych. To pierwsza w Polsce tego typu konferencja i została zorganizowana na Uniwersytecie Rolniczym w Krakowie. Słuchałem, słuchałem i nie mogłem się nadziwić, że "jednak się kręci"... Kiedy robiłem redakcję mojej książki nt. etnobotaniki Karpat i Bałkanów zastanawiałem się czy nie wywalić małego rozdzialiku, który zatytułowałem: "rośliny wspierające"?! Na szczęście nie uległem i rozdział ( i idea bardzo mi bliska) pozostał. Dzisiaj dostałem informację, że książka już na maszynach... więc gdzieś tam ten rozdzialik się drukuje i na konferencji mogłem być spokojny: jestem na czasie. Byłbym może nawet przed czasem gdyby nie rok stracony przez bardzo miłych panów z Warszawy, którzy wystawili mnie do wiatru. Kiedy na konferencji usłyszałem, że poza hortiterapią zaczyna się rozwijać także silvoterapia (leczenie lasem) i hortikulturoterapia (czyli leczenie samym przebywaniem pośród roślin w ogrodzie) poczułem się tak jakbym po wielu latach gadania dowiedział się, że "mówiłem prozą"...
No, teraz zaczną się certyfikaty i kursy... ale tak czy siak moja idea bliskich związków ludzi i roślin staje się wiedzą akademicką. To krzepi i dodaje otuchy, chyba?
Jutro ruszamy do Szczecina w celach dość niejasnych. Niby mamy opowiadać o trekkingach w tundrze na Arctic Circle Point i grać koncert w Teatrze Kana w sobotę, a w BWA w Zielonej Górze w niedziele... ale to tylko część prawdy. Istotne jest to, że mimo stu tysięcy obowiązków, skończenia dwóch książek (i rozpoczęcia pracy nad następną: napisałem taki prolog do książki o Sapmi / Laponii, że sam się nie mogę doczekać dalszego ciągu...) i prowadzenia poważnych działań zawodowych... ciągle udaje się obronić przestrzeń nie do końca jasną, lekko opalizującą, zaskakującą refleksami i dodającą energii samą swą bliskością. To wszystko ma wiele wspólnego z dźwiękami, ale nie tylko, jest plastyczne i znika przy chęci rozłożenia na czynniki pierwsze. Może dlatego, że to czysty czynnik pierwszy (CCP)?
Do Szczecina jedziemy pociągiem i mam kilka niepokojów związanych z pkp... przy kasie znalazłem ulotkę TLK i PKP INTERCITY pt. Podróże we śnie. Niby jest to reklama kuszetek, ale zrobiło mi się jakoś tak dziwnie... Podróże we śnie... trochę makabryczne, trochę obiecujące, trochę ostrzegające: takie podróże to tylko we śnie? Inna obserwacja, to zaskakująco akuratna polityka PKP, jakby to ludzie p. Palikota zarządzali koleją? Chodzi o wyraźne preferowanie par gejów i lesbijek w kuszetkach. Małżeństwo normalsów kuszetki razem nie dostanie, a dwóch gejów czy dwie lesbijki - tak! Tory z czasów KC PZPR i NRD, a polityka w kuszetkach jaka doprzodowa! Wow!
W czasie każdego pobytu w Nowym Sączu i okolicach zaskakuje mnie kreatywność tej krainy "na odcinku kultury"... Na FB pokazałem parę dni temu zapowiedź rekolekcji filmowych prowadzonych przez wokalistę Armii... a tematem miała być Podróż na wschód. Rekolekcje finansuje miejscowe Centrum Kultury Sokół i rozumiem, że w ramach działalności kulturalnej (albo może być to już sztuka, raczej? no bo p. Budzyński, to artysta czy duchowny ?). Wiele lat temu moja córka, w tamtym czasie w wieku wczesno - szkolnym, zapytała mnie czy Pink Floyd to muzyka szatana, bo tak klecha bajał podczas rekolekcji? Klecha, to klecha... ale jak muzyk opowiada, że XXX to muzyka szatana, a jego tworczość to samo Niebo... ej boy, to jest zwykła siara i upadek. Ciekawe, że na FB jakoś ten Budzyński tak przemknął sobie cichutko, ale Ci sami ludzie dowalają aktywiście ideolo panu Bosa stopa Pusto w Głowie czyli wielkiej osobistości telewizji i podróżnikowi po misjach polskich?
Nie tylko PKP, Budzyński z Sokołem i p. Cejrowski nas dziwnie traktują... W Gołąbkowicach (dzielnica Nowego Sącza) otwarto Kino Extreme 5D. Jeżeli się tam kupi bilet na dowolny seans to w nagrodę otrzymuje się bezpłatne wejście na projekcję Animowanej Historii Polski... Jak mawia Tomek Rolnik Cz.: Jezusie słodki!!! Ale takie jaja (idzie Wielkanoc?) fundują nam nie tylko w N. Sączu... ze stołecznej Gazety Wyb. (10-11 marca, weekendowa) wpatrują się we mnie rezolutnie gwiazdy Fisz i Emade (czyli jedna z mutacji i emanacji - dosłownie p. Waglewskiego... vel Męska Muzyka itd. itd.)... i pociskają taki oto kit: na koncertach wciąż wracamy do kompozycji z pierwszych płyt. Bo tak naprawdę to był fantastyczny okres, taki naturszczykowy - mowi Fisz... Bardziej to bym się ubawił tylko jakby p. Bono Ze Wsi Warszawa zaczął wymachiwać flagą Kuby... na szczęście bezrefleksyjnie pociska kit o world music (mamy 2012 rok, a nie 1995?) w jakimś radiu. Było miło słyszeć, jak na autentyczne podniecenie tegoż p.prezentera tzw. nagrodą przyznaną ekipie Chłopcy Kontra Basia - najwyraźniej mniej zakręcona wokalistka tej ekipy powiedziała: tak, tak spodziewamy się wiele... może dostanę goździki! Super, już nie wszyscy łapią się na te Światowe Unie i Radiowe Nagrody dla Kolegów z Radiowych Nagród? Ale może te kity to sprawa wiosny? Najwyraźniej wiosna nadchodzi, a z nią także osłabienie fizyczne... może także intelektualne jest usprawiedliwione? A co mi tam kiciarze, bez Was byłoby mniej kolorowo, wysilajcie się dalej.
Wiosna to też czas, w którym mocno odczuwa się NDD, ja to mam, a Wy? Trzy dni temu widziałem pierwsze kwitnące kępy przebiśniegów!
Na obrazku logotyp pierwszego motophonu jaki wg. mojej delikatnej sugestii objawionej zbudował w całkowicie rewelacyjny sposób Mirek B. Zobaczymy/usłyszymy jak się w Szczecinie i Zielonej Górze sprawdzi?

