Monday, August 02, 2010

RAZEM PRZECIW


"Razem Przeciw" to nazwa stowarzyszenia powodzian z okolic Lublina. Zobaczyłem plakacik z tym napisem w tivi i powalił mnie swą genialnością! Krótkie hasło: "razem przeciw" to trafne nawiązanie do panujących standardów. Prezes Jarosław K. powinien się cieszyć, widać ,że Jego polityka jest wiecznie żywa. Ściana Wschodnia od zawsze jest: razem przeciw. Wreszcie się nie musi opowiadać przeciw czemu, bo raz jest to, a innym razem co innego, niezmienne jest jedno: przeciw! Bo jak głosił słynny kilka lat temu program wyborczy kandydata z Białegostoku: "bo chodzi o to aby nic nie było".
Pan Czernecki i inni zwolennicy PiS-u jako boskiej, jedynej i najwyższej formy władzy jaka może występować w przyrodzie, sami utracili najwidoczniej władzę nad swymi maniami prześladowczymi. Już nawet piwo się im zlewa w jedno z bohatersko poległym prezydentem. Czy to upał sprawił? Swoją drogą to spora ilość ludzi manifestowała swój sprzeciw dla pamiętnego użycia Wawelu w celach politycznych. O ile pamiętam to i TVN i GW obiecywały do sprawy wrócić po nieszczęsnych uroczystościach. I co? I nic! W ten sposób tylko otwiera się worek mniej czy bardziej poprawnych dowcipów. Mamy to przetrenowane od stuleci. Wydaje się też sensowne aby po przegranych wyborach razem z przegranymi politykami odchodzili przegrani biskupi. Byłoby to sprawiedliwe ale jedynie sprawiedliwością ziemską, ułomną bo ludzką. Ta inna mówi: tera i na zawsze my!
Pisze i pisze a przybywa tego bardzo powoli ale pisanie dwóch książek jednocześnie jest ciekawym doświadczeniem. Szukając niezbędnych mi karteczek z notatkami, natrafiłem na zeszycik z cytatmi. Kilka z nich celnie odpowiada na pytania o to dlaczego warto trochę orientować się w szołbiznesie i nie odpuszczać wciskaniu kitu:
" wolność i wyobraźnia to mięśnie, których nigdy nie ćwiczymy " C. Wilson "Outsider" albo dosadne ale trafne: " Czy mamy pozwolić, by po wieczne czasy trzymały nas w błocie te świnie, dla których wszechświat jest tylko maszyną smarującą im tłuszczem szczeć i napełniajacą żarciem ryje?" Bernard Shaw. Mam też kilka notatek z frontu... Jedna z nich mówi o rozmowie na temat organizacji koncertu formacji Black Forest Black Sea w Muzycznej Owczarni w Jaworkach. Goście z USA to w tamtych latach (2004) gwiazdy psychedelii, wydawcy płyt, organizatorzy międzynarodowych festiwali i koncertów. W formie wyjaśnienia odmowy zorganizowania koncertu usłyszałem: " tej muzyki trzeba by było słuchać, a tu ludzie przychodzą się zrelaksować". Moja ulubiona wokalistka budyniowa, niejaka Patrycja M., wciskana przez tivi na siłę i bez litości, śpiewa : "zerwij ze mnie mój wstyd"... Ale buntownicza pieśń pozostaje bez echa bo najwyraźniej wstydu nie ma!
Na stole leżą dwie interesujące płyty. Interesujące z całkowicie odmiennych powodów ale jednocześnie należące do tych, którym żelowani prezenterzy nie podołają. Jedna z nich to pięknie opracowana graficznie płyta duetu Radio Samsara. Ruffus Libner gra na didjeridu (i używa pisowni: didjeridoo, co zgrabnie łączy krakowskie: didjeridu z warszawskim: didgeridoo), jest też odpowiedzialny za samplowane z otoczenia tła do wykonywanej muzyki, także za misy pocierane, deszczowe patyki i oprawę graficzną. Gwidon Cybulski gra na afrykańskiej harfie, która za sprawą Dona Cherrego stała się stałym instrumentem w grupach tworzących "nową, globalną etniczność" i wykonuje wokalizy oraz śpiewa w nieznanym (i pewnie nieistniejącym) języku. Pan Gwidon śpiewa w taki sposób, że muszę Go zobaczyć aby uwierzyć, że Gwidon Cybulski to nie pseudonim artystyczny kogoś z daleka...Ruffusa Libnera widziałem i wiem, że nie jest Aborygenem. Jego didjeridu jest płynne, łagodniejsze i staje się instrumentem muzycznym a nie dźwiękowym narzędziem rytualnym. Obydwa podejścia szanuję ale wbrew pozorom, ryzykowniejsze jest w dalszej perspektywie "umuzycznianie" rytuału. Na płycie jest 6 utworów ale całość jest dość jednorodna, co uważam za plus. Mógłbym popisywać się znajomością domniemanych mistrzów Radia Samsary ale po co? Ważne, że dwaj ludzie wyczarowują bardzo interesujące brzmienie, które zapada w pamięć. Z wielką chęcią posłucham Ich koncertu. Druga płyta to bogato opracowana graficznie i zapakowana w oryginalną okładkę płyta pt. "Pocztówki dźwiękowe z Bytomia". Płyta jest efektem szerszego projektu i mało u nas popularnych prac z zakresu soundscapes, soundwalks i innych doświadczeń z badaniem dźwiękowego otoczenia. Mimo, że za nagrania odpowiedzialnych jest kilka osób to całą pulę zgarnia sułtan polskiego eksperymentu - Marcin Dymiter (z koniecznym dopiskiem aka Emiter). Wydawnictwo jest wyjątkowe i starannie opracowane, tematyka śląska wreszcie zaczyna być na topie (co mnie cieszy a Emiter świetnie wyczuwa) ale pozostaje problem powodów, dla których tego rodzaju nagrania miałyby być słuchane poza wąskim kręgiem wtajemniczonych? W Wielkiej Brytanii istnieje szkolny program pt. "pocztówki dźwiękowe" i zapisy tego rodzaju służą dydaktyce, rozwijaniu wyobraźni i ćwiczeniu zaniedbywanego słuchu, także mądrej zabawie. Mieszanie zabawy, podejścia sugerującego poważne badania sonosfery, archiwizowania śląskiej przestrzeni kulturowej, a także kreacji grupy artystycznej i dzieła indywidualnego geniuszu nie dają dobrych rezultatów. To utyskiwanie jest spowodowane apetytem jaki wydawnictwo wywołuje, a którego nie jest w stanie zaspokoić. Ale pośród tych, co chcą aby zerwać z nich wstyd, to jest perełka! Nie wiem gdzie płytę można kupić, ja dostałem ją od żony.
Na mojej focie... świat inny, świat równolegly ? za którym już bardzo tęsknie!

Friday, July 30, 2010

GRAMY NA ŻYWCA


No i jak w piosence: "Warszawa da się lubić" ? Koncert w niedziele swobodny i bez utarczek nagłośnieniowo-organizacyjnych a publiczność rewelacyjna! Wiem, wiem, co sobie teraz myślicie. Jest tak: jak dokopuje to dokopuje, bo jest za co, ale jak jest świetnie to (nawet najgorsza) prawda ale tylko prawda! Klub jak za dawnych czasów w Berlinie ale fajniejszy bo...istnieje. Klęska całkowita moich pochopnych żarcików także jeżeli chodzi o lewacki twarożek i fioletowe jaja w Żywicielu; nic z tych spraw i pełna kultura - mea culpa! Śniadanie imieninowe bardzo smaczne i tak na siłę już: "americana" to krakowska "mała biała", a sympatyczne kelnerki jakoś takie ponure czy może zakaz uśmiechania się? Spaliśmy w kapsułach (pomysł z Japonii) ale mam nadzieje, że się nie przyjmie szerzej bo feeling jak z prosektorium. Ale doceniam nowatorstwo, zwłaszcza, że testowaliśmy już więzienne cele w hostelu w Lublanie. Ale to nie koniec zadziwień. Po przyzwoitych zapowiedziach koncertu (dziękujemy kolektywowi z GW ! szacunek) pojawiły się recenzje, takie zawodowo-prasowe i bardzo nas cieszące; spontaniczno-blogowe. Jedna z tych ostatnich stwierdza, że: " skopaliśmy tyłki publiczności". No, to miłe dla nas i mam nadzieje, że dla słuchających. Odrobina S/M nie zaszkodzi. Całkiem miło napisał Wojtek Lada w Życiu Warszawy pod nieco zawstydzającym nas tytułem: Najstarsze tradycje, czyli podróż do jądra prawdy. E tam, zaraz; prawdy!? Dla mnie wystarczy już; podróż.
A jednak Oko Saurona drgnęło... Dość dziwną formę zastaliśmy w elektronicznej notatce Marka Duszy pt. Ekologiczne dźwięki. Tekścik o.k. i autorowi dziękujemy ale Rzeczpospolita kolejny raz powala nas tanimi i dziwnymi chwytami. Kilka słów w tekście o Karpatach Magicznych było wyróżnionych i po kliknięciu na nie atakowała nas ... wyjątkowo upierdliwa, dramatycznie głupia i agresywna reklama piwa "Żywiec" z dodatkiem wojowników ze wsi Męska Muzyka (?). Takie to piwo uważyli żelowani specjaliści / wojownicy / marketingowcy; z dodatkiem bólu głowy, wiochy i złego smaku. Po co to panu Stańce? Żal to oglądać. Namawiamy autora tekstu: uciekaj z takiej Redakcji! Ciekawy jest aspekt prawny tego tricku Rzepy; można tak sobie wykorzystywać tekst dowolny aby reklamować piwo? Linki po dwóch dniach przestały być aktywne ale śledzimy sprawę dalej. Idę sobie dzisiaj spacerkiem a Na Placu Nowym wisi plakat z wezwaniem: oderwij coś tam a dostaniesz płytę Męska Muzyka i flaszkę piwa... i to okraszone pysiami luminarzy offu. Strach otworzyć lodówkę!
Posypały się recenzje naszej nowej płyty w dalekich miejscach, które z zainteresowaniem śledzimy i najwyraźniej ze wzajemnością. Cieszą bo dobre ale także dlatego, że piszący je rozumieją co robimy i do czego się odnosimy. A u nas zawsze się trafi jakiś wioskowy dyzio, co to nie wie zbyt wiele ale napisze... Niejaki Filip Szałasek dopuszczony do portalu nowamuzyka.pl napisał, że: " ...generatory, gitary, gajdica, głos.... no i co z tego jak to jest 5 długich, nudnych utworów zlewających się ( Panu Ł. Szałasek - jak rozumiem) w jedną mętną kałużę". Nie wiem, co to za Szałasek się objawił i komu je z ręki ale od nas się nie doczeka melodyjnej pieśni o wojownikach, wpieranej ludzkości na żywca w socrealistycznym stylu.
Fota Kasi G. z koncertu w Wa-wie, dobrze pokazuje jak tworzy się to, co tak zaniepokoiło recenzenta "nowej?muzyki.pl". Jest tak: z końca huculskiej trombity sączy się mętna substancja, która niweczy ostrość reszty fotografii, a zaraz potem atakuje budyń zalegający po redakcjach. Tak mamy i tyle. Jedyne co nas łączy ze środowiskiem polskiego szołoffu to, że my także, dzięki Rzeczpospolitej graliśmy na żywca. Rzeczpospolitej już dziękujemy!

Saturday, July 24, 2010

THE DOORS to the WEST


No i na nas też padło... jutro mamy zagrać w Warszawie! Wakacje to sezon mało sprzyjający aby dostrzegło nas Oko Saurona ale i tak musimy się bardzo pilnować. Niestety Oko jest podobno ciągle czujne i są pewne symptomy jego zaniepokojenia. W poniedziałek jemy imieninowe śniadanie w barze mlecznym Żywiciel, aby zyskać nieco lewackiego poloru. Mam nadzieję, że będą jaja na twardo o zielono-siwym zabarwieniu i tzw. twarożek. Na samą myśl o tego typu "twarożku" ogarnia mnie trwoga. Nie wiem czy dzisiejsi lewacy znają to jedyne w swoim rodzaju uczucie, towarzyszące desperackiej próbie zjedzenia dużej bułki "zwykłej" z dwoma połówkami sino-zielonego jaja na twardo umieszczonych w mazistym "twarożku"... Pewnie nie i tylko PKP trzyma się dzielnie i stoi w polach jak za dawnych czasów.
Dochodzą do nas miłe relacje, fotografie i filmiki z Cieszyna. Organizatorzy Święta Herbaty zapowiadają ciąg dalszy i ja już jestem gotowy na Cieszyn! Dochodzą do nas także dalekie (USA i Australia)recenzje nowej płyty Karpat i "wodnych" nagrań A. z tundry, ze spacerów w 2009 roku. Cieszymy się z tego zauważania naszej pracy bo mamy już status "kombatantów" i nie jest łatwo zaistnieć w powodzi nowych projektów i ludzi.
Siedzę nad tekstami do dwóch książek ale ciągle jestem gdzieś na samym początku i do tego znacznie lepiej "pisze się" opowieśc z tundry niż etnobotanika... Zawsze jest tak, że to co terminowe szybko zmienia się w obowiązkowe i entuzjazm opada. Do tego te obrazki z Sapmi zupełnie mnie dekoncentrują i siłą tylko mogę zwalczyć przemożną chęć spakowania plecaka...
Przyglądam się odcinkowej relacji z życia PiS-u w tivi i nie mogę ukryć zazdrości co do lakoniczności i trafności określenia autorstwa Pana Palikota, że "g...o wybiło"! Nic dodać i nic ująć. Sam już zauważam, że stary budyń zaczyna capić czymś znacznie gorszym. Jak się tak w jednym dniu słucha i ogląda w tivi obrończyni krzyża i pogromców loga Nowego Sącza, to pozostaje jedynie oddalić się za Krąg Polarny.
Przygotowujemy nieco inną, wzbogaconą o letnie foty z Jokkmokk wersję okładki dźwiękowej relacji z zimowego targu Samów w lutym tego roku. Na mojej focie wrota zapory wodnej w Jokkmokk z wielkim, samskim muralem. Źródła kultury europejskiej mają się nieźle...

