Sunday, January 17, 2010

KEN ZUCKERMAN


Nieco ponad pół roku temu, zmarł legendarny mistrz sarodu - Ustad Ali Akbar Khan i wczorajszy koncert był pięknym gestem (nawet jeżeli niezamierzonym...)upamiętniającym tego fantastycznego człowieka. Centrum koncertu wirtuozersko budował Ken Zuckerman, uczeń Ustada Ali Akbar Khana, który studiował u Niego 37 lat ! w ostatnich latach grywał koncerty z Mistrzem i prowadził swoje własne projekty muzyczne.Jest także profesorem Konserwatorium Muzycznego w Bazylei i od 24 lat kieruje szkołą Ali Akbar College of Music. W zamyśle prezentowanego projektu pt. "Dwa światy muzyki modalnej", drugim filarem koncertu miał być doskonały Dominique Vellard, którego możliwości wokalne i swoboda wykonawcza budzi podziw. Miał być ale ...nie był. Tak się czasem dzieje w muzyce wykonywanej na koncercie. Bo na scenie ten drugi filar zbudowali razem: Prabhu Edouard - tabla oraz Keyvan Chemirani - zarb. Głównym aktorom niezwykłego wydarzenia towarzyszyła Emilie Zuckerman - 6 strunowa tampura, która uczy się gry na sarodzie i jako uczennica zajmuje tradycyjne miejsce na koncercie obok swego nauczyciela i ...ojca. Koncert jeszcze gra w mojej głowie i trudno go z nieistniejącego dystansu recenzować. To co wyprawiali - Keyvan i Prabhu na wyrafinowanych azjatyckich bębnach to da się określić jedynie krótkim sms-em od Janka K. ; "mniammniam!" - żartobliwym ale z wielką dozą szacunku. Bo co tu można powiedzieć o swobodnym igraniu z energiami, o których chyba słabo uczą w naszych akademiach? W pierwszych minutach koncertu Ken Zuckerman nie miał u mnie wielkich szans; mam "przerobione" rozmowy w USA z innym uczniem Mistrza (bardzo początkującym ale jednak...)i wiele z trudniej dostępnych płyt Mistrza Ali Akbar Khana wydanych w Ameryce. No bo jest oczywiste, że Mistrz nauczał w Kalifornii...prawda?! Wydawnictwo AMMP - Alam Madina Music Production z San Anselmo w Kalifornii, wydało kilka podstawowych dla studiowania twórczości Ustada Ali Akbra Khana płyt i wiele kaset magnetofonowych. Ale Ken Zuckerman (myślę,że w pełni należy Mu się przed nazwiskiem "Mistrz") już pierwszymi glissandami rozbroił mnie zupełnie. I później było tylko lepiej i lepiej! Jak w dobrych Ragach (piszę dużą literą bo uważam,w zgodzie z tradycją, że to nie tylko wzorce muzyczne)coś niebywałego zaczęło się dziać pod koniec koncertu. Sami muzycy chyba byli sobą nieco zaskoczeni, widocznie nie wierzyli zbytnio w tak mocną pomoc i oddziaływanie wawelskiego czakramu? Wracając do Vellarda - mam nadzieję na osobny koncert tego śpiewaka (pieśń sefardyjska!wbijała w fotel) i pobiegnę na taki koncert jak na skrzydłach ale wczoraj było Go mało i mimo, że doskonale równoważył "szaleństwa" perkusistów, to "oko cyklonu" rozgrywało się bez Jego udziału. Zaskoczyła mnie także pozytywnie publiczność - nie dość, że tłumna to jeszcze uważna i doceniająca w standing ovation mistrzostwo muzyków.
Od Emilie Zuckerman kupiliśmy CD pt. " Meeting" z programem zbliżonym do koncertu ale płyta nagrana jest w nieco innym składzie: na tabli gra sam Pandit Swapan Chaudhuri ! ale Zuckerman, Vellard, Chemirani są oczywiście w znakomitej formie. Pandit Swapan Chauduri to jeden z gigantów tabli i polecam CD pt. " Passing on the Tradition" Ustada Ali Akbar Khana i Pandita Swapana Chaudhuri (AMMP/BMI USA 1996)!!! Sola i duety na zarb i table brzmią na płycie tak samo znakomicie i żywo jak na koncercie, zwraca uwagę fantastyczna jakość nagrania, trudnych do zarejestrowania brzmień, tych pełnych zaskakujących możliwości bębnów. To co robi na sarodzie (i lutni) Ken Zuckerman nie będę nawet próbował opisywać aby nie... przesłodzić. Ale, ale - w grze Kena Zuckermana jest duży ładunek bliskiej nam słodyczy i melodyki, którą tak kochają europejscy melomanii. Ten ładunek określam jako "duży" tylko w stosunku do bezlitosnej genialności Nauczyciela Ali Akbar Khana. CD "Meeting" bardzo polecam (jak wszystko... wydawnictwa; -harmonia mundi-)gdyż obok znakomitej muzyki jest też doskonały i bogaty tekst nt. idei projektu oraz wszystkich źródeł prezentowanej muzyki.
Na koniec jeszcze trochę ponapawam się wczorajszym wyłomem w Budyniowie... w szatni usłyszeliśmy tekst; "to inna kultura i trzeba ją taką przyjąć" i to fajnie ale złapałem się na tym, że może "inna" ale nie dla mnie i nie rozumiem, co wypowiadający te słowa miał na myśli? Bo jeżeli "ta kultura" nie jest nasza, to co nam pozostaje? Nawet najpiękniej zaśpiewane słowo "alleluja" ma swe korzenie także w tej "innej" kulturze. Ale usłyszałem też ekspercką opinię od trzech mądrych i światowych kobiet, że "ten tablista jest całkiem całkiem"... o! i to jest to co czyni nas normalnymi a świat "naszym". Filharmonii dziękuję na kolanach i proszę o jeszcze!!!

Saturday, January 16, 2010

SOURCES


Janek K. polecił mi film pt. "Księga Rekordów Szutki" Aleksandra Manića i właśnie dochodzimy do siebie po jego zobaczeniu...Szutka to miejscowość w Macedonii, a może bardziej republika Romów ..."gdzieś na Bałkanach". Filmy Kusturicy (i nie przypadkowo) okazują się jedynie opisem wybranych historii z życia Szutki. Dla mnie ten świat magiczno-naiwno-okrutny i graniczący z jakimiś halucynacjami jest powalający. Faceci kolekcjonujący kasety z muzyką turecką, derwisze (!), geje, hodowcy gołębi, szołbiznes ... Tak, tak : własna telewizja, studio nagrań (analogowe! oczywiście!), śpiewacy... to se ne da pohopit ! Świat całkowicie alternatywny do tego, w którym lokujemy nasze nadzieje. Za stary jestem aby nie widzieć też drugiego dna: szemrane fortuny, wyzysk, oszukiwanie kogo się da i mityczny Zachód w tle... z bogactwem, które czeka na ludzi z Szutki? Coś jednak jest w tym swobodnym wylewie życia fascynującego, bo czy my wiemy o nim wiele więcej niż ludzie z Szutki? Ile takich republik Szutka jest w Europie? I my się zastanawiamy nad azjatyckimi wpływami na kulturę Europy (to ten "dzyndzyk" na mapie Azji)a tu derwisze, magia i muzyka, która zmiata z powierzchni ziemi każdego wyuczonego mozolnie zawodowca. Na focie towarzyszącej płycie dvd, moje wprawne oko etnobotanika dostrzegło, że jeden z bohaterów filmu napawa się zapachem bazylii. Ta popularna przyprawa pochodzi z Indii... a jej siostra bazylia - Tulsi jest rośliną o znaczeniu rytualnym i religijnym.
Za chwile jedziemy na koncert interesującego składu (muzycy z Włoch, Francji i Indii...), w którym śpiewa Dominique Vellard. Aby więc trochę się przygotować, słuchamy znakomitej płyty pt. "Sources" EMI Rec. 2000 LTD Virgin Classics , na której obok Vellarda śpiewa (!) Aruna Sairam ( a Gayatri Sairam gra na tampurze). Podtytuł płyty mówi wszystko o zawartości: Devotional Chants of Southern India & Medieval Europe. Znakomite wykonanie utworu Hildegardy z Bingen sąsiaduje z Ragą Hemavati... Zespół, który rozpocznie koncert o 18.00 w Filharmonii jest znacznie liczniejszy i ma jeszcze bogatszy repertuar ale założenie to samo... I nie jest to ta mowa trawa typu: jest wiele dróg ale wszystkie... nie, nie wszystkie i nie do tego samego! (osobiście optuję - jeżeli już koniecznie o drogach - za cytatem z Gary Snydera: "wszystkie prawdziwe ścieżki prowadza przez góry") ale to doskonała szkoła na temat źródeł czy może raczej Źródeł.
Kiedy zaczynałem swoją muzyczną drogę w Krakowie (bo tylko tu można było coś znaleźć ciekawego) Filharmonia była zamknięta na "azjatyckie miazmaty" a Jan Ptaszyn Wróblewski - pierwszy jazzman PRL-u wyśmiewał się z tego typu fascynacji w swoich irytująco zachowawczych audycjach w radiu. I tak się złożyło, że "Ptak" musiał "zakochać się" w muzyce, której źródła tkwią w tej przestrzeni, którą miał za nic (bo inaczej byłby już tylko wypchanym ptakiem) a Filharmonia (i chwała jej za to!) przestała być szafą z muzyczną naftaliną... Siła Źródeł? No, posłuchamy?!
Na focie z Bułgarii widać jak bardzo się tam przejmują "osiągnięciem" wykorzystania dotacji z UE na poziomie 2,7%!. Widać, stawiają na inne źródła zadowolenia!? I czy nie mają chociaż 2,7% racji?

Friday, January 15, 2010

JOKKMOKK


Jokkmokk po raz pierwszy zobaczyliśmy w lutym 2008 roku, kiedy to Anders L. zawiózł nas tam, w prezencie z okazji X-lecia Karpat, na słynny targ Samów. Już sama wyprawa starym dobrym Volvo, przez białe i zimne pustkowia na granicy tajgi i tundry, należy do naszych wspomnień specjalnych...Nic też dziwnego, że miejscowość za "Arctic Circle" jest w naszej pamięci i planach. Kiedy Marcin Dymiter (Emiter)zaproponował nam udział w projekcie pt. "Wieża Ciśnień" pojechałem do studia i przygotowałem krótki i minimalistyczny (jak na nas) utwór z wcześniejszych, szkicowych realizacji. Bez zbędnych dyskusji nazwaliśmy go "Jokkmokk". Płyta (która jest w zamyśle autorów jednym z elementów szerszego projektu) jest już u nas. Jej wydanie zbiegło się z opublikowaniem "mojego" Cybertotem Remix Project i jakoś z nim koresponduje muzycznie.Nawet kilku wykonawców się pojawiło i tam i tu... To bardzo dobrze, a "Wieże Ciśnień" warto "przerobić" i mieć w domu. Nasz "Jokkmokk" można posłuchać na SoundCloud (wejście z naszej głównej strony www gdzie popełniłem także mini opis płyty)i uważam, że wydanie takiego projektu przez Centrum Kultury i Sztuki w Koninie to jakiś dobry znak. Bo co robiły (i robią dalej)tego typu Instytucje? Zapewniały chałturę wylansowanym artystom i zapewniały łatwy chleb tym obrotnym panom i paniom co to na telefon załatwiają całe trasy i stwarzają z kolegami "gwiazdy". A za pieniądze podatników Instytucje te powinny robić coś zupełnie innego, a co? to pokazał CKiS w Koninie.
6 lutego w Jokkmokk będziemy się przyglądali fecie z okazji święta narodowego Samów. Na mojej focie zrobionej w miejscowości Nihkkaluokta widać flagę Samów.