Monday, February 27, 2012

HOLY BIODIVERSITY


Kulturalne dinozaury wymierają... nadchodzi era świętej bioróżnorodności, ekotopów, nisz ekologicznych i slow artu. Przez jakiś czas będą nas prześladować jeszcze jakieś hordy Męskich Muzyk (troszkę czasem ukrytych w przebraniu Emade i polskiego Fisza) albo formacji: tata, córka, i syn taty w rodzaju rodziny Peszków, ubogacających nas przemocą mediów (i znajomych w mediach) swoją hipergestykulacją i emocjonalnym nadmiarem przypominającym nieustanne rzyganie połączone z przewracaniem oczami. Do tego, Marynia czasem też zaśpiewa o penisie! Wow! Hasło "wyraź siebie" okazało się nieszczęściem.
Bioróżnorodność, a szczególnie ta "holy" wskazuje nam rejony slow artu i slow foodu (wiadomo, artysta też musi jeść) i warto zrobić co się da aby ujść dinozurom przebrzydłym. Podstawą i w jakimś sensie zapleczem bioróżnorodności jest klimat i pory roku. Wiosna dzieli się na wczesną (poznaje się ją w Krakowie po plakatach Emade... czyli Męskiej Muzyki w przebraniu), późną (zwiastuje ją od 30 lat nagromadzenie plakatów Manaam i Kult itp. bo święto młodości czyli Juwenalia)... wczesne lato, lato i późne lato to inne żniwa i pobrania, zazwyczaj pod egidą Piwa marki Piwo i innych zlotów gwiaździstych anonsowanych do zakładanej przesady przez dobudowane do browarów radia, telewizje i ulotki reklamowe nazywane u nas prasą. A niech tam, jak muszą i nie stać ich na nic mądrzejszego? Dla nas ważna jest od zawsze bioróżnorodność: pośmiejemy się z cienkich kampanii reklamowych, a słuchamy na nowo stare vinyle Czesława Niemena z Helmutem Nadolskim na kontrabasie i Przybielskim na trąbce. Swoją drogą to Przybielski zawsze umiał grać, a Stańko zawsze tylko sprawiał wrażenie, że gdyby zechciał... no i kto w mono świecie dinozaurów tak łasych na wrażenie jest bardziej szacowny?
W ramach naszej małej pełzającej strefy autonomicznej (mpsa) opracowujemy drugą już kasetę magnetofonową w tym roku (ale tym razem dla zaprzyjaźnionej labeli) i czekamy kiedy jakiś Rojek albo inny Piasek, wynajdzie kasetę i ogłosi to światu!
Stale i konsekwentnie dokonujemy wyborów co do miejsc gdzie zagramy, co do angażowania własnej muzyki i energii: jak pisać to dla prawdziwych wydawców i pism, które stworzyli prawdziwi ludzie (z troską przyglądam się stoiskom z tzw. prasą kolorową w marketach - zamknięte, sieciowe pisma sterowane przez znerwicowanych plastikowych redaktorów i creative directorów - zgroza na przemiał), jak jeść to w mikroskopijnym miejscu "u Sycylijczyka" albo w "Głodnych kawałkach" (to w Krakowie, ale macie u siebie takie same miejsca) albo z przyjemnością ugotować samemu. Cukinia jest od tego samego hurtownika? O.K. ale ja kupuję ją od miłych ludzi, którzy otwarli sklepik w części swojego domu o 200 metrów od naszej Wieży. Jak udostępniać muzykę to poprzez entuzjastów muzyki, a nie manipulatorów i "managerów" od ruchów powietrza. Nawet drobne wybory wspierają bioróżnorodność - holy biodiveristy!
W Chinach jest miejsce (pewnie nie jedno, ale jedno jest już symboliczne), w którym wszystko co nowe z Zachodu jest piratowane i przerabiane według miejscowych wzorów i pozbawionych barier pomysłów. Telefon i odtwarzacz w kształcie krzyża, ale coś jakby gadżet młodej Madonny - bioróżnorodność. Oczywiście do tego potrzebny jest Zachód aby wymyślił (będzie wymyślał o ile na tym zarobi i to jest o.k. więc stop Acta to nie jest tak prosta sprawa) aby można było piratować (często w tej samej wynajętej, bo taniej fabryce) i muszą być tacy co kupią z radością (albo ze smutkiem) tzw. podróbki. Czy poza zyskiem jest jakiś inny powód wprowadzania innowacji? A może zmienić pogląd na to co jest zyskiem? Dobrze pojętym zyskiem może być uczestniczenie w czymś interesującym, sprawdzenie swojej koncepcji w konfrontacji z innymi, zmiana otoczenia... jest wiele zysków.
Na naszej mapie mpsa w duchu holy biodiversity jest w marcu: Szczecin (17. marca) i tam dwie całkiem inne (?) aktywności tj. udział w Nordic Cross Point oraz koncert w Teatrze KANA. Potem mamy w planie Zieloną Górę (18.03) i koncert w miejscowym BWA (www.bwazg.pl)... 24 marca będziemy w Starym Sączu opowiadać podczas Festiwalu Podróży i Przygody Bonawentura o trekkingu w Sapmi / Laponii, a 30. marca zagramy w Olkuszu na wernisażu wystawy fotografii Adriana Spuły - ŁEM - Ukryta kraina (www.Donkliszot.com) Na kwiecień zapowiada się równie bioróżnorodnie...
Holy biodiversity!

Saturday, February 11, 2012

EXTREME GREEN GUERRILLAS


Stosy materiałów na moim stole powoli zaczynają układać się w rozpoznane mniejsze stosiki, które za kilka dni zostaną zarchiwizowane czyli zamknięte w osobnym pudle z napisem "Berlin, luty 2012".
Jeden ze stosików zasili pudło pod moim ulubionym tytułem Green Guerrilla, gdzie dotąd trzymałem wszystko co dotyczy guerrilla gardening. Tym razem powaliły mnie dwa wizjonerskie pomysły czyli coś co nazywa się Extreme Green Guerrillas: Animal Messaging Services (AMS). Michiko Nitta we wstępie oświadcza, że E.G.G jest przeciwna używaniu Internetu i telefonii komórkowej dla utrzymywania łączności i przesyłania informacji. Proponuje w zamian Animal Messaging Services (A.M.S), który to system wykorzystuje migracje zwierząt (ptaków, ssaków, ssaków morskich itd.) do przesyłania informacji bez zbędnego produkowania CO2...
W tym samym środowisku powstał projekt zaprezentowany na International Design Festival Berlin w 2011 roku, którego przesłanie bardzo mi się spodobało: mushroom cultivation as a wey to make the world a better place! (hodowanie grzybów jako droga do uczynienia świata lepszym). Poza instalacją (czyli zestawieniem prostych sposobów na domową hodowlę różnych gatunków grzybów jadalnych: np. boczniaków) były też warsztaty i nawet pokazy wykorzystania tak wyhodowanych grzybów we własnej kuchni. Całość działań i przesłanie zostało określenie jako fungutopia. Jak tak dalej będzie, to wydziały ogrodnicze splajtują na akademiach i uniwersytetach rolniczych, a rozkwitną przy akademiach sztuk pięknych...?
W 2005 we Włoszech, w 2010 w Niemczech (ale w dwóch wersjach językowych: niemieckiej i angielskiej) ukazała się rewelacyjna książka Gianny Mari Gatti - The Technological Herbarium czyli Vegetable Nature and New Technologies in Art Between the Second and Third Millenia i jest to dzieło niezwykle inspirujące. To jedna z tych książek, które gdy znajdą się w rękach jakiegoś sprytnego warszawiaczka to natychmiast wyrośnie nam nowa dziedzina sztuki, filozofii i wiedzy najwyższej na wymiar paszportu Polityki. Swoją drogą, to już najwyższy czas aby nasi zieloni czerwoni odkryli, że można - bez dawania politycznej d... - pozostać zielonymi i jednocześnie wbić się na lewackie ścieżki czynienia świata lepszym za małe pieniądze i na swoim podwórku. Dyskusje i krytyki, które zmierzają do tego aby jednych cymbałów wywalić i ozłocić innych cymbałów (wynik tzw. walki politycznej) aby proces ten powtarzać za sprawą dużych ilości sił, środków i emocji aż do czasu odkrycia, że wielu tych samych dziadów załapuje się po kilka razy na posadki za naszą kaskę.
Najbardziej polityczna jest zawsze niezależność, nawet kurs na ten stan już kole w oczy ideologów i polityków. Extreme Green Guerrillas to niezły kierunek, dla tych którym trudno jest uwierzyć w mądrych, sprawnych i odważnych polityków i to, że jest "wyższa kultura bankowości"... Kiedy oglądam polemiki naszych ugrupowań politycznych (fantastyczne są grupy post-PiSowskie plus pospolite ruszenie p. Palikota) to widzę jak dziadostwo odnalazło wspaniały rezerwat. Będziemy musieli pracować pewnie ze sto lat aby utrzymać taką ilość dziadoskich kolesi. Bo nowi się już czają za ich plecami, tylko jeszcze nie wiedzą czy kapitalizm upadł, czy socjalizm się przyjmie, a może ksiądz Natanek wskaże trzecią drogę? Tak czy siak z kaski trzeba będzie wyskoczyć, bo mamy na utrzymaniu wielką ilość zdrowych chorych: tzw. rolników, tzw. polityków, tzw. duchownych, tzw. lekarzy oraz tzw. klasę robotniczą (na którą z ideologicznego musu już się załapują drobni wykonawcy kładący flizy na czarno... co spędza sen z oczu komisarzy ludowych Krytyki Politycznej, bo nie wiedzą bidusie jak im liczyć emeryturę? czy od tego ile lat pracują czy od tego ile udało się im nieopodatkować?).
Idzie wiosna (czuję to mimo, że za oknem jest minus ileś...) i czas zaplanować naszą zieloną partyzantkę na wielu poziomach. Każda cukinia i pomidor wyhodowany na balkonie, każdy obieg wartościowego jedzenia i każda godzina spędzona w kontakcie z naszym pozaludzkim otoczeniem jest sto razy bardziej rewolucyjna niż studiowanie Marksa. Z Marksa zróbcie podstawki pod skrzynki z kompostem, to już najwyższy czas.
Na focie Joshua Light Show i Ash Ra Tempel w Berlinie, fota Jacka E Zero ze wspólnej celebracji archeologii mediów na Transmediale 2012. Sztuka was wyzwoli!