Monday, July 19, 2010

PLUVIALIS APRICARIA


Tytułowe: Pluvialis apricaria L. to łacińska nazwa siewki złotej. Ten piękny ptak jest obecny w naszych nagraniach z tundry i poza jego charakterystycznymi głosami mamy także jego niezłe fotografie. Tak się stało, że nagrania z ostatniego trekkingu przez Góry Skandynawskie, ułożyły się w ciąg rejestracji głosów kilku tundrowych ptaków: siewki, wydrzyka, pardwy mszarnej, pardwy górskiej z pisklakami (!), jeszcze nie zidentyfikowanych mew i drobnych ptaków śpiewających ale także głosów... reniferów! Interesujące jest to, że siewka złota ma w Polsce status ptaka wymarłego.
Wyjazd do Cieszyna i koncert podczas Święta Herbaty nie dość, że nie zepsuł nam smaku wyprawy w tundrę ale nawet pozwala mi łagodnie zakończyć ten intensywny i ważny czas. Już pierwszy dzień i wieczór z koncertami Tara Fuki, a później Ivy Bittovej w duecie z Vaclavkiem (pamiętacie Bile Inferno!!!) był znakomitym doświadczeniem. Spory Festiwal ale spokojny, przyjazny, bez nadęcia, bez pijackich wybryków, bez objazdowych megagwiazd, szynkarzy i piwowarskich koncernów w tytule... Program spotkania bardzo interesujący i nawet obowiązkowe warsztaty na djembe i didjeridu dało się wytrzymać nerwowo! Spijając kawki i herbatki w różnych miejscach Cieszyna (poza Wzgórzem Zamkowym i Rynkiem jest świetny rejon pt. Wenecja! i kawiarnia w dawnych, cesarskich stajniach), po raz kolejny zastanawialiśmy się nad fenomenem enklaw w morzu budyniu. Konkluzja wychodzi zawsze ta sama: wszędzie tam, gdzie "czystość etniczna" nie jest taka oczywista, jest zawsze lepiej niż w budyniowie totalnym.
Sobota była dla nas długim, pracowitym dniem z miłym zakończeniem. Najpierw dwa nasze wykłady a około 22-giej, lekko opóźniony koncert. Kiedy zaczynaliśmy, rozpoczął także i deszcz (wywołany przez djemby ! zawsze tak się kończy zbiorowe walenie w bębny) i rozszalała się burza! Trudno o bardziej naturalny akompaniament i mimo, że pioruny waliły kilka razy mocno i blisko...nikt nie miał jakoś pretensji o "noise", który ponoć psuje czystość folkowego przekazu... Chciało się grać, bo wcześniej widzieliśmy jak publiczność słucha Ivy Bittovej ale także Tara Fuki, Vlastislava Matouska a nawet tych trudnych (dla mnie) do rozgryzienia formacji "folkowo-jazzowych" z Mazowsza. Każdy jednak ma swoją opowieść i mógł ją snuć bezpiecznie i bez oporów. Wracając do Krakowa ze zdziwieniem przyglądałem się wielkim przydrożnym reklamom z muzykami, których usilna i agresywna reklama kosztuje więcej niż cały Festiwal w Cieszynie. Więc niech się tak w Jarocinie nie jarają wolnością bo ona tam już tylko była. Teraz jej mit służy do wciskania muzycznego kitu małolatom i wyciągania kasy z politycznych mieszków. Wolność kultywuje się całkiem w innych miejscach.
Dostałem pocztą nowy numer magazynu pt. "Blackastrial - magazyn muzyki ekstremalnej"... z recenzją naszej nowej płyty! Niektórzy się dziwią ?! ale ja zawsze twierdzę, że jest to jedno z lepiej zorganizowanych środowisk niezależnych i dlatego zawsze jest gdzieś jakaś nić porozumienia i sympatii. Inna rzecz, że wolę gości z rozwianym włosem niż ulizanych biznesmenów muzycznych, którzy muszą zapewniać o swej muzycznej "męskości" na wielkoformatowych dyktach wywieszanych po miedzach.
Polecam w tym numerze pisma rewelacajny wywiad z Jarkiem Szubrychtem!, który ma podobny do mojego plan życiowy: " ...dążę do tego, żeby jak Hank Moody z "Californication" utrzymywać się tylko z pisania bloga, a resztę czasu poświęcić na umartwianie ciała używkami i seksem..." W moim przypadku wystraczy zamienić "używkami" na "wędrówkami" i ten pozbawiony ambicji, do cna liberalny plan życiowy byłby mój!
Dla zainteresowanych naszą działalnością i inspiracjami mamy prezent! To długi wywiad z Karpatami Magicznymi jaki przeprowadził Łukasz Folda, jeden z poważniejszych dziennikarzy zajmujących się kulturą i sztuką. Zręby wywiadu powstały przed koncertem w Katowicach (w klubie Cogitatur) ale został później wzbogacony wymianą myśli, pytaniami i dyskusjami. Wywiad plus recenzję nowej płyty opublikował na interesującym portalu popupmusic.pl Polecam i dziękuje!
Na focie mój plecak w górskiej tundrze, wygląda ładnie ale sam nie chciał chodzić, niestety...

Wednesday, July 14, 2010

SACRED GEOGRAPHY


Ahhka to Góra ważna dla sakralnej geografii Samów, siedziba / uosobienie Mattarahkka: Wielkiej Matki. To dziwne uczucie kiedy wreszcie staje się przed taką Górą, którą studiowało się z map, fotografii i relacji... Zawsze jest inaczej niż się spodziewaliśmy i pewnie dlatego podróż/doświadczenie ma ciągle sens ! Ahhka (Akka, Ahkka) okazała się tak wielkim masywem, że samo Jej obejście zajmuje pewnie tydzień! Nikt też nie był dotąd na wszystkich Jej wierzchołkach i nawet informacje o ich ilości oscylują pomiędzy 6 a 12 ! Wchodzenie na taką Górę bez wyraźnej potrzeby wydaje się natychmiast złym pomysłem. Wybraliśmy więc mniej uczęszczany szlak (co tutaj oznaczało spotkanie 4 osób w przeciągu 3 dni) i z widokiem Góry za plecami (a po tygodniu znowu przed sobą) powędrowaliśmy w górska tundrę. Spaliśmy w namiocie ale też w kata - letnim domu Samów z kory i darni, przeprawialiśmy się przez lodowaty strumień po pas w wodzie i przez wiele godzin szliśmy pomiędzy stadami reniferów. Nie wiem co mogę do tego dodać? Nagrywanie i fotografowanie pardw, wydrzyków, obserwację uczty orłów, dotarcie do miejsc pełnych energii i mocy? Do wodospadów, do regularnego miejsca kultu Samów, do rzek i jezior tak pięknych, że idąc na obolałych nogach przez 8 godzin jednocześnie płynie się w dziwnym uniesieniu i dziękuje się każdej roślinie, każdemu reniferowi i każdemu znaczącemu głazowi, że to trwa i nie znika. W tym stanie łatwo jest dać się zagarnąć, rozpłynąć w miejscach, dźwiękach i fizycznym doznawaniu otoczenia. Skóra staje się jakby mniej chroniącą barierą a bardziej osmotyczną strefą kontaktu. Po kilku dniach nasze zmysły logują się w niecodziennym dla nas otoczeniu i widzimy więcej, słyszymy więcej, doświadczamy intensywniej. Negocjujemy nowe granice ze światem i zaczynamy całkiem naturalnie iść kiedy idziemy, jeść kiedy jemy, pić kiedy pojawia się woda i odpoczywać w chwilach zmęczenia. Wybieganie nago z prawdziwej "zwykłej" sauny do strumienia z wodą z topniejącego lodowca staje się nie tylko możliwe ale i oczywiste. Do tego słońce nie zachodzi i dni stają się jednym sznurem jasnego światła, które nie znika kiedy zasypiamy. Słyszymy więcej także z siebie i najlepiej opisuje to reklamowy napis na opakowaniu zatyczek do uszu: "The Sound of Swedish Lapland".
Wróciliśmy też na chwile do Jokkmokk aby zobaczyć to miejsce latem i zachwycić się etnobotanicznym, naturalnym ogrodem botanicznym dedykowanym Linneuszowi i innym badaczom. Widzieliśmy też jeden z najmocniejszych murali jakie udało się nam spotkać w Europie, Azji i Ameryce! Wielki, szamański mural na wrotach zapory wodnej...
Intensywność naszej pracy z Sapmi i kulturą Samów jest tak wielka, że dzisiaj usiadłem do konspektu książeczki o tym niezwykłym doświadczeniu. Będę pisał dwie książki jednocześnie ( moja "etnobotanika" ma już w brudnopisie kilkadziesiąt znormalizowanych stron!), bo to jest kwestia wdzięczności i zachwytu. Wszystko jeszcze takie bliskie i pełne znaczenia...
W piątek mamy zaczynać swoją pracę na Festiwal Herbaty w Cieszynie i na początek pokażemy nowe fotografie z Sapmi/Laponii. Jest ich ok. 1200 ! Mamy też wykłady (ja: "muzyka /dobra do/ herbaty", A.: "O ciszy") a w sobotę wieczorem koncert w dużym składzie: Ula i Andrzej ale także Janek Kubek i Mirek, który wprowadzi pierwszy raz do naszej muzyki thereminovox! Za tydzień koncert w Warszawie...
Wiem, że ta fota jest nieprawdopodobna ale pomyślcie, że w górach nagle widzicie podwójną, pełną tęczę... i to jest realny obraz. Mnie łzy spływały po policzkach.

Friday, June 25, 2010

AHHKA


Taki cytacik: " Most people have heard of Yoik, but we know little about how Yoik was used before Christianity was brought to the Sami people" - Elik Margrethe Wersland (w: " Yoik in the Old Sami Religion, 2006 ).
Ahhka (nazwa tradycyjna) lub Akka (po szwedzku) to legendarny masyw górski, który leży w sercu Sapmi (kraju Samów), za Kołem Polarnym, na północy Szwecji, w pobliżu granicy z Norwegią. Pierwszy raz na jej (jeden z 6 !) szczytów weszło dwóch spacerowiczów dopiero w 1924 roku. Dwa szczyty tej góry mają więcej niż 2000 metrów: Stortoppen - 2016 m n.p.m. i Nordosttoppen - 2010 m n.p.m. i jest 9 górą Szwecji co do wysokości, ale nie w tym rzecz. Na górze zalega kilka lodowców a dotarcie do niej zajmuje trochę czasu. Góra, nazywana także Królową Laponii (The Queen of Lapland) przegląda się w wielkim jeziorze Ahkkasjaure. Obszar wokół Góry jest niezwykły i chroniony trzema (!) parkami narodowymi: Stora Sjofallet, Sarek, Padjelanta. W pobliżu masywu jest miejsce gdzie te trzy parki się spotykają. Obszar zyskał status światowego dziedzictwa Natury (pod nazwą Laponia) i uważany jest za najdziksze miejsce w Europie. Ahhka jest dla Samów saivo świętą górą i miejscem ważnym. Ahhka w Ich języku oznacza boginię lub starą matkę. Wokół niej znajduje się kilka wiosek Samów i letnie pastwiska reniferów ale mówi się też o seide, miejscach kultowych, które pilnują stallo - złośliwi strażnicy. Jeżeli tam nie spotkamy noaidi - samskich szamanów... to nigdzie ich nie ma. Dobry znak na tę podróż to miło opracowany graficznie mój tekst w najnowszym numerze pisma Glissando... o muzyce Samów właśnie. Podobno, spory wywiad z Karpatami Magicznymi lada godzina pokaże się na portalu popupmusic i tam też kilka fotek z Sapmi. Ja już przed wylotem tego nie sprawdzę. No tak, biegnę pakować plecak i do połowy lipca: bez odbioru!