Tuesday, January 12, 2010

ZIMNO i BIAŁO


Media dostają zimowego orgazmu! Pan Prosiecki w TVN opowiadał o "ogromnych zaspach" mając pod nogami 5 cm śniegu! Nawet gdyby miał 100 cm śniegu w tle, to i tak Jego "wielkie oczy", sapanie i wymuszony przestrach prezentowany w relacjach jest komiczny. Owsiak jak zwykle się nie dał omamić i swoje zrobił mimo "ogromnych zasp"... budyniu, chyba?! Plaga nadciąga : zaspy ogromne, oblodzenia, PKP w pełnej krasie i wizyty duszpasterskie. Zima nie jest łatwa. Zimowa pora to także czas na miłe mi roboty przy konserwacji instrumentów wykonanych z drewna. Olej lniany i szmatka plus trochę naczyń kuchennych na ściekający nadmiar oleju i wygląda to jak celebracja. Mimo "ogromnych zasp", każdej zimy należy to zrobić bardzo starannie. Zwłaszcza w bardzo ciepłych i suchych (mimo ogromnych....) mieszkaniach. Za chwilę zbieram się na wykład o etnobotanicznych aspektach muzyki tradycyjnej... będę musiał brnąć przez..... i mimo ataku zimy dotrzeć aż na ulicę Grodzką. Nie chce mi się strasznie! Do około drugiej w nocy oglądaliśmy mój kultowy film "Znikający punkt" - teraz oglądam go jeszcze inaczej bo droga do San Francisco nie jest dla mnie wyłącznie legendą, albo inaczej; jest także moją osobistą legendą.
Wczoraj leczyłem nerwy, zszarpane przez sam widok naszych dzielnych tzw. polityków oraz wielkiego (a może największego) mędrca naszych czasów czyli pana Najsztuba, obrońcę zabijania się i innych papierosami w imię romantycznej wizji wolności. Tyle, że romantyzm ten jest już taki bardziej mieszczański i restauratorski : wolność ale taka bez ryzyka i zupełnie nie w stylu Kowolskiego ze "Znikającego punktu".No i ważna wiadomość dla całej Polski: p. Najsztub pali po sexie! Wow! Kobiety z żółtymi zębami i ziemista cerą lgną pewnie jak muchy; jest szansa na szluga !? Po tej wiadomości czuję się ubogacony jak po każdym obcowaniu z Wielką Ideą. Dziękuję Wam Panowie z Teraz My, naprawdę warto było przybliżyć nam tak uniwersalne i piękne postawy. Aby się nie dać porwać tym budyniowym smrodom ze Stolycy, wczytywałem się (i oglądałem foty!) na stronie www.slowlife.se To takie ciekawe uczucie gdy znajdujesz w sieci miejsca bardzo odległe, bardzo mało popularne (w budyniowym kręgu "kulturowym") i łapiesz się na tym, że znasz je tak dobrze, wiesz co jest za skałą, za drzewem, przypomina się rytm oddechu podczas stromego podejścia w oglądanym na fotografii miejscu.... Ileż to takich miejsc specjalnie nam bliskich już mamy; w Himalajach, w tundrze, w górach, plaże nad Dunajem, ostry podjazd w węgierskim krasie, mała knajpka w mało ważnej dla innych miejscowości na Bałkanach... Co to jest za siła, która nas tam pcha aby rozpoznawać? odnajdywać? uczyć się drogi na daleką przyszłość?
Pod tablicą z mojej foty zrobionej w lutym 2008, ubierałem kalesony (był najwyższy czas!) w towarzystwie A. i Andersa L. oraz autokaru pełnego turystów z Japonii, który pojawił się niespodziewanie...! Za trzy tygodnie wyruszamy tam znowu! Tam dopiero są ogromne zaspy...a ludzie żyją i mają się nieźle.

Friday, January 08, 2010

FRAGILE


Wyszedł wreszcie nowy numer Fragile gdzie umieściłem krótki tekst nt. muzycznej kultury Samów. Pismo jest interesujące i wygląda na to, że nasza współpraca będzie trwała dłużej?! Fragile jest też medialnym wspierającym płytę "Vaggi Varri" i to dla mnie jakaś nowość bo nikt nigdy nie wspierał płyt Karpat Magicznych! Dosłownie; lada dzień będzie dostępne drugie pismo bezinteresownie wspierające płytę Ani: Zew Północy, wydawane w Szczecinie ale dostępne w Empikach. Tam można będzie przeczytać krótką relację z naszego wejścia na Giebmegaisi (Kebnekaise) czyli najwyższą górę Szwecji i zobaczyć kilka fotek z tej trasy. W lutym spodziewane jest Glissando z tekstem nt. muzyki Samów. To zadziwiające i budyniowate, że taka firma jak Glissando ma kłopoty z kasą na druk i dystrybucję! Ale może nie ma się czemu dziwić na oceanie budyniu?
Zaczynamy udostępniać nagrania poprzez różne kanały, także darmowe w sieci: SoundCloud jest takim legalnym źródłem. Zobaczcie na naszej zasadniczej stronie! i spokojnie ściągajcie! Liczymy, że płyty (CDR i CD starannie opracowywane przez Bogdana) i tak duża część zainteresowanych naszymi działaniami będzie chciała kupić i dlatego trzymamy się prawdziwych cen. Może kiedyś trochę więcej ludzi zrozumie, że ciekawe i ważne rzeczy popiera się nie tylko gadaniem ale także kieszenią? Jak nie - to budyniowo się rozleje na naszą własną prośbę (i głowę).Dlatego warto myśleć wydając pieniądze... Dużo w tym roku będzie do czytania na rozbudowywanej przez nas stronie www.cybertotem.eu Już jest tam kilka ważnych tekstów ale szykuje się znacznie więcej.
No i nie udało się Avatara włączyć w Nową Ewangelizację?! Wielkiej więc kariery (oficjalnej) w Polsce nie będzie. Jako uzupełnienie poprzedniego mojego entuzjastycznego wpisu na temat filmu, dodam cytat: "Według Proppa bajkę można rozpatrywać jako sekwencję 31 funkcji./.../ bajka zaczyna się od jakiejś straty, braku lub pragnienia(8); bohater otrzymuje nakaz wyruszenia w drogę(9)i zgadza się na to(10); opuszcza dom (11), spotyka jakąś istotę, która poddaje go próbie(12), odpowiada na wyzwanie(13),otrzymuje dar lub magiczną pomoc(14);dociera do nakazanego miejsca(15);i spotyka przeciwnika, z którym musi się zmierzyć(16);zostaje zraniony(17), lecz ostatecznie zwycięża(18);w ten sposób początkowa strata lub brak zostają naprawione (19).Bohater rozpoczyna drogę powrotną(20);jest ścigany(21),lecz ratuje się(22);powraca nierozpoznany(23);na miejscu spotyka nikczemnego oszusta(24),następuje próba(25) i bohater odnosi ostateczny sukces(26);bohater zostaje rozpoznany(27);oszust ukarany(28);bohater żeni się i zostaje królem(31)." Ktoś kto oglądał AVATARA wie, że to dobrze opowiedziana bajka czyli pewnego rodzaju nowa jakość, wydobyta ze starej i bardzo nam bliskiej formy. Opowiadajmy sobie nowe bajki ... stare są już tak nudne! Nowe przeczucia są zawsze tak delikatne i KRUCHE.
Cytat pochodzi z książki: "Stwarzanie świętości - ślady biologii we wczesnych wierzeniach religijnych" Waltera Burkerta, Wydawnictwo HOMINI, 2006 (wydanej pierwotnie w 1996 roku przez Harvard University Press).

Sunday, January 03, 2010

AVATAR


W ramach rozbuchanej konsumpcji i nurzania się w relatywiźmie moralnym poszliśmy wczoraj na Avatara do mega-kina w największej w Polsce galerii handlowej - Bonarka! W Krakowie, rzecz jasna... No i bingo! Trzy D to 3D! Smoki, drzewa i bajkowe krajobrazy Pandory robią wrażenie. Siedziałem jak dzieciak z rozdziawioną gębą i uchylałem się przed nadlatującymi straszydłami. Wreszcie kino: kiniaste a nie jakieś dziadowskie filmidła. Przesłanie totalnie ekologiczne i kilka spraw trafnie postawionych : nasza (?) zachodnia cywilizacja nie ma nic do zaoferowania rdzennym mieszkańcom Pandory, przemoc niczego nie załatwia, korporacje i etyka to zbiory rozłączne, możliwe są inne niż "nasze" sposoby na życie, to zazwyczaj "my" a nie "obcy" jesteśmy najeźdźcami... Dlatego chyba musiała w filmie umrzeć kombatantka spotkań z "obcymi" niejaka Sigourney Weaver, wcielona w postać naukowczyni Grace Augustine. A to szkoda bo Sigourney sprawiała, że nawet tego cholernego obcego pasażera ...się jakoś przetrzymywało... ej boj! Jako niestrudzony popularyzator etnobotaniki miałem wielką satysfakcję z oglądania niezwykłych i pięknych form życia na Pandorze. Wiele z nich jest fachową robotą znających się na rzeczy - wiele z nich to formy żyjące na Ziemi ale w innych warunkach - np. w oceanach...lub mające w "realu" inne rozmiary. Drzewo życia, połączenie wszystkiego co żyje i głęboki kontakt ze zwierzętami to na planecie Ziemia nic nowego i nazywa się to światopoglądem szamańskim... Czyżby Ludzie też zostali kiedyś najechani przez rednecków symbiotycznie złączonych z klechami i mieli mniej szczęścia niż Navi? Pan James Cameron pokazał gdzie ich trzeba wyekspediować... w kosmos!
Za 237 milionów dolarów można się jakoś ogarnąć z takim projektem i odpalić coś konsultantom znającym się na rzeczy... Ale czy nie lepiej robić takie produkcje... niż nie robić (tu zadziałało moje postanowienie aby ograniczyć haterstwo do niezbędnego minimum!).A te 700 milionów wpływu w pierwszym tygodniu po premierze to może lepiej niż neo-przewodnia siła robotniczo-chłopska ? Może jednak zaczniemy cenić (też dosłownie!) wyobraźnię, fachowość i wiedzę? Ale może warto tu dopuścić do głosu fachowca właśnie, który tak opisuje europejskie gnioty : " eurobudyń - film komponuje się tak, że bierze się Włoszkę,Niemca,Anglika i tam się ich wsadza razem, i to jest gwarancja na niedobry film." albo " nakręcili mniej więcej pół tego scenariusza bo Jacgues Deray był reżyserem o wyjątkowo wolnym trybie pracy. Moim zdaniem on się powinien tutaj urodzić, w Polsce na Podolu, tak powoli wszystko robi."...to fragmenty wypowiedzi Andrzeja Żuławskiego. A z tym eurobudyniem to świetna sprawa, dobrze wiedzieć, że ten "budyń" jest jakoś obrazowy i przychodzi nie tylko do mojej głowy (ba!)... A o fenomenie Andrzeja Żuławskiego to chyba kiedyś osobno coś napiszę jak cenzura ustanie i to ślubowanie się wypali (bo było na 2010...) bo to jest wielki skandal aby takiego gościa mieć pod Warszawą i ...NIC?!
Śnieg pada więc sikorki bogatki i modre na naszym balkonie od rana już waliły w okno aby im sypać do karmnika i nie spać... nie miałem kłopotu z porozumieniem z nimi... Kocia biedna i chora też tylko raz przeciągle zawołała i już śmigałem przez zaspy po jedzonko do sklepu...więc ciągle jest dla ekosystemu szansa! Nie chcę wiedzieć co może się stać jak się koty skrzykną/zmiałczą przeciw pazernym korporacjom?!
Skończyłem pisać zręby wykładu pt. Etnobotaniczne aspekty muzyki tradycyjnej i wysyłam foty do Bogdana aby je jakoś pięknie przykroił do mojej tezy o ważności tego co nas naturalnie otacza i przetyka oraz wagi tego aby tej więzi nie utracić. Wykład mam 12 stycznia na UJ ! Wiem, że nasi filmowcy nie zatrudnią mnie do skonstruowania mitologicznej oprawy z magicznych i muzycznych roślin (nawet do Wiedźmina...)ale za kilka dni, strona cybertotem.eu będzie miała już swe wcielenie (avatar!) w języku angielskim i może kiedyś jakiś James Cameron zechce zrobić film w realiach Europy Środka i nie ograniczy się do naszej chluby: Instytutu Ziemniaka?
Swoją drogą to zabawne, że dzieci na (zachodnim) świecie o koncepcji "avatara" dowiadują się za sprawą gier komputerowych i wielkich produkcji science-fiction a dzieci w najliczniejszej demokracji świata - Indiach, uczą się o avatarze czerpiąc z własnej religii... Co na to ...(cenzura i anty haterskie ślubowanie!) będzie trzeba się trochę wysilić nim się ogłosi, że to film o... (cenzura...). Oj boj!
Pod ostatnim wpisem koments taki trochę przyganiający...ale nie będę się przed kasą bronił - wiem co z nią zrobić a studia, sklepy muzyczne, tłocznie i księgarnie nie dają mi taniej lub za free...
Na focie trochę gór za Kręgiem Polarnym ...bo znowu się TAM wybieramy! Tym razem w zimie...!