Friday, February 10, 2012

Ryoji IKEDA i takie tam...


Po ostatnim wypadzie do Berlina zostało mi kilka mocnych wrażeń i stos materiałów, które powoli przeglądamy. Instalacja Ryoji Ikedy " db " jakoś mi nie daje spokoju i chyba tak już pozostanie. Częścią instalacji był wielki prostokąt wypełniony 48. parami słów zaczynających się od "d" i "b", pierwsza dziesiątka wygląda tak:
dark - bright
deaf - blind
depth - breadth
decimal - binary
dimension - boundary
domain - border
density - blank
digital - bug
data - bit
dot - bracket
.... itd. do 48. pary.
Pary ułożone były w dwie kolumny a pomiędzy nimi artysta umieścił literki db wielokrotnie większe niż fonty użyte w parach.
Całość jest dobrym wstępem do podwójnej instalacji czyli white room / black room.
W instalacji są dwa wielkie elementy techniczne: specjalny głośnik i reflektor przypominający wojskowe przeciwlotnicze. Na głośniku zobaczyłem małą tabliczkę producenta: Meyer Sound, który wytwarza specjalistyczny sprzęt nagłaśniający m.innymi dla kin i reklamuje się zdaniem: thinking sound.
Instalację Ikedy w Hamburger Bahnhof można oglądać do 9. kwietnia 2012 roku. Warto tam być!

Dzisiaj miałem bardzo interesującą rozmowę na temat propozycji wydania naszej książki o tundrze za kręgiem polarnym. Oczywiście będzie to rzecz o Samach i Ich kulturze, ale mam nadzieję potraktować przestrzeń tundry jako coś większego od wszelkich ludzkich wpływów i konotacji. O książce myślałem już w zeszłym roku, ale konkretna propozycja przyszła kiedy jesteśmy w miłym kontakcie ze znakomitymi Samami i możemy wiele spraw konsultować z nimi! To będzie bardzo ważna praca i po jej ukończeniu otworzy się wielka nowa przestrzeń, o której nic jeszcze nie wiemy. Mam na myśli to, że Zielnik Podróżny (pojawi się w marcu) jest sporym podsumowaniem etnobotanicznych doświadczeń z wielu lat, A. pracuje nad książką, która da podsumowanie sporej części wiedzy o strategiach traktowania tradycyjnej wiedzy w kulturze popularnej wraz z pewnym poglądem na te procesy, jaki wypracowaliśmy sobie jako czynni uczestnicy kontrkultury. Tak więc nowa książka o doświadczaniu marszu, o obcowaniu z tzw. pustkowiem tundry (w Bułgarii mówi się na taki sam mityczny obszar: balkan i nie jest to określenie konkretnych gór, chociaż w takim znaczeniu także występuje Bałkan = Stara Planina) jest dobrym dopełnieniem opisu bogatych doświadczeń z jakimi przychodzi się nam mocować. Bo te wszystkie wędrówki, projekty, nowe spotkania, zachwyty i doświadczenia, to co nagle spływa na nas falą fantastycznego poczucia spełnienia lub obcowania z czymś niezwykle ważnym to wielka próba sił, pracy z emocjami i gdyby nie praktyka jaką staramy się kierować, to albo zostalibyśmy wielkimi warszawskimi guru (od dowolnych spraw, najlepiej wszystkich...), albo skończylibyśmy w szpitalu. Z perspektywy czasu to ta praktyka i konstruktywne opanowywanie emocji wydają się znacznie ważniejsze niż jakieś konkretne dokonania.
Pomiędzy przestrzenią wykreowaną przez Ikedę, a dziką, poza-ludzką
sferą Ziemii nie ma istotnej różnicy i mają wiele wspólnego. W każdym razie uczucia jakie się pojawiają podczas obcowania z każdą z nich są identyczne. Oznacza to, że doświadczenie pustki jest możliwe do osiągnięcia dzięki intensywnej praktyce duchowej / sztuce / obcowaniu z dzikością.

Powoli nadchodzi połowa lutego i plakaty już wysłane w kilka miejsc gdzie w marcu zagramy naszą muzykę. Planujemy trzy ujawnienia: w Szczecinie (18 marca, sobota, podwójna aktywność: pokaz fotografii i relacja z trekkingu w tundrze (Zamek KP) oraz wieczorny koncert w Teatrze Kana), w Zielonej Górze (19 marca, BWA i pierwszy raz w tym mieście!) oraz 30.stego marca w Olkuszu pod Krakowem, gdzie zagramy na specjalnym wernisażu wystawy bardzo interesującej fotografii... Jeszcze będzie czas aby to dokładniej opisać, ale plan aby koncerty zaczynać dopiero od drugiej połowy marca udaje się realizować. Cieszę się, bo poza arcyciekawym programem na koniec kwietnia z dwójką artystów samskich (Częstochowa i Kraków ! naprawdę jak mawiają górale: wow!) kroi się coś na Śląsku i w Cieszynie (czyli też na Śląsku...)jeszcze w pierwszej połowie roku.
Kiedy przyglądam się mapce miejsc z jakich zainteresowani naszą działalnością "wchodzą" na naszą stronę na myspace, to widać jak rozkłada się pewien rodzaj kultury. I w "naszej" strefie nie ma jakoś wielkiego mocarstwa, jakim podobno są Chiny, słabo coś z wielką Rosją (poza częścią europejską) itd. itd. Gdyby taką mapę zestawić po 12 latach koncertowania Karpat Magicznych w odniesieniu do Polski... ? Są wielkie obszary jakby poza wszelkim zainteresowaniem... Może to przypadek, może zbyt gruba skorupa na budyniu, kto to wie?

