Friday, May 28, 2010

PO-WRO


Kasia jeszcze nie przysłała fotek z koncertu we Wrocławiu ale jak już je opracuje to pewnie kilka będzie zastanawiających. Bo grało mi się bardzo dobrze... mimo tego, że tłumy nie napierały, ale i czas jakiś taki smętny? Powodziowy? Tak przynajmniej twierdził wódz Firleja i chyba miał trochę racji. Podobno wszystko już było, jest stała powódź znakomitych wykonawców, którzy grają za "czapkę gruszek", więc panuje apatia i przesyt. W takich czasach najlepiej słucha się tych piosenek, które już znamy...czyli Top Trendy! Ale o tym nie wiem zbyt wiele. Z radością wysłuchaliśmy życzliwych rad młodego nagłośnieniowca, który doradzał dokupienie jeszcze jednego miksera (bo mamy tylko dwa...) i zatrudnienie własnego inżyniera dźwięku! Tyle lat zajmuje się graniem koncertów a dotąd na to nie wpadłem! Człowiek uczy się całe życie. Z Krakowa do Wrocławia jechaliśmy autostradą (!) trzy godziny; wyjazd na koncert o 13.00 i powrót do siebie na 3 w nocy... to jest całkiem dobra opcja. Może dlatego też lubimy Wrocław bardziej niż inne miasta?
Borykam się z tysiącem małych i większych problemów w organizacji mini trasy: Voices from Tibet, jest już strona internetowa! są też zaskakujące sytuacje: Ci co powinni pomóc robią jakieś budyniowe fochy, inni pomagają bardzo konkretnie, szybko i bez filozofowania. Chcesz wiedzieć na kogo możesz liczyć ... zorganizuj z nim jakąkolwiek imprezę. Trafiają się ludzie, którzy czują się zarządzającymi wszelkimi sprawami dotyczącymi Tybetu. Bez nich nastąpi koniec świata? Nawet najszlachetniejsze powody nie usprawiedliwiają bezpodstawnych oskarżeń i arogancji. Warto czasem sprawdzić, czy rozum nie śpi? Może takie wezwanie: po pierwsze: Ratuj Rozum!?
Dzisiaj miałem dzień ogrodnika! Rano odebrałem z Uniwersytetu Rolniczego (a co!) sadzonki różnych ziół przyprawowych, a wczesnym popołudniem już sadziłem je w donicach i skrzynkach. Jest tego troszkę: trzy odmiany bazylii, lubczyk, lebiodka, szałwia, lawenda... przezimowała mięta amerykańska, rozmaryn i piołun! Bez zrywanych własnoręcznie ziół nie wyobrażam sobie naszej kuchni. Poza tym, kulinarnym aspektem, jest jeszcze coś trudnego do wytłumaczenia; potrzeba pracy z roślinami, ich obecności, kontaktu z nimi. Dzikie wino na naszym balkonie od zachodu rośnie fantastycznie i mimo, że nie jest przyprawą daje nam coś ważnego. Czy to już mistyka przyrody? Pewnie lepiej byłoby to nazwać: "artefakty Natury w przestrzeni miejskiej" ?
Jutro idziemy z A. do studia Radiofonii, bo od 18-stej z groszami mamy gadanie "na żywo" plus obszerne fragmenty kwietniowego koncertu z Fortów Kleparz w Krakowie. Tak to się zrobiło... no całkiem to miłe. Do tego jeszcze audycja nazywa się "bez biletu"! Bambosze, fotelik i bez biletu...no, milutko. Tylko my mamy 4 godziny sobotniego czasu zajęte. Ale jak ktoś chce sławy, pieniędzy i popularności to musi tyrać.
Na focie Primula farinosa czyli Pierwiosnka omączona, jest to roślina skrajnie zagrożona wyginięciem gdyż w Polsce rośnie jedynie w jednym miejscu, na kilkudziesięciu arach!!!

Sunday, May 23, 2010

TRAVEN


Maj to specyficzny miesiąc, który na Słowacji nazywają: kvetniem, a na Ukrainie: traven...zawsze jakoś to łatwo sobie wyobrazić bo wszystko kwitnie i jest wreszcie zielono a nie biało. A u na maj? Coś jak z naszym rowerem... wszędzie to jakaś pochodna bicykla a u nas rower! Ale co kraj...to obyczaj...Tak czy siak to czas obrzędów, które całkiem odstają od kierowniczej linii i obowiązujących skojarzeń. W centrum tych świąt stoi (często dosłownie) młoda brzoza. Raz jest to kilka gałęzi, innym razem to całe drzewko przybrane w kolorowe wstążki. Brzozę, w niektórych krajach zastępuje dąb. W Bułgarii odprawiano ciekawy rytuał wyboru towarzyszki Peruna (Perun to u Słowian czyli u nas? bóg piorunów) zwanej także Peperuną. Rytuał ten miał prosić Peruna o pioruny i rozpętanie burzy, a w konsekwencji spowodowanie opadów deszczu. Nagą dziewczynkę, przybraną w liście, kwiaty i gałązki bzu czarnego przeprowadzano przez wieś i tańcząc polewano wodą. W naszej sytuacji chodzi nam raczej o skutek odwrotny ale adresat - Perun jest ten sam. Perun używał piorunów kamiennych. Za tę broń uchodziły fulguryty, belemnity i wszelkie inne kamienne twory o kształcie strzały. Z tego wywodzi się ogólnosłowiański zwyczaj uderzania się po głowie kamieniem, gdy rozlegnie się pierwszy, wiosenny grzmot. Myślę, że zepchnięcie starych obrzędów i wierzeń do worka pt. "pogaństwo" i zastąpienie ich przez indywidualne, nawiedzone akcje wystawiania kości świętego na wieży aby coś ten święty zobaczył (!) jest ze szkodą dla naszej kultury. Może warto by powrócił obyczaj stukania się po głowie kamieniem. Bo jak się stukniemy solidnie to poza zobaczeniem tzw. "gwiazd" (jest to jedna z technik transowych) może się nam przypomni kim jesteśmy?
Tak więc, delektując się starymi Zielonymi Świętami cieszyliśmy się widokiem pięknych zbiorowisk muraw kserotermicznych (upraszczając: łączki ciepłolubnych roślin) z piękną i znaczącą wiele w naszej kulturze szałwią! W drodze na łączki spotkaliśmy miłego pana, który zbierał namiętnie kwiaty kosaćca syberyjskiego. Nie dość, że kosaciec bidulek zasypywany jest sedesami, umywalkami i gruzem z łazienek to jeszcze zbioru dokonywano na terenie chronionym. Ta wolność zasypywania wszystkiego śmieciami jest gorąco broniona przez grupy osób wojujących hasłem: precz z zagospodarowywaniem dzikich terenów Krakowa. Dzikie znaczy pełne sedesów! Ale wracając do "świątecznej" wycieczki rowerowej... Po łagodnym upomnieniu, zbieracz nie tylko nie dał mi pięścią w twarz (to obyczaj powszechny pośród lokalnych społeczności) ale przeprosił i wycofał się do samochodu unosząc wstydliwie zdobycz... Wracając, zauważyliśmy badaczy roślin łąkowych jak z aparatem fotograficznym buszowali pośród resztek kosaćców. Naukowcy i fotograficy mają najczęściej gdzieś ochronę i zachowanie tego co badają/fotografują. Badane "obiekty" interesują ich do czasu obrony pracy doktorskiej, habilitacje robią już na innych... Miło jest, mimo wszystko, mieć poczucie, że ochroniło się kilka "obiektów" dla nauki?!
Te łączki z kosaćcami to tylko echo naturalnych, pięknych łąk jakie oglądałem w sobotę. Na blisko 100-hektarowych Belianskich Lukach, granicę nie wyznaczają rzędy domków, kulturalnych i miłych zabójców przyrody ale same... Tatry i Pieniny. Z pełnych Żóltahlava evropskiego czyli Pełnika europejskiego łąk, widać i owszem dużą wieś - Lendak, ale leży ona na stoku górskim, a nie na torfowisku.
Ale co tam, ważne jest co się czuje brnąc po podmokłych łąkach! Czuje się mianowicie obcowanie z nieskończenie różnorodnym żywym środowiskiem o fenomenalnych zdolnościach przystosowawczych i organicznej żywotności i zmienności. Kiedy z troską mówimy o kruchości przyrody i konieczności ludzkiej opieki nad "mniejszymi braćmi", zawsze mam poczucie nieporozumienia i fałszu. Chronimy tę przyrodę, bo taką tylko znamy i umiemy w niej/z nią żyć. Inne formy są nieznane, obce i grożą naszemu poczuciu estetyki, ale te inne formy się pojawiają i będą zastępowały zniszczone przez nas. Chronimy - o ile chronimy? tylko nasze wyobrażenie o przyrodzie i naprawdę nie robimy nikomu, poza sobą, łaski.
Mnisi z Drepung mają już gdzie uruchomić energię dźwięku i przypomnieć o swoim istnieniu. Pieniądze, jakie mam nadzieje, zbierzemy wspomogą najmłodszych mnichów-dzieci i ich kształcenie. To ważne. Cieszy mnie, że przy tej okazji tacy ludzie jak Robert B. i Magura, Janek K. - mówią bez zastanowienia: tak, jasne, że zagramy!
Ostatnio słuchamy starych nagrań krautrocka w niesamowitych kompozycjach Faust, Can, Ash Ra Tempel czy Amon Duul... Ale pośród tych nagrań powaliła mnie płyta... Kraftewerk - Kraftwerk 1 Stratovarius! Ojcowie chrzestni muzyki elektronicznej grali jak dobry psychedeliczny projekt! No to już rozumiem dlaczego taka nazwa: "power plant"(po niemiecku: kraftwerk).
Przy tak starym, zielonym święcie muszę też się pokajać! Już nie będę sobie żartował z jamników i ich właścicieli. Odszczekuję wszystko uroczyście po akcji ewakuacji schroniska dla zwierząt w Krakowie: ludzie brali po kilka psów i kotów, inni zaraz dzwonili i kiedy następni przybywali ratować zwierzaki zastawali kartki z napisem: zarezerwowane! Wow! czuję, że jamniki mają z tym coś wspólnego! Ten stary obśmiewacz jamniczej sprawy umarł wraz z błyskawicznym uratowaniem schroniska... a narodził się całkiem nowy fan jamniczej subkultury. Nawet okulary sobie kupiłem.
Na focie Pełnik europejski z łąk na Słowacji...

