Saturday, June 25, 2011

LATO


No i ważne noce przesilenia letniego za nami... Wchodzimy w drugie półrocze według kalendarza popularnego, kościelnego i popartego dekretami władzy. Przygotowując się do trekkingu w Sapmi/Laponii natknąłem się na inny podział roku, który ma osiem pór: wiosna (kwiecień i maj), wiosna-lato (czerwiec), lato (czerwiec i lipiec), lato-jesień (sierpień), jesień (wrzesień-październik), jesień-zima (listopad-grudzień), zima (grudzień-marzec), zima-wiosna (marzec-kwiecień). W naszej strefie kulturowej okruchy tego starego, bliższego naturze, podziału roku zostały ukryte w postaci tzw. fenologii czyli obserwacji cyklu rozwoju roślin, zmian krajobrazu itp. symptomów subtelniejszych znaków zmieniających się faz i pór roku. Stare określenia, typu : przednówek określały porę roku także na podstawie sytuacji zapasów i dostępnych wiktuałów. Nie widzę powodu aby dać się ponieść telewizyjnej wersji rzeczywistości i nie śledzić prawdziwych pór roku. Przydaje się to na różne sposoby.
Na naszych małych balkonikach uprawiamy; balkon wschodni: pomidory karłowate, paprykę, bazylię (kilka odmian), bakłażany, ogórki, mini kiwi, dziekie wino z Japonii, kolendrę, melisę, milina amerykańskiego, aloes z okolic Genui (mamy go już z 10 lat!) oraz rozmaryny / na balkonie zachodnim rośnie: Ginkgo biloba czyli miłorząb (drzewko ma ponad 3 m!), dzikie wino z Ameryki Płn., wiciokrzew, oleander, szałwia lekarska, borówka arktyczna, mięta amerykańska, kokornak, grubosze, tymianek, lubczyk, fasola z orzełkiem, azalia pontyjska i to co wyrasta z nasionek, którymi całą zimę karmimy ptaki (karmnik wisi nad donicami i ptaki sieją...)! Do tych upraw dochodzi mała guerrilla gardening w postaci krzewu bzu czarnego, kilkunastu lilii, wiązowca, ajlanta, róż karpackich, jałowców, krokusów, jodły, buków czerwonych i kilka innych roślin gnębionych każdego dnia przez dzieci... Szczególnie dobrym posunięciem jest posadzenie możliwie wielu cebulek krokusów (szafranów) w jesieni na trawniku przed blokiem/domem/osiedlem. Krokusy kwitną wcześniej niż pierwsze golenie trawników głośnymi maszynami. To osesyjne golenie jest ulubionym zleceniem rozdawanym ochoczo przez (prawie) wszystkich zajmujących się osiedlową zielenią... to jakaś szajba i choroba prowincjonalnych dozorców. Na sadzonki i opiekę nad zielenią osiedlową w postaci krzewów, pnączy, drzew i roślin kwitnących podobno nie ma pieniędzy, ale na golenie trawnika co dwa tygodnie, od końca kwietnia do listopada, jakoś się znajdują?! Nazywam to ekonomią wujka: jak wujek zajmuje się goleniem trawników to golenie trawników jest podstawą dbania o zieleń! Czekam aż któryś z wujków założy firmę ogrodniczą... pewnie okaże się, że jednak mam rację z zamienianiem łysiejących od suszy (bo golić - tak, ale podlewać - nie!) trawników na zieleń urozmaiconą. Co do powodów zajmowania się ogrodnictwem, to pisałem o terapeutycznej roli uprawy roślin, o tym, że sprzyja uczeniu się i utrzymywaniu sprawności intelektualnej, o tym, że w kuchni nic nie może zastąpić bazylię zerwaną na 5 minut przed posilkiem.... itd. itd. W czasie spaceru wzdłuż osiedla, na którym mieszkamy na 3 duże, 5-6 piętrowe budynki, naliczyłem ... dwa balkony i jeden taras z zielenią! W tym jeden był nasz... Jednak kilka osób walczy samotnie i każdego roku zauważamy jakieś zielone wysepki na golonych przez wujków trawnikach. Można jojczeć, że brak nam zielenii i kontaktu z naturą, ale można także kupić sobie cwaną łopatkę i sprytny szpikulec do szybkiego sadzenia nasion i cebulek (konieczny dla guerrilli gardening i polecam każdemu guerrillas !).
Wracając do trekkingu w Laponia World Heritage Area to jestem już w fazie przygotowań, którą najbardziej lubię: wyłaniają się ekscytujące cele i powody do zboczenia z głównego szlaku, pojawiają się listy roślin i obiektów jakie przy odrobinie czujności natrafimy... pojawiają się liczne alternatywne ścieżki i lista sprzętu jaki musimy zabrać! Tym razem poza masywem Ahkka - Matki Laponii, mamy przy trasie święte źródła nazywane aja, masyw skalny z prehistorycznymi rysunkami, dwie osady Saamów gdzie można kupić chleb saamski i wędzone ryby należące do archaicznej grupy łososiowatych... Jedna z tych osad leży nad Zatoką Stallo i ludzie mieszkali tam już w epoce kamiennej. Stallo to olbrzym, który żywi się ludźmi... jeżeli przetrwamy to obiecuję, że opiszę jak zatoka i okolice wyglądają. A okolice warto dobrze i z bliska zobaczyć, bo uważane są za najbogatsze pod względem botanicznym i już cieszę się na spotkanie z interesującym Rhododendron lapponicum ! Wielką pryjemnością byłoby zobaczyć białozora czyli białego sokoła jak ze snu... sowę śnieżną jak z filmów o Harry'm P. i bieliki czy rybołowy. Rosomaki, niedźwiedzie i łosie chcemy oglądać raczej z pewnego dystansu, ale stad reniferów nie możemy się już docekać! Na szlaku będziemy korzystali z namiotu, ale także kuchni schronisk i szałasów jakie wybudował park narodowy, Saamowie i w kilku wypadkach także towarzystwo turystyczne, którego członkami od wiosny jesteśmy i oczekujemy stosownej zniżki w opłatach.
Przed wyjazdem w tundrę czeka nas jeszcze kilka dość ekscytujących akcji, spotkań i sporo roboty. Za kilka dni wyjazd na wystawę Generation Z do Budapesztu ! To wystawa traktująca o oryginalnych instrumentach elektrycznych konstruowanych w latach 20. i 30. XX wieku, m.innymi przez Lwa Termiena (Leo Theremin). Zapowiada się wszystko rewelacyjnie i odpowiada na nasze mocne studia nad archeologią instrumentów elektrycznych. Potem spotkanie z Tomkiem Hołujem, z którym przygotowujemy specjalne koncerty!!! Następnie blisko tydzień we Wrocławiu z Job Karmą, Damo Suzuki, warsztatami i koncertem. I dopiero tundra... a w sierpniu już szykują się inne karmicżne owoce naszych własnych zawirowań. Lato zapowiada się fantastycznie... Będzie o czym pisać!
Na fotce jest interesująca roślina - tłustosz, która rośnie w Polsce, ale naprawdę wiele tłustoszy spotykamy w tundrze. Preferuje takie siedliska, których w budyniowie ubywa, bo włościanie albo wywalają tam śmieci, albo odwadniają, albo kopią torf... Saamowie stosowali tę roślinę do kwaszenia mleka...gdyż na jej liściach znajdują się enzymy przyspieszające ścinanie się mleka. RoSlina jest częściowo owadożerna! Gamonie na quadach niszczą kolonie tłustosza w kilka minut... Homo quadens, no bo najwidoczniej nie sapiens!

Sunday, June 19, 2011

HYPERKOTO


Nasze uprawy balkonowe rozwijają się niezwykle bujnie: pomidory karłowate kwitną bogato i są już dwa małe pomidorki - owoce, ogórki rosną jak oszalałe i jest jeden do zbioru (ok. 10 cm) i ze 6 malutkich, bazylia rozrasta się fantastycznie, kolendra kwitnie, szałwia pachnie... itd. itd. i to wszystko w ekstremalnie trudnych dla roślin warunkach. Uprawy roślin jadalnych, leczniczych i ozdobnych to autentyczna praktyka alternatywnego stylu życia. Te wszystkie (albo prawie wszystkie) miejskie zabawy i podchody pod szyldem pseudo rewolucyjnej sztuki nowoczesnej to jedynie lans bardzo konkretnych osób. Zaczyna być strasznie nudne obserwowanie kolejnych i powielanych strategii zawłaszczania segmentów tzw. rynku sztuki, medialnych tematów, klubów/scen, galerii itd. Ogrodnictwo alternatywne (czyli takie na jakie pozwalają nam warunki: chociażby w dwóch doniczkach) daje dystans i uczy cierpliwości. No i domowy ogórek lepiej smakuje niż tekst pochwalny kolegii z Bardzo Kulturalnej Redakcji. Obserwuje sobie (i w pewnych granicach popieram) cały ten błękitny zgiełk modraszkowy w Krakowie. To jak w filmie wg. klasycznych prawideł: jest fermencik, pojawia się lider, ma niezbyt eksponowane (no bo spontan) wsparcie mediów/kolegów, lepi się pracowicie kolejny lans, kolejny szum... i tylko zastanawiam się czy coś dobrego wyniknie z tego dla modraszka i jego siedliska. Jak tak, to o.k. : coś za coś, ale jeżeli tylko nowy albumik tzw. "świetnych fotek", lans na fejsie, ugruntowanie w tzw. społeczeństwie przekonania o wyższości dobrze wyreżyserowanego spontanu nad każdym innym podejściem do sprawy... to głupio jakoś. Ale zobaczymy... niech tam, co mi zależy i tak wszyscy wiedzą, że ochrona przyrody w Polsce spoczywa na barkach jednego dziennikarza i jednej działaczki z pomysłami na media...
W czasie, kiedy sprawy ochrony całej przyrody rozgrywają się w redakcjach wrażliwej społecznie (i popierającej młodą, zaangażowaną sztukę) gazety, ja sobie prowadzę w najlepsze (jako zgorzkniały kombatant mam prawo) research po Internecie w poszukiwaniu harf wiatrowych, interesujących instrumentów strunowych i nowych technologii muzycznych/dźwiękowych. Stało się jasne, że w budyniowie nie ma miejsc do grania muzyki, która nie ma innego celu i kształtu niż sama muzyka... Zaczynam się więc poważnie rozglądać za sposobami na performans poza miejscami, w których muzyka jest tylko dodatkiem do piwa lub dragów. Chodzi mi o miejsca w mieście bo kocham stodoły i alternatywne domki na wsi, ale to już zbyt silna konwencja i nie moje miejsce do życia. Dla zszokowanych wyjaśnienie: cholernie nie lubię wsi, a wsi budyniowej szczególnie i to nie ma nic wspólnego z moimi totalnymi / organicznymi związkami z Naturą. Mieszkać na wsi, to nie to samo co mieszkać pośród przyrody. No chyba, że się to lubi, ale o zjawisku kulturowym zwanym chłopomanią, napiszę za kilka dni w kontekście naszych wrocławskich koncertów.
A więc na tapecie są po raz kolejny: ogrody dźwiękowe, mobilne zestawy głośnikowe, orkiestry na aplikacje do telefonów... muzyka w postaci aplikacji do iPoda... instrumenty nowej generacji, ale o najstarszych korzeniach... czyli to czym zajmę się na tzw. emeryturze - nuRave! No i okazuje się, że trafiam w środek spraw jakie dzieją się poza zasięgiem kultu Patrycji M., lansu Marii - co miała awarię, ale chyba się zepsuła już i czerstwych (ale sympatycznych i zasłużonych) gwiazd typu Gienek L. oraz czegoś niewiarygodnie koszmarnego o adekwatnej nazwie - trendy festiwal (dawniej nazywano takie rzeczy: kiłą) : a to Bjork zapowiada nowe utwory na iPad'a (dostępne od 30 czerwca)... i dopiero w jesieni płyta CD, a to niejaka Ellen Fullman rozciąga długie struny i nawiązuje do fascynującej teorii strun - na temat budowy wszechświata ? a to Miya Masaoka rewelacyjnie katuje ( a może kotuje?!) swoje tradycyjne japońskie harfy poziome - koto! Dobrze Ją rozumiem, bo kilka lat temu też nie mogłem już znieść tych pitu-pitu ( Ej sokoły...) na cymbałach, które sam rozpocząłem gdzieś w późnych latach 70-siątych XX wieku i które za sprawą Marka Leszczyńskiego i Atmana zaraziły wielu ludzi. Zamówiłem cymbały santoor z modyfikacjami w Indiach, zelektryfikowałem w dość przemyślny sposób i tak powstał nowy, hybrydyczny instrument z serii digital archeo. Słuchając muzyki Miya Masaoka natrafiłem na inną wirtuozkę modyfikowanego koto - Michiyo Yagi... a potem okazało się, że grają czasem razem! Polecam: "Michyo Yagi & Miya Masaoke @ Shinjuku Pit Inn" na YouTube... Albo taki kawał doskonałej muzyki (w rozumieniu jakie zaproponowałem wyżej) - Erebus, Terror (w /AA@Darknorse) zagrany/ujawniony przez M.Yagi - jest też na YT. Nawet nie linkuje bo Internet zaraz Wam to pokaże, a jest szansa, że jeszcze inne rejestracje, jakich ja nie widziałem. Polecam też www.myspace.com/hyperkoto i tylko dla hyperkoto bo sam myspace to dwód jak można zgnoić doskonałe pomysły... to jakby nim zajął się Onet...nie jestem chyba daleki od prawdy?
Mamy wiele radości z nowej tampury. Przyjechała do nas z Kalkuty i jest to wersja koncertowo-nomadyczna. Mamy wielką, piękną i doskonale brzmiącą tampurę, którą przywiozłem z jednego z pierwszych wyjadów do Indii. Nowa jest znacznie mniejsza, ma metr długości i co ważne posiada płaskie pudło rezonansowe! Brzmi doskonale i chyba się polubiły, bo razem dają dron jakich mało i jaki jest całkiem niedostępny z urządzeń elektronicznych, które także i my używamy. Dawno nie "oswajałem" swoją starą metodą nowego instrumentu, chyba kilka lat temu kaval z Bułgarii.
Kilka filmików z FESTIWALU HERBATY w Cieszynie udało się opublikować na YouTube, ale ważniejsza jest robocza i dlatego całkiem udana rejestracja koncertu. W jesieni bedzie dostępna u nas czyli we Fladze Świata - World Flag Records i jednocześnie w UK, w tamtejszej małej dystrybucji artystycznych wydawnictw muzycznych. To będzie już trzecia płyta podwójnie udostępniana w ten sposób.
Lipiec wygląda na bardzo interesujący. Najpierw blisko tydzień we Wrocławiu i warsztaty, granie z Damo Suzuki (wokalisty i muzyka legendarnego CAN !!!), nasz koncert... a potem wolność w tundrze Samów aż do sierpnia.
Śledzę też kolejne meldunki z trasy załogi Balkan4x4, która przeciera drogi gdzieś na pograniczu Serbii i Bułgarii! Może w przyszłym roku etnobotanika w górach Bułgarii! Zainteresowani - powoli się ujawniajcie, bo szykuje się ekscytująca etnobotaniczna podróż na 2012 rok... aby póniej nie kwękać, że się nie wiedziało...
Jutro biegnę poprowadzić wykład nt. etnobotaniki dla studentów AGH... z którymi mam we wrześniu praktykować metodę etnobotaniczną w antropologii kulturowej w ...Bieszczadach!
Na obrazku jest piękny, mroczny baner zaprojektowany przez Tomka -Rolnika- Czermińskiego, który właśnie pakuje blisko setkę wyjątkowych, kolorowych zaproszeń dla zainteresowanych kultywowaniem zwyczajów niezależnej sceny psychedelicznej, jacy, mam nadzieję, pojawią się we WRO w połowie lipca!?