Bogdan z Mirkiem kończą pracę nad jubileuszowym 40. ! wydawnictwem w naszej dokumentacyjnej serii World Flag Records. I będzie to kaseta magnetofonowa! Kaseta 60.siątka (piękne nowe tzw. "slimy") z materiałem z Acid Stasi House z Berlina. Na kasetę wydawała się nam najodpowiedniejsza. Będzie jedynie 50 kaset ręcznie numerowanych plus kilka zerowych dla naszej ekipy jako pewnego rodzaju szalone "akcje" dla udziałowców naszego przedsięwziecia. Przez te 8. lat istnienia serii (pierwsza płyta wyszła w 2004 roku) wydawaliśmy głównie CDR (ostatnie lata to zawodowe CDR z maszyn), ale było też DVD i różne okładki i wkładki (książeczki, mini albumiki)...
FLAGA ŚWIATA to jedno z tych działań, które są całkiem szalone, pozornie niepotrzebne, rozmyślnie niedostrzegane i pomijane w niezależnych rankingach, a nawet opisach sceny tzw. offowej czy eksperymentalnej. Tak jakby tych wydawnictw nigdy nie było...ale z drugie strony wiemy dobrze jak krążą, jak docierają, inspirują, a niektórych doprowadzają do łez. Dzięki Krzyśkowi z Serpent.pl można nie kontaktować się z nami, a wydawnictwa dostać w kilku formatach.
Szkoda, że ta nasza scena taka mała, ograniczona i głupio pooddzielana zasiekami mentalnymi. Będziemy odkrywali jeszcze sto lat dawno odkryte i ulegali prostym pomysłom kilku (zawsze!) Anglików. Jak nie world music, to ambient, a jak nie ambient to dark ambient i tak ulegamy czarom-marom z katalogów i ofert biznesowych, myląc je z muzyką. Jak ćmy do ognia w zakopconej lampie?!

Na focie naszej przyjaciółki Moniki - stoimy obok głośnika w białej wersji instalacji Ikedy, Berlin, ostatnia niedziela. Jak widać, stoimy bez butów, bo do wnętrza instalacji Ikedy wchodziło się bez butów... ja to rozumiem, bo większość ważnych swoich koncertów (i zawsze w stusiu) gram bez butów...
Fota nie jest podrasowywana i tak ta biel naprawdę wyglądała!

Monday, February 06, 2012

JOSHUA LIGHT SHOW Ash Ra Tempel RYOJI IKEDA


Cały mój stół zasłany jest fantami z wyjazdu do Berlina, z którego wróciliśmy dzisiaj, lekko po północy. Po grudniowej eskapadzie nie sądziłem, że będzie tak intrygująco, przyjemnie i inspirująco. Pewnie będę jeszcze o tym pisał, bo to co widzę obok laptopa i kubka z hernatą (Libanon Tee, pakowana po kilo i pół kg... i żałuję już, że byłem ostrożny i mamy mniejsze opakowanie!) to kilka całkiem różnych wątków i opowieści. W tej pierwszej relacji ogarnę jedynie to co na stole, aby poukładać te kolorowe klocki doświadczenia.
Cała wyprawa urodziła się z zawodowego musu A. aby brać udział w Transmediale czyli festiwalu sztuki mediów organizowanym w dobrze nam znanymi Haus der Kulturen der Welt (HKW), który na naszej psychogeograficznej mapie Berlina jest mocnym i znaczącym punktem. Mnie, poza księgarnią, wystawą sztuki mediów i kilkoma inspirującymi akcjami (np. lekkie "artystyczne" porażanie prądem... z którym ja bym się w Berlinie raczej tak nie afiszował...) wabiła szansa na oglądanie legendarnego Joshua Light Show do koncertu także legendarnego Manuela Gottschinga z krautrockowej formacji Ash Ra Tempel (później Ashra). Manuel G. powracał tym koncertem po 5. latach przerwy i mimo, że nie jestem największym fanem krautrocka to doceniam jego osiągnięcia i odrębność. Joshua Light Show to legendarny Joshua White, który "oprawiał" wizualnie koncerty Janis Joplin, Hendrixa, The Doors, Franka Zappy, Santany i kilku innych ekip z Tamtych Czasów... Slaydy Joshua traktuje kolorowymi pigmentami wpuszczanymi pipetą na olejowe podkłady i wszyscy, którzy nie mieli czasu i szkoda im było kasy na The Doors, Joplin i Hendrixa... pamiętają mocną scenę z tymi analogowymi wizualizacjami z filmu Nocny Kowboj. Jeżeli ktoś nie wie kto to Janis Joplin, The Doors... i nie oglądał też Nocnego Kowboja jest proszony o zakończenie czytania moich blogów i przystąpienie do matury.
No i tak: wpadamy do HKW, a tam bilety wyprzedane na Joshua / Ashra... W HKW jest sala na kilkaset osób (może 1000?) i dwa dni przed zero biletów, a Joshua Light Show miał trzy pokazy z trzema różnymi zespołami (niestety nie mogliśmy iść na mojego faworyta: Super Silent! w czwartek). Inna rzecz, że Joshua White stacjonuje w NYC i w Berlinie był pierwszy raz!!! Dzięki wspaniałej akcji Jacka E Zero ... bilet dotarł do mnie przed koncertem i mogłem zagłębić się w fotelu na godzinkę całkowitego wizualnego odjazdu! Manuel Gottsching okazał się skromnym facetem i już jego minimalny zestaw na scenie zjednał mu wiele sympatii. Analogowe syntezatory plus dwa laptopy (muzyk wykorzystywał do muzyki tylko jeden z nich) plus gitara elektryczna, to było wszystko i wystarczyło. Ashra jest ciepło wspominane i traktowane z atencją ze względu na to, że Manuel Gottsching popełnił kiedyś utwór E2-E4, który przez wielu uważany jest za pre-techno. Ashra było więc łącznikiem pomiędzy starym (krautrock), a nowym (techno, rave), teraz jedno i drugie jest stare, ale fani się wymieszali i celebrują! Ważny jest kontekst krautrocka (jako niemieckiej szkoły i silnej sceny nie ulegającej amerykańskiej supremacji muzycznej), który jest jakoś ciągle obecny i raz po raz powraca. Po naszych kontaktach z Embryo i Damo Suzuki (CAN) i nieco mniej znanymi muzykami, widzimy, że część tej sceny już tylko odcina kupony, ale niektórzy robią całkiem interesujące rzeczy. Manuel G. nagrał wiele wersji E2-E4, ale wersja live z Zeitkratzer ensemble (koncert odbył się na Rosa-Luxemburg-Platz 25 marca 2005 roku) wydaje się całkiem interesujący i słucham go z przyjemnością.
To tak tylko kilka słów na temat, który wydaje się warty podjęcia na różne sposoby!
Berlin to oczywiście także mój ulubiony sklep z instrumentami perkusyjnymi... tym razem kupiliśmy kilka drumli z Syberii i Indii. Drumla dla Bogdana jest pięknym okazem drumli morsing i mam nadzieje, że B. nie pozbędzie się zębów, bo jest bardzo twarda i doskonale brzmi! Drumle pasterzy reniferów gadają undertonami i jest to z mojej strony lekki ukłon w stronę pop...
O tym co działo się w HKW można by wiele napisać bo spędziłem tam kilkanaście godzin, ale na to jeszcze przyjdzie czas. Poza Transmediale musieliśmy też odwiedzić następny (a mój ulubiony) budynek muzeum sztuki nowoczesnej - Hamburger Banhof. Jest tam coś całkowicie niezwykłego, totalnie przejmującego i genialnego! Emanacja estetyki Zen na 2012 rok! To praca kompozytora i visual artist Ryoji Ikedy składająca się z dwóch wielkich przestrzeni (białej i czarnej) i zatytułowana "db" (od decybel). Tego właściwie się nie da opisać i tylko można podać kilka haseł: smugi światła, ekrany zapełnione kodem cyfrowym, dźwięki i sekwencje, oślepiająca biel i czerń bez dna, swobodna przestrzeń i prostota. To jakby wejść do gigantycznego komputera do środka i znaleźć tam kamienny ogród Zen... Sygnały / dźwięki oscylowały wokół rejestrów głosów wydawanych przez nietoperze, echolokacji, czasem bardziej wyczuwało się zmianę napięcia prądu / fali niż wysokość tonu. Do tego swietne materiały i całkiem biały winyl w kopercie ze sztywnej folii (z innymi pracami)... Ikeda jest też faworytem A., która miała możliwość obcowania z Jego sztuką na innych festiwalach. Po wyjściu z tej ekspozycji (?) coś zacząłem plątać o budynku dworcowym w Krakowie i MOCAKu, ale sam uznałem, że było to jak puszczanie baniek nosem przez grubą warstwę budyniu.
Muszę kończyć bo zginiemy z głodu oparci o klawiatury laptopów... a jeszcze np. taka spora książka / katalog - In Girum Imus Nocte et Consumimur Igni - The Situationist International (1957 - 1972)...
Na focie Jacka E Zero Manuel Gottsching i Joshua Light Show na Intermediale... czyli hipisowski klasyk z Filmore East NY i legenda krautrocka za analogowymi klawiszami i z nudnymi solówkami na gitarze podczas ultranowym Transmediale 2012...