Saturday, May 22, 2010

GUTTENTAG


Tydzień temu, w sobotę dojechaliśmy do Konina na ostatni dzień spotkań: VC_NŻ czyli Wieża Ciśnień na żywo. Salka w autentycznej kolejowej wieży ciśnień, okazała się świetna a akustyka sprawiła, że program uległ drastycznym zmianom w kierunku totalnej improwizacji. To z naszej strony jest komplement dla miejsca i organizatorów. Dopięte programy gramy jedynie w trudnych warunkach, przy niechętnych "nagłaśniaczach" (zazwyczaj są to wybitni wirtuozi konsolety i wytrawni znawcy gitar - cudzych) i słabej (czyli klubowej) akustyce sali. Andrzej W. miał trudniej niż zwykle (a zwykle nie ma z nami łatwo...) gdyż wiedzeni brzmieniową mapą wieży zaczynaliśmy grać we dwójkę o piętro niżej od sceny i stolika z Jego instrumentami. Tym razem, graliśmy bez Uli S.- w trójkę. Nasze samopoczucie, mimo odległości Kraków - Konin było całkiem dobre... z piątku na sobotę trafiło się nam niezłe party w Czeladzi...z okazji urodzin siedmiolatka (!) więc do Konina jechaliśmy z Gliwic a nie z Krakowa. Do tego jeszcze Andrzej wybrał ekstremalnie wąską ale piękną drogę i raz po raz podnosiły nas na duchu tablice z nazwami wsi: a to Bzinica Stara czyli lakonicznie: Bzinitz! a to: Dobrodzień, co w języku niemieckim brzmi zalotnie: Guttentag! I jedzie się od Gliwic przez takie podwójnie nazywane wsie i nic się jakoś od tego nie dzieje, a w Gorlickim jest problem z włościanami co udają, że nie wiedzą nic a nic o Łemkach?!
Nasze granie było rejestrowane i filmowane więc pewnie kiedyś nadejdzie konfrontacja naszego wrażenia i zapisu. Słuchaczy nie było zbyt wielu bo akurat na miejscowym stadionie grały tuzy "offu" Afromental i chyba Muniek! Strasznie się wyrywałem na te koncerty, taka okazja zobaczenia jak się robi muzykę dla milionów... i nic. Ale jeszcze się kiedyś wybiorę. Człowiek powinien się uczyć stale! Napisał do nas odkrywca jedynie słusznej drogi i pouczył, że mamy "kiepską strategię marketingową"! Pewnie doradza największym? Ta ocena wywiedziona została z faktu, że ów mędrzec nie mógł sobie w internecie przesłuchać całej naszej nowej płyty i stwierdzić, że warta jest kupna lub poniechać kupowania chłamu. I na nic nasze oznaczenia CC, obszerne fragmenty, niskie ceny... Ale uczyć się trzeba... więc spróbuję w kinie zapowiedzieć bileterowi, że zapłacę po oglądnięciu i uznaniu, że film jest: na odpowiednim poziomie artystycznym, jest dobry, jest śmieszny, jest dostatecznie brutalny, przypomina filmy z Borewiczem... itd. bo kryteria ustalam ja sam. Wielki znawca muzyki, najwidoczniej zakłada, że artyści są od giglania pod brodą...i jak nie giglają to mają kiepską "strategię marketingową". Flaki się skręcają od takich teorii.
Po brawurowej akcji z Wawelem, pan biskup Dziwisz szaleje dalej! Ogłosił, że wyniósł kostki kościelnego świętego na wieżę aby ten święty (ma się rozumieć, że martwy od dawna) zobaczył (!) powódź!? I na Wawelu gniewali się o poczciwy czakram! Kości na wieży, światła bijące z krypty tylko zapowiadają niesamowite zjawiska! Słynne, średniowieczne liczenie ilości diabłów mieszczących się na końcu szpilki zmienia się obecnie w liczenie ilości diabłów mieszczących się w pendrajwie? Czy ja śnię? Czy będziemy karmili smoka dziewicami, a GW i TVN stwierdzi, że tego nie będą komentowały bo chodzi o zgodę narodową? Redaktor Pospieszalski nakręci chwytające za gardło wypowiedzi dziewic, które oświadczą, że odkryły chęć bycia smoczą karmą i że się tego nie wstydzą? Do tego jakieś dziwne postaci w tivi wyśmiewają i upominają zaocznie pana Andrzeja Wajdę, aby tylko nie dowiedzieć się co chciał przez "wojnę" powiedzieć. A od dyktatury (np. chłopskiej, kościelnej, medialnej...) do wojny nie jest daleko. Za tzw. komuny też nie wolno było rzucać tego rodzaju stwierdzeniami bo dostawało się po plecach w myśl hasła: "socjalizm tak, wypaczenia nie!" i wszystko toczyło się dalej.
Wszystko to skończy się tak, że rozbicie na warowne obozy (nazywane zgodą narodową i solidarnością społeczną) wejdzie na stałe do naszego życia i ja już to kiedyś przerabiałem. Wygrażanie powodzi starymi kośćmi z kościelnej wieży to tylko część tego zadziwiającego spektaklu. Dużo więcej wdzięku miał napis: "Falo - spierd...!" zawieszony na moście, a nawet " kto ma Lecha ten ma pecha!" z kulminacji wody pod Wawelem i mostem Dębnickim. Otwieram mój ulubiony portal Onet.pl i czytam: " Osoby, które popierają procedurę in vitro, stoją w jawnej sprzeczności z nauczaniem Kościoła Katolickiego, zatem nie mogą przystępować do Komunii Świętej". Na dodatek ten komunikat wydała Rada d/s Rodziny Konferencji Episkopatu Polski?! To co nieomylnym wzrokiem będą prześwietlać i spopielać kłamczuszków? Od ideologii się rzygać chce, zwłaszcza, że dotyka ona wszystkiego. Pierwszy z brzegu przykład to taki, że mogliśmy zagrać w klubie Johna Zorna - "Tonic" w Nowym Jorku, a nie możemy zagrać w "Cheder" w Krakowie; bo za słabo "nawiązujemy" do klezmerskich tematów. I wcale się tam nie pcham (bo okazuje się, że można działać spokojnie nie przystając na wykluczanie, złe traktowanie, złe warunki koncertowe w kilku bardziej "jedynych" miejscach w Krakowie) a nawet chętnie wypijam tam kawę i herbatę typu "Tuareg" ale chodzi o otwartość i wyczucie.
Koniec tygodnia był fantastyczny, w piątek brnąłem przez wielkie łąki pełne całkowicie obezwładniających łanów żółtego Pełnika europejskiego... aż dotarłem do A. w Krakowie...ale to opiszę jutro, aby usypać w ten sposób wał przeciw powodzi głupoty i uzurpacji. Jak solidarność to solidarność!
Na focie Kasi koncertowe stanowisko pracy Andrzeja W. w Koninie - ja nie wiem, jak to jest, że wszyscy słyszą fujarki?

Thursday, May 13, 2010

VOICES FROM TIBET


Pisałem już o mnichach z klasztoru Drepung ale z wielką satysfakcją mogę dzisiaj dopisać: 9 czerwca 2010 r. o godzinie 18.00 w sali Muzeum -manggha- w Krakowie rozpocznie się arcyciekawy koncert buddyjskiej muzyki liturgicznej. To tylko część tego co szykujemy i dzisiaj mogę tylko potwierdzić, że poza koncertem, na którym będziemy prosili o wsparcie dla jednego z najważniejszych klasztorów w Tybecie, będzie też okazja do porozmawiania z mnichami w innym miejscu i dniu. To wszystko staje się możliwe dzięki energii i bezinteresownej pracy wielu ludzi. Zajmowanie się tym projektem jest dla mnie źródłem ciągłej radości! Mam nadzieję, że także wielu ludzi będzie uczestniczyła w koncercie i zrobimy coś realnego dla zachowania i kultywowania tradycji Tybetu.
Parę godzin temu wróciłem do Krakowa z trzech dni bardzo intensywnej pracy w Karpatach. Mimo zmęczenia, mam poczucie dużego zadowolenia z tego, że wypracowałem sobie możliwość służbowego biegania po takich miejscach jak Małe Pieniny, Beskid Wyspowy czy Gorce i to w sprawach, które wykraczają poza krąg zakreślany jedynie ludzkim wzrokiem. Nie żyjemy na tej planecie sami... Tylko dzisiaj przyglądałem się blisko dziesięciu salamandrom; od kilkucentymetrowej do okazu ponad 25 cm..., kumakom w płytkich kałużach, traszkom karpackim, pięknej traszce górskiej... Nad rwącym potokiem obserwowałem skaczące pod prąd i betonowe zapory spore pstrągi... Wyskakiwały i spadały do spienionej wody, wyskakiwały i spadały aby ponawiać próby bez końca. Ta wytrwałość i skupienie się na celu bywa dość często wykorzystywane w symbolice Zen; musisz nieustannie próbować opanować chaotyczny i trudny do okiełznania strumień myśli, znowu i znowu. Skaczące pod prąd pstrągi tego nie wiedziały ale właśnie zdecydowaliśmy, że należy przebudować zapory na potoku tak aby umożliwić rybom i innym stworzeniom wędrówkę w górę nurtu. Cieszę się na myśl, że przyjdzie taki moment, w którym wytrwałe pstrągi osiągną swój cel. Stanie się to nie tylko dlatego, że przeszkody zostaną usunięte ale także dlatego, że nie przestawały ponawiać wysiłków. Jestem też pewny, że usunięcie przeszkód to skutek bezustannych wysiłków...bo te elementy są głęboko powiązane.
Na focie; grupa mnichów przed klasztorem w Drepung.

Sunday, May 09, 2010

DREPUNG


Drepung znaczy stos ryżu... Ten drogocenny stos ryżu usypany w 1416 r. w pobliżu Lhasy w Tybecie jest niegdysiejszym największym klasztorem buddyjskim ale być może był także największym klasztornym uniwersytetem na świecie. W czasach swej świetności w jego murach uczyło się czasem blisko 10 tys. mnichów! Klasztor ten był siedzibą pierwszych dalajlamów do 1642 roku, gdy Wielki Piąty przeniósł swoją siedzibę do pałacu Potala. Mnisi z tego właśnie klasztoru są już w Warszawie i za moment zaczną pielgrzymować po Polsce w celu zbierania wsparcia dla klasztoru. Mnisi są znani z aktywności na rzecz swego klasztoru i do legendy przeszedł ich koncert w Cornegie Hall... z Davidem Bowie, Philipem Glassem, Patti Smith...
W najbliższych dniach zdecyduje się kiedy i gdzie w Krakowie przyjmiemy mnichów z Drepung! Pomoc każdego mile widziana...
Jest już zapowiedź naszej szerszej (Karpaty Magiczne, Południca, filmy, wydawnictwa, wystawa itd.) promocyjnej ekspedycji do Wrocławia - 26 maja ("Wrocławski Event")
Ale wcześniej zagramy w Wieży Ciśnień w Koninie... dla 40 osób, które się tam dostaną! Przypomina mi się bunkier atomowy w Davis (CA) gdzie publiczność aby posłuchać improwizowanego koncertu schodziła pod ziemię po drabinie... To jest real underground... W Koninie grają bardzo ciekawe ekipy, najlepiej mają Małe Instrumenty bo się ich dużo zmieści?!
Jak już będziecie / będziemy mieli wszystkiego dość to wybierzemy się na Jogę w Bieszczadach! Tak się nam tu w tym Budyniowie porobiło... Warto... plasnąć!
Sorry...ciągle nie mogę się oderwać od fotek Kasi, które popełniła w Katowicach...