Monday, June 13, 2011

SRACZKA


Wczesnym rankiem ruszyłem do Szczawnicy i Jaworek aby zobaczyć co dzieje się ze stanowiskiem Primula farinosa. Niewielka, podmokła łączka była tym razem biała od wełnianki. Na cieniutkiej, zielonej łodydze zwisają białe kłaczki jak wyrwane z luźnego kłębka waty. Takich wacikowych łodyżek jest ze dwa tysiące obok siebie... Zaraz przypomniałem sobie kilka fantastycznych wełniankowych łączek w tundrze. Troche inne gatunki wełnianek i całkiem inne góry... już chciałbym pakować plecak! Praca, polegająca na wyszukiwaniu przekwitłych kwiatostanów Primuli i wyborze innych tematów do wykonania zawodowej dokumentacji przez Bogdana K. troszkę się nam przeciągnęła i z żalem musieliśmy pozostawić całe zbocza poziomek...aby złapać autobus do Krakowa.
Ciągle jeszcze myślę o Festiwalu Herbaty w Cieszynie i tym cichym rugowaniu wszystkiego co posługuje się nieco inną logiką. Wystarczy, że na festiwalu nie ma piwa i już jest to poważna przeszkoda w słuchaniu muzyki? A po takiej sobie ilości słuchaczy i uczestników warsztatów można sądzić, że to jest jednak poważna przeszkoda!

Za tydzień mam poprowadzić wykład dla studentów AGH na temat etnobotaniki. Nie mam z tym wielkiego kłopotu, ale zaczynam widzieć, że wraz z doświadczeniem pojawia się wątpliwość co do możliwości nauczenia kogokolwiek ...czegokolwiek. Pewnie należy z tym walczyć dla dobra przyszłych pokoleń, czy coś w tym rodzaju, ale z drugiej strony bardzo zaczyna mnie pociągać inne wyjście: nie przejmować się sprawami innych ludzi. Jedyne co mnie jeszcze trzyma przy misji edukacyjnej (poza ślubowaniami bodhisattwy) to żal wielkich, starych drzew. No bo jak się nie nauczy małego Jasia... A małe Jasie i małe Małgosie zabawiają się pod naszą Wieżą... obrywając rozkwitające pąki posadzonych przez nas kilku odmian lilii. Nie mam żalu do dzieci, ale rodzice zachowują się skandalicznie nie reagując na tego typu zabawy. Mały Jaś urywa bezkarnie i bezmyślnie pączki kwiatów, które posadził pan z brodą (dziwny jakiś bo nie musiał a posadził), później urwie motylkowi skrzydełka dla zabawy, następnie kopnie koleżankę w głowe aby zabawy było jeszcze więcej, a zakończy maltretując mniejszego Jasia i zdejmując koleżance majtki aby zrobić stosowną dokumentację i wysłać filmik z komórki innym rozbawionym dzieciaczkom. Rodzice tych małych Jasiów i Małgoś zorganizują później jakiś marsz milczenia przeciw przemocy, a wystarczyłoby zareagować kilka lat wcześniej na poznawczo-niszczące praktyki na podwórku. No więc brnijmy w tę dydaktykę, może ktoś ocaleje i kilka drzew postoi jeszcze parę lat?

W Cieszynie, po naszym koncercie usłyszeliśmy od Vlastislava Matouska, że jest nam wdzięczny za nasze bezkompromisowe poszukiwanie muzyki/energii, a nie granie - jak to pięknie i trafnie ujął Vlasto - "tej sraczki"... Niestety, nie granie "sraczki" zawęża możliwości grania koncertów, ale z drugiej strony wyautowuje nas automatycznie i skutecznie poza te wszystkie obiegi i koterie, które właśnie z opychania "sraczki" żyją. Ale mam wrażenie, że tych innych, "bezsraczkowych" obiegów jest z roku na rok mniej?! A może mi się tylko tak zdaje? Kilka dni temu słyszałem wypowiedź młodego muzyka, że powinno się jego zespołowi udać zyskać popularność; bo grają covery i potrafią zrobić salto na scenie. Jak słyszę takie wypowiedzi to rozumiem decyzję Witkacego, że nie chciał oglądać świata równych szans... bo ta równość jakoś zawsze kończy się równaniem w dół. Z drugiej strony jednak spotykają nas czasem bardzo miłe niespodzianki...
Specjalnie zaprojektowane i wydrukowane przez Tomka -Rolnika- Cz. na dobrym papierze zaproszenia na nasz koncert w ramach Festiwalu Herbaty powiesiliśmy na wotywnej gałęzi przywiązanej do masztu oświetlenia, w ramach realizacji dość intuicyjnych moich wizji zaznaczonej na plakatach Karpat jako: event - concert - image. Byłem pewny, że nikt moich niejasnych intencji nie zrozumie i bilety pozostaną na miejscu... a tu gałąź po koncercie była pusta! Może nasza wojna ze "sraczkami" muzycznymi i przymusem wykonywania salta na scenie nie jest całkiem beznadziejna?
Na obrazku stara ilustracja do mojego tekstu o syntezatorach i pytanie: co jest zabawniejsze; kiedy "dzicy" grają na klawiszach, czy kiedy my gramy dzikich?
Niestety nasi mistrzowie fotografii: Kasia i Bogdan nie zalali mnie fotografiami z koncertu, koncertów... ale będę miał co w zimie pokazywać. W medialnym świecie działać należy natychmiast, albo wcale?!

Sunday, June 12, 2011

DRAGON'S FLIGHT


Kilka godzin temu wróciliśmy do Krakowa i kolejna edycja Festiwalu Herbaty w Cieszynie za nami! Jedno popołudnie i jeden dzień to stanowczo zbyt krótko jak na tego rodzaju świętowanie. Sam Cieszyn wymaga wielu godzin spacerów tematycznych i to wyprawy bardzo przyjemne. Takiej ilości pięknych starych drzew nie widziałem dawno w miastach na naszych szlakach. Wszystkie większe okazy są wytropione, obcięte lub wycięte i na ich miejsce sadzi się patykowane atrapy z systemem korzeniowym wielkości pięści z nadzieją, że szybko uschnie i będzie spokój?! Dość często też sadzi się ulubione przez lud nasz tuje wg. reguły: wszystkie wujki sadzą tujki! A w Cieszynie 20-30 metrowe olbrzymy stoją sobie spokojnie? Może dlatego to na Festiwalu spotkałem legendarnego w pewnych kręgach Jana Szimika z broszurką Jego autorstwa pt. Domowe herbaty ziołowe, Czeski Cieszyn 2007, nakład własny...
Pierwszą płytą jaką odpaliliśmy po powrocie z Cieszyna jest CD Vladimira Vaclavka - Pisne Nepisne,
wydana w 2003 roku przez Indies Records. Blisko godzinna płyta nagrana w studiu doskonale oddaje klimat i poziom koncertów solowych Vaclavka. Koncert w ubiegłym roku i koncert z wczoraj to wielkie przyjemności jakie nas w Cieszynie spotkały. Koncert klasycznej muzyki Indii na sitar, esraj i tabla był więcej niż poprawny, ale proste zamienianie skrzypiec na esraj i uczenie gry na tabli w sposób przyjęty dla "opanowywania" podstaw gry na pianinie ... niezbyt się sprawdza. Niby wszystko gra i odpowiada teorii, ale gdzieś gubi się muzyka i jej duch. Duch się nie gubił duo didjeridu z Warszawy. Ruffi Libner i Luka Hołuj utrzymali szlachetny minimal i "pompowali" jak należy. Jeżeli szukać jakiegoś "ale" to także nie w doskonałej formie i technice gry; to było bez uwag. Jedyne co przychodzi mi na myśl to tradycyjny termin z muzycznej praktyki indyjskiej: rasa. Rasa to stan emocjonalny słuchacza wyzwalany przez doświadczonego muzyka, który to stan jest niezbędny do wytworzenia subtelnego powiązania wykonawcy i słuchającego. Bez mocnej wymiany rasa nie ma istotnej, zapadającej głęboko muzyki. Gdy jest rasa, technika staje się tłem, a nie istotą. Rasa pojawia się z wiekiem i doświadczeniem, ale także dzięki bezkompromisowości i oddaniu istotnym elementom muzyki traktowanej jako wyraz praktyki duchowej. Duo z Warszawy powinno jedynie grać i starzeć się, natomiast czeski tablista, który w obecności starego mistrza sitaru ziewał, popijał herbatkę i podpierał ciążącą mu głowę pełną teorii - do rasa ma tak daleko jak z Cieszyna na księżyc. Gość ten odpalił wieczorem jakiś cyrk w rodzaju "barwnego korowodu dookoła świata" i zaprezentował wszystkie techniki muzyczne jakie poznano... A wszystko sprawnie i bardzo wesoło... Taka nauka zajmuje pewnie tak zdolnemu muzykowi ledwo ze dwa semestry?!
Vladimir Vaclavek na swojej płycie, która gra właśnie w naszej Wieży, umieścił nagranie Dragon Flight... i tak to jest; prawdziwa rasa jest jak lot smoków - oszałamia.
Na focie - detal z zaułków Lewoczy.