Thursday, December 31, 2009

2010


2010 nadchodzi! Jakoś nie spodziewam się niczego specjalnie dobrego...w szołbiznesie bez zmian?!? W ramach postanowień na nowy (?) czas postaram się trochę mniej krytykować artystów wyrobników - łatwo nie mają bo taka Agnieszka Chylińska będzie tyrać po nocy w Kraku, Doda w Łodzi itd. No wiem, że dostaną swoje ale mimo wszystko - co to za życie? W Budyniowie nic ich nie czeka więcej - no może następny Sylwester w Łodzi...
A my jak te paniska: w cieple i przed tivi ... ale też niekoniecznie przed tivi. Dla nas to raczej taka pauza i wyhamowanie i dlatego bardzo się ucieszyłem z filmików, które Willi nam przysłał i A. "powiesiła" wraz z nową muzyką od Long Ital na www.magiccarpathians.com (skąd można bez poczucia winy ściągać naszą muzykę) nie tylko my możemy oglądać..no, nie są zbyt dobre do tańca ale też warto się zastanowić do jakiego tańca nie - a do jakiego tak? Jak się pierwszy filmik zobaczy (nakręcony w kościele...!!!) to widać, że nasz kraj jest dziadowski nawet w swej niby specjalności : u nas nowe kościoły muszą być bombastyczne, przytłaczać, muszą być z setek tysięcy ton betonu i przypominać jakieś pokręcone arki (koniecznie) i nie wolno tam wchodzić inaczej niż na czworakach a z didjeridu, to już zupełnie nie! Nawet w tym musimy być jakimś budyniowem totalnym.
Jakiś mnie sentymentalny nastrój dzisiaj chwycił i nie dość, że nastraszyłem kilkoro przyjaciół życzeniami to jeszcze sobie oglądałem filmiki z całego roku na www.karpatyoffer.pl
Całkiem fajny kawałek dokumentacji i trochę naszego życia...
Nasza Kocia aka Kotsi Aboura, biedna i słania się na nóżkach jak po narkozie, kiedyś po operacji... cierpi bidula i chodzimy z nią na zastrzyki,jak tak się niezgrabnie gramoli na kolana to mi się zawsze ten klecha wyświetla co twierdził w tivi, że koty nie mają "duszy"...Co to za wypierdki u nas uchodzą za mędrców od etyki i wszystkiego innego?
Nowe płyty się powoli pojawiają tu i tam, ludzie piszą, że o.k. więc o.k. i postaram się ten budyń z naszego życia odgarniać dalej. Na początek roku zapowiadają się nowe i miłe przedsięwzięcia i będzie można je śledzić na starych i nowej stronie w sieci.. Do życzeń spokojnego i nieco refleksyjnego przetrwania pierwszych zimowych dni dodaję dość starą fotkę ze Słowacji, którą zrobił nam Bogdan w Żylinie. Jak widać po napisie - nie tylko my ulegamy konsumpcjonizmowi i relatywizmowi poglądów... tylko budyń jak był durny to jest dalej!

Monday, December 28, 2009

TYGRYS


Udało się miło i spokojnie przebrnąć przez święta i kilka dni wolnego. Szok "urlopowy" lekko nas przyginał w stronę stanów depresyjnych ale na szczęście w całym mieszkaniu mamy dostęp do internetu i otwarte laptopy pozwalały zająć się czymś co-zostało-odłożone-na-inny-czas. Czy to już uzależnienie od pracy ? Ciekawe, że w górach wolny czas mi nie ciąży...i jakoś za laptopem nie tęsknie zbytnio? Powoli i z pewnym mozołem (to słowo ciągle ma zastosowanie w kraju budyniu po horyzont) udaje się płytę Cybertotem Remix Project wpuszczać w nasze naszpikowane rafami tryby muzycznej społeczności. A społeczność to niezwykle wymagająca, tak wymagającej nie znajdziesz chyba nigdzie... wiadmo; to my wydaliśmy gigantów muzyki wszelakiej więc przebić się jest trudno.
Od lutego wejdziemy w Rok Tygrysa i niestety wygląda to dla mnie dość kiepsko?! I jak zwykle : trzeba się pilnować, dużo pracować, dbać o zdrowie, mało wydawać ale to właściwie nic i tak nie pomoże i... byle do następnego roku! Tygrys "po zbóju" się zapowiada! W ramach "pilnowania się" pierwszy raz od 4 lat nie będziemy w Sylwestra pracowali i nie zapalimy ogniska na Sopatowcu... i ta przerwa jest nam potrzebna. Coś się też wypala jeżeli chodzi o warsztaty; jako wyznawca "starej szkoły" uparcie spodziewam się zainteresowania i zaangażowania ze strony uczestników warsztatów a wszystko powoli idzie w stronę konieczności zabawiania publiczności. To mi się nie podoba i poczekam na inną/nową falę.
Słuchamy znakomitej muzyki z płyty ECM, to bardzo subtelna i doskonale brzmiąca muzyka lutnisty o nazwisku - Anouar Brahem (płyta ECM 1457, Conte de l'incroyable amour z 1992 roku). Grają : A.Brahem na lutni oud, Barbaros Erkose na klarnecie, Kudsi Erguner na flecie nai i Lassad Hosni na bendir i darabuce. Miodzio!
A. dłubie przy naszej stronie na myspace i jest kilka nowości do posłuchania! Płyty powoli stają się mniej ważne i to także za sprawą beznadziejnej polityki cenowej. Po ostatniej wizycie w Empikach jestem zdruzgotany : CD po 70 - parę złotych? To jakiś koszmar i nieporozumienie, absolutnie nie wolno się z tym godzić tak jak nie wolno płacić abonamentu na telewizję beznadziejną, kolesiowską i oszukańczą. Nie uważam się za biedaka i lubię kupować płyty ale sorry - CD za blisko 80 zł to jest złodziejstwo. Przy łatwości kopiowania i cenie jednostkowej ok. 5 zł (bo tyle kosztuje płyta przy nakładach od dwóch tysięcy) to jest jawne złodziejstwo. To same "majorsy" i chciwi dystrybutorzy zabijają sprzedaż płyt a nie ludzie, którzy ściągają poszukiwaną przez siebie muzykę.
Na focie : drewno i kamień, fotografię zrobiłem w pięknym zakątku Tatr - Zelene Pleso w Tatrach Bielskich. To obok tundry jedno z najpiękniejszych naszych przejść w tym roku.

Wednesday, December 23, 2009

POD EVERESTEM !


Nie ekscytujcie się zbytnio, mam jakieś "zawieszenie" z Azją i nie ciągnie mnie ostatnio specjalnie w tamte strony ale pewnie przyjdzie czas... Wczoraj za to zapłaciliśmy za noclegi na targu Samów w Jokkmokk, które odwiedzimy na początku lutego. Będziemy tam już drugi raz więc liczę na wiele interesujących chwil i nowe materiały dotyczące kultury i natury Ludu Słońca i Wiatru! Sądząc po trudności w zaklepaniu noclegów, cenach, temperatur lutowych, nocy polarnej.... "nasze" tundrowe pustkowia nie zapełnią się raczej turystami z Polski?!
Kilka ostatnich dni to pasmo trudności i denerwujących przeszkód : a to płyty Cybertotem Remix Project nie odpalają, a to bank czegoś nie dopilnował itd. itd. więc gdy po dość długim czasie inkubacji "ruszyła" moja nowa strona : www.cybertotem.eu bardzo się ucieszyłem i zapraszam do zaglądania tam ! To ma być strona z eksperymentami ze studia, katalog instrumentów tradycyjnych, relacji z naszych "soundwalków" i miejsce na rozbudowane opisy płyt jakie wydajemy poza główna "firmą" : Karpaty Magiczne... Na pierwszy ogień poszedł Cybertotem Remix Project i jest już trochę tekstów o tym projekcie,mp3 dwóch utworów z mojej bazowej płyty Cyber Totem i info o naszym teamie. Sukcesywnie będę uzupełniał opis o sylwetki muzyków biorących udział w przedsięwzięciu. Będzie też wiele etnobotaniki (a może bardziej etnobiologii) i katalog ciekawszych fotek z wypraw. Od nowego roku Michał "zawiesi" materiały nt. płyty Ani : Vaggi Varri - tundra soundwalk. Nie chciałem mieszać na stronie KM na myspace i czuję też, że warto wrócić do bardziej autorskich sieciowych ujawnień.
W wirze tzw. "świątecznym" i ja nie całkiem się wybroniłem ale pokonując trasy tramwajami wypatrywałem ciekawych reklam i streetartu. No i np. napis WISŁA ktoś wzbogacił o literkę "z" przed i "ś" po... a wielki plakat z mózgiem w słoiku powalił mnie całkowicie... Sygnowany przez www.nobel.edu.pl głosi : " nie trzymaj mózgu w słoiku" ? Ja rozumiem, że projektant (i pewnie wielki plastyk !) swój mózg trzyma w słoiku i wyjął go tylko na chwile? Niestety, była to chwila zbyt krótka!Nobel pewny!
Pogoda za oknem jest taka, że czas poszukać swojego miejsca pod Everestem! Czego i Wam życzę i dziękuję za wsparcie poprzez czytanie.
Na focie ciepłe miejsce pod Everestem ... fota Alicji, która po powrocie z Tybetu, Nepalu, Indii, Wietnamu, Tajlandii, Birmy.... zimuje na pustkowiu pod... Gorlicami ale ciągle "pod" Everestem.

Saturday, December 19, 2009

INVASIVE ALIEN SPECIES


Z obcymi zawsze kłopot... powstaje w Polsce ( i UE) "czarna księga" roślin "obcych", które zagrażają naszej rodzimej florze i określane są jako Invasive Alien Species. No i problem jak zwykle z tym co jest "rodzime", jak "zagrażają" itp. gdyż właściwie gdyby nie zjawisko IAS to w Europie byłyby pustki trwające od ostatniego zlodowacenia... Nie dość, że sam Homo sapiens przybył tu jako obcy i być może wykończył (jeżeli nie fizycznie to przyniesionymi chorobami) "rodzimy" gatunek w postaci Neandertalczyka to ileż mamy rodzimych, europejskich gatunków ? Naukowcy na usługach faszystów w hitlerowskich Niemczech też tropili "obce" gatunki roślin zagrażające rodzimym... Może jednak trochę umiaru w tych "czarnych listach" bo pamiętam ze szkoły, że zagrażała nam wroga moczarka kanadyjska zarastająca nasze rodzime stawy z rodzimym tatarakiem (z Azji...) ale już sama nazwa "kanadyjska" informowała w tamtym czasie o wrogim nastawieniu tej rośliny.Moim profesorom na studiach leśnych odginało poważnie w druga stronę i jak głupi musiałem się uczyć o amerykańskich gatunkach topól, które miały zbawić nasz kraj. I dzisiaj ani moczarki w stawach nie widzę i na szczęście topole nie zastąpiły naszych lasów. Ale nazwa jest jak na tytuł płyty lub kolejny odcinek serialu "Z archiwum X" : Invasive Alien Species ! Wow!
Koniec roku blisko (bo w lutym... sami powiedzcie czy - księżycowy to nie trafniejszy kalendarz ?) ale przymus świętowania w grudniu powoduje, że mamy święta dwa razy i czas na jakieś wstępne podsumowania. Z grubszych spraw to niestety w kilku kwestiach jest bez zmian : China Lies, Tibetan Dies ...a w polityce jest jak opisałem słowami Salvadora Dali w poprzednim wpisie... To może zaprenumerować pismo ; Rangzen - The Magazine Of The Tibetan Youth Congress ? Koszt tej prenumeraty to 15 dolców ale przecież chodzi o wsparcie i wiadomości z pierwszej ręki : www.tibetanyouthcongress.com, pismo wydawane jest w Dharamshala. Sytuacja się nie zmienia to może my coś zróbmy?
Paczki z płytami Cybertotem Remix Project w rękach Poczty Polskiej ( a ręce to dość słabe...) i powoli ruszy lecznicze słuchanie. A warto szlifować swoje umiejętności bo widać jak Polityka wyławia talenty i nikomu nie znane a interesujące osobowości : po całej plejadzie naszych zdolnych muzyków ( np. Muniek!) przyszedł czas na Gabę Kulkę i otrzymała i Ona "paszport Polityki". W takich wypadkach przychodzi mi na myśl aby dzieci sławnych ojców i mam nagradzać już w kołysce, po co mają czekać i coś tam kombinować,skoro i tak wiadomo, że dostaną nagrodę?! Po takiej nagrodzie w kołysce mielibyśmy już spokój i ten teatr pozorów nie byłby aż taki przygnębiający. Tak więc po Marii Awarii co jak kometa ozdobiła nasze niebo szołbiznesu teraz Gaba K. będzie ubogacać nasze dobrze płatne przesięwzięcia państwowo-telewizyjno-polonijne. A dzieje się na tej niwie wiele interesujących akcji bo np. taki IPN wziął się już za historię muzyki punk w Polsce i jak to IPN ; kształtuje ją w bardzo fachowy i zaskakujący sposób. Gwiazdą IPN stał się zasłużony "Dezerter" co jak się okazuje nie jest taki znowu dezerter... Ja tam nigdy punkowcom nie wierzyłem tak na 100 procent i sprawdza się. W wiązanej transakcji IPN-owska wersja historii wyparła takie ekipy jak Brygada Kryzys czy Republika (bo głupio o jakiś telefonach śpiewał) oraz (ba!) kilka innych i najbardziej walczącym z systemem totalitarnym został zespół Dezerter, który w 1982 roku był zadowolony z "systemu" co też zeznał do kamery relacji z Jarocina, sprzedający dotąd raczej anarchizm salonowy plus nasz polityczny bicz boży nadający się zawsze i wszędzie czyli Kazik. Ale co z Muńkiem? Transakcja ma charakter wiązany bo obok honorarium za muzykę do debilnej gry w stan wojenny opiewa jeszcze na wyjazd do Nowego Jorku w jesieni 2010! Każdy by na to poszedł!? A swoją drogą gra w stan wojenny to jakaś niesmaczna akcja! Tylko ciut ciut nas dzieli od zakupienia przez IPN klocków Lego do układania obozu koncentracyjnego autorstwa Libery. Takiego obrotu sprawy nie przewidział sam Libera i tylko pozostaje "wybrać" muzykę do tego bliskiego już spektaklu budyniowatości. Ja stawiam na obrazoburcze teksty Wielkich Córek : Marii i Gaby : obozowe wesołe piosenki o seksie!? Parytet już przecież prawie obowiązuje i po synach wielkich ojców czas na córy... Kolejny raz życie przerasta sztukę!
Na pięknie wypolerowanej i czyściutkiej fotce Bogdana K. ja sam na sam z huculską trembitą żałośnie zawodzę - bo "jak widzę to się wstydzę", stary jestem a jednak.