Friday, May 07, 2010

POGRANICZE


Dzisiejszy dzień miał mocny początek - fotel stomatologiczny i męka ze strachu bardziej niż z bólu... ale poczucia dobrze spełnionego obowiązku "po" nic nie zastąpi! Po dwóch dniach poza Krakowem moja skrzynka pocztowa pęka od ciekawych listów... część z nich opanowałem ale jest jeszcze kilka na "później", jakie pomysły! co za rok! się kroi...
Kiedy, kilka miesięcy temu nadeszła propozycja grania koncertu w ramach Święta Herbaty w Cieszynie z radością przystaliśmy na ten skromny -w tamtym czasie- plan. Po pierwsze; bo herbata! po drugie; bo święto a nie zawody, po trzecie; bo zaproszenie było na tyle wcześniej, że widzieliśmy ideę i pole do współpracy, po czwarte; bo pogranicze i to czesko-polskie, a my jesteśmy i prywatnie i jako muzycy ludźmi pogranicza. Pogranicze to coś bardzo specyficznego, trudnego do zdefiniowania ale też bardzo konkretnego, coś w co trzeba wejść. Mam wrażenie, że wielu muzyków nigdy pogranicza nie dotknęła ale paple o tym dużo bo myśli o pograniczu jako o idei tylko... Co kilka tygodni, uzgadnialiśmy z twórcami Święta Herbaty nowe pomysły (nawet o tym pisałem już) i pojawiały się informacje o nowych, zaproszonych do grania zespołach i obecności innych muzyków... Święto powoli rosło lub lepiej: napar naciągał i stawał się naprawdę aromatyczny. Te wiadomości jakie ostatnio napływają są już całkiem rewelacyjne. Ale sami zobaczcie i pomyślcie o kilku dniach w Cieszynie, w około daty 16-17 lipca 2010r.
Wczoraj wróciłem z zawodowej wyprawy w Beskid Niski... Było przepięknie: kwitną tarniny, bzy czarne w starych, porzuconych, łemkowskich domach, salamandry, buki w jeszcze delikatnym listowiu... ale o tym się nie da pisać nie wpadając w banał! No więc napiszę o pierogach z serem (w tym miejscu lepiej je nazywać; "Rusińskie") z rydzami w śmietanowym sosie... Tak karmią we wsi Zdynia, blisko granicy ze Słowacją.
Redakcja "Dzikiego Życia" nadesłała nowy numer pisma z moim tekstem pt. "Etnobotanika", polecam także dlatego, że dzięki zabiegom Grześka B. udało się tekst ładnie i ciekawie obudować rozmowami z dr Łukaszem Łuczajem i dr hab. Piotrem Siwkiem z UR w Krakowie. Wyszedł całkiem ładny lead, jest też dostępny w sieci.
Kasia G. przysłała kolejne (po Fortach w Krakowie) foty z koncertu. Tym razem to relacja z koncertu w klubie Cogitatur w Katowicach. Jak widać mocno iskrzyło między nami! Nic dziwnego, dla nas to pogranicze muzyki...

Monday, May 03, 2010

SVINIE


Pieniny w okolicach Czerwonego Klasztoru na Słowacji to jest "nasza" przestrzeń i kilka dni spacerowania z nagrywarką i aparatem fotograficznym dało nam nowy zastrzyk energii. Klasyczne soundwalks po pasterskich ścieżkach, bez wyraźnego celu i ram czasowych jest wielką przyjemnością. I tak jak zawsze na takich niewymuszonych szlakach trafiły nam się sytuacje nie do zaplanowania: zaganianie owiec z pasterzem, kawa i vinea w prawdziwej, wiejskiej knajpce (hostinec), foty roślin z magicznego ogródka Brata Cypriana, dziadek sprzedający wykonane przez siebie orły z cieniutkich świerkowych drewienek. Wystarczyło, że trasę z Czerwonego Klasztoru do Szczawnicy przeszliśmy pomiędzy 6.30 a 9.00 i już nie było problemu z "najazdem" turystów, nigo nie spotkaliśmy! Pasterz, któremu owce uciekały we wszystkich kierunkach, poza tym gdzie chciał aby szły... mijając nas rzucił: te owce to "svinie"... Ale to nie było wcale z wielkim wyrzutem czy skargą, raczej z pewnym żartobliwym przyzwoleniem: robią co chcą, są "svinie" ale czy mamy prawo mieć do nich pretensje?
Majowy zapach łąk w deszczu i mgły otulające Pieniny, wyczuwalne ale tylko na moment widoczne Tatry... to jest coś tak specyficznego, tak organicznie wbudowanego w nasze życie, że aż trudno o tym pisać. A deszcz lał, bo taki deszcz to "svinia", ale co z tego?
No i już zaczynamy maj! Poza tysiącem innych zajęć zagramy podczas bardzo dobrze zapowiadającej się imprezy "Wieża ciśnień na żywo" w Koninie. O pierwszej części tego projektu pisaliśmy na naszej głównej stronie 14 stycznia tego roku. W połowie maja zagramy w części drugiej. Szykujemy zupełnie improwizowany set tylko na ten czas i miejsce. Zupełnie inaczej będzie we Wrocławiu. W Firleju, przy okazji imprezy promującej Festiwal Karpaty Offer zagramy materiał z naszej nowej płyty. Cała impreza (razem z filmami, wystawą, materiałami promocyjnymi) oraz koncertem Południcy i naszym, zapowiada się miło?! Będzie okazja do kilku spotkań...
Na obrazku cztery foty Tulismanore, o której fotach pisałem ostatnio.

Friday, April 30, 2010

KATOWICE


Cogitatur znam z bardzo dawnych sytuacji i wiele się w nim zmieniło ale jest tam gdzie był i to jest już jakiś sukces (bo mógłby być tam bank albo parafia PiS-u). Cierpliwy i dociekliwy freelancer nagrywał rozmowę ze mną, prowadzoną w trakcie zmieniania baterii w generatorze... To bardzo ważne, że są ludzie, którzy wiedzą sporo, chcą się dowiedzieć więcej i nie tracą zmysłów od kitu wciskanego nam przez Wielkich Zawiadowców Kultury Polskiej. Koncert rozpoczął się około 21.30 - a kwadrans po dwunastej w nocy podjechaliśmy pod naszą "wieżę" w Krakowie i był to drugi sukces tej nocy... Pierwszym było naprawdę energetyczne granie... i zainteresowanie naszymi płytami. Do tego pasma sukcesów doliczyć można, że aż dwóch free-lancerów z Katowic pracuje nad rozmową o KM, a to wszystko w sytuacji tzw. umiarkowanych tłumów na widowni. Nie, nie było pusto ale falujący tłum jak z reklamówek atakujących z VIVY albo MTV (bo trudno już te stacje rozróżnić) nie pulsował na parkiecie narajany krakiem. No i mamy klasyczny problem ze szklanką do połowy pełną? czy do połowy pustą? Cogitatur jest O.K. : nagłośnienie bardzo dobre i brzmienie satysfakcjonujące, "stage" zawodowa i wbrew mylnej etykiecie bardziej nam odpowiadająca niż klaustrofobiczne klitki z czerwonej cegły z rozpoetyzowanym duchem Piwnicy pod Baranami w tle. Tomek - organizator bez zarzutu i 300 naszych plakatów na mieście (wiem, wiem w Katowicach powinno wisieć 3000 plakatów...) plus informacje w wielu różnych miejscach sieci. Tomek powiedział mi: wszyscy, którzy was tutaj znają, mieli czas i 30 złotych - przyszli. Nie przekonaliśmy innych? Gadaliśmy o tym po koncercie i w samochodzie ale skłaniam się do szklanki "w połowie pełnej". Nikt za naszą promocją "nie stoi", mój ulubiony Onet nie daje takich wiadomości bo ma inne, oto wtorkowy przykład ich wagi: " hitlerowscy żołnierze potrafili latać?", "tajemniczy projekt Waglewskich w Warszawie", "jak zapoznać ze sobą dwa psy"... Co do Waglewskich to pewnie jest ważna informacja bo domyślam się, że pewnie będzie soundtrack do filmu pana Pospieszalskiego o tym jak nas oszukano, że nie jesteśmy zaślepionymi nacjonalistami podjudzanymi przez biskupów i dlaczego pan Lech Kaczyński był królem naszych serc i wspaniałym politykiem skoro nie był. Ale wracając do sprawy; wszyscy wiele gadają o niezależności i offie ale kończy się zazwyczaj uchlaniem się do nieprzytomności przy skocznych bajendach plus rozprowadzenie towaru... I przy takich okazjach kluby zapełniają się po brzegi, więc? Ale, ale - jest ciekawa inicjatywa kościelna w Łodzi. Tam księża zebrali zespoły "rege" (proponuję taką pisownię aby nie obrażać Rastafarian i Ich niegdysiejszej muzyki)i "zasugerowali": grajcie i bawcie się ale bez ziela! I oni poszli i bawili się a księża ogłosili: to nasz pomysł na "dobrą" zabawę... I skłamali. Bo dawno temu wymyślono ruch czystej muzyki i środowisko ostrych muzyków nie stosujących używek, w przewadze wegetariańskie. Ale, że środowisko to nie miało wiele wspólnego z kruchtą to cicho sza, nie istniało i kto się o to upomni? A poza tym drobnym sprostowaniem takie "rege" przedwyborcze to ściema i mącenie w głowach porównywalne z działaniem ziela, tyle, że smutne jakieś. Równie dobrze można ogłosić: kościelna pielgrzymka bez alkoholu, albo młodzieżowa pielgrzymka bez jednego wzwodu, "dobry" heavy metal to cichutki heavy metal?!
Więc w klubie Cogitatur widziałem wczoraj szklankę napełnioną do połowy, bo to co nas spotyka to efekt rozpadu naszej budyniowej społeczności: takiego rozwarstwienia w sensie kulturowym ale też i ekonomicznym dotąd nie oglądaliśmy. W naszym otoczeniu nie ma nikogo kto optował by "za Wawelem" ale jakoś pan "srogi" Pospieszalski nie trafia do nas, ani on, ani jego brat ani też pani od reklamy rajtuz, której śpiew ośmiesza telewizje, które za to płacą. Może niech płacą rentę za słuszność poglądów i wspieranie koleżeństwa i nie ubogacają nas samym jestestwem tych celebrytów? Jedynym efektem programów p. Pospieszalskiego, obok irytacji, jest moje przekonanie, że z tym panem naprawdę nie warto rozmawiać. Przy moim negocjacyjnym nastawieniu to smutne poczucie, że nie warto rozmawiać - jest dużym dyskomfortem. Ale gdyby umiłowanie prawdy spowodowało, że redaktor P. pochyli się nad sobą i zechce się nieco opanować w celu ubogacenia nas swą nieobecnością - to poradzimy sobie bez takich "jezuickich" osobowości telewizyjnych.
Tak więc jest trudno, będzie jeszcze trudniej i bardzo mało zabawnie, mimo, że kilka mocnych kawałów słyszałem. I całkiem dobrze jest, że oko Mordoru nie sięga po nas. Jeszcze tylko ważne byłoby abyśmy wszyscy wykluczani z mediów, z dyskusji, wyciszani przez mądrali z niesamowicie prospołecznych i niezależnych mediów, przeźroczyści dla zawiadowców kulturą masową - zobaczyli wreszcie, że to niezła miejscówka i nie dawali się tak łatwo wybrać za czapkę gruszek. Cena to: powiedzmy, że dwie czapki gruszek i dwa lata wynajęcia a potem "żegnaj Gienia" jak mówił poeta i nigdy, nigdy nie przestawać być czujnym i robić swoje.
Na mojej focie gniewny strażnik dharmy z klasztoru w Manangu, dawne królestwo tybetańskie, obecnie w granicach Nepalu.