Wednesday, June 08, 2011

ANTI-THEORY


Na dobre przesiadłem się do "maka" i właśnie włączyło się automatycznie podświetlanie klawiszy... bo już po zachodzie słońca, a na lampę jeszcze zbyt wcześnie. Ostatnie dni zainspirowały mnie do pracy nad instrumentami, które "pobierają" muzykę wprost z otoczenia. Jest wiele takich konstrukcji, które współdziałają z wiatrem, słońcem, wodą i prądem elektrycznym w czystej postaci. Mam plan, aby tegoroczny dość długi i ekscytujący trekking w tundrze Saamów (na terenie Laponia - World Haritage Area, wyznaczonym przez UNESCO) wykorzystać do eksperymentów z harfami wiatrowymi. W tego rodzaju eksperymentach pociągająca jest ich nieprzewidywalność i niezwykła inspirująca siła. Myślałem o tym dzisiaj w południe, podczas interesującego wykładu o "walorach terapeutycznych roślin ozdobnych", jaki wygłosiła dr inż. Bożena Szewczyk-Taranek podczas Swięta Ogrodów 2011 w Krakowie. Ogród jest strefą bliską natury i bywa, że stanowi jej jedyny dostępny substytut. Istnieje terapia ogrodnicza i ogrodnictwo terapeutyczne... Ogrodnictwo to określenie, którego istota sprowadza się do - kultury opiekowania się roślinami, przy czym; kultura, wydaje się w tym określeniu nie całkiem doceniana i rozumiana. Bardzo ciekawą informacją z wykładu było przytoczenie badań z których wynika, że na długowieczność w dobrym zdrowiu i zachowanie sprawności intelektualnej największy i dobroczynny wpływ ma ogrodnictwo i przebywanie wśród roślin, a nie sport! Powinno się apelować i lobbować nie o budowę boisk, ale o zakładanie ogrodów! Mam wrażenie, że z tym nadęciem spraw tzw. sportu to jakaś gigantyczna ściema, a już organizacje piłkarskie to jawne ekipy działające jak mafia. Szkoda, że aktywiści ekologiczni lekceważą okazje do uczenia się i nie widziałem nikogo na bardzo interesujących wykładach ... a np. teoria psychologiczno-ewolucyjna Rogera Urlicha byłaby chyba bardzo interesująca dla wyznaczania celów i strategii działania. Nie wystarczy zlikwidowanie sklepików z dopalaczami w pobliżu szkoły, przydał by się szkolny ogród i codzienna swobodna aktywność w nim. Za kilka lat to posiadanie ogrodu, tarasu, a może nawet balkonu z uprawami ziół i roślin ozdobnych i pokarmowych będzie pewnie wyrazem wielkiej niezależności. I tu muszę się pochwalić; na naszym balkonie od wschodu mamy już trzy maleńkie ogórki w hodowli donicowej... A ogórki były ostatnio przebojem medialnym większym niż krypta, wrak samolotu i największy kiczowaty Król Polski.
Co to ma wszystko wspólnego z muzyką? Dla mnie osobiście bardzo wiele i nie wszystko umiałbym jeszcze dobrze wytłumaczyć. Jest w roślinach jakiś element bliskiej mi organiczności i tego fascynującego elementu, który stanowi o życiu. Kiedy dawno temu uczestniczyłem w niezwykłym wydarzeniu jakim było działanie Living Theatre to słowo "living" zawsze czyłem jako roślinne, organicznie roślinne, a nie zwierzęce, które jest zawsze bardziej indywidualistyczne i przez to skazane na śmierć. ®ośliny wydają się być długowieczne i obliczone na znacznie dłuższy dystans? Ot takie tam intuicje. Ogrody, dzikie obszary o silnym oddziaływaniu, muzyka i dźwięki z anrchicznych i osobliwych instrumentów, oto smak tego co genialny Reed Ghazala nazwał - anti-theory. Boginiom niech będą dzięki za uchronienie mnie od przymusu bycia muzykantem, którego nauczono wszystkiego co najdalsze od swobody, kreatywności i wielkiej przyjemności eksperymentowania.
W piątek rano mkniemy do Cieszyna i Festiwal Herbaty. To znakomity przykład, że można zrobić coś po swojemy i nie ulegając ciśnieniu niby-szołbiznesu, bez browarów i wyszczekanej do kuriozalnych rozmiarów dziadowizji. Oby tylko pogoda dopisała!
W niedziele zamieszałem się w tłum modraszków na Zakrzówku w Krakowie i mimo tego, że widzę też te zakulisowe ruchy - poparłem czynem słuszną sprawę powstrzymania chętnych do zrobienia interesu kosztem świetnego terenu zieleni, skał, drzew i modraszków. Nie wszystko musi być w takich sprawach łatwe i jestem za zasadą ostrożności w dysponowaniu wspólnymi terenami w mieście. Jest takiego dobra czyli tej wyeksploatowanej do spodu - przestrzeni publicznej bardzo już mało... zawsze jakieś płoty, święte pomniki, kaplice, krzyże, zamknięte ogrody księżych posiadłości w środku Krakowa...
Da się wiele zagadać, ale przychodzi taki cenny moment, w którym budzi się w nas intuicja, to coś... anti-theory i wiemy co mamy robić, wiemy co mamy grać, wiemy z kim mamy być. I ma to silny związek z muzyką.
Na obrazku: dołącz do najlepszych w anti-theory! Fota ze starszych zasobów dokumentacji gier i zabaw miejskich.

Monday, June 06, 2011

PERFORMANS


Słowo "performance" pojawiło się po raz pierwszy około 1494 roku... i oznaczała: powodzenie, wyczyn, wykonanie, występ, przedstawienie. Do tych znaczeń dodano współcześnie także: seans, koncert, osiągnięcie (celu), a nawet wydajność! Richard Schechner wyróżnił osiem rodzajów performansów: performans w życiu codziennym, w sztuce, w sporcie i innych popularnych rozrywkach, w biznesie, w technologii, w seksie, w rytuałach świętych i świeckich, w zabawie. Bardzo interesująco wygląda performans technologiczny. Widzę tu wyjaśnienie pewnego stylu wypowiedzi wielu obserwatorów i samych performerów. Pokaz świateł, obrazów itd. czyli to co często mylone jest z np. koncertem (a to performans artystyczny, muzyczny) jest performansem technologicznym, w którym ważna jest technologia i jej poziom, to ona jest tematem performansu. Dlatego, kiedy przedstawiamy nagrania muzyczne fanom performansu technologicznego usłyszymy raczej, że mają zbyt mało basu, zbyt dużo basu, są źle skompresowane i mają słaby mastering... niż cokolwiek na temat samej muzyki. Performans technologiczny wprowadził zjawisko nazywane parametryzacją performansu. Performans technologiczny jest dość arogancki i pretenduje do wiodącego. Pomaga w tym zjawisku wsparcie koncernów i sprzedawców nowych technologii, którzy świetnie wygrywają te snobistyczne zagrywki. Do tego dochodzi jeszcze wstydliwy problem tego, że łatwiej jest porównać parametry głośnika niż artystyczne strategie. No i mamy rzesze wielkich znawców jak malowane. No i wszystko w obrębie performansu technologicznego jest nowe... niczego (poza instrukcją techniczną) czytać się nie musi. A to nowe wygląda m.innymi tak:

W 1913 roku niejaki Luigi Russolo pokazał swoją pracę pt. Sztuka hałasu: zestaw skrzyń z ukrytymi emitorami hałasu. Pan Luigi wraz ze swym asystentem Hugo Piattim potrafili wytworzyć około 30 tysięcy różnych dźwięków. Orkiestra Russolo i Piattego wystąpiła z koncertem Sztuka hałasu po raz pierwszy 11 sierpnia 1913 roku. Może tę datę przyjąć jako początek grania noise music...?! Niejaki J. Cage skomponował (?) w 1951 roku
utwór pt. Imaginary Landscape No.4 na dźwięki wydobywane z dwunastu radioodbiorników obsługiwanych przez dwadzieścia cztery osoby, które nieustannie zmieniały stacje i natężenie dźwięku...
To wszystko i więcej: Herman Nitsch, Kurt Kren, object art, liminalność vs liminoidalność, interowalność .... wyczytacie w świetnej książce Jacka Wachowskiego - Performans, wydanej przez słowo/obraz terytoria. Jest to także podręcznik akademicki i daje to nadzieje nie odkrywania odkrytego i świadomego odbioru sztuki w miejsce popadania w dwuletnie cykle lansowania gwiazd budyniowa?! No wiem; naiwny, naiwny...
Ale wczoraj znalazłem się w dużym zgromadzeniu ludzi z przyczepionymi skrzydłami o barwie niebieskiej. Nie były to jedynie dzieci, oj nie... widziałem bardzo dorosłe już okazy motylo-ludzi... a nawet motylo psa! Modraszkowy performans polegał na byciu przez chwilę motylem i człowiekiem razem z innymi, w obronie miejsca gdzie żyją modraszki i gdzie ludzie przychodzą aby je oglądać i generalnie nie oglądać przez jakiś czas rzeki samochodów, mas ludzkich, reklam i ścian domów... Te błękitne motylki, które symbolicznie są tematem performansu to zlepek dwóch gatunków modraszków: telejusa (Maculinea teleius) i neusitous (Maculinea nausithos), które żyją sobie na trawiastych i nieco podmokłych terenach na Zakrzówku w Krakowie. Obydwa gatunki są u nas prawnie chronione, wpisano je na listy ginących gatunków, ale są także wymienione w II i IV załączniku Dyrektywy Habitatowej, którą ratyfikowaliśmy przystępując do Unii Europejskiej. Załącznik II mówi, że nasze modraszki to: gatunki będące przedmiotem zainteresowania Wspólnoty, których ochrona wymaga wyznaczenia specjalnych obszarów ochrony, załącznik nr IV mówi, że: to gatunki, które wymagają ścisłej ochrony. Ale w modraszkowym performansie chodziło o coś innego; coś bardzo podstawowego dla mieszkańców miasta. To tereny swobodnego bycia, tereny gdzie można odpocząć i gdzie dzieci mogą zobaczyć, że istnieje także świat drzew, motyli, traw i skał. Chodziło też o to gdzie kończy się władza kilku osób i ekonomii, a gdzie zaczyna się władza mieszkańców miasta. Chodzi o to, że nie wszystko można kupić i nie wszystko warto sprzedwać. A modraszki to interesujące motyle i w ich cyklu życiowym jest wiele tajemniczych zjawisk; adopcja larw motyla przez...mrówki, specjalne rośliny żywicielskie i silny tzw. dyformizm płciowy. Oznacza to, że samiczki i samce różnią się znacznie ubarwieniem. Podczas performansu na Zakrzówku widziałem tylko błękitne samczyki modraszków... może samiczki dołączą następnym razem?