Sunday, December 13, 2009

LUX LUCIA


Dzisiaj jeden z ważniejszych dni w roku. Może nawet najważniejszy? Mocny czas zaczyna się od Mikołaja i apogeum osiąga w dniu święta Łucji (od lux : światło, jednostka miary w postaci luksów naprawdę nie pochodzi od chrześcijańskiej świętej...) i jest to czas także najbardziej manipulowany przez strażników jedynie słusznej tradycji. Już mnie nawet nie irytują te coroczne bajania o biskupach z Azji Środkowej i świętej (no jasne!) Łucji, brzmi to jak wiadomości rządowe za czasów tzw. komuny ... której apogeum ogłoszono 13 grudnia w święto Łucji. Od strony symbolicznej ogłoszenie stanu wojennego w tym dniu było jasną zapowiedzią upadku starego porządku... więc wszystko się zgadza. Postać Mikołaja w teatrze rytualnym Karpat nie ma wiele wspólnego z usilnie nam wmawiana tradycją biskupią, jest to postać w masce i czerwonym stroju o dość ambiwalentnej postawie : " przedchrześcijańska warstwa znaczeniowa naszych Mikołajów odpowiada archetypowi demonicznej i tajemniczej istności związanej z zimowym przesileniem, opiera się na rodzimej tradycji i ma ścisłe powiązania z rytuałami tamtego czasu". Taki Mikołaj nie był jowialnym brodatym gościem od prezentów i brania dzieci na kolanko w celu pogłaskania po główce, był postacią, która nagradzała ale też czasem nieźle straszyła i sięgała skrytych przewinień. Nie ma się też co dziwić, że ostatnio tak mocno księża i biskupi dystansują się od koncepcji Mikołaja przybywającego z Laponii... jest bowiem śmiała tradycja mówiąca o ścisłym związku czerwonych ludzików prowadzonych przez renifery jakie pojawiają się w wyniku kultywowania starego eurazjatyckiego specyfiku o nazwie Amanita muscaria...z "naszym" Mikołajem!? Ta koncepcja jest i tak mniej egzotyczna niż bajenda z biskupem z Azji Środkowej i na dodatek świętego cerkwi wschodniej... i patrona Karpat! Ale powróćmy do Łucji. Nasza dzisiejsza ważna Istność "oprócz imienia nic jej nie łączy z chrześcijańską legendarną świętą". Prawdziwa Łucja jest "cała w bieli, ma zasłoniętą twarz, trzyma gęsie skrzydło, pojawia się czasem z garnkiem ale częściej z misą napełnioną popiołem. Cicho, bez pozdrowienia wchodzi do domu, skrzydłem omiata kąty, ściany i twarze domowników./.../ Drzwi naciera czosnkiem /.../". Jej aktywność przejawia się poprzez " pantomimę bez słów, z cichym skrzeczeniem w postaci odstraszających, nieartykułowanych dźwięków". Tak jak cicho przyszła, tak cicho odchodzi. Niczego nie przynosi i niczego nie zabiera. Łucja zazwyczaj nie chodzi sama, towarzyszą jej zamaskowane dziewczyny - pomocnice. Łucja ma jeden, główny cel przybywania do domów : odstrasza i chroni przed strzygami. "...Na Liptowie w wieczór poprzedzający święto Łucji, młodzieńcy opasani sznurami z dzwonkami biegali po wiosce i strzelali biczami aby odstraszyć strzygi" i pomóc Łucji. Wiara w strzygi : pół-demoniczne i pół-kobiece istności o złych zamiarach "była zwyczajem ogólnoeuropejskim". Te demoniczne siły zyskiwały szczególne wpływy w niektóre dni (np. w przesilenia wiosenne, letnie i zimowe) i w tym okresie warto było się przed nimi zabezpieczyć poprzez głośne dźwięki,śpiewy i oczywiście światło-ogień.Rozumie się, że nie chodzi raczej o kantaty pana Rubika ...bo opis technik muzycznych jako żywo mi coś przypomina " trzaskanie, trąbienie, emitowanie odstraszającego huku" (czy "huk" można przełożyć na "noise"?!). Całe zjawisko o nazwie "Łucja" ma na celu magiczną ochronę przed demonicznymi siłami strzyg - po łacinie strix... Na miejscu mądrali w habitach, jacy dzisiaj w wieczornych wiadomościach będą wciskali kity o tradycji świętej Łucji, wziąłbym pod uwagę to, że Kościół oficjalnie wierzył w strzygi do XVIII wieku, kiedy to Maria Teresa zakazała prześladowania strzyg i ich niecnych praktyk!
13 grudnia w tym roku wypada na dwa dni przed najcięższym w roku nowiem księżyca wiec warto produkować noise i palić ogień do wtorku, środy!
Warto odkrywać swoje prawdziwe kulturowe korzenie i z ochotą celebrować święta! Siłowe przejmowanie zastanych tradycji (a było tak ? czyż nie?) ma skutek w dostosowywaniu się słabszych w taki sposób, że po jakimś czasie nie wiadomo już kto kogo przejął i wszystko w swej istocie jest dalej jak było...pozostaje jedynie aspekt siły, majątku, bezkarności stosowania przemocy, panowania w mediach czyli tzw. dyskurs władzy.
A skoro o władzy mowa to przyglądam się w tivi naszym politykom i postaciom typu Bronisław W. i natrętnie przychodzi mi na myśl anegdota opowiedziana w "Dzienniku Geniusza" Salvadora Dali : otóż pewnej osobie o cuchnącym oddechu, której się odbiło (a może to być porównywane z wypowiedziami wielu polityków) poradzono : "byłoby lepiej, gdyby pan to wypuścił dupą"! O jakże to celna rada dla pana Bronisława W.!
Już oczyma wyobraźni widzę jak zamiast wypowiedzi polityków pojawia się wielogłosowy utwór złożony z pierdnięć, bo wg. Salvadora Dali " podbrzusze to wielce złożony instrument organowy, który wydaje rozmaite dźwięki, a dzięki któremu można bez zbytniego wysiłku wydobyć jak z magazynu dwanaście modusów, czyli dźwięków skali modalnych, z których wybierze się jedynie te, co będą pełniły funkcyję ozdobników melodycznych.../.../...lubując się w pierdnięciach półgłośnych, uzyskiwałoby się dźwięki ściszone do tego stopnia, że by się ich nie odróżniało, albo też produkowało by się w unisonie kilka dźwięków wysokich lub niskich dających muzykę nieprzyjemną i bez smaku, na co zgodzić by się można jedynie w wypadku harmideru albo wielkiego chóru." Proponuję świąteczny eksperyment : wyciszyć tivi i oglądać obrady komisji oraz wypowiedzi polityków z wyimaginowaną ścieżką dźwiękową wg. wyżej zaproponowanego przepisu. Jednocześnie z tym oryginalnym doświadczeniem (tivi chronić nas będzie od doznań węchowych) pojawić się może refleksja nad charakterem pracy mediów : w czym tak naprawdę "robią" dziennikarze!? Gdyby nam zabrakło wyobraźni to ściszenie tivi nie jest stratą a może umożliwić nam usłyszenie głosu Łucji i poczucie gęsiego skrzydła na twarzy. To doświadczenie, w odróżnieniu od harmideru polityków jest warte cierpliwości i skupienia.
Wszystkie cytaty nt. Łucji pochodzą z fantastycznej książki pana profesora Martina Slivki pt. "Slovenske l'udove divadlo", Bratysława 2002.Moja fota zrobiona w Beskidzie Makowskim pokazuje, że krępowanie drzewa nie świadczy źle o drzewie ale mówi nam wiele o tych co takie praktyki stosują.

Friday, December 11, 2009

VAGGI VARRI


No i wreszcie przytaszczyłem do domu pudła z płytami Cybertotem Remix Project... jeszcze pakowanie wkładek i wysyłka... Bardzo się dobrze tej płyty słucha dzięki muzyce ale też bardzo przyzwoitemu masteringowi Piotra P. Odbierając CRP zamówiłem nową płytę : Vaggi Varri - tundra soundwalk A., którą już anonsuje pismo Zew Północy na swej bardzo ciekawej stronie! Ekonomiczne bariery jakie towarzyszą naszemu działaniu powodują, że "dłubiemy" nad zawartością bardzo starannie. Vaggi Varri ma świetny, osobisty tekst A. w polskiej i angielskiej wersji, szkice przebiegu trekkingu w Sapmi (Laponii) oraz usytuowania obszaru nagrań w Skandynawii, foty i graficzne elementy wzięte z wystroju samskiej knajpki nad brzegiem jeziora Laddjujavri... Ej boy! Laddjujavri....Zobaczcie sami... A. obawia się tej obowiązkowej fali krytyki jaka w kraju budyniu mentalnego dotyka każdego, kto odważył się zrobić coś poza uczęszczaniem na mszę. Ale co tam, troszkę miziania nam nie zaszkodzi i niech zgadnę : każdy piszący ma znacznie lepszy sprzęt nagrywający (zawsze to słyszymy... i to niezależnie czy nagrywaliśmy na DAT, na mini disc'u, na dyktafonie kasetowym czy na ZOOM'ie...) i nigdy by się nie wybrał nagrywać strumienie do Laponii bo nasze, polskie są znacznie bardziej interesujące... I nic nie pomoże nasza płyta z brzmieniem Dunajca (wtedy słyszeliśmy, że : "wielkie mi rzeczy nagrać Dunajec") ani też z brzmieniem mofety z Karpat (wielka mi sztuka nagrać mofetę... a co to jest?) itd. itd. Jak się te krytyki nawarstwią ( Cybertotem i Vaggi Varri) to ubaw będzie po pachy! Robię to wszystko po to aby zmęczyć naszych dobroczyńców bo lada miesiąc pojawi się płyta i wydawnictwo z ważnym tekstem : Monografie instrumentów karpackich a po tym wszystkim nowa płyta Karpat Magicznych.
Piątkowy wieczór w jesiennych barwach i stos kopert i płyt ... to jest ten eliksir trzymający mnie przy życiu w zagłębiu budyniu. W tle właśnie Ramunas Jaras z Kovna gra bardzo mocną muzykę - odpowiednik żeń-szenia (Panax ginseng) z leczniczej instrukcji do Cybertotem Remix Project.
Po naszej wyprawie do Rumunii została relacja, wiele fajnych fotografii Bogdana i Michała ale wczoraj pojawił się też filmik ! na stronie Karpaty Offer.