Monday, April 26, 2010

FOTOPLAŚNIĘCIE


Dochodzą do mnie słuchy, że mój pomysł na wypożyczalnię jamników w celu godnego spacerowania po Krakowie, zyskuje zwolenników. Modyfikacja idzie w stronę wyciętych z dykty jamników zastępczych (JZ), umieszczonych na małych rolkach. Jamniczek taki może być też składany. Dodałbym do tego jeszcze: kołnierze z futra nutrii (przypinane na guziczki dodadzą nam autentyczności podczas spaceru po Salwatorze) oraz "wyglancowane" na błysk woskiem i starą pastą Buwi - skórzane i obowiązkowo skrzypiące buty, tzw. pionierki. To charakterystyczne skrzypienie kilka razy już wyprzedzało nasze niezwykłe doznania wzrokowe jakich dostarcza nam od czasu do czasu jeden z byłym polityków PO, wyłaniający się na krótki moment z krakowskiej mgły... Nie wiem tylko czy Międzynarodowy Komitet Zwalczania Białego Balonu w Krakowie ( MKZBBwK) nie podniesie i tym razem tzw. rabanu (to określenie jest czysto krakowskie jak pionierki...)i razem z GW nie zacznie protestować w ramach ratowania nas przed zepsuciem kulturą popularną.
W niedzielę poszliśmy do kina na obraz pt. Kerala Caffe ale po wyjściu mieliśmy trudności z utrzymaniem się w pionie i musieliśmy posiedzieć trochę nad kawą aby dojść do siebie po granicznych doznaniach jakie niesie to dzieło. Nagle zachciało się nam naszego zepsutego Zachodu, naszych galicyjskich nawyków i cieszyliśmy się jak dzieci, że słonie nocami nie biegają po Plantach... Mimo zaproszenia na Galę Rozdania Nagród nie mieliśmy odwagi pójść do kina Kijów, bojąc się kolejnych skeczy "czerstwego" prezentera (głównie prezentował siebie, ech mazowiecki macho!) z TVN. Festiwal otrzymał ten zapewne kosztowny "podarek" w transakcji wiązanej, chyba?
Granie w Fortach Kleparz miało walor spotkania i kiedy to pisałem w poprzednim odcinku, jeszcze nie wiedziałem, że spotkań było więcej niż zauważyliśmy! A. dostała serię bardzo, bardzo udanych fotografii z tego koncertu. Nawet nie wiemy kiedy były zrobione?! To naprawdę miłe i o to chodzi: fotoplaśnięcie było doskonałe! Dziękujemy.
Dzisiaj spędziłem kilka godzin w studiu radiowym opowiadając o płycie "Monografie instrumentów karpackich" (ciągle jest jeszcze do darmowego dostania!), osobno o soundwalk i płycie A. "Vaggi Varri", która zadziwiła nas powodzeniem i o nowej płycie KM: "acousmatic psychogeography". To gadanie, już poza nagraniem zakończyliśmy ciekawą rozmową na temat naszego miejsca w tym całym budyniowym kramie. A było to radio bardzo, bardzo komercyjne i popowe... Nie wchodząc w szczegóły rozmowy, ciągle wychodzi na moje: to nie bezduszny system, komercyjne media i wielkie koncerny ale tzw. zwykli ludzie albo się czymś zainteresują albo nie, albo przyjdą na koncert albo nie, albo kupią płytę albo nie i nikt temu nie przeszkodzi. Wiem, że masowe rażenie mediów..., że papka budyniowa jest łatwiej strawna, że polityka miasta idzie w innym kierunku itd. ale z drugiej strony: wszyscy mamy w ręku rozwiązanie bo przymusu nie ma! Jest często agresywna kampania promocyjna ale nie przymus.
W najbliższy czwartek zagramy w Katowicach... i trochę mam obawy czy po tak wielkiej przerwie w graniu na Śląsku jeszcze nas tam ktoś pamięta? Jeżeli nie to i tak zagramy bo lubimy to robić. Anegdota kombatancka: kiedyś istniał świetny projekt o nazwie Onomatopeja, całkowicie legendarna ekipa, o której by można dużo mówić i pisać (ale kto to zrobi?) i leader tej ekipy w wywiadzie opowiadał o kolejnych koncertach: "kiedy zaczynaliśmy koncert, na sali były trzy osoby, a po godzinie intensywnego grania, kiedy otwarłem oczy - zauważyłem, że na sali pozostał już jedynie dozorca klubu"...(tak w przybliżeniu to "brzmiało"). Ale czy ma to dzisiaj jakieś znaczenie? I kim był dozorca?
W następnych wpisach pokaże wspominane wcześniej, piękne foty a dzisiaj jedna z serii wykonanych przez inną fotograficzkę - Kasię, na tym samym koncercie. K. udało się dokonać "niemożliwego" czyli pokazać cały aktualny skład KM. podczas pracy...

Saturday, April 24, 2010

EXTREME CUISINE


Powoli opada ze mnie pył bitewny... 22 kwietnia: co za wieczór! My w Fortach Kleparz a o tej samej godzinie: Lech Janerka! w Żaczku, Janek Kubek solo! w Ptaśku, Jeff Gburek w Eszewerii... OFF camera... Earth Day na świecie...serial "Gotowe na wszystko" w tivi !Dzięki trudnym ale dobrym wyborom jakich dokonało około setki zainteresowanych naszym przekazem (od dawna już staram się aby zawsze były w nim obecne elementy: event/image/concert), jakoś się wybroniliśmy w tym ścisku. Stało się też to, co najbardziej cenię w działaniach publicznych; koncert był okazją do kilku spotkań. W tym do dobrego i roboczego kontaktu z Radiofonią, więc będzie jakiś ciąg dalszy. Konkretnie 29 maja prezentacja rejestracji z koncertu i nasza obecność w studiu. Ci co wybrali Janerkę, Kubka, Gburka, kino, Dzień Ziemi lub miły wieczór przed telewizorem...mają więc jeszcze szansę lub... muszą być czujni.
Wczoraj rano, z kwiatem lotosu blisko 1,70 m długości (!) wpadłem na swój wykład w Auditorium Maximum UJ w ramach Dni Indii... Trochę się przeraziłem na widok studentów z otwartymi kajetami i w pełnej gotowości do notowania wiedzy spływającej z ust bohaterów przedpołudnia. Ale po chwili zakosztowałem w tej sytuacji (próżność ma swoje prawa i czasem jej dogadzam biedaczce, bo katowana jest bez zmiłowania...)i w telegraficznym skrócie opowiedziałem o etnobotanicznym kluczu do religii Indii. Po wykładzie krążyłem z lotosem w dłoni po mieście wzbudzając zainteresowanie i dobre reakcje. Może lotos w dłoni to jeszcze nie jamnik ale w Krakowie się najwyraźniej liczy na plus. Szczytem akcji lotosowej było wparowanie do kina Mikro i groźba umieszczenia go w pionie dla upiększenia filmu Davida Cronenberga "Wschodnie obietnice". Ale dobrze, że nie parłem do konfrontacji; nie tylko kwiaty opadały w czasie filmowego opisu zajścia w łaźni...Ci co widzieli do łaźni raczej nie będą już wstępowali. Podziwiam Brytyjczyków za to, że jakoś sobie (jeszcze?) radzą w Londynie... ale na taką karmę zapracowali sobie sami i to też prawda.
Extreme cuisine to bardzo ładnie wydana książeczka z mojej ulubionej serii Lonely Planet o; "Exotic tastes from around the world". Książeczka jest bogato ilustrowana i chyba można ją traktować jak pewnego rodzaju katalog zagrożeń podczas dalekich podróży. Wielka ulga ?; nie grozi nic Polakom, bo niewielu rodaków je coś poza ziemniakami, kapustą i schabowym...i budyniem rzecz jasna (czyż to nie prawdziwe danie extreme cuisine ?) ale są przecież jeszcze inni wędrowcy. Przegląd potraw ekstremalnych jest naprawdę imponujący, od byczych penisów do kopi luwa czyli owoców kawy "obrobionych" przez pewne ssaki... Przy czym słowo "obrobione" oznacza także konieczność grzebania w ich odchodach dla pozyskania "smakowitych" ziaren. W jednym i drugim wypadku; "palce lizać"!?
Ciekawe jest prześledzenie geopolityczne kuchni ekstremalnej. Nic nie pobije Chin i myślę, że kiedyś to wschodzące imperium podbije świat ... bo wielu będzie wolało sobie strzelić w łeb niż przystać na jedzenie 1000-letnich jaj i praktycznie wszystkiego co się rusza, nie rusza, gnije lub pełza. Ale sfermentowane ryby z kuchni Skandynawii lub grillowane świnki morskie... też palce lizać. Najciekawszy wydaje mi się tzw. geoduck czyli małża z "nogą" długości ponad pół metra, która nie przypomina nogi ale całkiem inną część ciała samców wielkich (!) ssaków. Jak widać to książeczka godna posiadania z wielu powodów.
Chwila odpoczynku (?) i w przyszłym tygodniu znowu jazda: w środę wernisaż wystawy pt. Słowackie Artefakty Karpat w Towarzystwie Słowaków w Polsce (Kraków) i we czwartek koncert w klubie Cogitatur (Katowice)... i może wreszcie jakiś wypad w góry z okazji Święta Pracy? Warto skorzystać bo jak Napieralski dojdzie do władzy to będziemy musieli śmigać na pochód 1-majowy ze szturmówkami i słuchać nowych twarzy lewicy w rodzaju pana Oleksego i Millera zmieszanych z towarzyszami z placówek uczelnianych i prasowych oraz szerokiego ruchu nowej, słusznej sztuki.
Muszę jeszcze wspomnieć o całkiem fajnej lekturze, która mnie odciąga od blogowania : "SZTUKA - kapitał kulturowy polskich miast" Wydawnictwa Naukowego Uniwersytetu im.Adama Mickiewicza w Poznaniu... nie tylko dlatego, że jest tam tekst A. ("Kultura jako kapitał kłopotliwy albo jak miasto konsumuje sztukę i co z tego wynika", s. 307-326, polecam wyznawcom Krytyki Politycznej!) ale są w niej interesujące myśli i obszary do zbadania w rodzaju: "Sztuka w ekosystemie miasta. Artefakty przyrody" pani prof. Krystyny Wilkoszewskiej czy "Autobusy i tramwaje"-rzecz o podróżowaniu w mieście p. Barbary Kity. Z tego tekstu zachwycił mnie także cytat z Pierre'a Levy : " Nie jesteśmy osiadli, jesteśmy mobilni. Nie nomadzi, oni nie mieli ani pól, ani miast. Mobilni: z miasta do miasta, z jednej dzielnicy do innej /.../ Żyjemy w miastach lub w metropoliach w relacjach z innymi. Albo na wsi, w domach, które są jak statki na pełnym morzu, podłączeni do wszystkich sieci".
Na focie żelastwo, które znalazłem w prastarym lesie, wysoko w górach... czyżby obrazek ilustrujący nową erę: postindustrial?