Saturday, January 28, 2012

SZTOKHOLM


Z krótkiej wyprawy do Sztokholmu wróciliśmy w niedziele wieczorem, ale postanowiłem dać sobie kilka dni na ochronę przed skutkami wiatru słonecznego... w postaci wyłaniania się z odchłani dawnych przyjaciół, złośliwości zamiast współpracy, zaległych rachunków i trudności komunikacyjnych. Kto by pomyślał, że słońce ma wiatry i wpływają na mózgi Homo sapiens! Styczniowe bluzgi plazmy słonecznej wpływają na wielu ludzi w sposób trudny do pojęcia. Pierdnięcie solarne zrobiło coś złego z bardzo cenionym dotąd u mnie p. Bonim i kilkoma innymi tzw. znaczącymi urzędnikami i politykami. Smród poszedł po liceach i wyskoczyli z niego młodzi "intelektualni niewolnicy" (tak siebie określali), którzy palą flagi UE w imię oporu wobec interesów USA, które same chyba niezbyt chcą ograniczeń w internecie. Po kilku wpisach i małych dyskusjach na FB okazało się, że bohaterami dnia nie są tacy jak my, którzy od lat popularyzują CC i nie zabraniają ściągania własnej muzyki, a nawet sukcesywnie udostępniają ją w sieci darmowo... Nie, to nie my, bohaterem jest p. Cejrowski bo ma jaja, co się wg. internautów uwidacznia w postaci wyśmiewania p. premiera... Faktycznie, jest to odwaga niezwykła!
Ale głupieją nie tylko młodzi, głupieją także i starzy. Facet od filmu polskiego zwierzył się, że nie wieszają ich w sieci, bo to ułatwia pirackie ich ściągnięcie. Powieszenie tych gniotów nawet po np. 5 złotych nie gwarantuje sukcesu? To, że w kupie są te filmy kiepskie nie wskazuje wcale, że ludzie nie zechcą ich oglądać... zwłaszcza w okresach wzmożonych erupcji na słońcu. Dzisiaj słyszę, że kierowcy samochodów zablokują drogi aby zmusić rząd do obniżenia cen benzyny?! Jakie to proste! Na biednych wsiach Małopolski dotowani rolnicy mają już po trzy auta i dwa traktory więc przyda się obniżka cen paliwa, dokupią sobie jeszcze dwa.
W tym całym słonecznym bąku, którego zapach i wirowanie wcale mi się nie podoba (za wyjątkiem zorzy polarnej) pielęgnuję trzy miłe dni spędzone w Sztokholmie.
Pierwszy był jak sen i niech tak pozostanie. Skrócę go do sytuacji przy stole w małym mieszkanku w mieście: A. i ja z jednej strony, a z drugiej fantastyczni Samowie. Dwoje to artyści rzemieślnicy kultywujący duodji czyli tradycyjne rzemiosło i joik, dwie pozostałe to reżyserka filmowa i dziennikarka. Syn naszego nauczyciela joiku szybko się wycofuje do swojego pokoju i otwiera laptop. Wiele razy pytano nas czy spotykaliśmy "prawdziwych" Samów. Spotykaliśmy wielu Samów, ale to byli Ci najprawdziwsi! Dwójkę artystów będziemy gościli w Polsce pod koniec kwietnia! Jeszcze jest czas na szczegóły.
Ze spotkania wróciliśmy do hostelu (urządzonym w dawnym więzieniu!podobnie jak ten, w którym spaliśmy w Lubljanie) z rodzajem talizmanów dla wędrowców. Talizmany bardzo się nam przydały jeszcze w tym samym dniu, w którym przewędrowaliśmy po Sztokholmie blisko 30 km... I nic więcej na temat tego dnia!
Drugi dzień to powalająca wystawa fotografii w Moderna Museet (muzeum sztuki nowoczesnej) i fantastyczny wieczór u Ewy i Tomka Hołuja. Od czasu do czasu żartujemy sobie z kiepskich wystaw i nieporadnych kuratorów w budyniowie i jak już pisałem wcale nie daje to satysfakcji... Bardzo cieszyłbym się gdyby krakowski Mocak powalił mnie czymkolwiek, bo przecież może! Granice otwarte, kasa jest, hipstersi sączą kawę, kuratorzy modnie ubrani i oblatani jak stare radzieckie samoloty TU... (grubo...?), a jednak?! I tym razem już pierwsza sala i wielkie odbitki na doskonałym papierze fotograficznym przyszpilone do ściany (bez ramek i szkła) zrobiły mi tak jak powinny. Wielka autofotografia Cecylii Edelfalk - Self-Portrait, na której artystka mierzy do widza z rewolweru ... no nie może być pokazywana w ramce za szkłem! To by wyglądało tak jak relacja z obcinania sobie penisa przez happenera z grupy Akcjonistów Wiedeńskich pokazywane w zrebrnych ramkach za szkłem i uspokajającą notką: nie uciął sobie!
Wystawa Another Story pomyślana była jako trzy osobne całości zatytułowane: Possessed by the Camera (1970-2010), See the World! (1920-1980) i Written in Light (1840-1930). W środku każdej z tych osobnych ekspozycji można było siedzieć bez końca i oglądać albumy, stare pisma, katalogi... i nikt, ale to nikt nie stał nad nami i zwracał uwagi co robimy. A. fotografowała bez ograniczeń, skrępowania i poczucia winy, podobnie do wielu innych zwiedzających. Wiem, wiem: kamery itd. ale u nas ich brakuje? Wiem u nas boją się pewnego aktora z szablą.
Po trzech godzinach oglądania najstarszych zachowanych fotografii we wszystkich technikach, oryginalnych fotografii legendarnych twórców i całkiem nowych dla mnie, ale znakomitych serii fotografii w świetnie zaaranżowanych salach (np. jest tam możliwe siedzenie i kontemplowanie, siedzenie i odpoczywanie, siedzenie i robienie zapisków) tylko widok czekającego w drzwiach Muzeum Tomka Hołuja mógł nas wyrwać z tego wspaniałego miejsca. Jeżeli się wybierzecie do Moderna Museet to pamiętajcie, że jest tam też barek, kawiarnia i restauracja oraz znakomita księgarnia... i kilka innych wystaw.
Tomek H. obok tego, że jest znakomitym muzykiem i malarzem (a dla mnie grafikiem, co On sam jakoś nie docenia?!) jest także autorem doskonałego wegetariańskiego jedzenia. Od czasu gdy biegał z ksylofonem po Krakowie minęło ... (!) tyle lat i jest coś zastanawiającego w doskonałej kolacji u Niego w Sztokholmie. Wizyta w pracowni Tomka i fotki z jednymi z pierwszych bębnów od Słomy przyniosło nieco nostalgii. W tym dniu przeszliśmy pieszo tylko kilkanaście kilometrów. I tyle o dniu drugim.
Trzeci dzień to wspaniały dryf po Sztokholmie, czyli to co oboje z A. lubimy najbardziej i co nas nigdy nie zawodzi. Opis (opis właściwie nie jest możliwy, może to kiedyś zagramy?) ograniczę do miłej herbaty w kawiarni gdzie przesiadywał sam Stieg Larsson, autor Trylogii Millenium ( a może będzie i czwarta część, bo jej zarys i część tekstu tkwi ciągle w laptopie zmarłego w 2004 roku autora). Kawiarnia jest także częścią fabuły Millenium i już z daleka zobaczyliśmy tłumek fotografujący szyld i siebie pod nim. Kawiarnia jak kawiarnia i to jest właśnie takie skandynawskie! Herbata dobra, a na ścianach zastanawiające malarstwo pary artystów: Johanny Birkeland i Ossiana Theseliusa. Hipisowskie malarstwo w jaskini lewaków? Kilka prac całkiem ciekawych. I tyle o tym dniu. Bo co tam pisać o sklepie z gitarami (niby mamy takie same...), co tam pisać o hostelu-więzieniu (mamy i hostele i więzienia...), z którego wcale nie chciało się wychodzić... itd. itd.
O wszystkim pisać nie będę. To skutek tego całego zamieszania pt. ACTA i tego co widziałem i czytałem na FB. Moja intuicja podpowiada mi, że coś się zmieniło, coś tąpnęło w sprawie pt. internet, chyba czas na przypomnienie sobie innych obiegów i miejsc niedostępnych. Tak mi mówi intuicja (nazywana kiedyś żartobliwie: intuicją wodza), ale może to tylko kolejne pierdnięcie słońca.
Na focie A. kawiarnia - artefakt Stiega Larssona.