Sunday, December 06, 2009

Jack Rose


Właśnie się dowiedzieliśmy z sieci, że zmarł na atak serca Jack Rose, gitarzysta i muzyk znany szerzej z projektu Pelt. Zrobił na nas duże wrażenie grając jako support przed The Magic Carpathians i Bardo Pond podczas pamiętnych dni w Filadelfii, w 2001 roku! To młody gość i całkiem jesteśmy zaskoczeni ! Otwarłem właśnie dwie Jego płyty : Pelt - techeod i Pelt - rob's choice, wydane przez vhf records (www.vfhrecords.com). Będziemy też sprawdzali czy nie zachował się fragment Jego koncertu na naszych materiałach video z tamtej trasy w USA. Wydaje mi się, że może kawałeczek?
Dość długo nie pisałem bo ciągła walka z budyniowem jest tak uciążliwa, że szkoda mi bloga na opis kiepskich akcji... Ostatnio doszły nas słuchy, że można wylecieć z radia za nie zaproszenie namaszczonej na gwiazdę osoby i to jakaś nowość dla mnie... Bo ja stary kombatant widziałem wiele takich akcji ale jakby odwrotnych - ktoś wylatywał bo zaprosił jakiegoś alternatywnego albo "politycznie niepewny element" ale za nie zaproszenie? Gwiazda to pierwszej wody ale nie było mnie przy tym więc tylko podpowiadam : to jakaś awaria rozumu chyba?!
Nowe płyty idą jakoś opornie, niby są ale jeszcze 2-3 dni... albo plastyczka robi nas w konia i czekamy już 1,5 miesiąca aż położy genialne kreski i rzuci czcionkę z zasobów internetowych ... albo sami nie mamy czasu aby coś napisać, przetłumaczyć i dorysować. Ale dopnę swego bo jak tak patrzę na te płyty Jack'a Rose to myślę sobie, że może jak zostaje po kimś muzyka, to nie jest wcale tak mało...

Saturday, November 28, 2009

PROTOKÓŁ 802.11


Ktoś jednak czyta te moje wpisy! Ovoo poruszył(a) ciekawy problem i bardzo czujnie odczytał(a) kontekst okładki Cybertotem Remix Project w komentsie do wpisu pt. CRP. Możliwa rola gołębia jaką spełniać może w zastosowaniu protokołu 802.11 ... została zasygnalizowana w mojej odpowiedzi na uwagi Ovoo, zapraszam zainteresowanych do zapoznania się pod wpisem z 23.XI.2009 w komentarzach. Jeden z wpisów wskazuje na mocną kontekstowość moich kolejnych odcinków bloga i to (obok protokołu 802.11.) jest, także dla mnie, pewien problem. Z jednej strony osobisty, emocjonalny styl i szybkie reagowanie na otoczenie jest moim zdaniem podstawą blogowej twórczości a z drugiej bardzo dobrze rozumiem, że nie wszyscy czytelnicy "łapią" te same bodźce. Nigdy nie wiemy, co z otaczającej nas budyniowej tzw. rzeczywistości, ma na nas wpływ. Bo gdyby nie arogancja szołbiznesowych hord, uśpiony "wszechogarniającym dobrem" być może komponowałbym sobie miłe, postnewage'owe melodie na sitar i akustyczną gitarę... A tak, wobec "normalności" taktyki wykluczania stosowanej przez media opanowane przez rodzinne klany dla forsy, chamsko dla forsy i poczucia władzy - musimy gimnastykować mózgi i pielęgnować kondycję... Czym więcej gimnastyki i kondycji tym dalej od ciepełka państwowego rozdawnictwa na kulturę. Ale po jakimś czasie pojawia się wraz z "kondycja" coś niematerialnego, co ratuje przed mrokami depresji i zniechęcenia. Cena niezależności jest bardzo wysoka ale mimo wszystko dziwię się, że tak wielu ludzi usilnie stara się zostać marionetkami (Pan Maleńczuk, który wie sporo na ten temat, śpiewał o tym dosadniej...) i grać w tę grę o cyklach 2-letnich. Po tym 2-letnim lansie, w którym onetowi i im podobni mędrcy wręcz szczytują od zachwytu, przychodzi nowy "do golenia" i dla "starego" i już "ogolonego", czas najwyższy na jakiś program w tivi ; jakiś elegancki temacik (jak fotografowanie i moda, warto rozmawiać, a może coś z polityki bo pieśniarz(ka) zaangażowany...dobra jest też kuchnia lub podróże) a wiadomo, że tivi nie z gumy i swoje rodziny musi ustawić. I dlatego taki krzyk o abonamenty ! Fajnie tak dostawać kaskę i brylować jako ten bóg od kultury i nie tylko... W pewnym (niezwykle poważnym!) centrum sztuki współczesnej, wiele lat temu, przez 3 dni robiliśmy mapowanie audio/video/foto-camera obscura miasta a relację tivi z tej akcji robił pan redaktor w wieku może 18-20 lat, za którym stała mama, "prawdziwa" redaktorka i jak się okazało później, wszystko to było kręcone dla jakiegoś programu śniadaniowego dla dzieci i młodzieży. Gdyby te same rzeczy robił ktoś z "branży" (wprost lub jako organizator) to relacja byłaby dla tivi kultura i mądre głowy prowadziły by uczoną dysputę... Czyż nie? A ile "mapowania" się później pojawiło w wiodącej bo centralnej kulturze! Mapowali, mapowali ale już przestali... Więc o co chodzi? O to mianowicie z czym się spotkał zespół Pustki : po medialnym ogłaszaniu, że jako "pierwszy w Polsce" zakwalifikował się na wielki festiwal w Austin, okazało się, że pojedzie tam (?) nie jako pierwszy, nawet nie jako drugi... a pożyczyłbym Im mapę Austin , o to mianowicie, że niejaki Zakopower-Bułecka nie przeszedł bramki i nie wjechał jako turysta (ale gwiazdor! mega koncernu pop) do USA a inni, latami wykluczani z gry (najczęściej dosłownie) tak... i jest tego na tyle dużo, że spać można spokojnie. Jest w Krakowie taki klub akademicki, który wg. mojej opinii spełnia rolę prywatnego banku dla bardzo licznej rodziny artystów z Warszawy. Grają w nim ojcowie, synowie i pewnie też wnuki ojców... kilkanaście razy w roku od tzw. niepamiętnych czasów i zaczyna to zakrawać na jakąś szopkę! Więc, jeżeli nie zależy Wam jedynie na kasie lub/i nie chcecie z siebie robić pośmiewiska - polecam sprawdzoną strategię rave ; rozproszenie, nieoficjalne sieci wymiany informacji, zależny jedynie od artystów obieg sztuki plus krytyczne przyglądanie się mediom czyli dekonstrukcja przekazu i co może najważniejsze : dystans i poczucie humoru. W ten, może przydługi sposób starałem się trochę przewrotnie wytłumaczyć z tego, ze warto jednak śledzić bieżące sprawy i reagować nawet emocjonalnie i czasem dla obserwatorów niezbyt zrozumiale. Proces uczenia się ma wiele odcieni i wchodzenie w interakcje z otoczeniem jest jego częścią tak jak powstrzymywanie się od takich interakcji. Istota problemu polega na tym, że jedna technika bez drugiej daje kulawe wyniki. A o uczenie się przecież chodzi, nie o kasę, popularność, podziw i władze. Niejaki dr Janek Sowa też chce nas uczyć i dlatego rozwiesił plakaciki z elektryzującym masy pytaniem : Dlaczego jestem marksistą? Pytanie zadał sam sobie i sam też na nie odpowie wobec ciśnienia jakie narasta ze strony udręczonych brakiem odpowiedzi mas i zaniepokojonych obszarników i burżuazji. Jeszcze kilka tygodni braku takiej odpowiedzi mogłoby doprowadzić do rewolucyjnego wrzenia! Ja - gdybym był marksistą - wytrzymał bym z objawieniem prawdy i światowa rewolucja pokazała by swą potęgę! Doktorze Janku Sowa, znamy jeszcze jedną marksistkę, która nie ma ojca profesora ale też ją stać na lewicowość (podobnie jak liderów związków zawodowych...) bo ojciec był dentystą w Wiedniu. Lewicowa burżuazjo - łącz się ! Umiarkowanego powodzenia...życzę.
Ramunas Jaras na wieści o wydawnictwie CRP napisał mi : gerai ! Znaczy to po litewsku "dobrze"! I tak będziemy trzymali...
Mimo soboty i zaszycia się w naszej "wieży", dopadają mnie raz po raz budyniowe emanacje i pisząc ten blog musiałem pracować jednocześnie z emocjami, bo jak zapewne wiecie " co cię nie zabije to cię wzmocni" i dlatego dodam za moment uspakajającą fotografię z tundry.

Thursday, November 26, 2009

CYBER - ISKRA


Do wszystkiego jest potrzebna tzw. "iskra boża"... taka jest mądrość ludowa. A lud u nas mądry bo płaci 1/4 ubezpieczenia paniczyków i do tego raz na kwartał ... Lud też wcale nie tęskni (wbrew pozorom) do czasów gdy iskra potrzebna była także do zapalania stosów z wyroku Świętej (?) Inkwizycji. Ale okazuje się, że ŚI nie była taka zła i jak odkryli młodzi , sympatyczni (to cechy charakterystyczne : otwartość, bombardowanie miłością, radość... jest radość !) aktywiści katoliccy pokazani wczoraj przez tivi... Odkryli Oni, że Galileusza wcale nie spalono... i poszli w miasto dementować złe opinie. Wiedza ta jest dostępna w każdym wydaniu encyklopedii ale widocznie własne doświadczenie w postaci kontaktu z książkami, wspomniani aktywiści traktują z nieufnością bo tylko wiara to potęga. Akcja w obronie wyroków ŚI jest kompletnie groteskowa i zastanawiam się czy nie łączyć jej z dzisiejszymi doniesieniami Onetu o przybyciu kosmitów do Bułgarii... a jak się okazuje może nie tylko do Bułgarii? Troszkę mnie niepokoi, że dwa procesy o życie, zmuszanie do publicznego odwoływania swoich poglądów i praktyczny areszt domowy do końca życia dla genialnego badacza plus jakieś szopki po 200 latach z kościelną rehabilitacją, to dla tych aktywistów jest nic. Ważne jest, że jednak go nie spalono... no brawo, brawo nasza zacna inkwizycjo! Galileusz był nękany i szarpany przez inkwizytorów działających w imieniu papieża za to, że propagował doświadczenie jako źródło wiedzy i czytał książki... i my się dziwimy, że w Polsce czytelnictwo jest na tak marnym poziomie a wynalazczość leży! Więc młodzi aktywiści pamiętajcie - nawet w takich sprawach jak radosna i szczera wiara potrzebna jest iskra boża bo "jednak się kręci". Są obszary gdzie iskra jest nie na miejscu... i napis reklamowy ( a może to przestroga?) : Mleko z iskrą ! wydaje się lekko dziwaczny. Taki napis zobaczyliśmy na jakimś samochodzie dostawczym i ja bym kotu takiego mleka nie kupił. Słyszało się czasem o "herbacie z prądem" ale mleko z iskrą? I w tym cały problem aby nie mieszać mleka z iskrami, nauki z wiarą, wiedzy zasłyszanej z analizą naukową i teoriami, dyskusji z dyskursem i zastanowienia się z pochylaniem... Proszę, nie "ubogacajcie" nas rewelacjami o ŚI bo się IPN dowie i z awantur politycznych już nigdy się nie wygrzebiemy : a czy pan Galileusz kontaktował się z panem Kopernikiem ? I jeżeli tak to za czym lobbowali?
Cybertotem się drukuje i w okolicach 6 grudnia (!) zacznę rozsyłać autorom ... i tu mam kłopot : Centrum z Warszawy (no bo gdzie może być centrum...) - jeżeli czasem czytacie blog ,odezwijcie się bo laptop gdzie miałem Wasze namiary pocztowe padł i mam kłopot , a to Wasze kompozycje sprawiły, że miałem wystarczająco dużo uporu aby ten projekt zrealizować... Ktoś mnie ostatnio zapytał po co właściwie wydaję Cybertotem Remix Project ? Myślę, że jest to tak abstrakcyjny, ulotny i tak nie przystaje do budyniowego szołbiznesu, że aż iskrzy...
Na focie Uli jesteśmy troszkę tacy "niewyraźni"... jak to bywa końcem listopada.