Wednesday, April 21, 2010

ETHNOISE


Wczoraj, trochę nieoczekiwanie znalazłem się w jednym z ostatnich dzikich miejsc w Beskidzie Sądeckim. To stary obszar lasu gdzie jodły umierają w wieku 300 lat, stojąc. Ale kilkaset metrów niżej pracują wielkie ciągniki wyszarpujące po kilka olbrzymich pni z wnętrza lasu do najbliższej drogi. Przy leśnym domku otoczonym niezwykłymi roślinami tzw. Puszczy Karpackiej ktoś skopał ziemię i posiał nasiona trawy kupionej w sklepie (!) a kilka kilometrów dalej, w wypożyczalni stoją mini traktory (nazywane dla zmyłki quadami), którymi można skutecznie zetrzeć na miazgę wszystko co nie jest opancerzone...Dość trudno o zrozumienie i akceptację tego rodzaju różnorodności praktyk życiowych, poziomu wrażliwości i zwyczajnej życzliwej uwagi wobec otoczenia. Ale to tylko takie gderanie bo jesteśmy już przecież jednością - ogłoszoną przez sojusz mediów, kleru i polityków.
Kwiecień powoli się kończy ale tych kilka dni do maja mamy wypełnionych intrygującymi sytuacjami. Jutro koncert w Fortach Kleparz, pojutrze wykład o świętych roślinach Indii na UJ, w przyszłą środę wernisaż wystawy Słowackie Artefakty Karpat...a w ostatni czwartek miesiąca koncert w Katowicach. Do tego miłe odzewy na nasza nową płytę i zaczynam pisać moją, być może najważniejszą w życiu, książkę! Jest więc jednocześnie fatalnie, przygnębiająco i źle ale także wspaniale, inspirująco i świetnie. I wcale te odczucia się nie wykluczają i sztuczna "jedność" proklamowana przez Nowy Front Jedności Narodowej jest zabiegiem demagogicznym.
Jedności jakoś nie czułem także podczas żenującego występu "zapowiadacza" z TVN, wynajętego do poprowadzenia gali otwarcia Festiwalu OFF Camera (sorry, że nie wpisuję "operatora sieci komórkowej" mało elegancko rozsadzającego nazwę) w Kinie Kijów. Jestem przeświadczony o tym, że gość lubi się na małym traktorze przejechać w przerwach pomiędzy rozmowami z CNN prowadzonymi z kabiny prysznicowej a wizytami w Austin...bo gość obyty w sztuce offowej jak cholera! Podczas projekcji filmu sala rechotała w miejscach gdzie nie było mi do śmiechu a tam gdzie ja się uśmiechałem, wydawała się znudzona. Nie poczułem jedności wysłuchując opowieści jakiegoś ambitnego studenta, który postanowił oczarować studentkę opowieścią o tym, że chce się rozwijać i dlatego odszedł z Teatru Groteska. Prace w teatrze nie rozwijały go dostatecznie. Rozumiem, że chciał coś wyreżyserować, albo zagrać główna rolę? Studentka wabiła opowiadaniem jakie to nocne życie prowadzi ale niestety okazało się, że chodzi o czytanie, jedzenie i uczenie się... w nocy. W takich chwilach w kinie nie tęsknie za jednością, tęsknię za czasami gdzie uczniowie musieli odrąbać sobie rękę aby udowodnić, że chcą się naprawdę uczyć... i już widzę oczyma wyobraźni jak uczeń mistrza Zen mówi do swego nauczyciela: mycie garnków i sprzątanie nie rozwijają mnie dostatecznie i... odchodzi. I słusznie: bo jeżeli uczeń wie co go rozwija a co nie i wie to lepiej niż jego nauczyciele to po co się ma męczyć. Jest tylko niebezpieczeństwo, że może jednak nie wie i głupi umrze! Czy więc jedność, która nie jest wyczuwalna nawet na sali starego kina z czasów tzw. komuny, jest możliwa w kraju składającym się z kilku odmiennych mentalnie i historycznie państewek? To może jednak rzucić hasło: różnimy się i nie rozumiemy, żyjemy w innych światach chociaż obok siebie, nigdy nie będziemy jednością ale spróbujmy się nie pozabijać i współpracować. Nie, tutaj musi zawsze być mistyczna jedność i przywództwo duchowe jakiegoś aroganckiego, pomarszczonego staruszka z rozbuchanym ego, wielkie wartości i wielkie uniesienia... i tylko czasem wypuścimy z naszym "kwiatem" dziadowski samolot co rozbije się na jakimś byle jakim lotnisku.
Na obrazku plakacik koncertowy z pięknym logo mojego ulubionego portalu "informacyjnego". Za to Radiofonia jest naprawdę o.k.! Nawet tu nie ma jedności...

Monday, April 19, 2010

BUDYŃ NOEGO


Budyń Noego nazywany także asure to kleista, papkowata mikstura przygotowana z resztek wymiecionych z arki...Chodziło o zaklejenie jap gderającym i głodnym normalności, bo bujanie się na szalupie z wężami i szakalami nudzi się niepomiernie. Tradycyjnie, ta maź pochodzi z rejonu góry Ararat w Turcji. Sięgnięcie po pra-początki i pra-przyczyny kuchennej socjotechniki zaklejania nas budyniem, tłumaczy dobrze budyniowatą teraźniejszość. Polska wersja asure została, nie tyle zmajstrowana co wyrzygana na nas w ostatnich dniach. Wiele nauczyła mnie ta kilkudniowa obserwacja zachowania mediów, kleru i kilku organizacji, co udają świeckie. Ze zdumieniem i obrzydzeniem wysłuchałem rozmowy ze zbolałym do granic wytrzymałości (telewidzów) p. Bielanem u pani red. Moniki Olejnik, ze zdumieniem i rozczarowaniem oglądałem kolejne programy "Szkła kontaktowego"; szkło tam było na sto procent ale czy kontaktowe? Z kim się chce (i czy chce? bo może uznało, że nie musi już?) teraz kontaktować Szkło? To cholernie smutne, że tak kończą świetne kiedyś programy, wylansowane przez środowiska, które teraz nazywa się "grupkami studentów" protestujących bezsensownie bo: wobec "podjętej już decyzji"... mówię o Wawelu oczywiście. Czekałem kiedy TVN nazwie tych studentów (m.innymi Andrzeja Wajdę i wielu innych studentów z siwymi brodami...) grupą warchołów jak za PZPR. To drobiazg, że nie dowiedzieliśmy się dotąd kto podjął tę decyzję, grunt, że została podjęta? Co wolno wojewodzie to nie tobie smrodzie? To jakaś kościelna wersja demokracji? Nie myślałem, że elementem tej formy demokracji będzie zmowa milczenia na temat zgromadzeń pod kurią jaka została wprowadzona po dwóch pierwszych wieczorach pomiędzy GW (!) i TNV (!). Nagle przypomniała mi się komuna i telewizja pomijająca aroganckim i wyzywającym milczeniem grupki protestujących to tu, to tam wobec "podjętych decyzji". Nie mówcie mi, że to co innego... chodzi o mechanizm i niestety był bardzo podobny: kilku panów zdecydowało co dla nas jest odpowiedniejsze, w co powinniśmy wierzyć i co powinniśmy robić. Efekt był taki, że jakiś biedak z TVN meldował, że MILION osób: "będzie tu, na błoniach ..." - zabrakło tylko 990 tysięcy, a nie musiało gdyby potraktować nas poważniej. Ale dzisiaj od rana czytam: "tłumy w Krakowie"... co wy, w budyń lecicie z nami panowie? Znowu stara gra w: "co innego widzę, co innego słyszę"?
Mieszczańscy "lewacy" z permanentnej Krytyki Politycznej też pokazali swoją "klasę"; nie dość, że nic nie robią poza lansem "swoich", wzorowanym na środowiskach przykościelnych, to jeszcze twierdzą, że polityki nie uprawia się na ulicy. A gdzie masy, gdzie rewolucja? Jasne, w gabinetach gdzie "głupiej", pozbawionej "świadomości" tłuszczy zmiksuje się kolejny budyń z politycznych resztek. Najlepiej zrobić to razem z kardynałami, są w pozorowanych rewolucjach najskuteczniejsi.
A przez ostatni tydzień w tivi jak w jakimś czarnym fotoplastikonie; wokół obrazu naprawdę tragicznych wydarzeń pojawiali się jacyś kosmici w rodzaju faceta z kozią bródką i okularach w białych oprawach, metkowanego na pasku jako" "producent muzyczny". Chwalił się, że już wyemitował ze swojego wnętrza, wprost do telewizji dla bogobojnych mas, opowieść muzyczną o latach 38/39 ! a być może zabierze się teraz/już za montaż słowno-muzyczny o katastrofie w Smoleńsku. Nie dość, że kosmita, to jeszcze podróżuje swobodnie w czasie.Płaćmy abonament to się namnoży podobnych "producentów" jak kleszczy w deszczową pogodę. Ale sorry, może to niesamowicie trendy producent muzyczny (chociaż wyglądał jak lekko tylko zakamuflowany pan Możdżer) ale młody jest więc nie wie ile kantat i alegorycznych (ale dość kosztownych)obwoźnych psychodram narodowo-kościelnych się szykuje na to lato. Ale będą i tak lepsze od kolejnej solowej płyty Muńka!
Czy to nie zastanawiające bo mocno symboliczne, że tylko dziki wulkan z Islandii nie zechciał być asystentem kardynała Dziwisza i próbował ratować czakram na Wawelu, czy to nie symptomatyczne, że ostatnie dwa dni w Krakowie organizowało Krakowskie Biuro Festiwalowe... bo o innych wydarzeniach symbolicznych aż strach myśleć ale z pewnością opisze to dokładnie profesor Krasnodębski aka "Mulder"... i pani profesor Staniszkis aka "Scully". I pomyśleć, że wszystko to leciwy już troszkę budyń Noego! I jak mówi prastary lud góralski z okolic "małej stacyjki w Poroninie"; ciut "capi"... Bo tylko Natura nas nie oszukuje.

Sunday, April 11, 2010

CISZEJ


"Wszystkie istoty żyły i umierały i odradzały się niezliczoną ilość razy. Raz po raz doświadczały one nieopisywalnego jasnego światła. Ponieważ jednak są one zaciemnione mrokiem niewiedzy, wędrują bezustannie w bezgranicznej samsarze" Padmasambawa