Thursday, June 24, 2010

TerenNowy


Od czasu do czasu dostaję różne płyty od różnych ludzi... Zawsze się cieszę z nowych wydawnictw ale... mam też z nimi kłopot. Polega on na tym, że jako czynny muzyk nie bardzo chcę te płyty recenzować. Wydaje mi się to nie całkiem o.k., mimo, że widzę przecież jak niektórzy muzycy sami sobie recenzują płyty i nie mają z tym kłopotu?! Może czas aby ten problem jakoś rozwiązać? Przyjmę chyba model, w którym jeżeli już coś piszę to znaczy, że się podoba lub jakoś inaczej intryguje. Te inne płyty, będę pomijał... Kilka tygodni temu nadeszła płyta pt. Ambientność... licznego kolektywu TerenNowy.live. O ile dobrze policzyłem, dźwięki zarejestrowało 10 osób! Płyta powstała z fragmentów nagrań koncertowych, przepracowanych studyjnie i bogato opisanych. Samo wyrażenie: ambientność jest już interesujące i ma swego autora. Ekipa jest w części dobrze mi znana z tzw. prehistorii, czyli czasu gdy "off" znaczyło więcej niż sloganik reklamowy dla małolatów. No i jest czego posłuchać! Już mam lekko dość, nacierających ultra awangardowych ciśnień bez cienia radości z muzykowania, które rozpleniły się dzięki mądralińskim i zblazowanym wyroczniom klubowym... i nagle, pojawia się ulga w postaci nowego owocu ze starego drzewa. Podpowiadam, aby płytę przesłuchać minimum dwa razy, zanim się wyda własną opinie. To jest tego rodzaju muzyka, że albo w to wejdziesz i spokojnie posłuchasz albo nic z tego nie zrozumiesz. A jak nie zrozumiesz to twoja strata. Słuchając tej płyty utwierdzam się w postanowieniu, że na emeryturze zajmę się czynnie organizacją imprez w stylu rave.
Miejcie też "oko" na ciekawy film: Pudana Last of the Line ! Film opowiada o historii dziewczynki z Półwyspu Jamalskiego. To historia Nieńców, hodowców reniferów, którzy są bardzo bliscy Samom, tyle, że próbują przetrwać w Rosji.Pozostało ich około 40 tysięcy i żyją w dwóch autonomicznych okręgach. Film pokazano w Berlinie i pewnie gdzieś mignie u nas i zginie w powodzi bardziej wesołych i bardziej modnych. Film reżyserowała Anastasia Lapsui i jest oparty o prawdziwą historię Jej życia. Film reżyserował także Markku Lehmuskallio, legendarny ojciec chrzestny kina fińskiego. Film wyprodukowała ekipa Illume Ltd., która ma na swym koncie ok. 80 filmów dokumentalnych, a wśród nich serię Taiga Nomads z 1992 roku. Strasznie to jakieś dla mnie krzepiące, że są ludzie, którzy robią takie ważne rzeczy w tym trudnym czasie.
Widzę, ze jest już informacja na stronie organizatorów naszego koncertu w Warszawie. To jeden z kilku koncertów cyklu letniego pt. Etnopraga. Zapowiada się całkiem miło?! Ale kilka dni wcześniej gramy na Festiwalu Herbaty w Cieszynie... w towarzystwie Ivy Bittovej, Vlastislava Matouska, Asavari i Tara Fuki... Trochę się nie chce wierzyć ale nawet jak połowa z tego składu dopisze to i tak będzie ekscytująco...Macio udostępnił już kilkadziesiąt fotografii z pobytu i koncertów tybetańskich mnichów w Krakowie i Nowym Sączu, polecam!
Na mojej focie trening terenowy przed wyprawą w tundrę. Strumienie w słowackich górkach wcale nie są dużo łatwiejsze!

Monday, June 21, 2010

CEPY


Kiedyś funkcjonowało powiedzenie: "to tak proste jak działanie cepa". Wydaje się, że wszyscy rozumieją jak działa rower i na czym polega jazda na nim...? Ale może jednak warto przytoczyć celny opis: " So how does a combination of biology and physics produce the miracle that is cycling? Well it's very simple really. Food in your body is respired in your legs, combining glucose with oxygen to form energy. That energy is used to pull the fibres of your muscles over one another, so that they contract. That contraction pushes your foot down on the pedal. The force on the pedal is amplified by the lengh of your crank - that's the long lengh of metal that is attached to your pedal for all you ignoramuses out there..." itd. itd. (opis pochodzi ze znakomitego wydawnictwa o ścieżkach rowerowych w Nottingham, UK). Może czas najwyższy aby podobnie opisać opornym jak działają wybory? Nie można "trochę" wybrać tego i "trochę" tamtego. Jak się nie wybiera tego to korzysta tamten, i tyle. Proste jak działanie cepa. Jeżeli głosuje się na kosmitów to nie głosuje się na ludzi. Ale to jeden z ludzi ma z tego korzyść, bo kosmici i tak nie mają szans i wracają w kosmos aby się dobrze wyspać. Jeżeli naszym priorytetem jest to aby nasz wybraniec nie polował i jedynie ten fakt się dla nas liczy, to sprawa jasna. Tacy wyborcy wybrali by Adolfa Hitlera, bo nie polował i podobno był wegetarianinem. Poparcie szczególnie wrażliwych miałby murowane! Można czekać aby poważny kandydat był kandydatką i kobietą z wyglądu, aby nie polowała, była wegetarianką, przykładną matką, lesbijką i oczywiście "naszej wiary"... Czekanie trwa już jakiś czas, a żyć z czegoś trzeba więc "na teraz" popierać można weteranów PZPR wywijających proporczykiem w kwiatki. Nie można też głosować na kogoś tylko tak "na chwile"; zobaczymy jak będzie się zachowywał, może dobrze?! Tyle, że nie przez chwile ale przez najbliższe 5 lat i niezależnie czy się nam to będzie po chwili obserwacji podobało.
Oglądałem wczoraj wieczór wyborczy i byłem rozczarowany, że nikt nie dziękował księżom i biskupom. Brakowało mi ich obecności w studiach i sztabach wyborczych. No bo przecież są... to dlaczego ich nie widać?
Wielkie dzięki dla Chicago! Tam jeszcze walczą najwidoczniej w konspiracji i kiełbasę zawijają w Trybunę Ludu. Trzymajcie się dumni Kiemlicze! Bądźcie czujni bo Moskal w zbożu stoi... Niby "Przyjaciel Moskal" ale zawsze...to nie nasz. Jak tam musi być wam trudno żyć w tym rozbuchanym, bezdusznym dyktacie liberałów. Mogę sobie tylko wyobrazić jak się dalej będziecie starać aby nam ulżyć! Aby znowu za 15 dolarów można było cały miesiąc wyżyć, aby kogucik nas pieniem swym budził do mszy porannej i pracy dla proboszcza. A wy wyślecie kapitalistycznego dolara abyśmy mogli sobie kupić spodnie w filiach chicagowskich sklepików rodzinnych, pod zbiorczym szyldem: ubrania z zagranicy! No i niezrównana tzw. Ściana Wschodnia; tam nigdy, przenigdy nie dadzą sobie wmówić, że czarne jest czarne a białe jest białe. Teraz już wiem wreszcie jak działają cepy?! Na oślep, aby było jak dawniej, powolutku i obyśmy zdrowi byli!
Fotka z serii sztuka ulicy pochodzi z Bratysławy.

Saturday, June 19, 2010

SONICMESSAGE


Przytłoczony informacjami, że niejaki Andrzej L. zakończył swą kampanię wyborczą w barze mlecznym (a już miałem nadzieje, że zakończy ją w więzieniu) co jakoś komponuje się z pomysłem mojej faworytki, niejakiej Marii A. na koncert ...też w barze mlecznym! i wieloma innymi lewackimi pomysłami (w formie) na dostanie się do liberalnego klubu majętnych i popularnych (w treści), że nawet nie rozśmieszył mnie afisz z anonsem: Koncert u Prezydenta - Kołobrzeskie Wspomnienia... Ten wieczór nostalgii za czasami "komuny" odbędzie się w sali reprezentacyjnej Ratusza w Nowym Sączu, 24 czerwca - jeszcze zdążymy! Co łączy aktywistę PiS-u z tęsknotą za Festiwalem Piosenki Żołnierskiej w Kołobrzegu? Wiele... Pokrzepiony nieco doniesieniami, że bracia Waglewscy pod kolejną nazwą handlową (Kim Novak) "skupiają się na festiwalach" (jeszcze dobrze nie zagrali całych dwóch koncertów już grają na OFF Festiwal, tak się alternatywnym dzieciakom robi wodę z mózgu)o mało nie przegapiłem krytycznych akcji artystów politycznych w Krakowie. Jedna krytyczna politycznie artystka (może raczej "aktywistka" czy "towarzyszka"?) postraszyła mieszkańców starówki, że ich plac idzie pod budowę osiedla. Oczywiście na tym osiedlu, mieliby mieszkać bogaci liberałowie, co to nawet nie pomyślą o podaniu jabłuszka robotnikowi, o kanapce już nie wspominając. Ludzie dali się oszukać więc sztuka się udała znakomicie? Krytycznym artystom jakoś nie przeszkadza, że kaskę daje TAURON i jest już w nazwie: TAURON Art Boomm Festiwal. Zgoda, niech pikniki typu Open'er Festiwal nazywają się: "PIWO na otwartym powietrzu" z dodatkiem dobrego popu bo jest jasne o co chodzi i fajnie, ale poważny (ma taki być?) festiwal artystyczny, do tego politycznie krytyczny? Od liberałów kasę brać na rewolucję? Mnie się już też od dawna jakoś myli kto jest klasą robotniczą i kto wyzyskuje kogo? Moja mama nauczycielka i ojciec inżynier całe życie zarabiali mniej niż tzw. "Pan robotnik" z dawnego rysunku Andrzeja Mleczki: stoczniowiec, hutnik, górnik i płacili ubezpieczenia wielokrotnie większe niż "Pan rolnik". My ten wzór dalej powielamy i czasem, dzięki pracy na trzy etaty, wyobraźni i kreatywności oraz liberałom, zbliżamy się do połowy pensji Pana Guzika lub Śniadka. Mam więc jeszcze bułeczki nosić i jabłuszka i dziękować, że pozwalają mi żyć? Mam się czuć winnym, że kupowałem książki i chciało mi się uczyć? Aby więc od tej ponurej "słuszności" i uniesień przymierza narodowo - socjalistycznego, tego budyniowego dziadostwa jakie chce nam dalej fundować, nie zwariować, zabrałem się do pracy nad pocztówkami dźwiękowymi... Bo czym zajęcie jest bardziej oderwane od budyniowej rzeczywistości i oceniane jako bardziej "abstrakcyjne"...tym bliżej interesujących problemów i satysfakcjonujących przedsięwzięć. Idea dźwiękowego mapowania otoczenia nie jest nowa ale ciągle jest wiele do zrobienia. W sieci jest wiele ciekawych pomysłów. Polecam hasło: "sonicpostcards" jako świetny projekt szkolny! Ale są i pod hasłem: "soundscapes". Nasze Karpackie Pocztówki Dźwiękowe mają być efektownym sygnałem, że poza wzrokiem mamy jeszcze słuch! Na początek sięgnąłem do archiwum i wyszła z tego fajna pocztówka z karpackiej mofety. Nagrania w archiwum World Flag Records znalazłem pod datą 2005 rok! Wow! Ale to leci... Dla równowagi, druga pocztówka będzie z pienińskiego soundwalk'u z maja i czerwca 2010r. Soniczne aspekty owczarstwa...czyli dziesiątki dzwonków owczych na górskich łąkach, pieski i specyficznie komenderujący owcami i psami pasterze plus kilka gatunków ptaków, drących dzioby niemiłosiernie. Bo maj to ten okres kiedy nasilenie ptasich głosów jest najintensywniejsze. Podczas doby są jedynie dwie godziny gdy ptaki dzienne (!) nie śpiewają. Słowik kończył swe solówki około 2 w nocy a kosy zaczynały przed 4 rano...
Fajnie jest takie wydawnictwa opracowywać bo zawsze jest to mentalna odmiana na rynku zalanym pocztówkami z... no powiedzmy, że z innymi tematami.
Prawo karmy działa jak należy i pojawiają się nowe materiały i relacje z pobytu mnichów z Drepung w Krakowie i Nowym Sączu.
Zaczynamy się też powoli pakować do wyjazdu... Oglądamy mapy i widzimy, że nie będzie łatwo ale będzie bardzo pięknie. Ale o tym jeszcze napiszę.
W ramach zapewnienia ulgi dla oczu zamieszczę fotę z naszej wyprawy pienińskimi i zamagurskimi bezdrożami... zawsze jednak wokół Czerwonego Klasztoru.