Monday, January 16, 2012

ACID STASI HOUSE


Acid Stasi House to sesja jaką zrealizowaliśmy w grudniu 2011 w Berlinie. Stasi to potoczna nazwa dawnej bezpieki w NRD: Ministerium fur Staatssicherheit (MfS). Sesja została zorganizowana w jednym z budynków Stasi, w którym Jacek Slaski wynajmuje salę prób dla swej artystycznej formacji The Curators. Sesję zagraliśmy po kilku dniach intensywnego biegania po Berlinie i uczestniczenia w kilku interesujących akcjach, wystawach i sytuacjach. Garść wrażeń z tego czasu znajdziecie na wpisie z grudnia 2011 pt. Berlin.
Nagrywanie w czasie podróży i odniesienie się w ten sposób do smaku czasu i naszej dyspozycji plus roboczy charakter, który gwarantuje autentyczność i entuzjazm, stosowaliśmy już niejednokrotnie (zobaczcie Mirrors, naszą płytę nagraną dużej części w USA) i piszę tu o nagraniach muzyki, a nie field recordings - to zupełnie inna działka. Sesja Acid... jest ważna z kilku powodów - rozpoczyna oficjalnie nowy nasz projekt Noise to Silence o radykalnym charakterze (skupimy w nim nasze doświadczenia z praktyką real time, z muzyką intuicyjną, z nowymi instrumentami i archeologią mediów) i poza udostępnioną za free sesją z Berlina szykujemy już od blisko roku wydawnictwo z nagraniami w ramach Long Strings Installation. Pierwsze mixy już wybrane i zapowiada się naprawdę interesująca przestrzeń.

Najważniejsze jest jednak to, że po tych wszystkich latach naszej naprawdę wytrwałej i ciężkiej pracy zaczynamy dostrzegać co w świecie dźwięków nas naprawdę interesuje. To daje wiele radości i satysfakcji. Jesteśmy chyba już gotowi... na konfrontację z dźwiękiem. Nasze charaktery są takie, że nie możemy się zgodzić na traktowanie muzyki i substancji dźwięku jak jakiś przymulonych ciasteczek z budyniem na wierzchu. To co słyszymy (i o czym czytamy pochwalne peany dziwnych znawców wszystkiego) mnie osobiście przeraża i powoduje silne nudności. Przypomina to proces lepienia klusek z możliwie marnej mąki i wpychania ich w gardło gęsi... przy czym gęsi mi naprawdę żal, a dużej części budyniowa: nie!
Bo jak rzygać to z prawdziwej emocji, a nie cierpieć na wymuskane, estetyczne, wypichcone nudno - ści.
Granie w jednym z pomieszczeń NRD-dowskiej Stasi w 2011 roku, w którym kawa w Krakowie jest droższa od tej w Berlinie, a stos instrumentów nas cieszy, ale nie rusza jak dawniej plus to, że nie musimy właściwie nigdzie się szlajać aby udowodnić, że nie jesteśmy żyrafą... to wszystko jest na Acid Stasi House.
Jak nie pasi to zawsze jest kilka innych płyt naszych koncesjonowanych budyniowych off-coś tam!