Monday, May 30, 2011

DIGITAL ARCHAIC


Do naszego dość specyficznego instrumentarium dołączył kilka dni temu MOTOPHON 1... To trzecia analogowa konstrukcja, która włączona do systemu paneli efektów i wzmacniacza lampowego daje mi wiele radości. Dość często rozmawiamy na temat elektryczności jako naturalnym, przyrodniczym i zadziwiająco mało znanym zjawisku/środowisku.
Obok grupy najstarszych instrumentów tradycyjnych i cyfrowych technologii przetwarzania dźwięku i tych stosowanych w studiu (ale także tzw. sampli / próbek dźwiękowych) od lat cieszy nas bardzo sfera operowania prądem elektrycznym. To może być dla części młodych adeptów "elektroniki" załamujące, ale jest to dość stara ścieżka, bo już w XVIII wieku (!!!) próbowano konstruować nowe instrumenty oparte o elektryczność. Pionierem był niejaki Prokop Divis, czeski wynalazca ..piorunochronu. Zbudował orchestrion mutacyjny , ale niestety do naszych czasów nie zachował się nawet jeden. W latach 20-stych XX wieku pojawiły się dwa ciekawe instrumenty: tiermienvox i dinaphon. Wynalazcą tiermienvoxa był Lew Siergiejewicz Tiermien, który swój niezwykły instrument opatentował w 1924 roku. W.I. Lenin realizował w tamtych czasach plan opisany prostym równaniem: władza w ręce rad + kolektywizacja rolnictwa + elektryfikacja = komunizm ! W ramach elektryfikacji znalazło się miejsce na elektryczny instrument bez historii, dźwiękowy wyraz nowych czasów... tyle, że wynalazca dał nogę za Wielką Wodę i jego instrument (i inne prace z dziedziny zaawansowanej fizyki!) wsparły zgniły kapitalizm. Rozumiem, że Krytyka Polityczna ma go na swej czarnej liście?! W komunistycznym raju ideologii szalonych, Lew dostałby strzał w tył głowy i jako doskonały fizyk i mądry człowiek nie czekał w imię równości z najgłupszymi i najbardziej leniwymi i dał dyla! W USA Lew zamienił się w Leo, a Tiermien w Theremin... wobec czego także jego elektryczne dziecko nazywano thereminovoxem , a po jakimś czasie w skrócie thereminem. W Polsce "obowiązuje" "spolszczona" nazwa teremin , jest jakimś miejscowym fetyszem i nigdy się nie przyjęła prawidłowa nazwa uparcie stosowana przez samego konstruktora. Nasi "swoje" wiedzą i w budyniowie musi być zawsze jakieś "didziuridziu" albo inne "efy szesnaste".
Thereminovox nie był końcem poszukiwań nowych instrumentów elektrycznych i dopiero w latach 30-stych XX wieku wysypało się kilka konstrukcji: fale Martenota (instrument zbudowany przez Maurice Martenot'a)czy całkowicie dla mnie powalająca konstrukcja Friedricha Trautweina - trautonium! Kiedy pojawiły się (a jak widać nie pojawiły się z niczego i nagle...) tzw. obwody scalone posypały się pomysły na instrumenty elektroniczne. W 1972 roku rozpoczęła się era organów elektrycznych (phoenix Hammonda!)i konstrukcji Roberta Mooga, opracowano setki nowych instrumentów. To firma utworzona przez pana Roberta M. czyli rozpalający zmysły polskich fanów i "wtajemniczonych" MOOG przejął oryginalną konstrukcję thereminovoxa Leona Theremina i produkuje te instrumenty w kilku odmianach do dzisiaj. Thereminovox od blisko 100 lat pozostaje kultowym instrumentem i opisy muzyki granej na nim rozpalały wyobraźnię wielu ludzi. W łodzi podwodnej kapitana Nemo słuchano koncertów na tym, jak go nazywano, instrumencie sferycznym! Zważywszy na to, że w pierwotnym zamiarze autora Stu tysięcy mil podwodnej podróży kapitan Nemo nie był indyjskim renegatem, ale polskim szlachcicem walczącym z Rosjanami wszędzie gdzie się dało... obecność thereminovoxa była pewnym smaczkiem.
Instrumenty tradycyjne, odkryte i zbudowane dawno temu (chociaż niektóre z nich wcale nie mają tak archaicznych początków jak się zwykło uważać) miały dla mnie zawsze walor zagadkowych źródeł dźwięku, które w miarę ich oswajania ( mam wiele własnych technik na ten proces) prowadziły mnie w rejony zakodowanych w ich konstrukcji i możliwościach dźwiękowych, znaczeń i istności. Nigdy się nie zgodzę z tezą, że cała muzyka jest w głowie muzyka i wiem, że tylko delikatna gra pomiędzy umysłem i ciałem dać może interesujący efekt. Dlaczego więc nie cofnąć się do czasów gdy fantastycznie twórczy ludzie, kierując się intuicją i wyobraźnią, odważnie tworzyli niepowtarzalne instrumenty na prąd elektryczny. Nie musi nas przecież obchodzić cała ta masowa produkcja "klawiatur" ("parapetów', "kibordów"...) z taniego plastiku i z czipami produkowanymi na tony. Możemy podejść do rzeczy raz jeszcze i nie musi to być koniecznie syntezator Moog, którym dzisiaj kupuje się go jako etykietkę: "awangarda" albo "elektronika". Nie krytykuję tu niezwykłej konstrukcji Roberta Mooga, a nawet jego dzisiejszych, mocno już zdygitalizowanych wersji, ale jestem przekonany, że praca nad muzyką nie powinna się opierać o gotowe, nawet dobrze brzmiące moduły.
Wyjściem z tego ambarasu, które praktykujemy jest włączenie pracy z prądem elektrycznym w większe systemy, których częścią są - w przypadku naszych generatorów: Badoog 1 i Badoog 2 zbudowanych przez Mirka Badurę - rozmaite inne urządzenia, w tym nawet fotoogniwa. No i teraz, tuż obok mojego laptopa leżą dwie czarne skrzyneczki połączone kablem, które konstruktor M. Badura nazwał: MOTOPHONEM odchodząc tym samym od serii Badoogów, których nazwa była moim pomysłem na połączenie nazwiska konstruktora i ojca legendarnego walizkowego syntezatora Mooga. Mirek ze swoim (ale firmowanym przez firmę Moog) thereminovoxem plus Badoog 2 i MOTOPHON to istotny element załogi naszego projektu o nazwie: Thereminovox Interactive Instalation Project (TIIP), który zaczyna się rozwijać na tyle dobrze aby zacząć myśleć o jakimś nagraniowym podsumowaniu wiosną przyszłego roku? Ślady tej aktywności znajdziecie na YouTube i na płytce 7. Collective Improvisation wydanej przez WFR pod numerem 033/2010.
Warto może dodać, że nasze kontakty z interesującą elektroniką zaczęły się jeszcze przed powstaniem Projektu Karpaty Magiczne i rosyjskie podróbki (doskonale brzmiące) syntezatorów i organów amerykańskich usłyszeć można już na pierwszej naszej płycie Ethnocore ! Sporo brzmień syntezatora Mooga (tym razem starego dobrego analogowego i oryginalnego) jest na płycie Euscorpius Carpathicus i w kilku innych miejscach. Dość zabawną jest historia odbioru utworu zagranego w całości na generatorze Badoog 2 opublikowanego na naszym całkowicie niedocenionym w Polsce albumie - MIRRORS - (VIVO Records,2007)! Polegli nawet najbardziej radykalni z radykalnych! Ubaw po pachy! Jakby były obowiązujące na radykalnej scenie cichutkie szumy z darmowych programów komputerowych, artystowskie zgrzytnięcia (ale takie niezbyt długie: zgrzytnie i przestanie) i dupnięcia (od czasu do czasu, rzecz jasna)... oj, to tak, tak, ale chropowaty, mocny i arogancki generator sterowany mną i światłem, to nie. A ja miałem obraz metalowych konstrukcji kolejki krzesełkowej z naoliwionymi kołami odlanymi w ogniowo-czarnych hutach, stalowe liny przecinające wykarczowane stoki bukowego lasu, arogancję budowniczych, lizusostwo naukowców, sprzedajność tzw. społeczności lokalnej, kłamstwo i obłudę, której jest na kopy i tę polską nienawiść do drzew, którą musieliśmy nabyć przecież nie tak dawno? Eleganckie szumy i dupnięcia nie wystarczają aby to zagrać, wierzcie mi. Uparłem się i do tego zrobiłem video z tym całym dziadostwem, ale tak jak muzyka obraz był także zbyt radykalny.
Podczas pamiętnego Festiwalu Terrastock w USA (2006) zaintrygowała nas wielka, "pajęcza" konstrukcja otaczająca od góry i boków ekipę Ghost. To był rodzaj thereminovoxa, ale zamiast jednego masztu / anteny pionowej i poziomego zagiętego panelu, rozwieszono sieć przewodów i nieekranizowanego drutu-anten. Wejście w niektóre obszary sceny generowało dodatkowe dźwięki i idea Leona T. "instrumentu sferycznego", na którym gra się bez jego dotykania poszerzyła się do grania całym ciałem i obecnością lub brakiem obecności w określonym miejscu. Jak blisko jest z tej sfery do najnowszych intuicji związanych z geo-mediami, mapowaniem pól elektromagnetycznych (czyli mapowaniem technologii w mieście, ale także do archaicznych technik szamańskich mapowania naturalnych pól elektromagnetycznych wytwarzanych przez Ziemię, które mogą mieć więcej wspólnego z pojęciem tzw. land mark niż się nam teraz wydaje)! Być może stara myśl o nowych instrumentach muzycznych na prąd elektryczny miała coś wspólnego u źródeł procesu, który dał nam komputery i Internet? Zadziwiające jest jak muzykę rozumie się jednowymiarowo, a muzyków postrzega jako odtwórców tyrających po programach X Factor lub w dobrze naoliwionych archaicznych maszynach nazywanych orkiestrami symfonicznymi. To jakieś muzyczne galery starej daty, a nie orkiestry?
Może dlatego Digital Archaic - tak przekornie pisany tytuł, czego tytuł? Tego jeszcze nie wiemy. I to jest to, co nas cieszy na poziomie naszej własnej ludzkiej elektryczności. Bo sami jesteśmy na prąd?! To jest dopiero wyprawa w najstarsze tradycje i do źródeł naszej kultury.
Na koniec tej natchnionej opowieści jeszcze jeden obraz z Karpat: jest w tych przedziwnych górach takie źródło, z którego przez wodę wydobywa się gaz ziemny. Odnotowano, że kilkadziesiąt lat temu, na skutek uderzenia piorunu, źródło zapaliło się i "woda" płonęła żywym ogniem. Takie samo płonące źródło oglądałem w Himalajach i jest to ośrodek starego kultu w Muktinath, który ściąga do świątyni zbudowanej nad źródłem płonącej wody tysiące pielgrzymów.
Kiedyś w Gdańsku (jaka ulga, że nie muszę pisać o Warszawie...) po naszym koncercie podszedł do mnie młody facet i rzucił: a ja mam w domu 15 generatorów! Tyle, że najwidoczniej piorun nie zapalił tego źródła? A "gazu" jak pamiętam posiadaczowi wielkiej ilości generatorów (w domu, rzecz jasna) nie brakowało? Bo najwidoczniej, nawet do generatorów niezbędna jest "iskra boża"...

Saturday, May 28, 2011

MY REINCARNATION


Po czwartkowym święcie w postaci oglądania filmu Larsa von Triera - Melancholia, wybraliśmy się wczoraj na film Jennifer Fox - My Reincarnation. Pokaz filmu w Kijowie (ale w Krakowie...) był polską premierą i to celebrowaną w obecności samej reżyserki! To miłe, zobaczyć u siebie kogoś takiego jak p. Jennifer Fox. Praca nad filmem trwała blisko 20 lat, które były dla Fox i tak bardzo bogate w nagrody (Sundance, Berlinaria),bogatą pracę dydaktyczną i pisanie scenariuszy. Film dla wielu ludzi (także w Polsce) ma charakter kultowy, ze względu na bardzo prywatne filmowe obrazy z życia jednego z najważniejszych nauczycieli buddyjskich Ch. Namkhai Norbu, jego niezwykłej-zwykłej żony i syna Yeshi. Fox pokazuje jak Yeshi, niezależny, młody i zdolny człowiek, pracownik IBM - początkowo dość daleki od wiary w reinkarnacyjne powroty i figurę tulku (wcielenia dawnego mistrza w dziecko pojawiające się na świecie po jego śmierci)- bardzo powoli ewoluuje w stronę przyjęcia pełnej odpowiedzialności za swoje dziedzictwo. Mistrzostwo w strategii wychowawczej!
Filmu nie da się właściwie opowiedzieć (i nie ma takiej potrzeby...), ale osobiste zapisy filmowe zrealizowane we Włoszech, USA i Tybecie pokazują coś bardzo wartościowego i prawdziwego. Jennifer Fox przez jakiś czas była sekretarzem Ch. N. Norbu i ten czas, który sama określa jako "przerwa w karierze filmowej", stał się źródłem filmu My Reincarnation... Takimi to drogami wędrują: przyczyna i skutek, skutek jako przyczyna... ale to już inna historia nazywana w filozofii buddyjskiej ścieżką współzależnego powstawania (Pattika Sammupada). Dla tych, którzy kurczowo trzymają się dziwacznego przekonania, że istnieje jakaś jedyna prawda to jest ciężka sprawa! Film, poza tematem i opisywanymi osobami, ma także walor doskonałego filmu dokumentalnego. Niestety, koszt produkcji filmu pogrążył Fox i współpracowników w długach (można wpłacać dowolne sumy jako wsparcie plus można też wpłacić 25 dolarów wspierających wersje DVD, który pojawi się w przyszłym roku!). Mamy więc do czynienia z filmem - akcją i mądrym wsparciem kultury Tybetu. Wielki Nauczyciel Ch.N. Norbu jest kolejnym tulku w ważnej dla obecnego Jego Świątobliwości Dalajlamy XIV - linii tzw. inkarnacji Dzogczen Tulku. Pokaz tego filmu w Polsce może spełnić dobrą rolę wobec dziwnego sekciarstwa i oczekiwania cudownych przekazów wiedzy i szczęścia, wprost przez małą dziurkę w głowie. Jak mówi jednak stara mądrość: z pustego w próżne nawet Salomon nie przeleje...
Na FB w wymianie kuksańców z Maciejem Góralskim - artystą znanym niegdyś jako Magura, powróciła opozycja Centrum vs Prowincja. Bardzo mnie dziwi, że jako tzw. centrum występować ma Warszawa?! Miasto utkane w całości; fizycznie i metaforycznie z prowincjonalnych nici, a to z wielu powodów, głównie z tego tragicznego powodu, że została odbudowana ze zgliszczy przez Prowincję i liczy 60 lat! Ale O.K. niech będzie Centrum, co mi tam! Zwłaszcza, że poszło o Festiwal Herbaty w Cieszynie, który Maciej zechciał skomplementować jako - lokalny. Do tego dorzuciłem jeszcze "lokalną" premierę filmu My Reincarnation i także "lokalny" koncert Damo Suzuki we Wrocławiu ... i o to chodzi! Pogranicza zawsze są bogatsze niż tereny jednorodne i wydaje mi się, że mamy całkiem pozytywne zjawisko w naszym Budyniowie: poza obligatoryjnym Centrum (Warszawa da się lubić...) występuje życie w całkiem niezłym wydaniu! Więc: PEACE & LOVE! dla Centrum! A co mi tam!
Od wczoraj testuje nowe urządzenie z serii analogowych generatorów (mocnego) dźwieku, tym razem nie jest to modyfikacja linii Badoog (mam dwa: analogowy basowy i z systemem na fotoogniwo), ale nowa konstrukcja o nazwie MOTOPHON ! Urodziła się z mojego poszukiwania modyfikacji dźwięku specjalnej gitary (linia Steinberger), na której gra A. Po zabawach kilkoma mechanicznymi zabawkami dla dzieci okazało się, że można zrobić to jeszcze inaczej niż dotąd. Moja idea objawiona przy kawie Mirkowi B. (gra obecnie z nami na thereminovoxie) bardzo szybko zaowocowała prototypem, który mam tuż obok laptopa i "na oku". Premiera tego brzmienia odbędzie się w Cieszynie podczas koncertu zatytułowanego DIGITAL ARCHAIC w serii Thereminovox Interactive Instalation Project. TIIP ma na swym koncie 4-godzinne granie w sierpniu 2010 roku na plantach - udokumentowane na YouTube, 2-godzinną odsłonę w zaimprowizowanym studiu (której efektem jest recenzowana i zauważona płytka: 7 Collective Improvisation wydana przez WFR) oraz koncert w Muzeum Etnograficznym w Krakowie z 20 maja 2011 roku.
W Cieszynie podamy też dwa wykłady - Renifery z Oulauvolie i efekt fonografu oraz: Mapy dźwiekowe. Inna topografia. Obydwa wykłady oparte będą o publikowane teksty A. Polecam: www.scribd.com/anna_nacher
Na mojej focie: strażnik dharmy z klasztoru w Manangu... ?!