Saturday, June 12, 2010

COŚ


Czasem pojawia się coś pośród chaosu, co sprawia, że cierpliwość jest wynagrodzona. Jestem przekonany, że można jedynie przygotować warunki i sprawić aby okoliczności były sprzyjające ale to coś wcale nie musi nadejść. Nie wierzę w gotowe na scenie, wcześniej przygotowane w domu ważne muzycznie sytuacje. Ale kiedy ta magiczna chwila nadchodzi wszystkie wysiłki są wynagrodzone. Czujemy, że żyjemy i świat powraca na właściwe tory.
Nadeszły pomyślne wiadomości: relacja filmowa i nagranie mocnego energetycznie i świetnego muzycznie ujawnienia mnichów w Nowym Sączu udały się dobrze, a z Krakowa jest blisko 2 godziny materiału i setki fotografii.
Kasia nadesłała doskonałe foty z Muzeum -manggha-, jedna z nich na zakończenie tych blogowych uniesień: A. w duecie z Tashim... Coś! Reszta ukaże się po wakacjach nakładem World Flag Records i na YouTube.

Friday, June 11, 2010

BEATHOT


Ostatnie dni były bardzo gorące. Wizyta grupy tybetańskich mnichów przyniosła wiele dobrego, było też oczywiście kilka napiętych sytuacji. Koncert w -manggha- był dla mnie bardzo trudny; wymuszone okolicznościami łączenie roli organizatora i promotora z rolą muzyka nie jest zbyt wygodne. Program wizyty został jednak zrealizowany i co ważne, pozostało po niej taka masa materiałów dokumentacyjnych,że długi czas będziemy pracowali nad nimi. Jest dla mnie bardzo ważne, aby organizowane z dużym wysiłkiem przedsięwzięcia, nie kończyły się definitywnie z chwilą wyjścia z sali ostatniego uczestnika. Mam też dużą satysfakcję, że nasza kilkudniowa Tymczasowa Strefa Autonomiczna tak dobrze wypaliła: pełna sala zainteresowanych, żywych i prawdziwych ludzi w -manggha-, studenci i szacowne "grono" na spotkaniu w UJ i... wiele starszych osób w Nowym Sączu, bogatym źródlisku budyniowych wylewów. To nic, że niektóre panie śmiały się histerycznie na dźwięk wibrującego basu mistrza Tashiego... może to znak, że dźwięk ten dotarł głęboko? Innym przejawem udanego zaistnienia TSA (nie mylić z gwiazdą rocka...) jest wspomniana dokumentacja. Poza kilkoma umówionymi osobami, wizyta mnichów i nasz pomysł na nią miał wsparcie wielu innych osób, które fotografowały, kręciły filmy (dwa z nich jako pierwsze trafiły na YouTube bardzo polecam!) i "wywiadowały" mnichów. Cegiełki się sprawdziły i mój pomysł aby nikogo do niczego nie przymuszać okazał się trafny. Tego rodzaju niezależne strefy zawsze są oparte na zaufaniu i chwilowej współpracy. Kilka osób nie podołało trudowi zmierzenia się z jedyną w swoim rodzaju, sceniczną interpretacją poematów Gary Snydera i Ginsberga, jaką zafundował nam niezrównany lew dharmy; Maciej -magura- Góralski. Sam miałem kłopot ale nie oczekujcie, że się będę kajał za beatników. Troszkę luzu! Wiem, wiem; poematy typu "haiku na patyku", "co słonko widziało" albo "o tym jak dobro jest dobre" są dobre i miłe. Kluski jakimi źli ludzie karmią gęsi przed świętami też są dobre i miłe... Żyjemy w wolnym kraju a mnisi są w Polsce do 20 lipca więc nic nie stoi na przeszkodzie aby zorganizować inną, godniejszą i bardziej podniosłą uroczystość. Swobodne granie z Robertem B. i nieobliczalna energia -magury- to dwie różne strony tego samego. Medialne konfiguracje tego typu akcji bywają także zaskakujące: poparło nas niezależne i z założenia alternatywne do głównego nurtu radio studenckie ale także radio komercyjne i do bólu popowe z całkiem innej strony boiska! Tylko mędrcy z wszystko wiedzących i niezwykle czułych społecznie ("a juści"... jak mawiają górale) mediów mieli nas w dupie. I to, czułych ludzi nie obraziło wcale, a Gary Snyder tak!? Przypominam sobie pewną medialną opowieść: podczas jednej z akcji charytatywnych wycofano fotografie głodujących dzieci z Afryki, zastępując je fotkami miłych, dobrze ubranych i rezolutnych dzieciaczków... bo te pierwsze estetycznie nie pasowały do linii pisma. Mam czasem wrażenie, że jesteśmy w Polsce takimi nieestetycznymi dziećmi i dopiero po nalaniu nam na głowy starego budyniu zasłużymy na uwagę?!
Zrobiło się jakoś medialnie więc wspomnę, że jest też nowy filmik na YouTube z jakiegoś klubiku we Wrocławiu. Nagłośnienie nie wyszło im specjalnie ale światła i dymy, że palce lizać! Filmik nazywa się prosto: Karpaty Magiczne we Wrocławiu i jest najnowszym "dodaniem" do zestawu relacji filmowych na stronie Festiwalu Karpaty Offer.
W city zobaczyłem plakat pewnego zespołu i ponad nazwą widniało hasełko: "30 years of anarchy and chaos"... aż się budyniowa łza kręci! Była kiedyś taka piosenka o tym, że jak uważasz, że jest wolność to spróbuj nasikać na coś tam w supermarkecie... Tak sobie pomyślałem przewrotnie: jak myślisz, że celebrujesz (z tym zespołem) 30 lat anarchii i chaosu to spróbuj wejść na koncert za darmo... Wspominałem o krótkiej wizycie Tomasza Hołuja w Polsce i polecam Jego stronę internetową: można tam zobaczyć jak wyglądał Ossian.
Dzisiaj było na naszych balkonach około 35 stopni!!! Trochę się boimy wychodzić z domu bo podobno dzikie bestie atakują. Te dzikie bestie to komary, które zaatakowały wioski i sioła. A sposób na nie jest! Sam widziałem. U nas aktywiści PiS ustawili kilka banerów wyborczych z "dobrym panem" uśmiechającym się w taki sposób, że komary padają trupem i ścielą się pod tablicami grubą warstwą. To martwy dowód na specyficznie pokojowe zamiary wodza. Ale nie ma się co wyśmiewać bo za sprawą Jarosława K. (kto by pomyślał!), etnobotanika trafiła pod telewizyjne strzechy. O dębach tyle nie było od dawna! Swoją drogą, to z tym dębem wyszło szydło z worka. To faktycznie symboliczne drzewo ale tak raczej od Mazowsza po Litwę bardziej i ta siła to jakoś się z pokojem nie bardzo klei... ale dajmy spokój, bo i tak drzewko już uschło.
Na focie Bogdana mała chwila z koncertu. To także zapowiedź płyt dokumentujących koncert w Krakowie i Nowym Sączu. A w Nowym Sączu mnisi z Drepung dali wspaniały popis swych umiejętności i zaangażowania i przez około 50 minut wibrowali akustycznie w bardzo sprzyjającym miejscu. A kod 010101... układał się w przepiękne wzory na twardym dysku nagrywarek... całość była także filmowana. Więc c.d.n

Tuesday, June 08, 2010

UNIESIENIE ZBIOROWE


Jonas Mekas: "czasem człowiek wydobywa przypadkiem dźwięk, nutę - i wprawia cały świat w niezwykle subtelne drżenie" ! W innym miejscu swego dziennika (Jonas Mekas "Nie miałem dokąd iść", Wyd. Pogranicze, Sejny 2007) mówi: "to co dobre, nie zdarza się dlaczegoś albo po coś, po prostu zdarza się, tak jak spada przedmiot, kiedy się go upuści". Kiedy czytałem ten dziennik pierwszy raz, miałem problem z zapiskami Mekasa, w których był niezwykle dumny z tego, że pasł krowy i wywodził się ze wsi. Po wylądowaniu w Nowym Jorku nie szukał jednak usilnie taniego autobusu do Texasu aby tam kontynuować młodzieńcze pasje... tylko kupił kamerę i kręcił filmy. Po kolejnej lekturze było już lepiej, zrozumiałem, że dziennik to zapis zmiany, ewolucji i tego, że najwidoczniej jednocześnie; jesteśmy i nie jesteśmy tymi samymi osobami dzisiaj i 30 lat temu?!
Jonas Mekas ciekawie opisuje też litewski panteizm i to, że: " jeśli chodzi o słodkiego Jezusa, to nie za bardzo przyjął się on na Litwie" i " w wielu dokumentach watykańskich, często pochodzących aż (albo tylko) z drugiej połowy dziewiętnastego wieku, biskupi uskarżają się na nieokiełznany "poganizm" Litwy". Ten cudzysłów przy słowie poganizm to ważna rzecz, bo " Litwini byli panteistami. Ich bogami były drzewa,słońce, księżyc, ziemia".
Dzisiaj przez godzinę byłem w Nowym Sączu i wpadły mi w oko wielkie afisze zawiadamiające o tym, że odbędzie się: "Koncert dla Pokoju, Prawa i Sprawiedliwości"... prawdziwie słuszny tytuł i jaka finezja w przedwyborczym czasie. Koronkowa robota! Właściwie to trudno będzie grać koncerty pod innymi, błahymi tytułami! No może jeszcze ewentualnie: Abyśmy zdrowi byli! albo: Nasi górą! Można się też nazwać słusznie, np. jest już: Tarnowska Orkiestra Miłosierdzia Bożego. I jak takiej Orkiestrze odmówić występu. Ja bym nie mógł.
W ramach 22. Dni Muzyki Kompozytorów Krakowskich oprócz Mszy Świętej Inauguracyjnej odbyła się też: "pielgrzymka do domu rodzinnego Jana Pawła II w Wadowicach" oraz: "zwiedzanie Dworu ziemiańskiego w Stryszowie"... Czy jeszcze ktoś zajmuje się - ot tak po prostu - muzyką?
Zapewne nie, gdyż nie chodzi w tych akcjach wcale (lub prawie wcale) o muzykę ale o coś, co nazywa się "uniesieniem zbiorowym". Durkheim stwierdza, że: " w środowiskach społecznych skłonnych do ekscytacji oraz z owej ekscytacji zrodziła się idea religii" (E.Durkheim w Elementarne formy życia religijnego). Ten sam autor stwierdza, że: " zbiorowe uniesienie jest silnym przeżyciem emocjonalnym wygenerowanym w jednostkach przez zbiorowość". Takie zbiorowe uniesienia można w różnym celu wygenerować wprost (co jest jeszcze dość trudne mimo postępów mediów) albo zręcznie manipulując faktami i nastrojami. Pytanie jest tylko po co? lub jak w każdym dochodzeniu - dla czyjej korzyści? Zbiorowe uniesienie działa tylko jakiś czas i po opadnięciu fali należy wygenerować nowe. Żyjemy w cyklu od uniesienia do uniesienia.I może nie byłoby to takie złe ale ta budyniowata, oblepiająca i prostacka monotonia Wielkich Manipulatorów jest już wyświechtana i trudna do zniesienia. Może sami sobie zafundujemy jakieś "uniesienie zbiorowe", to nie jest aż takie trudne a satysfakcja gwarantowana i te finezyjne inżynierie społeczne lekko buksują. I dobrze, że tylko lekko bo należy je utrzymywać przy życiu. Bo nic nie dostarcza tyle satysfakcji z zabawy co guerrilla w sferze kultury...
Kasia we Wrocławiu poszła na całość i zmierzyła się z huculską trembitą o długości 305 cm. Wielu fotografików próbowało ale nielicznym się udało... Szacunek!