Thursday, January 12, 2012

FALCO PEREGRINUS


Sokół wędrowny w latach 50. XX wieku właściwie został w Polsce wytruty przez radosne stosowanie DDT w rolnictwie. Po kilkunastu latach odnotowywano kilka par gniazdujących, a obecnie mówi się o kilkunastu parach? Szybkość z jaką ten ptak potrafi latać przekracza 300 km/godzinę i pewnie ma kwalifikacje znacznie większe niż znakomici piloci F16?! Niestety, trucie jest w dalszym ciągu stosowane, już nie DDT, ale arszenikiem tak! Zatruty gołąb łatwiej niż inne ptaki wpada w szpony ( a szpony sokół ma naprawdę imponujące) sokoła i jest kłopot. Sokół wędrowny jest ściśle chronionym gatunkiem i każda jego obserwacja jest cenna, nie mówiąc o żywym (nawet jak kedwie...) dorosłym ptaku... więc wczoraj i dzisiaj trwała akcja poszukiwania ratunku i szybkiego dostarczenia ptaka do szpitalika dla ptaków drapieżnych przy UR w Krakowie. Szansa na odratowanie chorego sokoła jest niezbyt duża, ale jakaś jest i koniecznie trzeba próbować. Foty jakie udało mi się zrobić podczas oględzin znalezionego (w mieście!) ptaka są gratką dla każdego ornitologa. Na fejsie kilka bardzo różnych osób z dużym zainteresowaniem lajkowało fotę ratowanej sokolicy (bo okazało się, że to sokolica mająca ok. 3 lata) i to bardzo jakoś krzepi. Widać, że nie jesteśmy całkiem obojętni na takie ultra dzikie istności? To nic, że lajkowało znacznie mniej osób niż w przypadku doniesienia Adama Wajraka, że osrał go gołąb, bo tu raczej chodziło o sokoła wędrownego niż o inne względy.

Dość długo nie pisałem, bo pierwsze dni stycznia były dość napięte i pracowite... jeszcze szlifowałem książkę. Redakcja i korekta w wydaniu A. jest zawodowa, a więc bezlitosna i odzierająca autora ze złudzeń o geniuszu... to proces bolesny, ale jakże niezbędny w sytuacji kiedy książka zaczyna jawić się jako coś zupełnie innego niż prosty zbiór informacji o roślinach.
Z tej ciężkiej pracy nad ego udawało mi się uciec na chwilę z pomocą czytania trzech książek równolegle. To świetna praktyka i idzie mi to już całkiem nieźle, w czym spory udział mają oczywiście te konkretne książki:Steve Jobs (Waltera Isaacsona, kiepsko tłumaczona... ale Jobs załatwia wszystko),Szaleństwo marszu (Jacquesa Lanzmanna) i rewela w postaci rozprawki Etniczność sp. z o.o. (Johna L. Comaroffa i Jean Comroff).
Jobs to Jobs... ja bym to kazał czytać i uczyć się na pamięć studentom, którzy stękają do kamery lub wylanych ze studiów kolegów redaktorów gazet, że nie mają pracy i perspektyw. Nigdy nam nie zdradzają czy coś potrafią i tylko chwalą się tym, że studiują, lub że mają dyplom albo dwa. Z takim nastawieniem pozostaje dzisiaj jako pewna perspektywa dobrej roboty już chyba tylko seminarium duchowne...
Szaleństwo marszu to klasyka gatunku czyli samo sedno ekstremalnych doznań związanych z trekkingiem, marszem, wędrowką. Lanzmann jest błyskotliwy, old schoolowy i do bólu prawdziwy, więc raczej w Budyniowie się nie przyjmie.
Prawdziwą perełką jest Etniczność zp. z o.o. Generalnie jest o tym, że różne nacje, plemiona, małe narody, First Nations, ludy tubylcze i pozostałości po nich zaczynają się odkrywać i organizować jak firmy, spółki, korporacje. Polega to na uzyskiwaniu osobowości prawnej (dla np. rady wodzów albo starszyzny zjednoczonych plemion), zastrzeganiu logotypów i dochodzenia tak zwanych praw do tradycyjnej wiedzy nazywanej m. innymi prawem do dziedzictwa intelektualnego w zakresie miejscowej flory i fauny! Zaczyna się też kształtowanie etno inwestycji, przemysłów etnicznych, biopolityk itd. Moja etnobotanika Karpat i Bałkanów będzie jak znalazł i jakby niektórzy mieli olej w głowie (a nie budyń) to by zamiast beznadziejnie głupich i prostackich wyciągów narciarskich zajęli się biopolityką... Do smakowitych kąsków w tej książce należy świetne studium etnobotaniczne dotyczące kaktusa Sanów (buszmenów) czyli xhoba (Hoodia gordonii),ID-OLOGII, testów genetycznych (za niespełna 200 dolców robisz sobie test i dowiadujesz się, że masz przodków w Gruzji, albo wśród Irokezów (to lepiej bo może mają swoje kasyno i spore zyski?) i należy ci się pióropusz?
Bardzo mi się podobała historyjka szamanki Moon Owl... która szamaniła (za kaskę rzecz jasna) i legitymowała się kursami u Indian, którzy okazali się po pewnym czasie nie być Indianami... Rewela... mania wiary w dyplomy dotyka najwyraźniej nawet szamanów...

Kiedy będziecie pili coś w Hard Rock to miejcie świadomość, że sieć ta należy do plemienia Indian Seminolów, którzy kupili ją za pieniądze z własnych kasyn wybudowanych w rezerwatach... i to teraz Indianie są właścicielami Flaying V - gitary Hendrixa i gorsetu Madonny... czyli relikwii amerykańskiej pop kultury. Jednocześnie Indianie zabiegają o zwrot przedmiotów należących do ich własnego dziedzictwa, rozsianych po muzeach w całym kraju. Jak się tak zastanowić to tzw. etnokapitał od dawna czuli twórcy góralszczyzny, teraz organizują się tak także Ślązacy i jak ruszą Kaszeby...
Nasi lewacy cieszą się z końca kapitalizmu, a tu wyrasta całkiem nowy, kapitalizm etniczny, który trudno będzie nie popierać?!

Wstęp do nowego roku (bo ja jednak czekam na luty...) w warstwie muzycznej jest niezwykle ekscytujący. Po pierwsze to sesja z Berlina, która jeszcze troche musi poczekać, ale za to będzie dostępna za free dla wszystkich.
Fantastyczna jest płyta Inuit - fifty-five historical recordings czyli zestaw najstarszych rejestracji śpiewów i bębnienia z Grenlandii. Część nagrań wykonano w 1905- 1906 roku! Znakomity jest opis nagrań, który świadczy, że field recordings jest już mocno pogłębioną praktyką i wielowątkową wiedzą. Do tej samej rodziny płyt bardzo cennych należy Tibetan and Bhutanese Instrumental folk music.
Ile z przepisywania takich wydawnictw powstanie w Polsce prac dyplomowych... tych znawców, którzy po tak ciężkiej robocie pirackiej czekają już tylko na znakomite oferty pracy?
Szkoda, że w tym popapranym budyniowie dalej wszystko usmarowane ciągnącą się masą wygładzającą wszelkie zagłębienia w korze mózgowej.
Na focie sokolica i niech się uratuje i odleci daleko!!! Bo tylko wędrowcy mają szansę na ratunek.