Monday, May 23, 2011

Crex crex

Crex crex by Magic Carpathians Z cyklu: co my wiemy o naturze? Derkacz (crex crex) dzielnie walczy z miejskim tłem dźwiękowym, w dodatku zupełnie nie przejmując się jeżdżącymi tuż obok niego samochodami. Nagranie z balkonu naszego mieszkania na Ruczaju (Kraków), ok. 1.00 w nocy.

BYŁO ciężko!


Ostatni weekend to było coś całkiem specjalnego! Tak się czasem dzieje, że kilka różnych akcji jakby się przyciągało i na koniec zlewają się w jeden ostry czas. W piątek zagraliśmy plenerowy koncert na podwórku Muzeum Etnograficznego i to zawsze jest trochę bieganiny, stresu i zagadkowych sytuacji... tym razem było nieco więcej niż zwykle. Dzięki "sile spokoju", pracy, wiedzy i kreatywności udało się osiągnąć całkiem przyzwoite brzmienie (co było zaskoczeniem dla wszystkich nas) i te magiczne kilkadziesiąt minut azylu w sferze dźwięku. Tłumów specjalnych jakoś nie było, ale weekend był wypełniony wieloma różnymi atrakcjami i wcale się nie dziwię. W sobotę musiałem pozbierać się rano, bo od 10 -tej miałem zajęcia na Uniwersytecie Dzieci w sali na Kampusie UJ. Dwie grupy studentów w wieku ok. 9 lat po ok. 100 osób... to jest prawdziwe wyzwanie i koncert zaczyna się wydawać relaksowym zajęciem typu leżakowania! Dzieciaki oceniają prowadzącego i dostałem podobno najwyższą ocenę z dotąd występujących wykładowców i komplement najwyższej wagi: pan dostał więcej punktów niż - nawet! - całkowity rodzynek, który przyniósł na zajęcia z dziećmi prawdziwe roboty! No, to jest komplement - tradycyjne instrumenty (miałem: didjeridu, fujarę pasterską, bębny z Tybetu, flety i zabawki muzyczne....) vs roboty! i wygrały instrumenty! Poważnie się zacząłem zastanawiać nad zakończeniem mojej życiowej przygody z tzw. etnicznym brzmieniem: robi to już dzisiaj Filharmonia, setki "etnicznych" kapeli i solistów no i Uniwersytet Dzieci... Pamiętam jak się z 30 lat temu wyśmiewano z tego... to może moja misja się powiodła i basta? Do domu dotarłem słaniając się na nogach około 14-stej i musiałem zapakować graty na koncert na Kazimierzu w ramach Festiwalu Hierofanie. Do knajpki Kolanko dotarliśmy około 19.30 i za moment dołączył do nas legendarny Henryk S., niegdyś "manager" grupy Atman, ale także bębniarz, organizator festiwali i ogólnie gość od fermentów pozytywnych. Miło było się spotkać i powspominać czas z okresu, który syn Piotra Koleckiego (z podstawowego składu Atmana) nazwał zabawnie: Wielką Schizmą! Tak, w dobrej atmosferze wysłuchaliśmy koncertu Południcy w zmienionym składzie i doczekaliśmy naszego koncertu. Tytuł Festiwalu: Hierofanie... potraktowaliśmy poważnie i szybko weszliśmy w obszar totalnej improwizacji. Nie wiemy jak słuchacze, ale nam się objawiło wiele świętych wibracji... W domu, około drugiej w nocy, wcale się nam nie chciało spać i jest to zazwyczaj sygnał ostrzegawczy! Czysta adrenalina nie daje spać, ale oszukuje i my o tym wiemy. Wczoraj nastąpił ostatni akt zaplanowanych aktywności i w południe pokazaliśmy trochę fotek z Sapmi / Laponii także w ramach Festiwalu Religii Świata Hierofanie na UJ. Dodam tylko, że A. prowadziła w sobotę i niedzielę normalne zajęcia zawodowe... a ja rozpakowywałem, pakowałem, taszczyłem i rozpakowywałem, pakowałem, taszczyłem...
Na portalu Magazynu Gitarzysta, który jakiś czas temu zamieścił wywiad z nami, ukazała się recenzja płytki pt. 7. Collective Improvisation napisana przez Jacka Walewskiego. Polecam tę recenzję, a nie jest jakoś jednoznacznie pozytywna... bo to co przynosi płyta nie jest łatwe w słuchaniu i recenzowaniu. Autor troszkę się zagalopował w rozważaniach: czy to jeszcze kreatywność, czy już szaleństwo...? ale jeżeli uznać to za komplement to o.k.?! Rzecz w tym, że wielu ludzi (w większości normalnie głupich, ale kilku także inteligentnych, a z pewnością sprytnych) agresywnie i z poparciem dużych środków kształtuje masowy image muzyki jako towaru, zabawowej maskotki, wypełniacza i tła do picia piwa po klubach. Muzyka ma być rodzajem wyprysku na młodocianej gębie, który po kilku latach przechodzi - w momencie gdy właściciel jest już gotowym produktem dla korporacji i banków. Taki typ, co bawi się dziwnie podjarany do telewizyjnego amoku po... butelce piwa, do niczego się nie nadaje, a potem rzuca dumnym tekstem: a teraz mówią mi kierowniku! Muzycy mają w tej koncepcji odpowiadać na zamówienie tzw. publiczności, którą reprezentują oczywiście właśnie te spryciule (zlepek słów nie całkiem przypadkowy). Muzyka już w niewielu przypadkach jest postrzegana jako sztuka i raczej jeżeli tak, to sztuka nudna. Ja bym się bardziej zastanawiał czy takie zjawiska jak Bitwa na głosy lub Factor X to jeszcze kreatywność zarobkowa czy już szaleństwo? Myśle, że Magazyn Gitarzysta może jako jeden z pierwszych bardziej pop-owych pism zauważył, że schlebianie wyłącznie tej beznadziejnej magmie niby-muzyki obróci się kiedyś także przeciw niemu? Bo cel takiego budyniowego szaleństwa jest jeden: aby w muzyce zostały takie postaci jak niejaka Sablewska, tak jak w tzw. świecie podróży - niejaka Ekstremalna Martyna. Publika w naszym biednym kraju jest tak beznadziejna, że właściwie już się to udało i jeszcze tylko kilka Tymczasowych Stref Autonomicznych się nie poddaje. Gdyby nie Internet to by było już po nas.
Przed nami Festiwal Herbaty w Cieszynie i już się cieszymy na te kilka dni w magicznym mieście i miłym towarzystwie. Z tego co widzę w programie, to jest kilku znajomych i kilka projektów, które z chęcią posłucham i zobaczę. Należy do nich znana nam formacja Radio Samsara, ale także Balanda didjeridoDuo (czyli trzech muzyków z Wa-wy, z których jeden gra w dwóch projektach...), Dr Jibendra Narayan Goswami z zespołem, oczywiście nasz przyjaciel Vlastislav Matousek i duo Longital. Może nawet filharmonicy Walasi będą dobrze brzmieli? Kto wie? W Cieszynie można liczyć nawet na cuda. No i nawet mi już to pakowanie... nie przeszkadza! Zagramy dość specjalny program z Mirkiem Badurą (thereminovox) i Andrzejem Widotą, który będzie początkiem jeszcze mocniejszego wejścia w sferę free music. Poza koncertem mamy jeszcze w ramach Festiwalu wygłosić wykład - Mapy dźwiękowe.Inna topografia.
Dotarły do nas dwa nowe wydawnictwa z serii, którą od jakiegoś czasu omawiam: książki, które można jedynie dostać (nie kupić)! Tym razem dwie takie pozycje: Niecne Memy Dwanaście Wykładów o Kulturze Internetu - doktor Magdaleny Kamińskiej... a w tej super wydanej (design!) książce m.innymi: Interfaith. Wojny wyznaniowe w Internecie, cyberkościoły, parodie religii ... oraz np. Cyberbohaterowie, cybergwiazdy, cybercelebryci. Od pani Barbary do Pedomisia. Książkę wydała Galeria Miejska Arsenał w Poznaniu. Druga pozycja to naukowy periodyk Kultura Popularna (nr 3-4/2010)- numer zatytułowany: Media cyfrowe, przestrzeń, czas.
Na focie Bogdana K. z piątku - 20.05.2011 - gramy w Muzeum Etnograficznym w Krakowie (Mirek Badura, A.N.i A. Widota, mnie Bogdan jakoś nie zauważył?).

Saturday, May 14, 2011

Ekoton

Ekoton by Magic Carpathians Strefa dźwiękowego ekotonu tuż za ogrodzeniem ZOO w Krakowie. Nasze? Obce? Cóż to znaczy?

Kos / Blackbird

Kos / Blackbird by Magic Carpathians To na dzisiejszym spacerze w Lasku Wolskim.