Tuesday, April 06, 2010

VIVICA vs ŁZY RUDRY


Kolejny pracowity dzień świąteczny upłynął mi pod znakiem dyskusji o sztuce i artystach zapomnianych, uczestniczeniu w rewelacyjnym koncercie i celebracji powrotu Nataszy z peregrynacji po krainie Orfeusza...
Dyskusja o sztuce jaką odważnie podjął mój ojciec ogniskowała się wokół statusu artysty zapomnianego. Nie chodzi właściwie o takie prawdziwe zapomnienie ale raczej o taki rodzaj sztuki, który w kraju budyniu gwarantuje pewnego rodzaju przeźroczystość: media wiedzą ale nie powiedzą, krytyków męczy, publiczność się nie upomina bo wszystkiego jest tyle, że bliższe jest to co popularniejsze... Ten rodzaj sztuki to jedyny prawdziwie mnie interesujący czyli: skrajnie osobisty, buntowniczy i osobny. Dyskutowaliśmy nad trzema postaciami artystów, które mają jedynie dwa elementy wspólne: to, że urodziły się w Nowym Sączu i to, że tam nie zaistniały i wyemigrowały gdzieś dalej: do Krakowa, do Zakopanego... Mój ojciec wspominał zachwyty Jerzego Beresia, swego kolegi ze szkoły,który wpatrywał się z zainteresowaniem z balkonu naszego domu w Nowym Sączu... w tyczki do fasoli wykonane z pogiętych gałęzi przyniesionych przez powódź... J. Bereś obok Władysława Hasiora, dużo bliższego kolegi ojca to byli dwaj artyści mojego dzieciństwa. Kiedy wyjechałem do mojej pierwszej pracy na Pomorze, pierwszym aktem zagospodarowywania się tam była wizyta w mega prowincjonalnym ośrodku kultury w Kępicach. Kępice - ale to dzisiaj brzmi! To mała miejscowość pomiędzy Słupskiem a Miastkiem. Wizyta miała na celu uzyskanie koniecznego pośrednictwa "instytucji" w druku afiszy na występ grupy Atman w Teatrze STU w Krakowie. Pamiętam jakiego szyku zadawaliśmy w środowisku kiedy w STU nasi fani zobaczyli obrzydliwe afisze z napisem: Miejsko-Gminny Ośrodek Kultury w Kępicach zaprasza na.... Dla młodych dodam tylko, że w tym czasie na linii kolejowej Słupsk - Miastko spotykałem się w śmierdzących wagonach z kwiatem rewolucji punkowej, która woziła się od Karcera (Słupsk) do WC ( Miastko), a my organizowaliśmy spektakle do poematów Ginsberga gdzieś w krzakach. To było jeszcze przed medialnym zagarnięciem wszystkiego, wszystkich i całej historii kontrkultury do Warszawy. Ej boj... I tam, w tych Kępicach, po opisaniu moich działań muzycznych jakaś pani czy pan odezwał się tak: "był u nas kilka lat temu taki dziwny gość z Krakowa, nazywał się Bereś i biegał na golasa po drodze ciągnąc jakiś kamień"... W czasie naszej dyskusji z ojcem, zapytałem szklanej kuli i po tylu latach znalazłem 4 fotografie z tamtej akcji! Do Hasiora i Beresia, który według wspomnień mojego ojca miał umysł matematyczny-ścisły i był antytezą Hasiora, dorzuciłem innego artystę niepotrzebnego w Nowym Sączu - geniusza filmu i konstruktora fenomenalnych urządzeń, niejakiego Antonisza, znanego w swym rodzinnym mieście jako Julian Antoniszczak. Gość wymyślił takie rzeczy jak: antoniszograf fazujący - do wydrapywania obrazków/klatek filmów animowanych swego autorstwa oraz: chropograf - urządzenie służące do przygotowywania obrazów do dotykowego "oglądania" przez niewidomych!!! Za sprawą wrocławskiego kolektywu pt. Małe Instrumenty - Antonisz jest przypominany ale ciągle jest mniej ekspansywny od wspomnianych artystów wrocławskich... Dyskusja toczyła się ciekawie ale nie przyniosła odpowiedzi na pytanie zasadnicze: dlaczego to artyści przeźroczyści? To ich nieuchwytne odrzucenie jest specjalnego rodzaju i jest bardzo charakterystyczne dla budyniowa.
Tak podbudowani naszą słuszną walką o sztukę prawdziwą ale jakby nie całkiem obecną, poszliśmy na koncert kolektywu z antypodów naszej dyskusji: Europa Galante - Fabio Biondi z operową divą Vivicą Genaux! Koncert zorganizowała Filharmonia Krakowska, znana z pewnej przesady w ascezie wystroju sal i wc oraz ukochania ciężkich dronów, dodawanych gratis do prezentowanej muzyki przez MPK i tramwajowe linie na Salwator. Moje określenie - "antypody" pochodzi od tego, że muzycy z tej ekipy to pieszczoszki mediów i impresariatów, grają co inni napisali ( w tym wypadku chodziło o speed-metalowego kompozytora Antonio Vivaldiego)i to co od dawna się liczy na tej scenie. Pewniaki... I nie mogło być inaczej (?) - koncert powalił mnie na kolana i wykrzykiwałem z włoskim akcentem (taką mam nadzieje?): bravo! bravo! bravo! Muzycy byli fenomenalni ale Vivica Genaux ...to było już zupełnie rewelacyjne. Nie silę się na recenzję; to nie mój świat ale chylę czoła, respekt! Następnym razem dołożę do tych 180 zł za bilet jeszcze ze stówę (bo najwidoczniej Filharmonia ani też KBF nie mieli...)i kupię bukiet pięknych kwiatów dla klawesynistki i boskiej divy... Te dwa białawe wiechcie to był wstyd i wiocha, podobnie jak te rury czy kosze na śmieci wiszące na łańcuszkach nad głowami artystów. To pewnie projektowali absolwenci ASP? Ozdób i parkieciku nie polecam ale Vivica jest do posłuchania i zobaczenia...na YouTube.
W kontekście wspomnianej wcześniej dyskusji rozważałem okoliczności: ja byłem na sali i doceniam, jak jest w obozie poważki? Mimo kunsztu i powalającego koncertu to ta ekipa jest mocnym ekstremum i pięknym (bez uszczypliwości!) rezerwatem wysublimowanej kultury, która się dawno skończyła.
Około północy ekipa naszych ludzi powróciła z lasów Orfeusza w Rodopach... Coś się z tymi Rodopami kroi! Bo jeżeli odrzuci się konsekwentnie przebierankę artystyczną, to, jak u Grotowskiego, gdzieś sztuka się kończy i zaczyna dobre, uważne życie?
Świąteczny dzień zakończyłem poszukiwaniami Łez Rudry - ważnych dla wyznawców Śiwy nasion drzewa Elaeocarpus sphaericus, których kolor, kształt i ilość bruzdowatych wgłębień na powierzchni, kwalifikuje poszczególne okazy do różnych kategorii religijnych i ...cenowych. To wszystko jest częścią przygotowań do wykładu Święte Rośliny Indii, na który pewnie nikt nie przyjdzie bo mimo, że w budynku Audytorium Maximum - ma się rozpocząć około 11 przed południem. Ale Łzy Rudry to fajna rzecz...
Na focie zamówionej u Bogdana: inne, dopiero rozpracowywane elementy mojego szamańskiego naszyjnika z Tybetu...

Sunday, April 04, 2010

TAPIR


No i znowu święta...rozpoczęliśmy od wyjątkowego koncertu La Venexiana we czwartek w nocy! a wczoraj słuchaliśmy świetnej audycji radia BBC z okazji 90-siątki ! Pandita Ravi Shankara... Może w naszej Trójce już by nikt nie zapowiadał tego artysty w ten sposób : " na prymitywnej lutni sitar zagra ludowy muzyk Ravi Shankar" jak to zrobiono z 30 lat temu, ale czy aż tak wiele się zmieniło w masowych mediach? No i nie ma gdzie u nas zagrać?!
Po moim ostatnim wpisie, Maciek z Job Karmy (KRK pozdrawia WRO!)napisał mi: " przy pierwszej płycie jest łatwiej, zwłaszcza w budyniowie, gdzie ciepło pisze/mówi się głównie o gwiazdkach jednego sezonu, nawet w tzw. "undergroundzie"...". A było kiedyś inaczej? Wieczorem miałem wreszcie trochę czasu aby przebić się przez wspominana już książkę Zbigniewa Osińskiego o Jerzym Grotowskim. To balsam na moje nerwy bo kontrkulturowy teatr był dla mnie od zawsze bardzo mocną inspiracją, także w muzyce; w sensie sposobu tworzenia muzyki i tego czym jest (dla mnie) naprawdę koncert. Kilka cytatów pozwala jakoś wyzwolić się od tej "naszej" pseudo sceny, jeden z nich: " Performer - z dużej litery - jest człowiekiem czynu. A nie człowiekiem, który gra innego. Jest tancerzem, kapłanem, wojownikiem; jest poza podziałami na gatunki sztuki./.../ Performer to stan istnienia. /.../ Człowiek poznania rozporządza czynieniem, doing, a nie myślami albo teoriami. /.../ Poznanie to sprawia czynienia".Trzeba naprawdę żyć aby naprawdę grać...
Jak już musimy świętować (bo jakże nie ulec przemocy wszechogarniającej dobroci? no jak?) to w lesie! W lesie zawsze czuję się odświętnie. Poszliśmy na początek do ZOO aby posłuchać wiosennych głosów różnych zwierząt. Zawsze kiedy to robimy wyświetla mi się znakomity dokument o saksofonowo-głosowych dialogach czynionych w ZOO przez mojego guru Rolanda Rahsana Kerka... Ptaki dawały ostro, słonie, lwy i tygrysy, ale to co zrobił tapir - powaliło nas całkowicie. Nie dość, że biegał jak oszalały i podskakiwał nagle to jeszcze świstał w taki sposób, że oniemiałem! Tapir jest "the best"! Nie był przybity niewolą, nie błagał o herbatnika, nie pałał nienawiścią i nie był zgorzkniały. Fikał i świstał!
Ale w ZOO i potem na Salwatorze czas radości ubogacał nas nieprzebranym tłumem tzw. "nutrii" czyli mieszczaństwa krakowskiego podczas niedzielnego demonstrowania ubogacenia dobrem. Dobrze, że nam nie przyszło do głowy iść w okolice Wawelu, bo tam bez nutrii na plecach i jamnika na smyczy przepada się natychmiast. Gazeta W. zamiast pochylać się z troską nad "nowymi mieszczanami" jak to miała ostatnio w zwyczaju, powinna raczej skupić się na tym jak się ratować... Ja zgłaszam pomysł na wypożyczalnię jamników. Powinna to być sieć kilku punktów, gdzie dostawało by się grzeczne jamniki do przeprowadzenia Grodzką, Szewską, Kanoniczą i kilkoma innymi ulicami do dyskretnie ulokowanych punktów odbioru. Z moich obserwacji, takie wypożyczalnie byłyby też oblegane przez "starych" mieszczan, bo mieszkają w małych domkach z ptactwem domowym i świnkami. Jamnik, mimo, że konieczny atrybut krakowskiego mieszczaństwa z kurkami i świnkami nie da się pogodzić.
I jak już święta to czas jest także na zgłębianie takich zagadnień jak: indyjskie figowce vs europejska figa i sykomora z Egiptu... Jak świętować to świętować! W tivi też ciekawie: święcenie ognia, jaja jako symbol życia, woda jako atrybut czystości ducha... ale się porobiło! Nawet palmy w Nowym i Starym Sączu po raz pierwszy bez przyczepionych na końcu krzyży! Toż to prawdziwa rewolucja. Więc jak tu nie świętować?
No to jeszcze jeden cytat z książki o Grotowskim: " czyżby był to znany obraz z Upaniszad, Drzewo Życia i dwa ptaki, jeden "działający", drugi "kontemplujący""? temat ten jest jeszcze starszy, indoirański...". Działanie nie wyklucza kontemplacji... Czy za dwa-trzy lata dowiem się z tivi, że drzewo życia to symbol świąt wielkanocnych? Ubiegam łapczywe zagarnianie wszystkiego co duchowe pod jedno kierownictwo i kontempluję symbolikę Góry ... Na fantastycznej focie z podróży Ali M. Góra Kailash.