Monday, June 07, 2010

WRO:FOTO


Jest trochę zaległych tematów ale wszystko idzie tak szybko, że czekając na Kasi zmiłowanie fotograficzne przebrnęliśmy przez bardzo intensywny czas. Może uda się mi jednak nadrobić opóźnienia? A warto, bo było kilka ciekawych sytuacji: krótka wizyta Tomka Hołuja w Polsce (to muzyk pierwszego składu Ossiana i jedynego jaki ja chcę pamiętać, potem był Osjan i świetni muzycy ale...), później festiwalowa wizyta Jonasa Mekasa, który już najwidoczniej "miał dokąd iść"... a cały czas towarzyszą mi bardzo kształcące doświadczenia z organizowaniem pobytu i koncertów mnichów z Drepung. Ostatnie kilka dni byliśmy w słowackiej części Pienin i było całkowicie niezwykle, łącznie z wytyczeniem nowej trasy trekkingowej w tych okolicach. I kolejny raz okazało się, że w tzw. długi weekend w Pieninach może być pusto ... o ile starcza nam wyobraźni i wytrwałości aby zboczyć lekko z utartych szlaków.
Zastanowiła mnie awantura o podwójne polsko-łemkowskie nazwy w Małastowie. Przeprowadzono tzw. konsultacje społeczne i polska większość (92 osób) zagłosowała przeciw. 41 Łemków było za... Jaki sens ma takie głosowanie w sytuacji kiedy wynik głosowania polska większość powitała oklaskami! To jakieś chore zachowanie i wychodzi całe to katolickie miłosierdzie plus miłość bliźniego i tradycyjna polska tolerancja? Smaczku relacji z tych zawodów dodaje to, że " sołtys Małastowa Ryszard Jaszkowski, reprezentuje polską większość mieszkańców ale osobiście był za podwójna nazwą" bo: "uważam, że to mogłoby być atrakcyjne dla turystów"... (Dziennik Polski, 1 czerwca 2010). Powoływanie się na sytuację Polaków na Ukrainie nie ma sensu bo co ma piernik do wiatraka? To Łemkowie na Ukrainie zabraniają wieszać tablice z polską wersją nazw wsi? Na tablice o podwójnych nazwach poza Małastowem nie zgodziły się także wsie: Bodaki, Bartne, Ropica Górna. Nie wiem, jak po takim kopnięciu w twarz sąsiadów, ludzie w tych wsiach chcą sobie układać wspólne życie. Być może nie chcą, może chcą podstawić sąsiadom pociąg towarowy... jak w 1947 roku w Nowym Sączu? Modlenie się Katolików w użyczonych cerkwiach (bo w niektórych wsiach nigdy nie było kościołów katolickich) jakoś pasuje a tablica z dwoma pisowniami już nie?! Jak góra nad Krynicą nazywała się Urdy Wierch to koniecznie musiano zmienić ją na Górę Krzyżową, jak kapliczka na Jaworzynce w Beskidzie Sądeckim miała podwójny krzyż to po remoncie nagle dostała pojedynczego... Chłopskie rozdwojenie jaźni jak ze wszystkim: jeździć swobodnie do roboty po Europie: tak ale Unia Europejska nie, brać lewe renty tak i mieć zwolnienie z ZUS-u tak! ale "unych" rozliczać i stawiać się za wzór moralnego stylu życia, na jakiej podstawie?
A przecież dobrych wzorów nie brakuje: w Metrze (4-6 czerwca 2010) wręczonym mi w tramwaju, czytam ze zdumieniem: Mały Papież na Ołtarze.To o ks Jerzym Popiełuszko! "Duży" papież to wiadomo kto ale co z obecnym papieżem? Co z biskupem Dziwiszem? Średni czy 2/3 to jakoś nie brzmi? To może super albo hiper? A po "ołtarzach" sąsiada w dziób bo go mniej...
i dalej biegiem na "procesyją" i sypanie kwiatków... Podwójne tablice: nie! Podwójna moralność: tak!? Kiepsko to jakoś wygląda.
Na długo oczekiwanej focie Kasi G.: my we Wrocławiu. Dym jeszcze nikomu nie zaszkodził...

Friday, May 28, 2010

PO-WRO


Kasia jeszcze nie przysłała fotek z koncertu we Wrocławiu ale jak już je opracuje to pewnie kilka będzie zastanawiających. Bo grało mi się bardzo dobrze... mimo tego, że tłumy nie napierały, ale i czas jakiś taki smętny? Powodziowy? Tak przynajmniej twierdził wódz Firleja i chyba miał trochę racji. Podobno wszystko już było, jest stała powódź znakomitych wykonawców, którzy grają za "czapkę gruszek", więc panuje apatia i przesyt. W takich czasach najlepiej słucha się tych piosenek, które już znamy...czyli Top Trendy! Ale o tym nie wiem zbyt wiele. Z radością wysłuchaliśmy życzliwych rad młodego nagłośnieniowca, który doradzał dokupienie jeszcze jednego miksera (bo mamy tylko dwa...) i zatrudnienie własnego inżyniera dźwięku! Tyle lat zajmuje się graniem koncertów a dotąd na to nie wpadłem! Człowiek uczy się całe życie. Z Krakowa do Wrocławia jechaliśmy autostradą (!) trzy godziny; wyjazd na koncert o 13.00 i powrót do siebie na 3 w nocy... to jest całkiem dobra opcja. Może dlatego też lubimy Wrocław bardziej niż inne miasta?
Borykam się z tysiącem małych i większych problemów w organizacji mini trasy: Voices from Tibet, jest już strona internetowa! są też zaskakujące sytuacje: Ci co powinni pomóc robią jakieś budyniowe fochy, inni pomagają bardzo konkretnie, szybko i bez filozofowania. Chcesz wiedzieć na kogo możesz liczyć ... zorganizuj z nim jakąkolwiek imprezę. Trafiają się ludzie, którzy czują się zarządzającymi wszelkimi sprawami dotyczącymi Tybetu. Bez nich nastąpi koniec świata? Nawet najszlachetniejsze powody nie usprawiedliwiają bezpodstawnych oskarżeń i arogancji. Warto czasem sprawdzić, czy rozum nie śpi? Może takie wezwanie: po pierwsze: Ratuj Rozum!?
Dzisiaj miałem dzień ogrodnika! Rano odebrałem z Uniwersytetu Rolniczego (a co!) sadzonki różnych ziół przyprawowych, a wczesnym popołudniem już sadziłem je w donicach i skrzynkach. Jest tego troszkę: trzy odmiany bazylii, lubczyk, lebiodka, szałwia, lawenda... przezimowała mięta amerykańska, rozmaryn i piołun! Bez zrywanych własnoręcznie ziół nie wyobrażam sobie naszej kuchni. Poza tym, kulinarnym aspektem, jest jeszcze coś trudnego do wytłumaczenia; potrzeba pracy z roślinami, ich obecności, kontaktu z nimi. Dzikie wino na naszym balkonie od zachodu rośnie fantastycznie i mimo, że nie jest przyprawą daje nam coś ważnego. Czy to już mistyka przyrody? Pewnie lepiej byłoby to nazwać: "artefakty Natury w przestrzeni miejskiej" ?
Jutro idziemy z A. do studia Radiofonii, bo od 18-stej z groszami mamy gadanie "na żywo" plus obszerne fragmenty kwietniowego koncertu z Fortów Kleparz w Krakowie. Tak to się zrobiło... no całkiem to miłe. Do tego jeszcze audycja nazywa się "bez biletu"! Bambosze, fotelik i bez biletu...no, milutko. Tylko my mamy 4 godziny sobotniego czasu zajęte. Ale jak ktoś chce sławy, pieniędzy i popularności to musi tyrać.
Na focie Primula farinosa czyli Pierwiosnka omączona, jest to roślina skrajnie zagrożona wyginięciem gdyż w Polsce rośnie jedynie w jednym miejscu, na kilkudziesięciu arach!!!

Sunday, May 23, 2010

TRAVEN


Maj to specyficzny miesiąc, który na Słowacji nazywają: kvetniem, a na Ukrainie: traven...zawsze jakoś to łatwo sobie wyobrazić bo wszystko kwitnie i jest wreszcie zielono a nie biało. A u na maj? Coś jak z naszym rowerem... wszędzie to jakaś pochodna bicykla a u nas rower! Ale co kraj...to obyczaj...Tak czy siak to czas obrzędów, które całkiem odstają od kierowniczej linii i obowiązujących skojarzeń. W centrum tych świąt stoi (często dosłownie) młoda brzoza. Raz jest to kilka gałęzi, innym razem to całe drzewko przybrane w kolorowe wstążki. Brzozę, w niektórych krajach zastępuje dąb. W Bułgarii odprawiano ciekawy rytuał wyboru towarzyszki Peruna (Perun to u Słowian czyli u nas? bóg piorunów) zwanej także Peperuną. Rytuał ten miał prosić Peruna o pioruny i rozpętanie burzy, a w konsekwencji spowodowanie opadów deszczu. Nagą dziewczynkę, przybraną w liście, kwiaty i gałązki bzu czarnego przeprowadzano przez wieś i tańcząc polewano wodą. W naszej sytuacji chodzi nam raczej o skutek odwrotny ale adresat - Perun jest ten sam. Perun używał piorunów kamiennych. Za tę broń uchodziły fulguryty, belemnity i wszelkie inne kamienne twory o kształcie strzały. Z tego wywodzi się ogólnosłowiański zwyczaj uderzania się po głowie kamieniem, gdy rozlegnie się pierwszy, wiosenny grzmot. Myślę, że zepchnięcie starych obrzędów i wierzeń do worka pt. "pogaństwo" i zastąpienie ich przez indywidualne, nawiedzone akcje wystawiania kości świętego na wieży aby coś ten święty zobaczył (!) jest ze szkodą dla naszej kultury. Może warto by powrócił obyczaj stukania się po głowie kamieniem. Bo jak się stukniemy solidnie to poza zobaczeniem tzw. "gwiazd" (jest to jedna z technik transowych) może się nam przypomni kim jesteśmy?
Tak więc, delektując się starymi Zielonymi Świętami cieszyliśmy się widokiem pięknych zbiorowisk muraw kserotermicznych (upraszczając: łączki ciepłolubnych roślin) z piękną i znaczącą wiele w naszej kulturze szałwią! W drodze na łączki spotkaliśmy miłego pana, który zbierał namiętnie kwiaty kosaćca syberyjskiego. Nie dość, że kosaciec bidulek zasypywany jest sedesami, umywalkami i gruzem z łazienek to jeszcze zbioru dokonywano na terenie chronionym. Ta wolność zasypywania wszystkiego śmieciami jest gorąco broniona przez grupy osób wojujących hasłem: precz z zagospodarowywaniem dzikich terenów Krakowa. Dzikie znaczy pełne sedesów! Ale wracając do "świątecznej" wycieczki rowerowej... Po łagodnym upomnieniu, zbieracz nie tylko nie dał mi pięścią w twarz (to obyczaj powszechny pośród lokalnych społeczności) ale przeprosił i wycofał się do samochodu unosząc wstydliwie zdobycz... Wracając, zauważyliśmy badaczy roślin łąkowych jak z aparatem fotograficznym buszowali pośród resztek kosaćców. Naukowcy i fotograficy mają najczęściej gdzieś ochronę i zachowanie tego co badają/fotografują. Badane "obiekty" interesują ich do czasu obrony pracy doktorskiej, habilitacje robią już na innych... Miło jest, mimo wszystko, mieć poczucie, że ochroniło się kilka "obiektów" dla nauki?!
Te łączki z kosaćcami to tylko echo naturalnych, pięknych łąk jakie oglądałem w sobotę. Na blisko 100-hektarowych Belianskich Lukach, granicę nie wyznaczają rzędy domków, kulturalnych i miłych zabójców przyrody ale same... Tatry i Pieniny. Z pełnych Żóltahlava evropskiego czyli Pełnika europejskiego łąk, widać i owszem dużą wieś - Lendak, ale leży ona na stoku górskim, a nie na torfowisku.
Ale co tam, ważne jest co się czuje brnąc po podmokłych łąkach! Czuje się mianowicie obcowanie z nieskończenie różnorodnym żywym środowiskiem o fenomenalnych zdolnościach przystosowawczych i organicznej żywotności i zmienności. Kiedy z troską mówimy o kruchości przyrody i konieczności ludzkiej opieki nad "mniejszymi braćmi", zawsze mam poczucie nieporozumienia i fałszu. Chronimy tę przyrodę, bo taką tylko znamy i umiemy w niej/z nią żyć. Inne formy są nieznane, obce i grożą naszemu poczuciu estetyki, ale te inne formy się pojawiają i będą zastępowały zniszczone przez nas. Chronimy - o ile chronimy? tylko nasze wyobrażenie o przyrodzie i naprawdę nie robimy nikomu, poza sobą, łaski.
Mnisi z Drepung mają już gdzie uruchomić energię dźwięku i przypomnieć o swoim istnieniu. Pieniądze, jakie mam nadzieje, zbierzemy wspomogą najmłodszych mnichów-dzieci i ich kształcenie. To ważne. Cieszy mnie, że przy tej okazji tacy ludzie jak Robert B. i Magura, Janek K. - mówią bez zastanowienia: tak, jasne, że zagramy!
Ostatnio słuchamy starych nagrań krautrocka w niesamowitych kompozycjach Faust, Can, Ash Ra Tempel czy Amon Duul... Ale pośród tych nagrań powaliła mnie płyta... Kraftewerk - Kraftwerk 1 Stratovarius! Ojcowie chrzestni muzyki elektronicznej grali jak dobry psychedeliczny projekt! No to już rozumiem dlaczego taka nazwa: "power plant"(po niemiecku: kraftwerk).
Przy tak starym, zielonym święcie muszę też się pokajać! Już nie będę sobie żartował z jamników i ich właścicieli. Odszczekuję wszystko uroczyście po akcji ewakuacji schroniska dla zwierząt w Krakowie: ludzie brali po kilka psów i kotów, inni zaraz dzwonili i kiedy następni przybywali ratować zwierzaki zastawali kartki z napisem: zarezerwowane! Wow! czuję, że jamniki mają z tym coś wspólnego! Ten stary obśmiewacz jamniczej sprawy umarł wraz z błyskawicznym uratowaniem schroniska... a narodził się całkiem nowy fan jamniczej subkultury. Nawet okulary sobie kupiłem.
Na focie Pełnik europejski z łąk na Słowacji...