Ludzie Flagi


Pojawiło się sporo zapytań (m.innymi w komentsach, ale także w mailach) gdzie można kupić płyty z serii World Flag Records i skrypt pt. Wprowadzenie do etnobotaniki Karpat i Bałkanów i aby nie odpisywać każdemu osobno podaję adres: www.serpent.pl to na tym portalu jest nasze "prawie wszystko": sample do słuchania, płyty w realu i w mp3 do kupienia oraz skrypt w cenie płyty. To jedyne oficjalne miejsce poza naszymi koncertami i warsztatami gdzie można kupić nasze wydawnictwa legalnie i za naszą akceptacją.
Wiosna nie sprzyja chyba logicznemu działaniu i mamy nieco kłopotu ze zbliżającymi się dwoma koncertami. Ciągle jest problem ze sprawną organizacją, radosną promocją i rzeczową informacją o koncertach. Wydaje się to takie proste, ale chyba wydamy jakiś krótki poradnik jak to robić? Kiedyś mieliśmy taki tekst dołączony do ridera technicznego i niektórzy "nagłaśniacze" się po nim obrażali! Jeden taki w Warszawie odmówił ustawienia sprzętu na dwie godziny przed sporym koncertem w CSW i zostawił nam przestraszonego młodego adepta. Adept okazał się całkiem kumaty i sprawny, przy tym sympatyczny; bez trudu ustawiliśmy wszystko i grało się całkiem przyjemnie. Następny zespół był już nie taki "rogaty" jak my i sprzęt został ustawiony ręką obrażalskiego mistrza. Nie mogliśmy wyjść z podziwu jak można było tak źle ustawić dźwięku i dziękowaliśmy Komu Trzeba za ten obraźliwy tekst! Pamiętam, że w rękach mistrza konsolety lira korbowa zabrzmiała jak stara pilarka spalinowa ze szczerbatym łańcuchem usiłująca przepiłować sękaty pień. Instrukcja organizacji koncertów powinna być krótka i uzmysławiać, że nie potrzeba cudów, ale jedynie: data, godzina, adres miejsca, informacje o biletach lub braku biletów, coś o tym kto ma grać, może jakaś fota (teksty i wybór fot w każdej rozdzielczości wysyłamy czasem wielokrotnie, ale zazwyczaj "się gubią" w przepastnych lochach Internetu?). Co do samego koncertu to wystarczy podać czy jest scena czy tylko róg pokoju przerobionego na piwiarnię i "klimatyczne" miejsce do grania... a może jest tzw. backstage czyli miejsce gdzie można przebrać spodnie i uczesać się, pozostawić portfel przygotowany na przejęcie wynagrodzenia ( o ile jesteśmy materialistami i/lub gwiazdami i coś nam wypłacą) oraz jakie spotka nas tam rozczarowanie tzw. nagłośnieniem? Na nieśmiałe: a czy moglibyście zabrać własne? zawsze odpowiadam: bez problemu! Koszt sprzętu i samochodu plus obsługa zaczyna się gdzieś od 600 zł, a górnej granicy właściwie nie ma... Ważnym punktem Instrukcji jest uświadomienie, że to iż tzw. Organizator wie coś na temat planowanego koncertu nie powoduje zawiadomienia wszystkich innych?! Dobrze jak jest jakiś pomysł na promocję: plakaty na okrąglaki i tablice, banery itd. duży format... (he, he, he....), Internet?, afisze wieszane "na czarno", prasa, serwisy radiowe i tivi... (he, he, he...). Na końcu tego zawsze okazuje się, że rozrywkowo knajacki koncert Kultu w ramach Juwenaliów jest reklamowany w każdy wymieniony sposób plus afisze na okrąglakach wiszą 6 tygodni przed... a na Karpaty Magiczne zawiesi się ze dwa dni przed koncertem bo i tak Organizator i zespół przecież wiedzą! Brak wiary, pewnego elementu zabawy tą całą grą w koncert (co jest super elementem np. w USA), radości z tego, że coś się organizuje i stwarza interesujące okoliczności i ten głupi sposób dzielenia na to, co komercyjne i musi zarobić i to, co ciekawe i nietuzinkowe czyli musi przegrać i trwać za garść gruszek. Na końcu Instrukcji (o ile powstanie...?) umieścimy odezwę: ludzie wielkiego serca i wielkiej chęci pomocy - nie organizujcie nam koncertów! Kupcie płytę, kolportujcie ulotki, uśmiechnijcie się do nas po koncercie... ale nie róbcie czegoś o czym nie macie pojęcia!!! Są inne sposoby na uczynienie ze sceny niezależnej dziadostwa.
W naszym teamie realizującym serię World Flag Records pojawił się nowy człowiek Flagi - Tomek Rolnik Czermiński. Przygotował świetnie prostą, ale stylową ulotkę z katalogiem na 2011 rok!, potem przygotował do druku i plastycznie oprawił skrypt Wprowadzenie do etnobotaniki Karpat i Bałkanów A WFR to jedna z naszych Tymczasowych Stref Autonomicznych, która porządkuje nasze bogate działania i kontakty w serię konkretnych wydawnictw. Przywiązujemy sporo uwagi do Flagi i mamy nadzieję udoskonalić nasze działanie. Byłaby świetnie gdyby pojawili się ludzie, którzy pomogą w kolportowaniu informacji o naszym działaniu. Cel jest niezwykle prosty: dokumentować projekty, które mają autorski, artystyczny i niezależny charakter w formie płyt CD, CDR i DVD i nie być zależnym od żelowanych speców od marketingu, zawiadowców kultury, kierowników "od" sztuki, głupich i przypadkowych recenzentów i całej tej ferajny głodnych duchów. Mam nadzieję, że są jeszcze tacy, którzy to rozumieją?
Ludzie Flagi...? Jesteście ?
Na obrazku - maska rytualna. UWAGA: koszulki i znaczki/przypinki z logo Karpat Magicznych od 20 maja (koncert podczas Nocy Muzeów w Muzeum Etnograficznym w Krakowie www.etnomuzeum.eu) do wygrania, kupienia, dostania w ramach zakupu płyt Flagowych razem z koszulkami (są już damskie!!!)... To może konkursik... zobacz dźwiękową zagadkę na FB!!! Nowość na naszym fejsowym blogu - od dzisiaj będziemy plaskali także sonicznie! O! Ania właśnie woła, że ktoś już wygrał koszulkę!!! Gratuluję ucha!

Monday, May 09, 2011

PERSONAL TELEVISION


Słońce mocno już operuje i musiałem wrócić do pisania przy opuszczonych roletach czyli do czasu słonecznych dni! W szparze pod roletami widzę naszą zieleń na balkonie zachodnim i to jest sytuacja działająca na mnie bardzo pozytywnie. A trochę pozytywów jest konieczne aby w tym wrogim środowisku budyniofilów jakoś przetrwać. Nawet nie dotykam spraw polityki, ale trudno się nie zadumać nad informacją, że: Polska musi zmienić ustawę o wychowaniu w trzeźwości... bo UEFA chce aby na stadionach podczas meczy kibice mogli pić piwo... i co ? i nic?! Nikt nie zająknął się nawet o tym co jakaś UEFA o mocno szemranej reputacji ma do naszych ustaw? Do tego co dzieje się na stadionach dojdą jeszcze zabici puszką pełną piwa oraz małoletni pijani, którzy nie będą pamiętali kogo zabili... bo byli pijani. Tragikomiczne jest ustalanie tego jakie piwo w sensie zawartości alkoholu będzie dopuszczone na trybuny. To jest już jakaś paranoja; goście wnoszą maczety, siekiery i młotki plus leją policję całymi ławkami z widowni, a niby poważni ludzie ustalają, że taka puszka piwa tak, a inna nie? To jakaś kolejna paranoja i rozdwojenie jaźni! Zobaczcie na reklamówki piwa w tivi; konsekwentnie stawiają na jakiś nawiedzony tłumek, a to rozwalający ściany, a to unoszący się w powietrzu, a to lekko na haju i powtarza się jedno: bezmyślnie roześmiani i podjarani jak w powiedzeniu o tym, że śmieje się jak głupi do sera.
Aby się trochę zdystansować od tej piwowarskiej ekspansji infantylizmu medialnego, czytam sobie o nowej telewizji czyli Zmierzch telewizji? To świetna antologia tekstów na temat przemian telewizji i tego co nas może czekać w przyszłości. Powalił mnie tekst o badaniach telewizji mobilnej w Seulu ( Yanqing Cui, Jan Chipchase, Younghee Jung - 2007) , a szczególnie kilka wprowadzających informacji. Pośród nich jest taka mianowicie, że miasto Seul liczy sobie (w 2007 !) 10,3 miliona ludzi, ale z przedmieściami i satelitarnymi miastami jest aglomeracją zamieszkałą przez 48 milionów ludzi... W Seulu najłatwiejszym i najsprawniejszym środkiem transportu jest metro, którym dojechać można w niespełna godzinę do dowolnego punktu w mieście. Do tego autorzy informują nas, że metro ma minimalne opóźnienia i na podziemnych terminalach i wszystkich liniach nie ma kłopotu z zasięgiem telefonii komórkowej... i dlatego bardzo popularna stała się tzw. mobilna telewizja. Kochamy Pana Profesora Jacka Majchrowskiego, ale jak jeszcze raz powie, że w Krakowie jest jedna z najlepszych komunikacji miejskich i powinniśmy się cieszyć, że z Kampusu do Huty da się czasem dojechać w godzinę... to chyba zacznę gwizdać! To tak jakby donosić, że całą Limanową da się miejscową komunikacją busową przejechać za 5 minut! Co by z takiej informacji miało wynikać? No i ta mobilna telewizja w komórkach mieszkańców Seulu... sami przeczytajcie. Jest kilka tekstów, które naprawdę warto znać. Zaryzykuje i powiem co myślę: to powinna być wiedza przerabiana w szkołach średnich. Może tak być za chwilę, że wreszcie nastąpi ten wieszczony na wszelkie sposoby koniec świata... a my się nawet nie zorientujemy, bo nie czytamy i nie mamy telewizji mobilnej?! A prawda, u nas cały ten sektor zastępuje poczciwa ambona, tyle, że raz w tygodniu. A swoją drogą, to może jest już po końcu świata? No bo w 2011 roku widzę w tivi relacje z pochodów ludności, która nosi po mieście kroplę krwi zmarłego, do tego w jakiejś fikuśnej szklanej flaszce?! Nie naśmiewam się z tzw. uczuć religijnych, bo rozumiem, że są różne i mają wiele postaci, ale montowanie z nich wydarzeń politycznych i demonstracji siły?
Za niespełna dwa tygodnie mamy grać dwa koncerty i jest jak zawsze: drobnym druczkiem tu, drobniejszym tam i tyle w sprawie informacji (bo o promocji to nawet już nie śnię) czyli jak zawsze. To musi mieć coś wspólnego z tym, że do mnie zawsze po pieniądze startują wszystkie menele i dziady z okolicy. Widocznie mam jakiś głupkowaty wygląd i łatwowierność w oczach, czy co? Mniej się już dziwię, że niejaki Maleńczuk ubrał garniak i na plakatach dopisuje przed swoim nazwiskiem: pan! Pewnie się też wszystkie dobre dusze do niego garnęły? A dobre dusze chcą dobrze, ale nie potrafią. I z tego chcenia dobrze by umarł z głodu, a tak jest gwiazdą i prowokuje z bilbordów. Ja nie muszę dopisywać sobie "pan" bo mam całkiem interesujący zawód i kilka nabytych drogą uczenia się (to mało popularna tzw. old school)umiejętności. Jak to dobrze, że nie muszę zależeć od szynkarzy i pokojówek pani Dody...albo tych kuriozalnych ekip z telewizji - całkiem u nas nie mobilnej, szczególnie jeżeli chodzi o ruch myśli.
W taniej księgarni na Grodzkiej kupiliśmy 7 książek za nieco ponad sto złotych! Pośród nich jest Don Kichote i Sade w twardych okładkach, dwa grube tomy Ja - inny Wokół Bachtina i trzy inne interesujące. Za jedyne 4,50 zł zakupiłem książeczkę pt. Kadzidła ze swojskich ziół - Użycie, Działanie i Rytuały napisaną przez Marlis Bader. Jest tam co poczytać, aż się okadzać chce wszystkich i wszystko! najbardziej mi się podoba dopisek do wielu "swojskich ziół" typu: nie wydzielają żadnego silnego zapachu, dlatego warto mieszać go z innymi ziołami i żywicami... Naprawdę bomba! To jak z nasza telewizją; nie można jej bez irytacji oglądać, dlatego warto ją mieszać z BBC, CNN i innymi telewizjami...i wtedy jest super swojską telewizją! Można też pomieszać np. swojskie skarpetki z jeansami z USA, swojskie sznurówki z butami z ... itd. itd. To jest świetny przepis na swojszczyznę. Dziełko przetłumaczyło z niemieckiego i wydało Studio Astropsychologii z Białegostoku! Ze stopki książki dowiedziałem się, że Studio Astropsychologii to szkoła zarejestrowana w Kuratorium Oświaty pod nr 152
A w Seulu bawią się telewizją mobilną!
Na obrazku znajdziecie projekt przypinki z logo Karpat Magicznych. Za jakiś czas taka przypinka będzie jak kiedyś opornik wpięty w klapę. Stare dzieje... i okazały się jednym wielkim nieporozumieniem.