Monday, March 29, 2010

PROMO


EKO, ETNO, LOGO, PROMO a czasem też DIZAJN to kilka określeń z jakimi borykamy się każdego dnia. Zaklęcia te są jak siatka geograficzna i określają nasze położenie, nie tylko na płaszczyźnie ale i w wielowymiarowej przestrzeni społecznej. A ta, nie jest już prostą drabiną ale złożonym tworem zależnym od wielu rzeczy, w tym od wspomnianych kluczy. Jak masz dobre PROMO i LOGO ale słabiej z ETNO i jeszcze słabiej z EKO, to może nie być wcale dobrze. Albo PROMO jest o.k. ale DIZAJN kiepski - to się nazywa PiS. Ot, taki przykład pierwszy z brzegu. Dawniej zakładano, że w "zdrowym ciele, zdrowy duch" ale jak się przyglądam piłkarzom i wielu politykom to...wątpię!? Ale przychodzi taki moment, że sram na E/E/L/P/D i robię co muszę zrobić. I to jest ten najważniejszy z momentów; czujesz, że żyjesz. A refleksje po takim plaśnięciu w budyń oczywiście nadchodzą... później.
Dzisiaj, w dobrym nastroju, nie pozbawionym jednak odrobiny zadumy natury filozoficznej, przesłuchaliśmy w domu "acousmatic psychogeography". Nasze basowe głośniki z godnością zniosły plaśnięcie i mieszankę dźwięków, brzmień i muzyki. Najwidoczniej (najsłyszalniej?) tłocznia CD spisała się całkiem przyzwoicie. Teraz nastąpi trudny okres PROMO, bo mimo tego co napisałem, ten okres nadchodzi. Ale po dobrym plaśnięciu jakoś mniej uwiera? A to okres bardzo skomplikowany i trudny do ogarnięcia bo w kraju budyniem malowanym jest tym gorzej im dalej... Przy pierwszej płycie jest łatwiej, przy piętnastej może być już tylko beznadziejnie. Więc po co? Jako kartka, list, książka do starych znajomych? Jako wpis do dziennika podróży? Jako partyzancka akcja typu: istniejemy i działamy? Jako udokumentowanie świetnych chwil i mocnych związków? Jako odreagowanie i opisanie zachwytów i grozy jakie dotykają nas każdego dnia? A przecież jak zawsze okaże się, że wszyscy tak potrafią ale nie robią tego, bo się im "nie chce"... To odmiana oświadczeń z zabaw w piaskownicy: ja w domu mam fajniejsze zabawki ale nie przyniosłem bo mi się nie chciało.
Rafał z Hati pisał mi wczoraj o końcu miodowego miesiąca...już nie wszędzie można zagrać, już są bezkompromisowi krytycy: bo na gitarze, bo nie na gitarze, bo jeszcze nie umarli, bo walą w bęben, bo nie walą w bęben... coś jak z hasłem: "bo zupa była za słona". Bo już tych płyt tyle... No i są Małe Instrumenty, za dwa lata będą Duże Instrumenty, a może ktoś z rozmachem stworzy: Małe, Średnie i Duże Instrumenty i wykosi nieśmiałe stopniowanie z przeszłości. To co było dotąd - do piachu! Budyniowa pamięć jest - oj tyciutka... Więc może warto dla dosztukowania pamięci? Albo warto bo to nie pryszczaci "dziennikarze", nie zarzygane kluby i nie "panie z telewizji" będą decydować czy gramy, czy nie gramy. To jest już coś; dla pamięci,dla zabawy, dla swobody. To już jest coś.
Na focie: Bogdan zrobił nam fajne PROMO ...

Friday, March 26, 2010

ROBOTA


Zrobiło się jakoś intensywnie i gęsto. Adrenalina kipi i udajemy, że tego nie lubimy... Do kwietniowych koncertów w Krakowie i Katowicach ale także roboty z nową płytą (już jest ale jeszcze spoczywa sobie zafoliowana w pudłach) nagle doszła nam jeszcze wystawa w Towarzystwie Słowaków w Polsce - w Ich siedzibie głównej w Krakowie. Szykujemy coś w moim ulubionym stylu arte povera czyli roboczym dokumentowaniu raczej idei niż tzw. "dzieła". Jak pokazuje często krakowski Bunkier Sztuki, dziełem może być wszystko lub może trafniej: cokolwiek, a z ideą bywa już gorzej.Wystawę zatytułowaliśmy: Wózek Warhola - Słowackie Artefakty Karpat i pokażemy korzenie sztuki Andy Warhola, dwa endemiczne instrumenty muzyczne potraktowane jako kulturowe artefakty i fotografie organiczne czyli nasz foto-land art z akcji na Słowacji i w Rumunii. To będzie wystawa bez wspomagającej nobilitacji miejscem, będzie musiała sama zarobić na uznanie/krytykę i niezależnie od wszystkiego pozostanie nie namaszczona przez DoSW: Decydentów od Sztuki Współczesnej. W ten sposób będziemy mogli obserwować jak bezradny jest obecnie tzw. odbiorca: bez kontekstu odpowiednich ścian instytucji i szemranych zaświadczenia DoSW nigdy nie jest pewny czy może być pewny, że ma do czynienia z czymś wartym uwagi. To wydaje mi się smutne bo bezmyślne jakieś?
Ale są też wesołe przejawy kultury! Zespół Tańca Ludowego Politechniki Poznańskiej "Poligrodzianie" brał udział w V Międzynarodowym Festiwalu Folkloru w stolicy Nepalu - Katmandu! Aby zobaczyć i usłyszeć "Poligrodzian" mieszkańcy Nepalu "schodzili kilka dni z gór"... Onet jest moim faworytem i zawsze mnie potrafi rozśmieszyć.Podoba mi się też zaproszenie portugalskiej divy fado, niejakiej Misi, przez ludzi od festiwalu Beethovenowskiego do udziału w obchodach Roku Chopina...do Krakowa. Pani Misia dołożyła do tego fantastycznego zawirowania opowieść o swym zauroczeniu muzyką Frycka, które podsumowała pięknie taką myślą: "odkryłam, że w fado tkwi dumka, i na odwrót..."! No, tego lepiej sam bym nie wymyślił. Wierzby, poetyka dworca PKP Wa-wa Wschodnia i porywiste wiatry w tunelach Dworca Centralnego - to pachnie faktycznie dumką. Ani Ludwig van Beethoven, ani fado, a nawet same liryczne mazurki Fryderyka tego nie zmienią? I "odkryła" to dla świata p. Misia, a nie złośliwcy z Krakowa.
Bardzo miło idzie robota z naszym twórczym udziałem w Święcie Herbaty w Cieszynie, planowanym na lipiec ale dopinanym już teraz. Obok specjalnego, plenerowego koncertu mamy też dać po wykładzie: A. o ciszy, a ja, etnobotaniczny temat: :"muzyka /dobra do/ herbaty". Scena ma stać w miejscu gdzie leżeliśmy sobie leniwie na trawie w przerwie pokazów filmowych Festiwalu Kino Na Granicy, w maju 2009 roku i gdzie graliśmy pamiętny, akustyczny set w zabytkowej Rotundzie wiele lat wcześniej. Lubimy Cieszyn (po każdej stronie granicy) więc się cieszymy. Może nie będzie trzeba czekać 2 godziny na pizzę po polskiej stronie? Po lipcowym Cieszynie szykuje się lipcowa Warszawa i już widzę, że będzie nowa robota... A jest jeszcze maj i czerwiec, może Wrocław? Może... i to pachnie nową robotą. Robotą nie liczącą się w świecie sztuki, ot takie bezmyślne fedrowanie?
Kontrkultura dzisiaj powinna kwestionować te etatowe i samozwańcze gremia DdSW ... bo nikogo innego już sztuka nie obchodzi. A może nie obchodzić całkiem swobodnie bo menażeria to okrutna i zadufana w sobie aż się na "pawia" zbiera. Jak się szuka haseł w encyklopedii to np. nazwisko Bechstein jest, ale tylko w kontekście tego, że taki kolo budował fortepiany. Inny kolo odkrył leśny gatunek nietoperza, chroniony kilkoma konwencjami europejskimi i prawem lokalnym wielu krajów, którego losy pozwalają zrozumieć przemiany klimatu Europy w skali wielu tysięcy lat... i nazwał go w 1819 roku Nockiem Bechsteina ale encyklopedia nie uznała takiego "Bechsteina" za godnego nawet najmniejszej wzmianki. Wystarczy uszyć dobre kalesony Beethovenowi aby być w kręgu elity? Jak tak, to wolę moją robotę i Myotis Bechsteinii bo sobie lata i nie wciska mi się obligatoryjnym wyrokiem kuratorów do mózgu.
Na focie p. Róży; amatorska instalacja tybetańskich artystów wizualnych, do której koniecznie dobudować należy "przestrzeń miejską" aby mogła uchodzić za sztukę... Jest też inny sposób: pomalować sprayem sto takich czaszek na złoto i ułożyć na dworcu lub w hipermarkecie. Ej czarodzieje, czarodzieje...