Monday, November 23, 2009

CYBERTOTEM : REMIX PROJECT


Start tego wydawnictwa przypominał niektóre działania NASA... już, już ale start przeniesiony ... Ale tak jak w NASA ten dzień wreszcie nadchodzi i prom leci....albo nie! Mam nadziej, ze płyta z tyloma ciekawymi artystami "poleci"? Jest na płycie relaksowy kawałek formacji TREPANG, jest dub "karpacki" projektu Konrada Gęcy o nazwie DubCore... jest "jeden ton ponad ciszą" Acomplice Affair, chłodne ale pełne życia utwory Centrum, jak zwykle minimalistyczne i przekonywujące realizacje Ramunasa Jarasa z Litwy, mocne wejście solowe Andrzeja Widoty (The Band off Endless Noise) i elektroniczne krajobrazy Emitera oraz niezwykle energetyczne koncertowo-studyjne ujawnienia Hati. Bałem się, że jedynie dwie muzyczne podstawy z moich nagrań spowodują monotonię ale nic takiego się nie stało. Inwencja kompozytorów i wykonawców jest zadziwiająca. Niezamierzonym efektem tego projektu (ale też tego odwlekania w czasie...) jest to, że niektóre projekty są już historią, muzycy współpracują z innymi partnerami itd. bo czas płynie i pojawiają się ciągle nowe manifestacje. Projekt Cybertotem jest ważny bo nie ma celu komercyjnego, nie ma celu promocyjnego (wszyscy obecni na płycie dają sobie doskonale radę) i ma służyć wymianie muzycznych poglądów i podtrzymaniu obiegu sceny niezależnej. Czy ktoś jeszcze pamięta, że muzyka jest rodzajem energii, języka, przyjemności, specyficznej komunikacji i praktyki duchowej? W tych bitwach na festiwale, praktyce wykluczania z radia i tv, pojawianiu się wydawnictw niezwykle awangardowych, rojeniach o dominacji lub absolutnej niezależności gubi się nam to co ważne.
Cybertotem : Remix Project jest także początkiem mojego solowego projektu, strony internetowej : www.cybertotem.eu (ruszy wraz z udostępnieniem płyty na początku grudnia) i realizacji video.
Na stronie Festiwalu jest już relacja z wyprawy do Rumunii więc zapraszam tych, którym moje entuzjastyczne wpisy się podobały. Michał obiecuje film z Rumunii- może dziś, może jutro ... ale będzie.
Okładka jest autorstwa Bogdana i zbudowana jest na jego focie słupa elektrycznego z Satu Mare, który mnie i A. zachwycił kiedy wyglądaliśmy przez nasze hotelowe okno...

Saturday, November 21, 2009

KARPATY RYTUALNE


Skończyłem pisać relację z wyprawy do Rumunii i będzie ją można przeczytać już wkrótce (pewnie od poniedziałku) na stronie Festiwalu. Krótka podróż do Transylwanii okazała się bardzo inspirująca i może będzie to dla nas decydujący impuls aby zabrać się za pisanie czegoś większego? Czym więcej wiem na temat Karpat, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że skrywają one wielki zasób energii i witalnej siły. Symboliczne i rytualne podglebie kultur karpackich wydaje się ciągle mało zbadaną przestrzenią Europy.
Tuż przed wyjazdem przypominaliśmy sobie akcje Hermanna Nitsch'a zarejestrowane na video i szokujące studencików, którzy tak ochoczo rozprawiają w komunikacji miejskiej o pijaństwach, orgiach i "totalnych baletach" jakie były (?) ich udziałem z piątku na sobotę... Body art i nadzy performerzy oblewani świńskimi podrobami jakoś ich nie kręcą, mimo bezdyskusyjnego radykalizmu studenckich poglądów. To jak z muzyką - awangardowe festiwale za festiwalami i wszyscy to wielcy eksperymentatorzy ale tacy 'bez przesady", estetyczni i baczący na to co jest t e r a z cenione przez kilku facecików i kobitek, którym mama lub tata ułożyli "naturalny" dostęp do mediów. Afery z rodzinną korupcją wśród polityków są małym piwem wobec tych rodzinnych i klanowych kompleksów "artystycznych" żyjących z funduszy reprezentacyjnych wielu ministerstw i agencji. Ale zostawiliśmy budyń mentalny za sobą na chwilę i ruszyliśmy do Transylwanii... W rozmowie z przemiłą doktorką z Uniwersytetu w Klużu okazało się, że moje przeczucia co do muzyki towarzyszącej wielodniowym artystycznym (a więc prawdziwym) orgiom Nitsch'a i udziału w nich dużej ilości flaków świńskich, szły w dobrym, karpackim kierunku. Nie dość, że Hermann Nitsch ma Rumunkę za żonę, to jeszcze utrzymuje na tyle żywe artystyczne kontakty z Universitatea de Arta si Design w Klużu, że otrzymał doktorat honoris causa tej uczelni. Rytualne orgie zapoczątkowane przez "akcjonistów wiedeńskich" dotykają prawdziwych podstaw kultury europejskiej i zapewne są bliższe dionizjom niż jakakolwiek inna obecnie praktykowana sztuka. Akcje Hermann'a Nitscha, docenione w Klużu nie znalazły uznania na krakowskiej uczelni stojącej na straży estetycznej linii mistrzów Matejki i Dźwigaja, a szkoda... Nie spierając się o estetykę (cenioną przecież powszechnie wyżej niż sztuka...) kilkudniowa orgia w podrobach świńskich ma z pewnością działanie oczyszczające dla psychiki. Obligatoryjne wprowadzenie raz w roku tej praktyki do polskich instytucji kultury, na szczeblu powiatowym i wojewódzkim, byłoby bardzo cenne. Uważam, że tak uzyskane zbiorowe katharsis personelu tych instytucji, da uczucie odprężenia i odpoczynku od codziennych, nudnych jak flaki w oleju czynności edukacyjno-kulturalnych. Co więcej, wielu z pracowników tych instytucji bardzo dobrze zna się na tzw. "biciu wieprza" i z czasem można oczekiwać pojawienia się specyficznie polskiej linii artystycznego "akcjonizmu wiejskiego". "Bicie wieprza" rozpoczyna się kolektywną gonitwą kwiczącego zwierza z siekierą po podwórzu a kończy się rytualnym kosztowaniem krwawej kiszki i pijaństwem (a zapewne nie tylko pijaństwem ...ale rytuały tego typu są owiane tajemnicą) i trochę więcej odwagi w pokazaniu tego i owego... i będzie naprawdę śmiesznie... Takie rytuały z udziałem nadzwyczajnie zazwyczaj licznej obsady tzw. instytucji kultury, będą naprawdę świetnym rozwiązaniem wielu napięć i twórczego napięcia aż buzującego w pracownikach. Powinno się udać i pokażemy, że Polak też potrafi ! Takie nasze " budyń-body art"...
Na fotce Michała Leskiego nasz dobry czas w Rumunii.

Friday, November 20, 2009

ARCHITEKTURA ROMSKA


Sądzi się powszechnie, że nomadyczny lud Romów pozbawiony jest własnej architektury niejako "z definicji" ... ale pomiędzy Cluj-Napoca a Oradeą w Rumunii, napotkać można okazałe domy o zdecydowanie charakterystycznej architekturze i są do domy Romów. W okolicach Łodzi także jest sporo domów w zbliżonym stylu i gdyby zastanowić się spokojnie nad tym co z okna samochodu widzieliśmy w różnych miejscach Europy Środka można by jeszcze kilka przykładów dorzucić. Jednak dotąd nie oglądaliśmy domów z symbolem Mercedesa jako ozdobą misternych wieżyczek i ozdób dachowych. Czyżby to był "merc-kult'? Architektura Romów z Europy Środka odpowiada muzyce jaka powstała z karpackich ( w sensie pasterskich, żydowskich, dworskich itd.) i indyjskich wpływów w ostatnich półwieczu. Czyżby Romowie odkrywali swoje pochodzenie i budowali na nowo inny poziom swej kultury? Romskie domy i muzyka pop nie muszą się podobać nam... najwidoczniej podobają się Romom a konie zastąpione zostały mercami. Stare, wygodne i mieszczące duże rodziny samochody, mają swój udział w nomadycznym stylu życia Romów XXI wieku.
Istnieją teorie, że mózg człowieka rozwijał się tak wspaniale nie tylko w celu używania go do myślenia ale jako czuły i sprawny regulator ciepłoty ciała. Regulacja ta pozwalała na długie i forsowne biegi a te umożliwiały zdobywanie pokarmu w trudnych warunkach. Każde otwarcie tivi na relacji z dyskusji partyjnej lub komisji d/s lansowania zakutych pał albo na tzw. "wiadomościach" wskazuje, że wiele mózgów faktycznie spełnia rolę termoregulatorów i żadnych innych. Zaczyna to być jakiś trend bo nawet osoby, które kiedyś myślały- obecnie poprzestają na utrzymywaniu bezpiecznego zakresu temperatury ciała. Warto byłoby zacząć badania tego zjawiska bo trudno będzie porównywać i oceniać działalność polityków należących do dwóch, jakże innych grup ewolucyjnych! Już od dawna ta dychotomia zaznaczała swoje działanie i wszyscy wiedzą, że są grupy osób, które nigdy się nie dogadają. Odkryciem byłoby, gdyby się okazało, że wcale nie chodzi o poglądy polityczne czy etyczne lub religijne, a raczej o różne linie rozwoju funkcji mózgu. To, że dotąd szło prawie jednym torem nie jest dowodem na to, że drogi ewolucji nie mogą się rozejść...
Odebrałem dzisiaj z tłoczni CD pt. monografie instrumentów karpackich.... podobno są też koperty i jedynie pani plastyczka jeszcze nie zdążyła z prawdziwie artystycznym przygotowaniem kartki o wym. 60 x 24 cm .... Może pilnuje ciepłoty ciała jak duża część polityków? Bo ten problem różnych technik rozwojowych dotyczy nie tylko ich?!
Na focie Bogdana - lekko podrasowanej na moją sugestię zobaczyć można kawałek architektóry romskiej i widomy znak " merc-kultu" ! A straszy się nas scjentologami....

Monday, November 16, 2009

KORVIN HOUSE - ORGANIC PHOTOGRAPHY


Bogdan działa niespodziewanie szybko! Już można oglądać wynikowe fotogramy z akcji uprawiania fotografii organicznej w domu króla M. Korvina w Cluj-Napoca. To nasza czwarta akcja "uprawowa" z działaniem w ekotonie i bardzo się cieszę, że mieliśmy szansę przeprowadzić ją w ogrodzie domowym tak lubianego króla...

CLUJ - uzupełnienie 2


Michał pracuje nad filmem z naszej eskapady i koncertu, możliwe, że pojawi się on już na YouTube pod koniec tego tygodnia. Na focie Michała Karpaty Magiczne i Południca razem! Wypatrujemy Vlada Palownika, który zwabiony naszą muzyką nadciągał do stolicy Transylwanii !!!

CLUJ - uzupełnienie 1


Jeden z klubów w Cluj ma przy wejściu taki oto (na fotce Bogdana) słupek -drogowskaz...
Woodstock to wiadomo ; festiwal nałogowo organizowany przez pana Jurka Owsiaka już wiele razy ( raz próbowali w USA i nie wszystko im wyszło...) a Vama Veche ... no cóż, aż łezka się w oku kręci! To nazwa wioski i plaży nad Morzem Czarnym tuż przy przejściu granicznym z Rumunii do Bułgarii. To miejsce spotkań intelektualistów, artystów i wszelkich freaków, o które toczyły się prawdziwe boje w czasie szajby zabudowywania wybrzeża hotelami i dyskotekami. A łezka ? bo byłem na tej plaży na pierwszej samodzielnej, wakacyjnej wyprawie jeszcze jako uczeń liceum : Kraków - Mangalia (PKP) i potem pieszo (!) wzdłuż plaży do okolic Warny w Bułgarii, gdzie jako zbuntowani polscy hipisi ukradliśmy w nocy, ze środka pionierskiego obozu międzynarodowego - flagę Kuby! Jak ci pionierzy się przestraszyli ! Biegali z latarkami po plaży jak świetliki w czerwcu.... A teraz te pączusie z PiS-u co się jeszcze rumienią przed kamerą, straszą nas zdelegalizowaniem wizerunku Ernesto CHE Guevary ! Cieniasy i żartownisie ! Sami się zdelegalizujcie.