Tuesday, May 03, 2011

KUKUŁKA


Za oknem szaro, mglisto i tylko 2 stopnie C ! A jeszcze wczoraj i dzisiaj rano biegaliśmy po górach w słońcu, zieleni o stu odcieniach i względnym cieple. Troszkę po uszach dawało, ale w górach i na ponad 1000 m n.p.m. to nas nie dziwiło. Pracowity, ale i bardzo przyjemny weekend (z kopką) na Sopatowcu w Beskidzie Sądeckim, który zaczęliśmy od soboty w Małych Pieninach, jest już za nami.
Wczorajszy spacer etnobotaniczny na Przehybę był wyjątkowo ciekawy, miły i inspirujący. Wiosenne rośliny dają nieskończenie wiele tematów do omawiania i doświadczania: pierwiosnki, czosnek niedźwiedzi, ciemiężyca zielona, brzozy, dziki agrest, suchodrzew... to fantastyczne źródło wiedzy i praktyki etnobotanicznej. Do tego wszystkiego, w sobotę mieliśmy chwilę samotności w bardzo ciekawym rezerwacie Zaskalskie w Małych Pieninach.
Tuż przed schroniskiem na Przehybie, przy odejściu szlaku do Szczawnicy, jedna z naszych miłych "warsztatowiczek" zobaczyła ptaka leżącego na ścieżce i przywołała nas do niego. Ptak nieruchomo przycupnął na ziemi, jednak najwyraźniej żył i patrzył na nas pięknymi, wielkimi oczami. Udało mi się go ostrożnie podnieść i zobaczyliśmy, że ma wielką otwartą ranę od śrutu i potrzaskane skrzydło. Osoba, która ptaka znalazła zdecydowała się momentalnie aby z nim wrócić na Sopatowiec i po okręceniu ptaka szalikiem, pobiegła w dół ścieżki! Muszę przyznać, że szybka decyzja i współczucie zrobiła na mnie mocne wrażenie.
Kiedy ptak leżał jeszcze na ziemi i zobaczyłem biało-czarny deseń na jego piersi plus długie ostre lotki i ogon, pomyślałem, że to sokół. Po pierwszych oględzinach okazało się, że ta ofiara jakiegoś bezmyślnego głupka, to ...kukułka. I jak już pisałem na FB: wszyscy słyszeli kukułkę, ale kto ją widział?
Rana została zdezynfekowana, kukułka zjadła coś małego i została dwa razy napojona. Opracowaliśmy całą akcję dostarczenia jej do szpitalika dla ptaków. Kukułka (Cuculus canorus) to spory ptak nieomal mityczny: kukanie i ilość powtórzeń tego charakterystycznego głosu samca kukułki, ma nam przynieść wielokrotność pieniędzy jakie mamy przy sobie, wszyscy słyszeliśmy o "kukułczym jaju" i to, że ptak ten zjada kosmate gąsienice, których inne ptaki nie ruszają... Kukułka jest ptakiem wędrownym, który odlatuje na zimę i przylatuje do nas wiosną.
Kiedy pisałem o niej na FB myślałem jeszcze, że żyje... ale przed kilkoma minutami dowiedziałem się, że jest martwa. "Nasza" kukułka nie dotrwała do Światowego Dnia Ptaków Wędrownych (12 maja) bo zrobiła błąd i przyleciała do Polski, w lasy Beskidu Sądeckiego, do Popradzkiego Parku Krajobrazowego, na obszar Ostoi Popradzkiej Natura 2000 ?
Pytanie: kto ma taki trucicielski budyń w głowie, że wali z wiatrówki w ptaki i to jeszcze w tak pięknym miejscu?!
Odpowiedź przyszła w drodze powrotnej: to ci sami ludzie, którzy potrafią jeździć bez wstydu quadami po górach (dla mnie jest to tak jakby ktoś się obnosił z dumą z nieustannym pierdzeniem), to ludzie, którzy na wszystkich wsiach wzdłuż drogi od Jazowska, przez Gorce do Myślenic (ojczyźnie Górali Podhalańskich) obcinają drzewa na połowie wysokości robiąc z nich smutne kikuty, sadzą nałogowo tuje (wszystkie wuje - sadzą tuje!) i budują te koszmarne bida-dworki w kanarkowych kolorach z wieżyczkami. Naprawdę, nie wymagajcie abym czuł jedność i wspólnotę narodową z tego typu umysłami. Nie czuję!
Na imieniny dostałem świetny zgniatacz to butelek plastikowych i puszek. Jest produkcji włoskiej, ale rozprowadza go u nas firma adansonia (www.zgniatam.pl) Przy okazji testowania tej zmyślnej konstrukcji (co rozpoczęliśmy już w Osturni na Słowacji) zastanawialiśmy się nad tym, co skłania ludzi do sortowania, zgniatania, świadomego używania wody itd. itd. i zawsze dochodzimy do wniosku, że to raczej kultura, a nie jakaś ideologia czy wynik tzw. edukacji ekologicznej!
Także kultura, a właściwie jej brak (pielęgnowany od wielu pokoleń) zdecyduje, czy będziemy mieli coś wartościowego i autentycznego wokół siebie, czy jedynie namiastki, śmieci, smog kulturowy oraz sytą, dorodną i bogatą głupotę?
Może jeszcze nie wszystko stracone, ale też wielkiego optymizmu (dzisiaj) nie czuję.
Na focie Ani - kukułka w mojej dłoni, przygląda się nam badawczo!

Friday, April 29, 2011

OSTURNIA


Jeszcze się dobrze nie rozpakowałem i już znowu pakuję plecak plus nieomal rytualne ładowanie baterii do aparatu fotograficznego i nagrywarki, płyty, książeczki Etnobotanika..., instrumenty do warsztatów i wieczornego grania w "stodole" na Sopatowcu... itd. itd. Czy to neo-nomadyzm?
We wtorek wróciliśmy z Osturni, świetnego miejsca (najbardziej na zachód wysunięta wioska rusińska) na Słowacji. Wioska zajmuje dno wielkiej doliny, z której dobrze widać dwa charakterystyczne szczyty Tatr: Murań i Hawrań z kryjącym się za nimi wielkim, poszarpanym gniazdem Łomnicy. Ten widok zawsze przywołuje wspomnienia z Himalajów; z trekkingu wokół Annapurny (naprawdę wokół... a nie samolotem na kawkę w Jomosom) czy całkiem powalającą dolinę zagrodzoną przez Lhotse w rejonie szlaku na/pod Czomolungmę/Everest. W ten rejon; od klasztoru Tyjangpoche i Pengpoche, szczyt Gokyo, na który kiedyś dosłownie wbiegłem (Gokyo Ri ma 5 318 m n.p.m.) czy w okolice bazy pod Everestem. Nigdy nie czułem się przez te wypady tzw. "podróżnikiem" i dalej nie myślę tak o sobie. W Osturni... paradoksalnie (?) myślami wróciłem do starego marzenia aby spędzić kilka tygodni, miesięcy, a może zimę w Manangu, starym autonomicznym rejonie w Mustangu (dawnym królestwie Tybetu, na szczęście w granicach Nepalu a nie Chin)z klasztorami w pobliskiej Bryadze i samym Manangu... ej boy!? Te miejsca tak silnie zapadły we mnie (a może wyłoniły się ze starej pamięci?), że czuję zapach łąki w Bryadze (tak, tej łąki po której spacerował Milarepa!) i woń drzewiastych jałowców rosnących wokół starego klasztoru. Na te wakacje mamy już zaplanowaną kolejną wędrówkę po tundrze na terytorium Saamów, ale kto wie co zrobimy w następnym roku?
W Osturni jest jeszcze wiele starych, tradycyjnych domów, ale może nie mniej całkiem nowych. Tyle, że te nowe są świetnie zrekonstruowanymi tradycyjnymi domami pasterzy i niektóre zdobione są w symboliczne słoneczka, kwiaty lub charakterystyczne skrócone do zwięzłego znaku (logo!) symbole solarne. We wsi nie ma nawet jednego pałacyku włościańskiego ze sto razy łamanym dachem, wieżą i plastikowymi oknami, co jest normą w krainie odległej od Osturni o kilka kilometrów. Po kilku spacerach ponad wsią odkryliśmy także umocnienia z czasów wojny (tzw. transzeje: zygzakowate okopy i stanowiska karabinów maszynowych), ale ponad wszystko całą gamę tego co składa się na krajobraz pasterski. W powietrzu unosił się przyjemny zapach drewna palonego, także w naszym kominku. W ogródkach starszych domów odnalazłem piękne kępy karpackiej rośliny magicznej - lulecznicy kraińskiej, która na Słowacji nie została tak gruntownie zapomniana jak w Polsce. Kilka innych obserwacji uzupełnią moją książkę, której losy dalej są w zawieszeniu. Na otarcie łez (nawet jakoś mi bardziej żal tego, że tyle interesujących rzeczy nie trafi do powszechniejszego obiegu niż to, że to moja książka... czyżby faktycznie mądrzało się na starość?) oglądałem wstępną makietę przewodnika po Starym Sączu i Lewoczy i muszę przyznać, że jest pięknie przygotowywana. Aby nie wywalić zbyt dużo tekstu (bo mojego tekstu do przewodnika, który dostaniecie do ręki weszło pewnie z 40-50 procent...) zręcznym zabiegiem udało się kilka mniejszych fragmentów (tzw. "ramek") umieścić w części słowackiej, dotyczącej Lewoczy. Przy okazji urodziła się dyskusja ze słowackimi autorkami o pieśniach nazywanych na Słowacji travnicami , które miały dość specjalny charakter. Pieśni te śpiewały jedynie kobiety i miały niegdyś (a my wiemy, że i dzisiaj) swój aspekt leczniczy. Travnice, dosłownie pieśni łąkowe w swej powszechnej formie towarzyszą sianokosom, ale śpiewane są także dla celów leczniczych i rytualnych. Jest interesujące, że mamy więcej wiadomości, nagrań i bezpośrednich doświadczeń z tym rodzajem śpiewu / praktyki dźwięku niż wielu Słowaków?! Można by coś o tym więcej napisać, ale po co? Znowu robić taki wielki kłopot szanownym Wydawnictwom? Niektóre z nich uchodzą za zajmujące się kulturą Europy Środka, ale to tylko chwyt marketingowy; niczego istotnego o tej kulturze nie chcą się dowiedzieć i tylko tworzą nowsze stereotypy zbudowane na alkoholu / kawie i tanich papierosach. To taki sobie komunizm kulturalny i nowa odsłona chłopomanii w wersji literackiej z koniecznym biskupem w tle. Gdyby to były Stany to jeden gość, który ma kasę a nie jest hujem (co u nas jest jak kruk albinos) rozpieprzył by te - namaszczone przez licealistów i studentów z pierwszych lat studiów - gremia. Ale co tam "gremia", niech spadają i tyle. Zawsze pozostaje wysiłek praktyki i sublimacja we wgląd.
Kilka dni temu zostaliśmy członkami Szwedzkiego Towarzystwa Turystycznego! Przynosi to biuletyny z newsami (po szwedzku...) i zniżki w schroniskach tej organizacji. Zaraz po tym akcie, który planowaliśmy już od roku, zgodnie z logiką wypalania naszej karmy (ej musieliśmy kiedyś nabroić...) okazało się, że na planowanej na lipiec trasie (chyba najtrudniejszej i najdłuższej z dotąd "zrobionych") większość schronisk prowadzą sami Saamowie i zniżka STT nie działa! Ale w Sztokholmie działa bardzo dobrze - ot takie kruczki. To wszystko bardzo pomaga utrzymywać umysł w błogosławionym stanie "nie wiem" czyli praktykować Zen każdego dnia, hmm, hmm.
W Krakowie jest miły zwyczaj dużych wiosennych upustów na książki i w ramach ekscytacji taką "okazją" (chyba będziemy już zapełniać balkony, minęliśmy dawno 3000 książek w naszym domu...) wyłowiłem niezwykłą pozycję pt. Avatar Jamesa Camerona - Jedyna książka ukazująca fantastyczny świat stworzony w najnowszym filmie twórcy Titanica - Tajny raport o świecie Pandory. To dziełko, w wersji angielskiej omawiane już w Plaśnięciu... (zobaczcie wpis Avatar) jest już przetłumaczone! Dla mnie rewelacja (co może niektórych zdziwi lub zasmuci, a niektórych ucieszy radością złośliwą/!) bo to jest to właśnie! Aby stworzyć interesujący film zespół biologów, pisarzy i wizjonerów opracowało całą etnologię ludu Na'vi ( rozdział: Fizjologia i kultura Na'vi !) środowisko naturalne ich planety Pandory (rozdziały: Fauna Pandory, Flora Pandory, Astronomia i geologia ) i kilka innych aspektów życia ludu Na'vi. W książce znajdziecie także opis niezwykłych instrumentów muzycznych ludu Na'vi, z których omati s'ampta (błękitny flet)i t'ritti so jahmka (bębny wahadłowe albo dosłownie "drzewo, które lata" ) są moimi absolutnymi faworytami. Do tego są ilustracje i kilka naprawdę doskonałych tekstów. Całość ma taki "ekologiczny" wydźwięk, że cała nasza zgrzebna "edukacja ekologiczna" może się schować, bo na drzewo jej nie można wysłać gdyż drzewa są już wycięte... ot taki rezultat wbijania w chłopskie i księżowskie łby kilku prostych prawd. Oczywiście wiem, że zaraz zostanę obśmiany za mało poważne lektury (zwłaszcza, że nie czytuję W.I. Lenina i L. Trockiego co pozostało za mną wraz z trądzikiem młodzieńczym) , ale nie wdając się w subtelności takich projektów ( a należy do nich w jakimś sensie i stopniu słynna Sphera, Sphera II, Projekt Eden i kilka innych wizjonerskich przedsięwzięć) dla rechocących polecam porównanie przychodów Avatara i naszego fantastycznego "hitu" eksportowego - Wiedźmin. W budyniowie zawsze będziemy zajmowali się zasadami uprawy ziemniaków i produkcją parareligijną filmów gniotów albo patriotycznych glutów. Sorry, wolałbym jednak pracować przy Avatarze, taki to jestem mało ambitny? Ambitna sztuka kwitnie jedynie u nas, bo mamy Ministra (od) Kultury i (nawet) Sztuki?!
Książkę Avatar... w polskiej wersji językowej zawdzięczamy wydawnictwu www.wydawnictwoamber.pl a więcej o całym projekcie i filmie znajdziecie oczywiście na www.avatarmovie.com
W tivi ostatnio mignął mi taki obrazek: pełne studio dziennikarzy telewizyjnych (są dosłownie jak odlewani z jednej matrycy - gangi, krawaty, krótki fryz, gładkie gęby bez zarostu i cała siła woli włożona w wytrzeszczanie oczu dla profesjonalnego looku) i polityków (opis tych gości byłby niecenzuralny) plus jastrzębie od pilnowania zysków bankowych (tzw. doradcy i eksperci od biznesu, ej boy, tym to by się należało przyglądnąć uważniej) i wszyscy ci faceci (bo sami faceci to byli?! nie nabawili się siusiakami w dzieciństwie, czy co?) walili równo w urzędników rządowych. Urzędnicy rządowi (czyli ci ludzie, którzy mają pilnować ustalonego prawa państwowego i unijnego) to całe zło i główna przeszkoda dla rozwoju. Ja dotąd myślałem, że to ekolodzy są całym złem dla takich gremiów, ale nie - to urzędnicy! Więc teza była prosta: zwolnić urzędników (możliwie wszystkich, no może coś w samych ministerstwach zostawić aby banki, firmy i chłopstwo miało od kogo brać obligacje, renty, Krusy, ulgi podatkowe, dopłaty, odszkodowania od głupoty budowlanej właścicieli i co tam jeszcze) i świat będzie piękny, bogaty, zdrowy i wspaniały! Proponuję na początek zrobić odwrotnie (i bezpieczniej jednak): zredukować o 50-60 procent liczbę polityków etatowych, których żywimy i ubieramy oraz płacimy im za kluby Go Go i inne, wywalić z pracy (tak jak to się teraz proponuje wobec urzędników) co 10-tego dziennikarza telewizyjnego i przy każdej wypowiedzi "jastrzębi" biznesu podawać na pasku dla kogo wypowiadający się pracuje... Poczekamy troszkę i okaże się, czy Ci ludzie, którzy także obciążają nasz wspólny budżet są tacy niezbędni? Pewnie nawet nie zauważymy ich braku i w takim nowym, uwolnionym od samozwańczych mądrali świecie, podyskutujmy już spokojniej o zwalnianiu urzędników. Ci najlepsi z nich znajdą bez wielkiego trudu zajęcie znacznie lepiej płatne i spokojniejsze niż kontakt z tzw. społecznością lokalną. Aby zastosować się do proponowanych zmian podaję info o wypowiadającym się w tym blogu: wypowiadam się jako kompilacja wszystkiego najgorszego w budyniowie: jestem urzędnikiem, ekologiem, czytam i kupuję książki, nie płakałem po papieżu, nie czułem wspólnoty narodowej po Smoleńsku i staram się krytycznie podchodzić do tanich chwytów propagandowych w tivi, których jakby więcej ostatnio w prywatnych imperiach typu TVN?
Tyle słowa na "długi weekend", który nie spędzam w Rzymie, swoją drogą także nie w Londynie!
Na zaaranżowanej przez nas focie Nataszy, która została twórczo potraktowana kodami 0-1 (oczywiście fota a nie Natasza) przez designera Tomka C., odpowiedzialnego za okładkę Wprowadzenia do etnobotaniki... i jej przygotowanie do druku - takie nasze / słowackie klimaty z okolic Osturni.
Pamiętajcie też o sprawdzeniu naszej oferty na www.serpent.pl gdzie znajdziecie też plan koncertów aż do lipca!