Monday, December 19, 2011

BERLIN


Wybierając się na weekend do Berlina nie sądziłem, że będzie to druga (po wakacyjnej wyprawie w tundrę) co do ważności wyprawa 2011 roku! Berlin znamy z wielu wypadów i nie liczyłem, że powróci to dobre poczucie obcowania z żywą kulturą wielkiego miasta znane mi z Berlina lat 90. XX wieku. Uwielbiam dzikie przestrzenie, ale także naprawdę wielkie miasta: NYC, Berlin, Londyn, Pragę, San Francisco... i kilka innych.
Oczywiście, tak udany czas zawdzięczamy nie tylko sobie, ale głównie Jackowi S. , który zna nasze upodobania i nie popuścił nam nawet w pierwszy wieczór po 10. godzinach jazdy pociągiem z Krakowa. Pierwsza wizyta to był powalający strzał: koncert Silesian Quartet grający utwory Knapika, Szalonka i Pendereckiego i po nim koncert kontrabasisty, wokalisty i performera Ryszarda Gabrysia. Wszystko to w otoczeniu interesujących prac zebranych na wystawie pt. Recycling the Iron Curtain Na zakończenie uczty muzycznej pomknęliśmy aby przyłączyć się do akcji rozbijania wielkiego bloku czekolady w ramach akcji kuratora wystawy Piotra Szmitke. Wszystko to działo się w znakomitym, industrialnym budynku Kuhlhaus. Co można byłoby po takim wieczorze zrobić jeszcze bardziej odlotowego... okazało się, że można i wylądowaliśmy na prywatnym przyjęciu ze sporą grupą Gruzinów. Było to podsumowanie pewnego projektu i podczas gdy raczyliśmy się znakomitą kuchnią gruzińską, zebrani czytali niemieckie wersje kwiecistych toastów z Kaukazu. Ot, Berlin...
Sobota rozpoczęła się równie barwnie od szukania specjalistycznego sklepu muzycznego, do którego musiałem wpaść po kołki do strun jakich używa się w harfach wiatrowych. Po pewnym czasie i sporym spacerze w dzielnicy, która jest niezwykle malownicza udało się do sklepu trafić, kołki zamówić (dzisiaj przyszła wiadomość, że idą już do nas pocztą) i całkiem nieoczekiwanie kupić bardzo interesujący bęben z Alaski. To ten moment, gdy bierzesz instrument do ręki, słyszysz jego brzmienie i już wiesz; on jest mój! To spotkało A. i resztę dnia maszerowaliśmy z rytualnym bębnem ogniowym! Tak uzbrojeni mogliśmy śmiało wpaść na wystawę prac plastycznych dedykowaną legendarnemu zespołowi CAN. Z wokalistą CAN - Damo Suzuki, graliśmy we Wrocławiu, więc na wystawę musowo iść musieliśmy. Na obiad wpadliśmy do znanej nam dobrze knajpki z kuchnią perską... ot Berlin.
Celem naszej wyprawy były dwie wystawy i w sobotę pognaliśmy do Hamburger Bahnhof czyli wielkiej galerii sztuki nowoczesnej urządzonej w starym dworcu kolejowym. Tam wpadliśmy na niesamowutą instalację Cloud Cites Tomasa Saraceno! To było coś; wielkie kule z kombinacji folii i lin plus zieleń wisiały zakotwiczone zbiornikami z wodą. Do wielkich sfer można było wejść i oglądać świat z innej perspektywy. Wystawa jest czynna do 15 stycznia, a HB zawsze warto odwiedzić.
Na piętrze oglądaliśmy wystawę prac z kręgu Land Artu i mimo, że nie była zbyt duża, to kilka rzeczy zainspirowało mnie bardzo. Land Art jest z natury dość trudny do pokazania w salach muzealnych, ale i tak udało się nieźle. Największa niespodzianka czekała nas jednak w sali gdzie wystawiana jest niesamowita praca Dietera Rotha i przygotowywano się do czytania jego tekstów. Istotnym elementem tego eventu była muzyka: elektroniczny noise plus akustyczne wjazdy na alphornie (!) i tubie. To było coś! Siedzieć prawie w środku graciarni Rotha i słuchać tak swobodnych rzeczy, to było dla mnie jak deszcz na wiosnę... po tym co serwuje nam Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Krakowie. Sztuka tam może i nowoczesna, ale kuratorzy jak z mentalnej naftaliny.
Co tu pisać, może to, że muzyka, którą 30 lat temu udawało się czasem zagrać i tylko czasem/czasem usłyszeć; jest już kanonem i tyle. Nie chce mi się znęcać nad MOCAKiem (bo to smutne jest i mam jednak nadzieje, że może coś się tam zmieni?) ani też nad naszą niby sceną... szkoda słów, a do Berlina nie jest tak daleko.
Mała herbata w domu Jacka i wieczór zastał nas w klubie Helmut Khol... gdzie przenieśliśmy się w czasie za sprawą dwojga ludzi z USA. Facet ubierał i zdejmował różowe, okrągle okulary i razem śpiewali wariacje Hotelu Kalifornia na gitarę, flety i harmonijkę. Gitara jak należy była dość nietypowa, a całość była tak niewiarygodnie słodka, że aż nas wcisnęło w krzesła. Bez szemrania daliśmy 15 EUR do słoika i przypomnieliśmy sobie znowu za co tak kochamy alternatywną scenę w USA. Po dawce hippie not dead ruszyliśmy do do klubu West Germany na izraelski punk pod szyldem TV Buddha. Klub okazał się stylową czyli maksymalnie obskurną norą przystosowaną do grania ostrych rzeczy, ale TV Buddha zaserwował nam tak samo pretensjonalną muzykę jak nazwę. Umówienie się w tym miejscu i czasie na rozmowy o planowanym koncercie to nie był chyba zbyt dobry pomysł, ale co tam. W gruncie rzeczy to lubimy takie kluby, ale wymagają pewnej gry, która nam się chyba już nieco nudzi.

Niedziela to dwie niezapomniane akcje. Pierwsza z nich to wystawa Tracing Mobility: Cartography and Migration in Networked Space This Incorporeal Space Has Diffrent Rules pod prawdziwym hasłem: The conventional map is useless! Faktycznie, ani raz nie rozkładaliśmy papierowej mapy, bo A. korzystała z iPhona i iPada... Wystawa to bardzo myląca nazwa w przypadku tej instalacji: filmy, schody, konstrukcje, mapy, modele, dźwięki... zaryzykuje twierdzenie, że tego typu "wystaw" nie da się zwiedzać czy oglądać. Albo się w to wchodzi, albo szkoda czasu. Całość miała miejsce w Haus der Kulturen der Welt, gdzie kiedyś, w innym wcieleniu słuchaliśmy koncertu Shiv Kumara Sharmy!
Przed HKW natknęliśmy się na bardzo ciekawą instalacje Pia Lindman - kostkę z odpadowych materiałów i posadzonych tam roślin, która pięknie filtruje powietrze! Finka zrobiła tę konstrukcję o nazwie: Oxid Bungalow w ramach Labor Berlin 6 tego roku i akcji o nazwie Poison and Play. Oj jak mi tego brakuje w Krakowie... zamiast tych serwet i papierochów w Bunkrze Sztuki?
Wracając z HKW pod Reichstagiem fotografowaliśmy Parliament of Trees - Bena Wargina, po drugiej stronie rzeki. Zupa w restauracji tajskiej przyprawiona była bazylią o smaku bazylii z nutką kolendry. To była tajska odmiana indyjskiej tulsi, świętej bazylii.

Ale to nie był koniec berlińskiej ekapady... Muzycy grają i późnym wieczorem zamknęliśmy się z Jackiem w dawnym budynku służby bezpieczeństwa NRD... w salce prób ekipy The Curators i zagraliśmy te wszystkie emocje z trzech ostatnich dni... Kilka nowych instrumentów, kilka znanych instalacji i bardzo dobra akcja real time.

No i od rana znowu: Błota czyli Lubnau, Chosebuz czyli Cottbus, Glinka czyli Klinge... a potem stary mostek i miejscowość Zasieki... dalej już Wrocław aż do domu, do KRK. Dzięki temu mogłem przeczytać pół biografii Steve Jobsa...
Na mojej focie A. i Jacek podczas akcji w Berlinie, może uda się kiedyś opublikować kilka fragmentów rejestracji z tamtej sytuacji, bo są intrygujące.