Saturday, May 22, 2010

GUTTENTAG


Tydzień temu, w sobotę dojechaliśmy do Konina na ostatni dzień spotkań: VC_NŻ czyli Wieża Ciśnień na żywo. Salka w autentycznej kolejowej wieży ciśnień, okazała się świetna a akustyka sprawiła, że program uległ drastycznym zmianom w kierunku totalnej improwizacji. To z naszej strony jest komplement dla miejsca i organizatorów. Dopięte programy gramy jedynie w trudnych warunkach, przy niechętnych "nagłaśniaczach" (zazwyczaj są to wybitni wirtuozi konsolety i wytrawni znawcy gitar - cudzych) i słabej (czyli klubowej) akustyce sali. Andrzej W. miał trudniej niż zwykle (a zwykle nie ma z nami łatwo...) gdyż wiedzeni brzmieniową mapą wieży zaczynaliśmy grać we dwójkę o piętro niżej od sceny i stolika z Jego instrumentami. Tym razem, graliśmy bez Uli S.- w trójkę. Nasze samopoczucie, mimo odległości Kraków - Konin było całkiem dobre... z piątku na sobotę trafiło się nam niezłe party w Czeladzi...z okazji urodzin siedmiolatka (!) więc do Konina jechaliśmy z Gliwic a nie z Krakowa. Do tego jeszcze Andrzej wybrał ekstremalnie wąską ale piękną drogę i raz po raz podnosiły nas na duchu tablice z nazwami wsi: a to Bzinica Stara czyli lakonicznie: Bzinitz! a to: Dobrodzień, co w języku niemieckim brzmi zalotnie: Guttentag! I jedzie się od Gliwic przez takie podwójnie nazywane wsie i nic się jakoś od tego nie dzieje, a w Gorlickim jest problem z włościanami co udają, że nie wiedzą nic a nic o Łemkach?!
Nasze granie było rejestrowane i filmowane więc pewnie kiedyś nadejdzie konfrontacja naszego wrażenia i zapisu. Słuchaczy nie było zbyt wielu bo akurat na miejscowym stadionie grały tuzy "offu" Afromental i chyba Muniek! Strasznie się wyrywałem na te koncerty, taka okazja zobaczenia jak się robi muzykę dla milionów... i nic. Ale jeszcze się kiedyś wybiorę. Człowiek powinien się uczyć stale! Napisał do nas odkrywca jedynie słusznej drogi i pouczył, że mamy "kiepską strategię marketingową"! Pewnie doradza największym? Ta ocena wywiedziona została z faktu, że ów mędrzec nie mógł sobie w internecie przesłuchać całej naszej nowej płyty i stwierdzić, że warta jest kupna lub poniechać kupowania chłamu. I na nic nasze oznaczenia CC, obszerne fragmenty, niskie ceny... Ale uczyć się trzeba... więc spróbuję w kinie zapowiedzieć bileterowi, że zapłacę po oglądnięciu i uznaniu, że film jest: na odpowiednim poziomie artystycznym, jest dobry, jest śmieszny, jest dostatecznie brutalny, przypomina filmy z Borewiczem... itd. bo kryteria ustalam ja sam. Wielki znawca muzyki, najwidoczniej zakłada, że artyści są od giglania pod brodą...i jak nie giglają to mają kiepską "strategię marketingową". Flaki się skręcają od takich teorii.
Po brawurowej akcji z Wawelem, pan biskup Dziwisz szaleje dalej! Ogłosił, że wyniósł kostki kościelnego świętego na wieżę aby ten święty (ma się rozumieć, że martwy od dawna) zobaczył (!) powódź!? I na Wawelu gniewali się o poczciwy czakram! Kości na wieży, światła bijące z krypty tylko zapowiadają niesamowite zjawiska! Słynne, średniowieczne liczenie ilości diabłów mieszczących się na końcu szpilki zmienia się obecnie w liczenie ilości diabłów mieszczących się w pendrajwie? Czy ja śnię? Czy będziemy karmili smoka dziewicami, a GW i TVN stwierdzi, że tego nie będą komentowały bo chodzi o zgodę narodową? Redaktor Pospieszalski nakręci chwytające za gardło wypowiedzi dziewic, które oświadczą, że odkryły chęć bycia smoczą karmą i że się tego nie wstydzą? Do tego jakieś dziwne postaci w tivi wyśmiewają i upominają zaocznie pana Andrzeja Wajdę, aby tylko nie dowiedzieć się co chciał przez "wojnę" powiedzieć. A od dyktatury (np. chłopskiej, kościelnej, medialnej...) do wojny nie jest daleko. Za tzw. komuny też nie wolno było rzucać tego rodzaju stwierdzeniami bo dostawało się po plecach w myśl hasła: "socjalizm tak, wypaczenia nie!" i wszystko toczyło się dalej.
Wszystko to skończy się tak, że rozbicie na warowne obozy (nazywane zgodą narodową i solidarnością społeczną) wejdzie na stałe do naszego życia i ja już to kiedyś przerabiałem. Wygrażanie powodzi starymi kośćmi z kościelnej wieży to tylko część tego zadziwiającego spektaklu. Dużo więcej wdzięku miał napis: "Falo - spierd...!" zawieszony na moście, a nawet " kto ma Lecha ten ma pecha!" z kulminacji wody pod Wawelem i mostem Dębnickim. Otwieram mój ulubiony portal Onet.pl i czytam: " Osoby, które popierają procedurę in vitro, stoją w jawnej sprzeczności z nauczaniem Kościoła Katolickiego, zatem nie mogą przystępować do Komunii Świętej". Na dodatek ten komunikat wydała Rada d/s Rodziny Konferencji Episkopatu Polski?! To co nieomylnym wzrokiem będą prześwietlać i spopielać kłamczuszków? Od ideologii się rzygać chce, zwłaszcza, że dotyka ona wszystkiego. Pierwszy z brzegu przykład to taki, że mogliśmy zagrać w klubie Johna Zorna - "Tonic" w Nowym Jorku, a nie możemy zagrać w "Cheder" w Krakowie; bo za słabo "nawiązujemy" do klezmerskich tematów. I wcale się tam nie pcham (bo okazuje się, że można działać spokojnie nie przystając na wykluczanie, złe traktowanie, złe warunki koncertowe w kilku bardziej "jedynych" miejscach w Krakowie) a nawet chętnie wypijam tam kawę i herbatę typu "Tuareg" ale chodzi o otwartość i wyczucie.
Koniec tygodnia był fantastyczny, w piątek brnąłem przez wielkie łąki pełne całkowicie obezwładniających łanów żółtego Pełnika europejskiego... aż dotarłem do A. w Krakowie...ale to opiszę jutro, aby usypać w ten sposób wał przeciw powodzi głupoty i uzurpacji. Jak solidarność to solidarność!
Na focie Kasi koncertowe stanowisko pracy Andrzeja W. w Koninie - ja nie wiem, jak to jest, że wszyscy słyszą fujarki?

Thursday, May 13, 2010

VOICES FROM TIBET


Pisałem już o mnichach z klasztoru Drepung ale z wielką satysfakcją mogę dzisiaj dopisać: 9 czerwca 2010 r. o godzinie 18.00 w sali Muzeum -manggha- w Krakowie rozpocznie się arcyciekawy koncert buddyjskiej muzyki liturgicznej. To tylko część tego co szykujemy i dzisiaj mogę tylko potwierdzić, że poza koncertem, na którym będziemy prosili o wsparcie dla jednego z najważniejszych klasztorów w Tybecie, będzie też okazja do porozmawiania z mnichami w innym miejscu i dniu. To wszystko staje się możliwe dzięki energii i bezinteresownej pracy wielu ludzi. Zajmowanie się tym projektem jest dla mnie źródłem ciągłej radości! Mam nadzieję, że także wielu ludzi będzie uczestniczyła w koncercie i zrobimy coś realnego dla zachowania i kultywowania tradycji Tybetu.
Parę godzin temu wróciłem do Krakowa z trzech dni bardzo intensywnej pracy w Karpatach. Mimo zmęczenia, mam poczucie dużego zadowolenia z tego, że wypracowałem sobie możliwość służbowego biegania po takich miejscach jak Małe Pieniny, Beskid Wyspowy czy Gorce i to w sprawach, które wykraczają poza krąg zakreślany jedynie ludzkim wzrokiem. Nie żyjemy na tej planecie sami... Tylko dzisiaj przyglądałem się blisko dziesięciu salamandrom; od kilkucentymetrowej do okazu ponad 25 cm..., kumakom w płytkich kałużach, traszkom karpackim, pięknej traszce górskiej... Nad rwącym potokiem obserwowałem skaczące pod prąd i betonowe zapory spore pstrągi... Wyskakiwały i spadały do spienionej wody, wyskakiwały i spadały aby ponawiać próby bez końca. Ta wytrwałość i skupienie się na celu bywa dość często wykorzystywane w symbolice Zen; musisz nieustannie próbować opanować chaotyczny i trudny do okiełznania strumień myśli, znowu i znowu. Skaczące pod prąd pstrągi tego nie wiedziały ale właśnie zdecydowaliśmy, że należy przebudować zapory na potoku tak aby umożliwić rybom i innym stworzeniom wędrówkę w górę nurtu. Cieszę się na myśl, że przyjdzie taki moment, w którym wytrwałe pstrągi osiągną swój cel. Stanie się to nie tylko dlatego, że przeszkody zostaną usunięte ale także dlatego, że nie przestawały ponawiać wysiłków. Jestem też pewny, że usunięcie przeszkód to skutek bezustannych wysiłków...bo te elementy są głęboko powiązane.
Na focie; grupa mnichów przed klasztorem w Drepung.

Sunday, May 09, 2010

DREPUNG


Drepung znaczy stos ryżu... Ten drogocenny stos ryżu usypany w 1416 r. w pobliżu Lhasy w Tybecie jest niegdysiejszym największym klasztorem buddyjskim ale być może był także największym klasztornym uniwersytetem na świecie. W czasach swej świetności w jego murach uczyło się czasem blisko 10 tys. mnichów! Klasztor ten był siedzibą pierwszych dalajlamów do 1642 roku, gdy Wielki Piąty przeniósł swoją siedzibę do pałacu Potala. Mnisi z tego właśnie klasztoru są już w Warszawie i za moment zaczną pielgrzymować po Polsce w celu zbierania wsparcia dla klasztoru. Mnisi są znani z aktywności na rzecz swego klasztoru i do legendy przeszedł ich koncert w Cornegie Hall... z Davidem Bowie, Philipem Glassem, Patti Smith...
W najbliższych dniach zdecyduje się kiedy i gdzie w Krakowie przyjmiemy mnichów z Drepung! Pomoc każdego mile widziana...
Jest już zapowiedź naszej szerszej (Karpaty Magiczne, Południca, filmy, wydawnictwa, wystawa itd.) promocyjnej ekspedycji do Wrocławia - 26 maja ("Wrocławski Event")
Ale wcześniej zagramy w Wieży Ciśnień w Koninie... dla 40 osób, które się tam dostaną! Przypomina mi się bunkier atomowy w Davis (CA) gdzie publiczność aby posłuchać improwizowanego koncertu schodziła pod ziemię po drabinie... To jest real underground... W Koninie grają bardzo ciekawe ekipy, najlepiej mają Małe Instrumenty bo się ich dużo zmieści?!
Jak już będziecie / będziemy mieli wszystkiego dość to wybierzemy się na Jogę w Bieszczadach! Tak się nam tu w tym Budyniowie porobiło... Warto... plasnąć!
Sorry...ciągle nie mogę się oderwać od fotek Kasi, które popełniła w Katowicach...