Tuesday, April 26, 2011

FITOTRON


Wszystko tak się zagęszcza ostatnio, że wpisy na blogu wydają się jakąś mozolna pracą... Na szczęście także pracą trochę jakby odświętną, coś w rodzaju pisania tradycyjnym piórem. Być może za jakiś czas blog będzie się jawił jak pisanie piórem... gęsim?!
Już nawet trudno mi wyłowić najważniejsze akcje, spotkania i wiadomości z ostatnich dwóch tygodni. Z pewnością do takich należy krótki, ale bardzo intensywny i inspirujący wyjazd do Śląskiego Ogrodu Botanicznego w Mikołowie. Świetna ekipa pracowników, rozmach w projekcie i pracach w terenie (fitotron!, ogrody japońskie...) i spotkanie przy okazji mojego wykładu nt. etnobotaniki w samym Mikołowie - to wszystko było warte wyjazdu. Fitotron to częściowo umieszczony pod ziemią budynek mieszczący komory z klimatyzacja, oświetleniem, wentylację, które wykorzystuje się do symulowania cykli rozwojowych roślin lub stwarzania założonych warunków (mróz, wilgoć, suchy klimat pustyni...) dla obserwacji roślin. Fitotron może także służyć przechowywaniu nasion i uprawie roślin. Duży fitotron ma Uniwersytet Rolniczy w Krakowie, ale że jest już w zaawansowanej budowie fitotron w Mikołowie, tego nie wiedziałem! Nad świetnymi zabudowaniami biurowymi Ogrodu Botanicznego jest wieża, z której widać nieomal cały Górny Śląsk! Ekipa pracowników do tych pomieszczeń przeniesie się pewnie w lecie, a teraz kwateruje w... przedszkolu! Moja wizyta w Mikołowie (14 kwietnia) była także prapremierą Wprowadzenia do etnobotaniki Karpat i Bałkanów tomu I i mam nadzieję, że przyniesie dobre kontakty w przyszłości!?
Na froncie muzycznym zdecydowaliśmy się na umieszczanie w sieci całych płyt (starszych lub okazjonalnych) i dzięki Enjoy Trees! (WFR/Greenpeace), która w pierwszym tygodniu zyskała ponad 2000 odsłuchań i blisko 1000 ściągnięć nasza World Flag Records została zauważona jako osobna labela! Zauważyli nasze wydawnictwo oczywiście w USA ... w Polsce jedynie Serpent.pl okazał się być stałym i dobrym partnerem. Serpent.pl ma sporo naszej muzyki do odsłuchiwania (sample) i do kupowania jako płyty i jako mp3. Z nowości WFR kończymy pracę nad wydaniem specjalnej reedycji mojej solowej płyty pt. Cyber Totem w wersji core czyli skróconej do najistotniejszych utworów, wzbogaconych remiksem muzyki Karpat Magicznych wykonanym - wiele lat temu - przez Paula Wirkusa. Ten ponad 5 minutowy remiks nosi tytuł: Karpaty Magiczne Analogia Mix i dobrze koresponduje z częścią mojej muzyki z tego albumu. Przypominam, że Cyber Totem wydał REQUIEM Rec. na dość dla mnie dziwnych zasadach w 2007 roku. Było minęło, ale do muzyki warto wrócić. Z Paulem Wirkusem to długa opowieść... i jakże budyniowa. Był czas, że każdy magazyn muzyczny, każdy anons, ba! nawet otwarcie lodówki lub szuflady ukazywały postać i dzieło tego muzyka! W tym czasie otrzymaliśmy i my remix od Paula Wirkusa, jako wynik miłej korespondencji i zainteresowania wzajemnego. Nie zdecydowałem się w tamtym czasie na opublikowanie tego nagrania i włączenie w zagłaskiwanie tego muzyka przez VIP-y budyniowej awangardy i sądy kapturowe, decydujące co jest, a co nie jest ważne. I jak to bywa w budyniowym światku, gdzie po 2-letnim cyklu wynoszenia pod niebiosa, echo odbija się później latami od pustych czaszek, Paul Wirkus przestał być ulubieńcem mądralińskich i jakoś tak sprawa ucichła? A może tylko ktoś zaczął być Wirkusem Bis i wiadomo, pierwowzór nie był już potrzebny?
Jeżeli posłuchacie remixu Wirkusa z około 2000 roku to sami usłyszycie, że jest intrygujący także w 2011 roku.
Na muzycznym froncie w Budyniowie robi się już całkiem kiepsko: jak nie X Factor to jakaś inna beznadziejna zaraza i muzyka zaczyna się kojarzyć z rodzajem kitu do klajstrowania mniej pofałdowanych wersji mózgów i tandetnej rozrywki. Do tego, w niby niezależnym światku "muzycznym" rozpleniła się maniera czegoś, co prosi się nazwy: djembe soft porno. Nawalanie na bębnach do podrygiwania podmalowanych tancerek na golasa uchodzić ma za jakiś etniczny styl? Co to ma być? To podobno jest także koncertem muzyki? To już wolę słynne remixy ścieżek dźwiękowych filmów porno z lat 70-siątych! Znacznie bardziej ambitne i w wersji niemieckiej: tylko dla zuchwałych! A my dalej swoje i ciągle można poczytać wywiad z nami w magazynie Gitarzysta!
Od piątku prowadzimy warsztaty na Sopatowcu. Podobno termin wiosennych warsztatów na Sopatowcu zbiegł się z innym ważnym terminem i spodziewana jest jakaś załamka w Rzymie?! Sorry, to nie było zamierzone!
Na focie z naszych wędrówek z kilku ostatnich dni na Słowacji: kocioł w Tatrach , z którego bierze się ważna i subtelna energia! Tak mawiają badacze tradycji, my to czujemy! Czasem udaje się to umieścić w muzyce. W kicie, budyniu, soft porno i iks sraktorach się tego nie da zrobić.

Monday, April 11, 2011

Granice wytrzymałości

Postanowiliśmy ich nie testować. Jak słusznie pisze Marek, ewakuowaliśmy się 9. kwietnia i w gruncie rzeczy pozostaliśmy ewakuowani do tej pory, bo przez zapamiętane kosie trele jakoś nie przebija się żaden nekrofilski bełkot. Przepraszam, jeśli ktoś czuje się urażony, odróżniamy po prostu żałobę od spotworniałej, śmierdzącej i męczącej awantury, którą jesteśmy molestowani (pun intended!) nie tylko przez księcia ciemności vel skina w garniturze, ale także przez niemal wszystkie media. I dlatego woleliśmy poranek z obowiązkowym niedzielnym folklorem słowackim w telewizji przy śniadaniu (recepcja naszego ulubionego od lat ośrodka w Czerwonym Klasztorze :-), czyli niepozbawioną wdzięku pozostałość po tamtejszym socrealu, a także sobotę z zacinającym deszczem i śniegiem oraz szalejącym wiatrem. Cóż, właściwie PIeniny były dla nas nadzwyczaj łaskawe tym razem - otwarlła się słoneczna plama między kolejnymi ulewami i przebrnęliśmy jak te legendarne zastępy przez Morze Czerwone do naszej zamagurskiej Arki (a co, udziela się retoryka, od dwóch dni jesteśmy już po tej stronie Dunajca). Próbujemy czasem liczyć, który to raz przemierzamy trasę wzdłuż Dunajca (tak, tym razem też nie spotkaliśmy NIKOGO na bodaj najbardziej uczęszczanym szlaku Karpat), ale to próżny trud. Tak naprawdę wcale nas liczby nie interesują, jedno jest pewne: nigdy nas to przejście nie przestało zachwycać. To żadna tam górska męska przygoda ani nawet porządna wycieczka - ot, dwugodzinny spacer wzdłuż Dunajca, czasem mijamy na tej trasie całe peletony, a coraz cześciej tylko kaczki , myszołowy i wielkie rybska (stosowanie wybierając pory pograniczne nocno-dzienne lub pogodę w stylu "dla zaawansowanych miłośników karpackiej marznącej mżawki"). A jednak jest to trasa, którą mamy zapisaną pod skórą i moglibyśmy przemierzać ją  zamkniętymi oczami, bo poznajemy, gdzie jesteśmy po zapachu roślin i wody. Pieniny i Małe Pieniny (to zabawne,  bo są większe od Pienin właściwych) to nasza archetypowa przestrzeń do włóczenia się, poza wszelkimi szlakami i mapami, zachęcają do tego łąki, zbójnickie ścieżki (pozostałość z czasów, hm, co tu kryć, "zielonej granicy") przełęcze i ukryte w jałowcach schowanka. I tak kilka razy do roku.