Monday, March 22, 2010

ZŁE ZIELE


Wiosna jest już potwierdzona urzędowo i przepisowo (to trochę dziwne, że trzeba do tego specjalnie wymyślonego i ideologicznie słusznego kalendarza) ale też poprzez wysyp krakowskich niedzielnych rowerzystów. Nie było rady i my także przetarliśmy ramy naszych rowerków i ruszyliśmy do Tyńca. W Tyńcu wiadomo; życie duchowe dobrze miesza się z biznesem i dosłownie w ostatniej chwili ! sięgnęliśmy po keks z "klasztornego pieca". Piwa nigdy nie brakuje... Wypiliśmy po herbatce ziołowej o dość ciekawym składzie i wzmocnieni mogliśmy śmiało włączyć się w kolorowy sznur profesorów, docentów, prezesów i historyków z IPN-u, śmigający w sportowych rajtuzach i kaskach na umęczonych teorią głowach - w stronę Wawelu. Wieczorem dyskutowaliśmy trochę z Alą M. (aktorką Teatru Snów i pielgrzymującą artystką) o mieszczaństwie, o kontrkulturze i Grotowskim. Ala ma własne doświadczenia i kontakty w tym kręgu i zastanawialiśmy się czy nie jest tak, że intensywne uprawianie sztuki prowadzi poza nią? Potem było oglądanie fotek z Tybetu, Laponii i Tajlandii, ot takie mieszczańskie, krakowskie zajęcia...byle się GW nie dowiedziała! Ale jak takie spotkania nie nazywają się slam to mamy spokój.
Pod wpływem lamentów Krytyki Politycznej aby się organizować w celu zwiększenia nakładu ich słusznych wydawnictw i w ten oto sposób walczyć z konsumpcjonizmem, sięgnąłem po mojego ulubionego pisarza, niejakiego Charlesa Bukowskiego. Napisał On opowiadanie pt. "Narodziny, żywot i upadek gazety podziemnej" ( w zbiorze " Najpiękniejsza dziewczyna w mieście" wydanym po polsku przez Noir sur Blanc w 1997 roku), w którym barwnie opisuje wykorzystywanie naiwnych i swój stosunek do ideologicznego kitu jako towaru. Bukowski wydaje się dobrym antidotum na dymiące od wzniosłych chceń głowy.
Głowy dymią także zawodowym znawcom sztuki, którzy specjalizują się w pracy z ideami i praktyką zmarłych artystów. To oni wiedzą najlepiej co tacy artyści chcieli powiedzieć i dokąd zmierzali. Bo wiadomo; artyści są jak dzieci i dopiero uczone (w grach pozorów)i ustosunkowane (w mediach) konsylium znawców pasie się latami na tych, których już nie ma. Na tym tle, kilka fragmentów książki Zbigniewa Osińskiego o Jerzym Grotowskim (Jerzy Grotowski, źródła, inspiracje, konteksty - wydawnictwo słowo/obraz terytoria, 2009 ) jest dla mnie jak źródlana woda.
Do takich perełek orzeźwiających należy zamieszczenie w książce dużych reprodukcji raportów kasowych ze sprzedaży biletów na spektakle wyreżyserowane przez Grotowskiego. Na stronie 169 oglądamy raport kasowy ze spektaklu Akropolis: "widzów O" (zero; aby była jasność...), na następnej stronie inny raport kasowy donosi, że: " sprzedano trzy bilety a zł 3,60 Przedstawienie nie odbyło się Bilety zwrócono". Następna strona jest dowodem sukcesu komercyjnego: " Akropolis wg. Wyspiańskiego, widzów 26, zaproszenia 1"... Spoglądając na te raporty kasowe w kontekście kim Jerzy Grotowski był i jest dla teatru na świecie... nie mogę się powstrzymać przed myślą, że budyń mentalny w Polsce jest ponad formacjami politycznymi. To doniosłe odkrycie nie powinno odwracać uwagi od pytania: skąd znawcy wiedzą tyle o spektaklach, metodzie i zamiarach Grotowskiego skoro nie było ich na sali? Czy zajmowali by się Grotowskim gdyby nie wsparcie i uznanie z Zachodu? Czy Grotowski dostał by Paszport Polityki? Pewnie nie?!
Ostatnio w tivi modne stały się tzw. dopalacze. Felieton goni felieton tak jak nowe sklepy gonią nowe sklepy... Nowe doniesienia z frontu walki z tymi strasznymi specyfikami przypominają mi dzisiejszy felieton o sesji fotograficznej seksownej aktorki w czasach gdy nie była jeszcze pełnoletnia. Naganność sytuacji tivi dokładnie ilustruje fotografiami gołej aktorki, pewnie abyśmy mogli pojąć całą grozę sytuacji. Byłem naprawdę wstrząśnięty Angelina Jolie w wieku 17 lat i poddam się jeszcze wiele razy tej straszliwej konfrontacji. Tak jest też z "dopalaczami" i mediami. Wyczuwam głębokie i trwałe więzy jakie łączą te dwa światy i felietony o "zarazie" opanowującej nasze zdrowe, jasno myślące, do bólu trzeźwe społeczeństwo jakoś mi brzmią fałszywie?
Lista zakazanych roślin i chemikaliów jest już pewnie wielostronicowa i z każdym dniem się powiększa. Nie chcę iść pod prąd i zgłaszam jeszcze jedną roślinę do delegalizacji. To kapusta, która okraszona spyrką i podawana z ziemniakami powoduje ociężałość umysłową i fizyczną. Skutki jazdy pod wpływem kapusty i jej mieszanek widać wszędzie. Także w tivi...

Friday, March 19, 2010

EKSTREMALNI


Piękny wiosenny dzień zwabił mnie na spacer po A. do kampusu Szacownej Uczelni. Już pod naszą "wieżą" zauważyłem wystające z ziemi zielone liście i pąki kwiatowe kilku cebulowych kwiatów wiosennych. To efekt jesiennej akcji guerrilla gardening (pisałem o tej miejskiej partyzantce szeroko w ubiegłym roku) ale jeszcze zbyt wcześnie mówić o sukcesie bo malutkie buciki rozbrykanych dzieciaczków trafiają bezbłędnie w te jedyne oznaki wiosny w tzw. zieleni miejskiej. Młode mamy dostają pewnego rodzaju poporodowej głuchoty i ślepoty na wybryki swoich "aniołków", tratujących wszystko i rozdartych bez chwili przerwy. Bardziej rozdarte od dzieciaczków są tylko ich mamy... Ale mamy kilka lat względnego spokoju, aż do czasu gdy te maluchy podrosną i zaczną nas bić...
Na korytarzu Szacownej Uczelni zobaczyłem piękny plakacik z dużym tytułem: "Ekstremalna Droga Krzyżowa" wzywający do nocnych i mocnych doznań religijnych związanych z tradycją chrześcijańską. Być może będzie to forsowny marsz, być może biczowanie, że o innych praktykach nie wspomnę. Już myślałem, że to jakaś kryptoreklama SM ale nie?! Plakacik w barwach (niegdyś) hardcorowych: czarno-czerwono-białych nie był żartem! Obok inni ekstremalni: Krytyka Polityczna - zawiesili plakacik nawołujący do obnażenia podłych praktyk kapitalizmu i ukazania szlachetności równej i sprawiedliwej biedy dostępnej całemu społeczeństwu. Bieda, ma się rozumieć, nie będzie dotyczyła Kierownictwa Nowej (?) Partii oraz funkcjonariuszy Nowej Sztuki Agitacyjnej. Przegląd ekstremalnych propozycji dopełnił sąsiadujący z dwoma poprzednimi- plakacik Anarchistów. Tym ostatnim to szczerze współczuje oderwania od realu i zazdroszczę wypielęgnowanej naiwności. Gdyby nie jarzmo demokracji i łańcuchy wolnego rynku, to byśmy w Polsce wszyscy paniczyki-anarchiści skończyli jako parobkowie chłopów. Przypominam, że parobek to prawdziwie polski synonim niewolnika.
Po dotarciu do centrum miasta odkryłem, że po klęsce w postaci usunięcia białego balonu przez ekstremalnych strażników czystości Krakowa, jest i klęska kolejna: wygaszono kolorowe neony zdobiące, przyznaję: jarmarcznie, Galerię Bonarka. Wszystko byłoby O.K. ale jestem dziwnie pewny, że gdyby komin był w kształcie krzyża, to nikomu by nie wolno było skrytykować oświetlenia tego podnoszącego na duchu symbolu. Teraz jest wreszcie dobrze: komin jak komin. Bo z wesołością w Budyniowie nie ma co przesadzać i idąc do hipermarketu (a ten kto tam idzie to zły człowiek, oj zły...) miejmy na uwadze: Memento Mori! Pewnie ci sami ekstremiści chcieli zrobić z pana Prezydenta LK tzw. Honorowego Obywatela Krakowa. Daliśmy odpór i spontanicznie Pan Prezydent odpuścił... Jak dobrze jest unikać ekstremów! Ale ekstremalność dotknęła i nas: w recenzji płyty A. pt. "Vaggi Varri - tundra soundwalk", Grzegorz Bożek z pisma Dzikie Życie napisał: " ...tej płyty nie przesłucha wiele osób, jest niszową produkcją nawet wśród niszowych wydawnictw.". Wow! Udało się!? Może załapiemy się kiedyś na festiwal AudioArt ? Plakat nowej edycji pokazuje, że tylko ekstremalni się liczą. Plakatowy obrazek AudioArtu 2010 sugeruje coś jak wsobny, ekstremalny wir albo kręcenie się w koło? Może to być też plastyczna wizja ( "see this sound" !) wierszyka: koło, koło, buch go w czoło? Może w koło, może w czoło: byle ekstremalnie!
Obrazek u góry to nowe logo ekstremalnie niszowego wydawnictwa, które jednak polecam.

Monday, March 15, 2010

D.I.Y. or DIE


To miał być trudny rok i wygląda na to, że nie będzie łatwo nawet przez chwilę. Pracujemy nad kilkoma projektami równocześnie i tylko nieliczni potrafią pomagać bez zadawania pytań i utyskiwania na terminy, tematy i dziwne pory kolejnych tzw. pilnych spraw...Bogdan wie o czym mówię... Ale realia są jakie są i tylko z trudem udaje się coś z tego budyniu wyszarpać. Po wielu przymiarkach i sporej pracy studyjnej, udało się umieścić w tłoczni naszą nową płytę i przez kilka dni trwać będzie ten "błogosławiony" stan zawieszenia. Już nic nie da się zmienić i poprawić, nie grożą złośliwe opinie i nie trzeba niczego wysyłać... Za tydzień stan ten się skończy a za trzy miesiące będzie "po wszystkim" ; dwunasta nasza regularna płyta będzie krążyć wśród ludzi i w sieci i żyć własnym życiem.
Pomiędzy pisaniem skryptu nt. etnobotaniki i przygotowywaniem wykładu dla UJ pt. Święte rośliny Indii na 23 kwietnia, udało się nam zjechać kilka razy ze szczytu Chopoka na Słowacji. Robimy to bez poczucia winy za skłonności do "frajdku" jak niektórzy nazywają free-ride. Zadymka i stromy stok bez przygotowania ratrakiem... to bezwstydnie lubimy i za to się będziemy smażyli w ekologicznym piekle?!
W tym trudnym czasie doszła jeszcze konieczność kupienia spodni... to jest naprawdę ciężka przeprawa. Poczynając od żelowanych sprzedawców dziwiących się, że taki stary a chce Levisy a nie garnitur do trumny a kończąc na rewelacjach z ekranów w galeriach. W Galerii Kazimierz wyświetlają się tak niezbędne wiadomości jak: "ryk dorosłego lwa usłyszeć można z odległości 10 km", albo: " najmniejszą żabą na świecie jest żabka kubańska o długości 1 cm"! Te bardzo przydatne w hipermarkecie informacje ubogaca: " tracimy 4 kg zużytego naskórka na rok" i dowiadujemy się, że: " kałamarnice olbrzymie ważą 900 kg" ! Po tym zestawie (szczególnie trudna do zniesienia jest utrata tak dużej ilości zużytego naskórka!) proces kupowania spodni polegający na forsowaniu kolejnego głupiego sprzedawcy, który zadaje wyuczone i mechaniczne pytanie - " w czym mógłbym pomóc" - w sytuacji gdy odpowiedź wyświetlana powinna być zamiast wagi kałamarnic : "w niczym, w niczym!".
Na jakimś plakaciku kolejnej hardcorowej imprezy zobaczyłem ładny napis wiążący opisane sytuacje z płytą, z zakupami i z łatwo dostępnymi informacjami : D.I.Y. or DIE czyli w tzw. wolnym tłumaczeniu: zrób sam albo giń.
Muszę też odnotować dotkliwe klęski: 1/ lobby GW i amerykańskich imigrantów mieszkających w Krakowie najprawdopodobniej usunęły biały balon widokowy z okolic Skałki, podobno będziemy musieli nosić w lecie łapcie z kory lipowej aby wiernie odtwarzać krajobraz po jaki przyjechali tu (bez wizy) niektórzy łaskawcy,czuję się osobiście zraniony takim lizusostwem władz i dziennikarzy i znajdę sposób aby dać odpór 2/ Pan Lech Kaczyński będzie chyba kandydował na drugą kadencję a do tego krakowscy radni PiS-u chcą Mu przyznać honorowe obywatelstwo Krakowa, jakby mało było honorowego obywatelstwa Nowego Sącza?! Jeżeli chcesz przeciwdziałać podpisz petycję! Nie dla Kaczyńskiego!
Na obrazku płyta: Acousmatic Psychogeography przebywająca obecnie wraz z okładką w stanie bardo: oficjalnie urodzi się 22 kwietnia w krakowskich Fortach podczas naszego specjalnego tam koncertu... i zobaczymy w jakim świecie się odnajdzie? No, wiem: kali-juga czyli wiek budyniu...balonów wygnanych i utraconego naskórka.