CLUJ - Napoca


Hotel okazał się bardzo wygodny (polecam!) i po śniadaniu ruszyliśmy "do roboty". Szybko trafiliśmy pod adres jaki otrzymaliśmy od naszej rumuńskiej partnerki i okazało się, że trudno byłoby o bardziej reprezentacyjne i rozpoznawalne miejsce w mieście... bo był to : casa Matei Corvin i sala gdzie "bronią" doktoraty naukowcy z Uniwersytetu Sztuki i Projektowania. Królewski dom jest bardzo ciekawy i nawet dzisiaj chciało by się w nim mieszkać. W wewnętrznym ogrodzie wyznaczyliśmy miejsce gdzie potem Bogdan założył uprawę fotografii organicznej (fotogramy eksperymentalne z domu Króla Corvina! wow!). Wybrałem opadłe liście winogron, liście "zdravca" i kwiaty hortensji. Bogdan dodał od siebie banana - nawiązując "dyskretnie" do postaci Andy Warhola, którego "dziecięcy wózek" mieliśmy prezentować wieczorem. Południca i my to już był niezły tłumek (7 plus 3 oraz dwuosobowa ekipa Festiwalu i dwaj kierowcy) i po ustaleniu godziny próby na 14.00 ruszyliśmy "w miasto". Nie mogliśmy zacząć inaczej : Ethnographical Museum of Transylvania i Galerii de Arta Populara... No i jak zwykle : płyty z serii Ethnophonie, które można kupować "w ciemno", flety z Maramuresz, prosta trąbka pasterska za 8 lei... i maska, która jest częścią pasterskiej tradycji obecnej w całym łuku Karpat ale i w niezwykłych formach w Bułgarii, a nawet... w Alpach Julijskich ! Ale to na inny wpis...
Po dużej dawce folk art'u postanowiliśmy zobaczyć inną stronę miasta. W dizajnerskiej kafejce (oby więcej takich w Krakowie bo już mam dość tych szydełkowych obrusików w "artystycznych" knajpkach "pod gości z Mazowsza" ) popijaliśmy dobrą kawę, podawaną tu naturalnie ze szklaneczką wody (co wprawia mnie zawsze w euforię) aby raz po raz wpadać do części butikowej gdzie były bardzo miłe ciuchy, buty i paski. W odróżnieniu od zaopatrzenia wsi w szmaty do uszczelniania okien, jakie jest jesiennym celem Galerii Krakowskiej , w butiku można było wydać dowolna ilość mamony! Dobrze ubrani ludzie ( ale nie w sensie "ubogacenia" otoczenia garniturami, szpiczastymi butami "cyrkowymi" i nutriami...), policjant objaśniający drogę po angielsku, new age'owe sklepiki i dobre wzornictwo plakatów i reklamy.... to nie jest obraz Rumunii jaki pielęgnujemy w Polsce. Pora więc wybrać się do Cluj ! a jak nie do Cluj to może do Koloszwaru?
Obiad w knajpce, tuż obok królewskiego domu, mógł konkurować nawet z obiadem w Tokaju... konkurowało także (podobno) wino! Tyle, że tu już w karcie była polenta, grillowane bakłażany i kiszona a później grillowana papryka...
Praca z akustykami przebiegła bez problemu i na 6 wieczorem wszystko było gotowe. Nad wszystkim unosiło się stresujące pytanie : czy kogoś zainteresuje prezentacja Festiwalu Karpaty Offer, dwa koncerty grup, które nie są ani "jazzowe", nie grają "poważki" i nie są z Warszawy... fotografia organiczna, wózek Warhola... Ale powoli, powoli coś się zaczęło dziać i sala wypełniała się gośćmi... Pytanie o tzw. frekwencję było zasadne gdyż obok kilkunastu plakatów KM i P wiszących w obiektach Uniwersytetu i mailingu nie czuliśmy przesytu promocją. Instytut Polski w Cluj nie raczył nawet odezwać się do nas, nie zaszczycił jakąkolwiek obecnością naszej misji... Nie można mieć pretensji - bo to tylko ekipa z instytucji kultury Małopolski, dwa nietuzinkowe zespoły muzyczne, Festiwal dotowany przez UE i doktorzy nauk o sztuce i kulturze z krakowskich uniwersytetów... Instytut musiał w tym samym czasie zorganizować imprezę alternatywną w postaci pokazu filmu pt. Mała Moskwa - dostępny w Polsce za 9.90 zł jako dodatek do gazety! Pan Minister "od kultury" Zdrojewski, na pytanie co On na to, że 90 % przepytanych Polaków twierdzi, że źle się promuje kulturę polską zagranicą, powiedział : "no tak, ale to się powoli zmienia". Więc można powiedzieć, że "jaki pan taki kram"...
Tym bardziej się cieszę, że sala na koncertach była pełna zaciekawionych, młodych ludzi a od soboty widzę kolejne wejścia na naszą stronę już nie tylko z Cluj-Napoca ale także z Bukaresztu... Tylko gdzieś wisi w powietrzu pytanie : to może w IP w Cluj nie pracują odpowiedni ludzie? Może powinni pracować w muzeum albo archiwum... a nie w IP? Co mają takiego do roboty, że nawet jedna osoba nie znalazła w ciągu dwóch dni 5 minut na to aby się nas zapytać "how are you" ? Kilka lat temu graliśmy w Kiszyniowie na festiwalu jazzowym z ekipami z USA, Francji, Niemiec itd. i na chwile lub dłużej wpadali tam ludzie z ambasad, konsulatów, instytutów wszystkich krajów - tylko nie z Polski! Widocznie nie było nakazu z Centrali i ... panie Ministrze ; nic się od tych czasów nie zmieniło.
Po udanym wieczorze próbowaliśmy dostać się do klubu aby podsumować koncertowe wrażenia z Południcą przy piwie Ursus i soku z pigwy... ale nie było wolnych miejsc... ej kryzys, kryzys!? Poszliśmy więc na pizze i tak zakończyliśmy ten bardzo urozmaicony dzień.
Na focie wyprodukowanej kolektywnie z inicjatywy Bogdana i według rosyjskiej metody (modyfikowanej w naszych akcjach w ośrodku sztuki współczesnej w Źylinie na Słowacji) napis Cluj, którego ognista istota odpowiada trackim korzeniom nazwy i atmosferze koncertów.

Sunday, November 15, 2009

WESOŁY CMENTARZ - uzupełnienie


To inny przykład na niezwykłą "wesołość" cmentarza w Sapancie... uśmiałem się do łez - a Wy? Ciekawi mnie czy ktoś się pofatygował zapytać samych mieszkańców Sapanty czy Oni też uważają swój cmentarz za wesoły? To, że jadają podczas świąt na grobach i symbolicznie częstują swoich bliskich zmarłych wódką też wcale nie jest wesołe... W utrwaleniu nazwy "wesoły" dla cmentarza z Sapanty ważną rolę spełniła zapewne stara (ma ok. 2 tys. lat) tradycja ośmieszania innych niż ona - ta jedynie słuszna, tradycji ludzkiej pracy z życiem i śmiercią.

WESOŁY CMENTARZ - SAPANTA


Z Satu Mare wyjechaliśmy 12 listopada, było dość wcześnie i po około 2 godzinach dotarliśmy do wsi Sapanta (Sapenta) aby przekonać się, czy miejscowy cmentarz jest naprawdę "wesoły" ? Być może pogoda miała na mnie jakiś wpływ ale wesoło mi nie było...
Kolorowe krzyże z malowanymi ręcznie tekstami i obrazkami z życia pochowanych na cmentarzu są naprawdę interesujące ale też przygnębiające w swojej przekonywującej prostocie przekazania prawdy o naszej egzystencji i rolach jakie zmuszeni jesteśmy pełnić. Dominujący na cmentarzu kolor niebieski jest faktycznie specyficzny i starania o uznanie go za charakterystyczny wzorzec malarski : "błękit Sapenta" uważam za uzasadnione. A na szerokich deskach krzyży : pani potrącana właśnie przez samochód, zastrzelony pasterz z uciętą później głową, doktor w szykownej marynarce, muzykanci, prostytutka dobra jak anioł, itd. itd. to bardzo skrótowe ale niestety trafne podsumowanie życia i jego sensu lub pokazanie, że jedynym ciekawym momentem w życiu danej osoby był sposób w jaki się skończyło. Więc naprawdę ze śmiechu boki zrywać ! Więc może cmentarz raczej "kolorowy" niż wesoły! Niepokojący cmentarz nazwano "wesołym" w ramach nerwowego nawyku ukrywania prostych i sprawdzalnych prawd o naszym życiu i śmierci.
Sam obyczaj malowania krzyży jest dość młody bo pochodzi z 1935 roku i bardzo przypomina mi kolorowe krzyże z Detwy na Słowacji, które kiedyś namiętnie fotografowałem. Dwa lata temu przygotowaliśmy wraz z Bogdanem Kiwakiem całkiem udaną wystawę jego fotografii krzyży detwiańskich z symbolicznego cmentarza przy Popradskim Plesie w Tatrach, której towarzyszył przyzwoity katalog. Może zestawimy kiedyś fotografie z tych dwóch niezwykłych miejsc w Karpatach? Bo w Sapancie krzyże są także pełne starych symboli solarnych i motywów roślinnych o znaczeniu trudnym dzisiaj do rozszyfrowania. Cmentarz obrasta budowlami sakralnymi, kramami z kiepskimi pamiątkami , reklamami ale ciągle wskazuje na coś drzemiącego bardzo głęboko, coś mocnego, magicznego i bardzo pierwotnego a jednocześnie dającego siłę, inspirującego i ożywczego. To coś nazwaliśmy kiedyś karpackim "ethnocorem" i na tej koncepcji zbudowaliśmy nasz projekt o pełnej nazwie (z 1998 roku!) : The Lost Space : Magic Carpathians". Sam się dziwię naszej konsekwencji i dziękuję energii jaka się pojawiła w tamtym momencie...
Z Sapanty pojechaliśmy przez niewiarygodnie piękne, zamglone i pełne drzew, stromych stoków, strumieni i serpentyn góry do Baia Mare i dalej, do Cluj-Napoca. Po drodze raz po raz wyskakiwaliśmy "na chwilę" z samochodu aby fotografować, filmować i chłonąć interesujące obrazy i sytuacje. Nasza ekipa wydawała się być całkiem przyzwoicie zorganizowana : fotografik, webmaster pracujący jako filmowiec, szefowa Festiwalu z asystentką, trójka muzyków mających spore pojęcie o współczesnym kulturoznawstwie, naukach przyrodniczych, tradycjach muzycznych plus doskonały kierowca przyzwoitego busa. Powoli przybywało materiałów i tematów do dyskusji na temat fenomenu kultury Karpat. Czas szybko uciekał i do Cluj - Napoca wjechaliśmy późnym wieczorem. Miasto zaskoczyło nas wielkością i urokiem otwartego, uniwersyteckiego ośrodka. Szybko rejestrowaliśmy w pamięci miejsca z ciekawymi muralami, szablonami i wlepkami, klub z wystrojem jak w Kalifornii (albo w Berlinie pod urokiem Kalifornii), markety i galerie. Byłem bardzo mile zaskoczony i także z tego powodu, że właściwie tego się spodziewałem. Oczywiście ciągle byliśmy w dobrze nam znanej, "domowej" strefie Austro-Węgier, z naciskiem na ten drugi człon tej nazwy.
Krążąc po mieście w poszukiwaniu naszego hotelu, dyskutowaliśmy jeszcze o symbolice bram marmoroskich, kulturze pasterskiej i muzyce jaka rodzi się w tak niezwykłym otoczeniu i nadziei, że nasza misja okaże się nie być "impossible". Hotel okazał się rewelacyjny i po małych kameralnych badaniach telewizyjnych programów muzycznych (czyli : albo romski Bolywood albo turbo folk z naciskiem na pozamuzyczne walory wokalistek i wokalistów) padliśmy ofiarą rozbuchanego konsumpcjonizmu i hotelowych wygód.
Bus zespołu "Południca" stał na hotelowym parkingu ale tylko domyślaliśmy się w jakim klubie świętują dotarcie do celu naszej wyprawy.

PARADISUL PIERDUT?