Friday, May 07, 2010

POGRANICZE


Dzisiejszy dzień miał mocny początek - fotel stomatologiczny i męka ze strachu bardziej niż z bólu... ale poczucia dobrze spełnionego obowiązku "po" nic nie zastąpi! Po dwóch dniach poza Krakowem moja skrzynka pocztowa pęka od ciekawych listów... część z nich opanowałem ale jest jeszcze kilka na "później", jakie pomysły! co za rok! się kroi...
Kiedy, kilka miesięcy temu nadeszła propozycja grania koncertu w ramach Święta Herbaty w Cieszynie z radością przystaliśmy na ten skromny -w tamtym czasie- plan. Po pierwsze; bo herbata! po drugie; bo święto a nie zawody, po trzecie; bo zaproszenie było na tyle wcześniej, że widzieliśmy ideę i pole do współpracy, po czwarte; bo pogranicze i to czesko-polskie, a my jesteśmy i prywatnie i jako muzycy ludźmi pogranicza. Pogranicze to coś bardzo specyficznego, trudnego do zdefiniowania ale też bardzo konkretnego, coś w co trzeba wejść. Mam wrażenie, że wielu muzyków nigdy pogranicza nie dotknęła ale paple o tym dużo bo myśli o pograniczu jako o idei tylko... Co kilka tygodni, uzgadnialiśmy z twórcami Święta Herbaty nowe pomysły (nawet o tym pisałem już) i pojawiały się informacje o nowych, zaproszonych do grania zespołach i obecności innych muzyków... Święto powoli rosło lub lepiej: napar naciągał i stawał się naprawdę aromatyczny. Te wiadomości jakie ostatnio napływają są już całkiem rewelacyjne. Ale sami zobaczcie i pomyślcie o kilku dniach w Cieszynie, w około daty 16-17 lipca 2010r.
Wczoraj wróciłem z zawodowej wyprawy w Beskid Niski... Było przepięknie: kwitną tarniny, bzy czarne w starych, porzuconych, łemkowskich domach, salamandry, buki w jeszcze delikatnym listowiu... ale o tym się nie da pisać nie wpadając w banał! No więc napiszę o pierogach z serem (w tym miejscu lepiej je nazywać; "Rusińskie") z rydzami w śmietanowym sosie... Tak karmią we wsi Zdynia, blisko granicy ze Słowacją.
Redakcja "Dzikiego Życia" nadesłała nowy numer pisma z moim tekstem pt. "Etnobotanika", polecam także dlatego, że dzięki zabiegom Grześka B. udało się tekst ładnie i ciekawie obudować rozmowami z dr Łukaszem Łuczajem i dr hab. Piotrem Siwkiem z UR w Krakowie. Wyszedł całkiem ładny lead, jest też dostępny w sieci.
Kasia G. przysłała kolejne (po Fortach w Krakowie) foty z koncertu. Tym razem to relacja z koncertu w klubie Cogitatur w Katowicach. Jak widać mocno iskrzyło między nami! Nic dziwnego, dla nas to pogranicze muzyki...

Monday, May 03, 2010

SVINIE


Pieniny w okolicach Czerwonego Klasztoru na Słowacji to jest "nasza" przestrzeń i kilka dni spacerowania z nagrywarką i aparatem fotograficznym dało nam nowy zastrzyk energii. Klasyczne soundwalks po pasterskich ścieżkach, bez wyraźnego celu i ram czasowych jest wielką przyjemnością. I tak jak zawsze na takich niewymuszonych szlakach trafiły nam się sytuacje nie do zaplanowania: zaganianie owiec z pasterzem, kawa i vinea w prawdziwej, wiejskiej knajpce (hostinec), foty roślin z magicznego ogródka Brata Cypriana, dziadek sprzedający wykonane przez siebie orły z cieniutkich świerkowych drewienek. Wystarczyło, że trasę z Czerwonego Klasztoru do Szczawnicy przeszliśmy pomiędzy 6.30 a 9.00 i już nie było problemu z "najazdem" turystów, nigo nie spotkaliśmy! Pasterz, któremu owce uciekały we wszystkich kierunkach, poza tym gdzie chciał aby szły... mijając nas rzucił: te owce to "svinie"... Ale to nie było wcale z wielkim wyrzutem czy skargą, raczej z pewnym żartobliwym przyzwoleniem: robią co chcą, są "svinie" ale czy mamy prawo mieć do nich pretensje?
Majowy zapach łąk w deszczu i mgły otulające Pieniny, wyczuwalne ale tylko na moment widoczne Tatry... to jest coś tak specyficznego, tak organicznie wbudowanego w nasze życie, że aż trudno o tym pisać. A deszcz lał, bo taki deszcz to "svinia", ale co z tego?
No i już zaczynamy maj! Poza tysiącem innych zajęć zagramy podczas bardzo dobrze zapowiadającej się imprezy "Wieża ciśnień na żywo" w Koninie. O pierwszej części tego projektu pisaliśmy na naszej głównej stronie 14 stycznia tego roku. W połowie maja zagramy w części drugiej. Szykujemy zupełnie improwizowany set tylko na ten czas i miejsce. Zupełnie inaczej będzie we Wrocławiu. W Firleju, przy okazji imprezy promującej Festiwal Karpaty Offer zagramy materiał z naszej nowej płyty. Cała impreza (razem z filmami, wystawą, materiałami promocyjnymi) oraz koncertem Południcy i naszym, zapowiada się miło?! Będzie okazja do kilku spotkań...
Na obrazku cztery foty Tulismanore, o której fotach pisałem ostatnio.

Friday, April 30, 2010

KATOWICE


Cogitatur znam z bardzo dawnych sytuacji i wiele się w nim zmieniło ale jest tam gdzie był i to jest już jakiś sukces (bo mógłby być tam bank albo parafia PiS-u). Cierpliwy i dociekliwy freelancer nagrywał rozmowę ze mną, prowadzoną w trakcie zmieniania baterii w generatorze... To bardzo ważne, że są ludzie, którzy wiedzą sporo, chcą się dowiedzieć więcej i nie tracą zmysłów od kitu wciskanego nam przez Wielkich Zawiadowców Kultury Polskiej. Koncert rozpoczął się około 21.30 - a kwadrans po dwunastej w nocy podjechaliśmy pod naszą "wieżę" w Krakowie i był to drugi sukces tej nocy... Pierwszym było naprawdę energetyczne granie... i zainteresowanie naszymi płytami. Do tego pasma sukcesów doliczyć można, że aż dwóch free-lancerów z Katowic pracuje nad rozmową o KM, a to wszystko w sytuacji tzw. umiarkowanych tłumów na widowni. Nie, nie było pusto ale falujący tłum jak z reklamówek atakujących z VIVY albo MTV (bo trudno już te stacje rozróżnić) nie pulsował na parkiecie narajany krakiem. No i mamy klasyczny problem ze szklanką do połowy pełną? czy do połowy pustą? Cogitatur jest O.K. : nagłośnienie bardzo dobre i brzmienie satysfakcjonujące, "stage" zawodowa i wbrew mylnej etykiecie bardziej nam odpowiadająca niż klaustrofobiczne klitki z czerwonej cegły z rozpoetyzowanym duchem Piwnicy pod Baranami w tle. Tomek - organizator bez zarzutu i 300 naszych plakatów na mieście (wiem, wiem w Katowicach powinno wisieć 3000 plakatów...) plus informacje w wielu różnych miejscach sieci. Tomek powiedział mi: wszyscy, którzy was tutaj znają, mieli czas i 30 złotych - przyszli. Nie przekonaliśmy innych? Gadaliśmy o tym po koncercie i w samochodzie ale skłaniam się do szklanki "w połowie pełnej". Nikt za naszą promocją "nie stoi", mój ulubiony Onet nie daje takich wiadomości bo ma inne, oto wtorkowy przykład ich wagi: " hitlerowscy żołnierze potrafili latać?", "tajemniczy projekt Waglewskich w Warszawie", "jak zapoznać ze sobą dwa psy"... Co do Waglewskich to pewnie jest ważna informacja bo domyślam się, że pewnie będzie soundtrack do filmu pana Pospieszalskiego o tym jak nas oszukano, że nie jesteśmy zaślepionymi nacjonalistami podjudzanymi przez biskupów i dlaczego pan Lech Kaczyński był królem naszych serc i wspaniałym politykiem skoro nie był. Ale wracając do sprawy; wszyscy wiele gadają o niezależności i offie ale kończy się zazwyczaj uchlaniem się do nieprzytomności przy skocznych bajendach plus rozprowadzenie towaru... I przy takich okazjach kluby zapełniają się po brzegi, więc? Ale, ale - jest ciekawa inicjatywa kościelna w Łodzi. Tam księża zebrali zespoły "rege" (proponuję taką pisownię aby nie obrażać Rastafarian i Ich niegdysiejszej muzyki)i "zasugerowali": grajcie i bawcie się ale bez ziela! I oni poszli i bawili się a księża ogłosili: to nasz pomysł na "dobrą" zabawę... I skłamali. Bo dawno temu wymyślono ruch czystej muzyki i środowisko ostrych muzyków nie stosujących używek, w przewadze wegetariańskie. Ale, że środowisko to nie miało wiele wspólnego z kruchtą to cicho sza, nie istniało i kto się o to upomni? A poza tym drobnym sprostowaniem takie "rege" przedwyborcze to ściema i mącenie w głowach porównywalne z działaniem ziela, tyle, że smutne jakieś. Równie dobrze można ogłosić: kościelna pielgrzymka bez alkoholu, albo młodzieżowa pielgrzymka bez jednego wzwodu, "dobry" heavy metal to cichutki heavy metal?!
Więc w klubie Cogitatur widziałem wczoraj szklankę napełnioną do połowy, bo to co nas spotyka to efekt rozpadu naszej budyniowej społeczności: takiego rozwarstwienia w sensie kulturowym ale też i ekonomicznym dotąd nie oglądaliśmy. W naszym otoczeniu nie ma nikogo kto optował by "za Wawelem" ale jakoś pan "srogi" Pospieszalski nie trafia do nas, ani on, ani jego brat ani też pani od reklamy rajtuz, której śpiew ośmiesza telewizje, które za to płacą. Może niech płacą rentę za słuszność poglądów i wspieranie koleżeństwa i nie ubogacają nas samym jestestwem tych celebrytów? Jedynym efektem programów p. Pospieszalskiego, obok irytacji, jest moje przekonanie, że z tym panem naprawdę nie warto rozmawiać. Przy moim negocjacyjnym nastawieniu to smutne poczucie, że nie warto rozmawiać - jest dużym dyskomfortem. Ale gdyby umiłowanie prawdy spowodowało, że redaktor P. pochyli się nad sobą i zechce się nieco opanować w celu ubogacenia nas swą nieobecnością - to poradzimy sobie bez takich "jezuickich" osobowości telewizyjnych.
Tak więc jest trudno, będzie jeszcze trudniej i bardzo mało zabawnie, mimo, że kilka mocnych kawałów słyszałem. I całkiem dobrze jest, że oko Mordoru nie sięga po nas. Jeszcze tylko ważne byłoby abyśmy wszyscy wykluczani z mediów, z dyskusji, wyciszani przez mądrali z niesamowicie prospołecznych i niezależnych mediów, przeźroczyści dla zawiadowców kulturą masową - zobaczyli wreszcie, że to niezła miejscówka i nie dawali się tak łatwo wybrać za czapkę gruszek. Cena to: powiedzmy, że dwie czapki gruszek i dwa lata wynajęcia a potem "żegnaj Gienia" jak mówił poeta i nigdy, nigdy nie przestawać być czujnym i robić swoje.
Na mojej focie gniewny strażnik dharmy z klasztoru w Manangu, dawne królestwo tybetańskie, obecnie w granicach Nepalu.

Monday, April 26, 2010

FOTOPLAŚNIĘCIE


Dochodzą do mnie słuchy, że mój pomysł na wypożyczalnię jamników w celu godnego spacerowania po Krakowie, zyskuje zwolenników. Modyfikacja idzie w stronę wyciętych z dykty jamników zastępczych (JZ), umieszczonych na małych rolkach. Jamniczek taki może być też składany. Dodałbym do tego jeszcze: kołnierze z futra nutrii (przypinane na guziczki dodadzą nam autentyczności podczas spaceru po Salwatorze) oraz "wyglancowane" na błysk woskiem i starą pastą Buwi - skórzane i obowiązkowo skrzypiące buty, tzw. pionierki. To charakterystyczne skrzypienie kilka razy już wyprzedzało nasze niezwykłe doznania wzrokowe jakich dostarcza nam od czasu do czasu jeden z byłym polityków PO, wyłaniający się na krótki moment z krakowskiej mgły... Nie wiem tylko czy Międzynarodowy Komitet Zwalczania Białego Balonu w Krakowie ( MKZBBwK) nie podniesie i tym razem tzw. rabanu (to określenie jest czysto krakowskie jak pionierki...)i razem z GW nie zacznie protestować w ramach ratowania nas przed zepsuciem kulturą popularną.
W niedzielę poszliśmy do kina na obraz pt. Kerala Caffe ale po wyjściu mieliśmy trudności z utrzymaniem się w pionie i musieliśmy posiedzieć trochę nad kawą aby dojść do siebie po granicznych doznaniach jakie niesie to dzieło. Nagle zachciało się nam naszego zepsutego Zachodu, naszych galicyjskich nawyków i cieszyliśmy się jak dzieci, że słonie nocami nie biegają po Plantach... Mimo zaproszenia na Galę Rozdania Nagród nie mieliśmy odwagi pójść do kina Kijów, bojąc się kolejnych skeczy "czerstwego" prezentera (głównie prezentował siebie, ech mazowiecki macho!) z TVN. Festiwal otrzymał ten zapewne kosztowny "podarek" w transakcji wiązanej, chyba?
Granie w Fortach Kleparz miało walor spotkania i kiedy to pisałem w poprzednim odcinku, jeszcze nie wiedziałem, że spotkań było więcej niż zauważyliśmy! A. dostała serię bardzo, bardzo udanych fotografii z tego koncertu. Nawet nie wiemy kiedy były zrobione?! To naprawdę miłe i o to chodzi: fotoplaśnięcie było doskonałe! Dziękujemy.
Dzisiaj spędziłem kilka godzin w studiu radiowym opowiadając o płycie "Monografie instrumentów karpackich" (ciągle jest jeszcze do darmowego dostania!), osobno o soundwalk i płycie A. "Vaggi Varri", która zadziwiła nas powodzeniem i o nowej płycie KM: "acousmatic psychogeography". To gadanie, już poza nagraniem zakończyliśmy ciekawą rozmową na temat naszego miejsca w tym całym budyniowym kramie. A było to radio bardzo, bardzo komercyjne i popowe... Nie wchodząc w szczegóły rozmowy, ciągle wychodzi na moje: to nie bezduszny system, komercyjne media i wielkie koncerny ale tzw. zwykli ludzie albo się czymś zainteresują albo nie, albo przyjdą na koncert albo nie, albo kupią płytę albo nie i nikt temu nie przeszkodzi. Wiem, że masowe rażenie mediów..., że papka budyniowa jest łatwiej strawna, że polityka miasta idzie w innym kierunku itd. ale z drugiej strony: wszyscy mamy w ręku rozwiązanie bo przymusu nie ma! Jest często agresywna kampania promocyjna ale nie przymus.
W najbliższy czwartek zagramy w Katowicach... i trochę mam obawy czy po tak wielkiej przerwie w graniu na Śląsku jeszcze nas tam ktoś pamięta? Jeżeli nie to i tak zagramy bo lubimy to robić. Anegdota kombatancka: kiedyś istniał świetny projekt o nazwie Onomatopeja, całkowicie legendarna ekipa, o której by można dużo mówić i pisać (ale kto to zrobi?) i leader tej ekipy w wywiadzie opowiadał o kolejnych koncertach: "kiedy zaczynaliśmy koncert, na sali były trzy osoby, a po godzinie intensywnego grania, kiedy otwarłem oczy - zauważyłem, że na sali pozostał już jedynie dozorca klubu"...(tak w przybliżeniu to "brzmiało"). Ale czy ma to dzisiaj jakieś znaczenie? I kim był dozorca?
W następnych wpisach pokaże wspominane wcześniej, piękne foty a dzisiaj jedna z serii wykonanych przez inną fotograficzkę - Kasię, na tym samym koncercie. K. udało się dokonać "niemożliwego" czyli pokazać cały aktualny skład KM. podczas pracy...