Rumunia - czyżby "raj utracony" (po rumuńsku : paradisul pierdut)? Ostatnie kilka dni całkowicie zaprzeczyły tezom, że po wejściu do UE utraciliśmy coś z naszej, karpackiej kultury. Wręcz odwrotnie, sądząc po fantastycznej, płytowej serii ETHNOPHONIE udaje się pokazać światu rzeczy, na które dotąd nie było przyzwolenia. Wprawdzie w rumuńskiej tv królują wariacje nt. muzyki z Bolywood, które są częścią (jak w Bułgarii) pewnego kompleksu "rozrywki szemranej" oraz jest obecna socjalistyczna "nowa tradycja" zespołów folklorystycznych, przyszyta tzw. instytucjami kultury - czyli grubą, czerwoną nicią - do żywej tkanki kultury, która "się dzieje" i nie ma ochoty być zarządzaną - ALE wszędzie czuje się prawdziwe życie.
Istotna część naszej podróży zaczęła się nad Cisą i Bodrogiem, w Tokaju. Ani mocny deszcz, ani też drobne trudności logistyczne nie zepsuły nam (mnie i Ani) powrotu do Tokaju gdzie wszystko było na swoim miejscu : specjały kuchni węgierskiej (zupa rybna ! sorry sumy z Cisy!), piwniczki - i to te prawdziwe, nie do zwiedzania, ale "zwyczajne" domowe z winem nalewanym z beczek do plastikowych butelek po wodzie mineralnej... No i sama Ona -moja ulubiona rzeka ; Cisa, która ze swymi dopływami obmywa ultra interesujące tereny Karpat Wschodnich ; od Huculszczyzny, przez granicę rumuńskich gór Maramuresz, Węgry, mniej znaną część Słowacji aż po Dunaj. Z głową pełną wspomnień i podekscytowani czekającymi nas terenami północnej i środkowej Rumunii dojechaliśmy jeszcze tego samego dnia do Satu Mare. Na granicy HU/RO musieliśmy pokazać nasze ID lub paszporty - co było już dla nas pewną starą-nowością... i usłyszeliśmy o jedno pytanie za dużo : jedziecie "turystycznie"? Odpowiedzieliśmy głośno : tak ! a po cichu : a g... cie to obchodzi po co jedziemy! I to niby niewinne pytanie celniczki przypomniało mi nasze perypetie podczas koncertowej wyprawy do Kiszyniowa w Mołdovie. Od tamtych przygód minęło zaledwie kilka lat a myślimy o tamtym czasie jak o innej epoce geologicznej. Jak się te granice forsowało samemu dawniej, to dzisiaj przychodzą do głowy refleksje typu : O.K. -można być eurosceptykiem (bo to takie rozsądne, patriotyczno-nacionalistyczne i bezpieczne) ale przeciwników UE już zupełnie nie rozumiem i wolałbym aby trzymali się na dystans. Ludzie o nomadycznym stylu życia potrzebują raczej rumuńskiego DRUM BUN ! jakie przywitało nas po rozstaniu z celnikami - czyli życzenia DOBREJ DROGI ! niż asekuranckich wymysłów hodowców ziemniaków.
Na focie Bogdana K. maska z Maramuresz (z moją osoba wewnątrz!) w pięknym mieście Cluj - Napoca.... ale o tym w następnych odcinkach - bo następne odcinki są konieczne!

Sunday, November 08, 2009

MGŁA


Gęsta mgła w królestwie budyniu mentalnego to już lekka przesada... Ratuje mnie pilne rozsyłanie (i związane z tym przeglądanie...) fotografii jakie mają zilustrować trzy teksty jakie popełniliśmy rozrywkowo/bojowo do fajnych, niezależnych pism : Glissando, Fragile, Zew Północy. Teksty są pewnym podsumowaniem tego co wiemy na temat kultury Samów (F), instrumentów muzycznych i praktyki joik (G) oraz opisu wejścia na Giebmegaisi - najwyższy szczyt Szwecji. Do tego jeszcze dobieram foty do płyty A. z field recordings pt. Vaggi Varri (góry - doliny) z naszej lipcowej wyprawy do Sapmi (Laponii) ... to leczy z mgły i budyniu. Na budyń mentalny należy szczepić, nie na grypę. Wyszliśmy tylko na film - Tybetańska Księga Umarłych, który nie wiadomo czemu proponują nasze kina w 2009 roku... bo film jest z 1994 ? Pamiętam, że u nas był hitem nieoficjalnego obiegu ale głównie dlatego, że narratorem jest w nim Leonard Cohen... Poszliśmy jednak w ramach praktyki i podróży sentymentalnej. Swoją drogą to przyczynek do ofiarnej walki rzeczników tantiemów za wszelką cenę, różnych Kazików i innych dziwnych ludzi skupionych w monopolistycznych organizacjach z zeszłego wieku, które "bronią praw autorów". Wygląda to tak, że czy chcesz czy nie - należne Ci tantiemy wędrują do jednego takiego molocha i aby je wydobyć z jego budyniowych trzewi musisz wnieść solidną opłatę i zostać na zawsze niewolnikiem tego tworu. Druga strona tego "bronienia praw" jest taka, że sitwa telewizyjno-radiowo-festiwalowa plus kilku tzw, "dużych" wydawców, skutecznie zwalcza wszystko co nie jest wyprodukowane w tym systemie zamkniętym i świetnie się broniącym. Więc niech mi tu Kazik jeden z drugim nie smarka i nie rzuca k.... na Internet. To kiepska kampania promocyjna ...bo kto by się rzucał na te skarby kultury narodowej ? Te ataki na Internet są dość interesujące, już wolność się znudziła ? już tęsknimy do zasady : "tera my" ! Rozdział kultury, która żyje naprawdę i tych glutów jakie proponują "spece" od ochrony praw autorskich, zaczyna być tak wyraźny, że aż przypominają mi się czasy tzw. komuny. W tamtych latach też byli oficjalni gwiazdorzy, telewizja dawała "uznaną" kulturę i byli także "oficjalni" dysydenci. Wiem, teraz jest wolność - możesz się przyglądać jak Cię zlewają już bez podtekstów politycznych i jedynie ze "szlachetnych" powodów ekonomicznych. Ale pozostaje - jak zwykle - droga mrówczej pracy i samodoskonalenia, zgodnie z hasłem : "co cię nie zabije - to cię nauczy"... Wszystko byłoby o.k. - tak jest wszędzie i przeszkadza mi tylko ta niejasna sytuacja, to ukrywanie mechanizmów, bałamucenie... mgła!
Na focie A. widać mój / nasz dobry czas i naiwne starania aby dotknąć, poczuć, posmakować i zrozumieć zanim coś zagramy w podzięce za ważne doświadczenie ... inaczej niż niektóre warszawskie pieszczoszki znające się na wszystkim z samej definicji, o'boy - ta logika budyniowa!

Sunday, November 01, 2009

SZTUKA PO KOŃCU SZTUKI


Jak w języku polskim może nazywać się roślina o łacińskiej nazwie Ranunculus glacialis? Dla ułatwienia dodam, że roślina ta rośnie na i w pobliżu lodowców ? Nie, nie jest to jaskier lodowcowy ale jaskier lodownikowy (?!) lub jaskier lodnikowy ?! Widać, że stary budyń rozlewa się także po gabinetach botaników...czy w tym kraju nic nie może być normalne?
Stres staram się pokryć opanowaniem i byciem zimnym jak ..."lodnik" ? "lodownik" ! Ten trudny stan osładzam sobie świadomością, że wreszcie wiem co to jest sztuka! Dowiedziałem się tego z bardzo dobrej książki "Sztuka po końcu sztuki" (dla wielu sztuka się jeszcze nie urodziła ...a tu już jest po końcu!) p. Grzegorza Dziamskiego. Książkę wydała Galeria Miejska "Arsnał" w Poznaniu i wielkie dzięki za to! Kilka opisów przybliżających co sztuką być może podoba mi się bardzo : " (sztuka) może wyglądać jak cokolwiek, ale w przeciwieństwie do innych wytworów i działań musi byc wolna", albo : " sztuka jest sferą wolności, a więc działań bezcelowych i nieinstrumentalnych", albo : " sztuką jest to co nie mieści się w naszym codziennym rozumieniu świata". Trochę (ale niezbyt mocno) niepokoi mnie twierdzenie, że : " o tym, o czym warto mówić decydują, w dużym stopniu, kuratorzy wielkich wystaw artystycznych, /... /ale chyba nie tylko oni". Oczywiście, niepokoi mnie to, że "chyba nie tylko oni". To daje wielkie pole do manipulacji dla ludzi nie będących kuratorami wielkich wystaw artystycznych, no chyba, że chodzi o niektórych dziennikarzy-wyrocznie, jak tak to jest o.k. ! Najbardziej podoba mi się zdanie : " sztuka zachęca do nowych odczytań, jest niekończącą się lekturą". To daje nadzieję wielu artystom; jak nie dzisiaj... to może w przyszłości. Podoba mi się bardzo podział określenia ; "sztuka feministyczna" na "sztuka" i "feminizm" bo dotąd brzmiało mi to jak "inteligencja katolicka", a o tym antropologom się nawet nie śniło! Ja, prosty leśnik od "żabek", "motylków" i "drzewek", do których (przyznaję nie bez zawstydzenia) mam czasem ochotę się przykuć, wiem wreszcie tak wiele na tak trudny do pojęcia temat, moje chaotyczne dotąd odczucia i nieuprawnione przypuszczenia okazały się w dużej części słuszne!
Ostatecznie, do książki przekonał mnie kapitalny ( i fundamentalny) fragment : " ... Mona Lisa Duchampa, po wymazaniu wąsów już na zawsze pozostaje Moną Lisą bez wąsów" !!! Po trzykroć dzięki i po dziesięciokroć brawo! Nie wiem tylko, dlaczego nie mam odczucia obcowania ze sztuką podczas wymuszonych ( to prawda!) spotkań z pisuarami. A daję słowo, że jestem od zawsze fanem Marcela D.
Z tą sztuką i kuratorami wielkich wystaw artystycznych jest podobny problem jak ze zbawieniem, na które wyłączność ma podobno jedynie kościół katolicki : aby to działało potrzebna jest silna wiara. Bez niej mamy poważny problem ze zdefiniowaniem pojęcia : " nasze codzienne rozumienie świata" i "sztuka" ...? Nawet "nasze" jest dość płynnym określeniem, a już "codzienne rozumienie świata" ...? No bo taki prosty inżynier (jak ja) ma przecież inne rozumienie świata niż kurator wielkich wystaw artystycznych i co jest w tym "naszego"?
Podobnie jak z brakiem zbawienia - poza uprawnionymi do niego osobami - tak i ze sztuką : co z innymi, nie "naszymi" o "egzotycznie brzmiących nazwiskach" jak pisze autor na stronie 15 !
Natasza ( moja córka o "egzotycznie" brzmiącym imieniu...) znalazła w Oslo kilka interesujących śladów kultury Samów. Pośród nich, zastanawiająca jest krótka historia pewnego kamienia. W 1906 roku z Gargovarri, miejsca w górach blisko znanej samskiej wsi Kautokeino , zabrano święty kamień i przeniesiono do muzeum w Oslo. W 1995 roku, społeczność Gargovarri poprosiła o zwrot kamienia. Po namyśle, muzeum wykonało kopię kamienia a oryginał oddało. I co możemy powiedzieć o świecie tej społeczności ? Co możemy wiedzieć o ich rozumieniu świata ? A może warto ... bo tyle rozprawiamy o korzeniach europejskiej kultury a jakoś trudno o porozumienie.
Kamień z Gaddovarri nie jest jakiś szczególny. To wydłużona skałka, postawiona kiedyś (i z jakiegos powodu? lub nie?) pionowo i podparta mniejszym kamieniem. Co począć z nie "naszymi" i ich nieuprawnioną "sztuką", światem, codziennością? Nie wierząc w kuratorów wielkich wystaw artystycznych, a może nawet w samą "naszą" kulturę, pozostają poza światem sztuki? Mam czasem wrażenie, że "nasza" działalność ogranicza się do domalowywania wąsów... do tworzenia sztuki aby ją zaraz wyśmiać i stworzyć nową ... Akademizm śmierdzi starym capem a skały spokojnie porastają spiralami porostów. Ot tak, bez celu...
Na mojej bezcelowej fotografii skałka z okolic wsi Nihkkaluokta za Kręgiem Polarnym, nie święta i nie artystyczna...? Taka - sztuka po końcu sztuki.