Saturday, April 24, 2010

EXTREME CUISINE


Powoli opada ze mnie pył bitewny... 22 kwietnia: co za wieczór! My w Fortach Kleparz a o tej samej godzinie: Lech Janerka! w Żaczku, Janek Kubek solo! w Ptaśku, Jeff Gburek w Eszewerii... OFF camera... Earth Day na świecie...serial "Gotowe na wszystko" w tivi !Dzięki trudnym ale dobrym wyborom jakich dokonało około setki zainteresowanych naszym przekazem (od dawna już staram się aby zawsze były w nim obecne elementy: event/image/concert), jakoś się wybroniliśmy w tym ścisku. Stało się też to, co najbardziej cenię w działaniach publicznych; koncert był okazją do kilku spotkań. W tym do dobrego i roboczego kontaktu z Radiofonią, więc będzie jakiś ciąg dalszy. Konkretnie 29 maja prezentacja rejestracji z koncertu i nasza obecność w studiu. Ci co wybrali Janerkę, Kubka, Gburka, kino, Dzień Ziemi lub miły wieczór przed telewizorem...mają więc jeszcze szansę lub... muszą być czujni.
Wczoraj rano, z kwiatem lotosu blisko 1,70 m długości (!) wpadłem na swój wykład w Auditorium Maximum UJ w ramach Dni Indii... Trochę się przeraziłem na widok studentów z otwartymi kajetami i w pełnej gotowości do notowania wiedzy spływającej z ust bohaterów przedpołudnia. Ale po chwili zakosztowałem w tej sytuacji (próżność ma swoje prawa i czasem jej dogadzam biedaczce, bo katowana jest bez zmiłowania...)i w telegraficznym skrócie opowiedziałem o etnobotanicznym kluczu do religii Indii. Po wykładzie krążyłem z lotosem w dłoni po mieście wzbudzając zainteresowanie i dobre reakcje. Może lotos w dłoni to jeszcze nie jamnik ale w Krakowie się najwyraźniej liczy na plus. Szczytem akcji lotosowej było wparowanie do kina Mikro i groźba umieszczenia go w pionie dla upiększenia filmu Davida Cronenberga "Wschodnie obietnice". Ale dobrze, że nie parłem do konfrontacji; nie tylko kwiaty opadały w czasie filmowego opisu zajścia w łaźni...Ci co widzieli do łaźni raczej nie będą już wstępowali. Podziwiam Brytyjczyków za to, że jakoś sobie (jeszcze?) radzą w Londynie... ale na taką karmę zapracowali sobie sami i to też prawda.
Extreme cuisine to bardzo ładnie wydana książeczka z mojej ulubionej serii Lonely Planet o; "Exotic tastes from around the world". Książeczka jest bogato ilustrowana i chyba można ją traktować jak pewnego rodzaju katalog zagrożeń podczas dalekich podróży. Wielka ulga ?; nie grozi nic Polakom, bo niewielu rodaków je coś poza ziemniakami, kapustą i schabowym...i budyniem rzecz jasna (czyż to nie prawdziwe danie extreme cuisine ?) ale są przecież jeszcze inni wędrowcy. Przegląd potraw ekstremalnych jest naprawdę imponujący, od byczych penisów do kopi luwa czyli owoców kawy "obrobionych" przez pewne ssaki... Przy czym słowo "obrobione" oznacza także konieczność grzebania w ich odchodach dla pozyskania "smakowitych" ziaren. W jednym i drugim wypadku; "palce lizać"!?
Ciekawe jest prześledzenie geopolityczne kuchni ekstremalnej. Nic nie pobije Chin i myślę, że kiedyś to wschodzące imperium podbije świat ... bo wielu będzie wolało sobie strzelić w łeb niż przystać na jedzenie 1000-letnich jaj i praktycznie wszystkiego co się rusza, nie rusza, gnije lub pełza. Ale sfermentowane ryby z kuchni Skandynawii lub grillowane świnki morskie... też palce lizać. Najciekawszy wydaje mi się tzw. geoduck czyli małża z "nogą" długości ponad pół metra, która nie przypomina nogi ale całkiem inną część ciała samców wielkich (!) ssaków. Jak widać to książeczka godna posiadania z wielu powodów.
Chwila odpoczynku (?) i w przyszłym tygodniu znowu jazda: w środę wernisaż wystawy pt. Słowackie Artefakty Karpat w Towarzystwie Słowaków w Polsce (Kraków) i we czwartek koncert w klubie Cogitatur (Katowice)... i może wreszcie jakiś wypad w góry z okazji Święta Pracy? Warto skorzystać bo jak Napieralski dojdzie do władzy to będziemy musieli śmigać na pochód 1-majowy ze szturmówkami i słuchać nowych twarzy lewicy w rodzaju pana Oleksego i Millera zmieszanych z towarzyszami z placówek uczelnianych i prasowych oraz szerokiego ruchu nowej, słusznej sztuki.
Muszę jeszcze wspomnieć o całkiem fajnej lekturze, która mnie odciąga od blogowania : "SZTUKA - kapitał kulturowy polskich miast" Wydawnictwa Naukowego Uniwersytetu im.Adama Mickiewicza w Poznaniu... nie tylko dlatego, że jest tam tekst A. ("Kultura jako kapitał kłopotliwy albo jak miasto konsumuje sztukę i co z tego wynika", s. 307-326, polecam wyznawcom Krytyki Politycznej!) ale są w niej interesujące myśli i obszary do zbadania w rodzaju: "Sztuka w ekosystemie miasta. Artefakty przyrody" pani prof. Krystyny Wilkoszewskiej czy "Autobusy i tramwaje"-rzecz o podróżowaniu w mieście p. Barbary Kity. Z tego tekstu zachwycił mnie także cytat z Pierre'a Levy : " Nie jesteśmy osiadli, jesteśmy mobilni. Nie nomadzi, oni nie mieli ani pól, ani miast. Mobilni: z miasta do miasta, z jednej dzielnicy do innej /.../ Żyjemy w miastach lub w metropoliach w relacjach z innymi. Albo na wsi, w domach, które są jak statki na pełnym morzu, podłączeni do wszystkich sieci".
Na focie żelastwo, które znalazłem w prastarym lesie, wysoko w górach... czyżby obrazek ilustrujący nową erę: postindustrial?

Wednesday, April 21, 2010

ETHNOISE


Wczoraj, trochę nieoczekiwanie znalazłem się w jednym z ostatnich dzikich miejsc w Beskidzie Sądeckim. To stary obszar lasu gdzie jodły umierają w wieku 300 lat, stojąc. Ale kilkaset metrów niżej pracują wielkie ciągniki wyszarpujące po kilka olbrzymich pni z wnętrza lasu do najbliższej drogi. Przy leśnym domku otoczonym niezwykłymi roślinami tzw. Puszczy Karpackiej ktoś skopał ziemię i posiał nasiona trawy kupionej w sklepie (!) a kilka kilometrów dalej, w wypożyczalni stoją mini traktory (nazywane dla zmyłki quadami), którymi można skutecznie zetrzeć na miazgę wszystko co nie jest opancerzone...Dość trudno o zrozumienie i akceptację tego rodzaju różnorodności praktyk życiowych, poziomu wrażliwości i zwyczajnej życzliwej uwagi wobec otoczenia. Ale to tylko takie gderanie bo jesteśmy już przecież jednością - ogłoszoną przez sojusz mediów, kleru i polityków.
Kwiecień powoli się kończy ale tych kilka dni do maja mamy wypełnionych intrygującymi sytuacjami. Jutro koncert w Fortach Kleparz, pojutrze wykład o świętych roślinach Indii na UJ, w przyszłą środę wernisaż wystawy Słowackie Artefakty Karpat...a w ostatni czwartek miesiąca koncert w Katowicach. Do tego miłe odzewy na nasza nową płytę i zaczynam pisać moją, być może najważniejszą w życiu, książkę! Jest więc jednocześnie fatalnie, przygnębiająco i źle ale także wspaniale, inspirująco i świetnie. I wcale te odczucia się nie wykluczają i sztuczna "jedność" proklamowana przez Nowy Front Jedności Narodowej jest zabiegiem demagogicznym.
Jedności jakoś nie czułem także podczas żenującego występu "zapowiadacza" z TVN, wynajętego do poprowadzenia gali otwarcia Festiwalu OFF Camera (sorry, że nie wpisuję "operatora sieci komórkowej" mało elegancko rozsadzającego nazwę) w Kinie Kijów. Jestem przeświadczony o tym, że gość lubi się na małym traktorze przejechać w przerwach pomiędzy rozmowami z CNN prowadzonymi z kabiny prysznicowej a wizytami w Austin...bo gość obyty w sztuce offowej jak cholera! Podczas projekcji filmu sala rechotała w miejscach gdzie nie było mi do śmiechu a tam gdzie ja się uśmiechałem, wydawała się znudzona. Nie poczułem jedności wysłuchując opowieści jakiegoś ambitnego studenta, który postanowił oczarować studentkę opowieścią o tym, że chce się rozwijać i dlatego odszedł z Teatru Groteska. Prace w teatrze nie rozwijały go dostatecznie. Rozumiem, że chciał coś wyreżyserować, albo zagrać główna rolę? Studentka wabiła opowiadaniem jakie to nocne życie prowadzi ale niestety okazało się, że chodzi o czytanie, jedzenie i uczenie się... w nocy. W takich chwilach w kinie nie tęsknie za jednością, tęsknię za czasami gdzie uczniowie musieli odrąbać sobie rękę aby udowodnić, że chcą się naprawdę uczyć... i już widzę oczyma wyobraźni jak uczeń mistrza Zen mówi do swego nauczyciela: mycie garnków i sprzątanie nie rozwijają mnie dostatecznie i... odchodzi. I słusznie: bo jeżeli uczeń wie co go rozwija a co nie i wie to lepiej niż jego nauczyciele to po co się ma męczyć. Jest tylko niebezpieczeństwo, że może jednak nie wie i głupi umrze! Czy więc jedność, która nie jest wyczuwalna nawet na sali starego kina z czasów tzw. komuny, jest możliwa w kraju składającym się z kilku odmiennych mentalnie i historycznie państewek? To może jednak rzucić hasło: różnimy się i nie rozumiemy, żyjemy w innych światach chociaż obok siebie, nigdy nie będziemy jednością ale spróbujmy się nie pozabijać i współpracować. Nie, tutaj musi zawsze być mistyczna jedność i przywództwo duchowe jakiegoś aroganckiego, pomarszczonego staruszka z rozbuchanym ego, wielkie wartości i wielkie uniesienia... i tylko czasem wypuścimy z naszym "kwiatem" dziadowski samolot co rozbije się na jakimś byle jakim lotnisku.
Na obrazku plakacik koncertowy z pięknym logo mojego ulubionego portalu "informacyjnego". Za to Radiofonia jest naprawdę o.k.! Nawet tu nie ma jedności...