Tuesday, May 30, 2006

Karpaty Karpaty


No i siedzę w tym miasteczku dziwacznym i chorym.... ratuje się małą statystyką : 16 koncertów zagranych do końca maja to już jest oki ale cieszy proporcja : 12 to USA, Niemcy i Słowacja... a 4 to Wrocław (2x), Tychy i Poznań.
Właśnie wróciliśmy z małej trasy do Bratysławy i Wrocławia. W stolicy Słowacji zagraliśmy koncert na scenie A4 w ramach imprezy zorganizowanej przez pismo Vlna. W najnowszym numerze tego magazynu o sztuce (nr 25) jest duży wywiad z Ania na temat Projektu Karpaty Magiczne zatytułowany - citime sa ako nomadi - z kilkoma, świetnie zreprodukowanymi fotami Bogdana Kiwaka. Jest też recenzja naszej płyty Sonic Suicide o jakiej tylko śnić... a do tego płyta CD pt. Zvukova Vlna, na której jest m.innymi nasza muzyka.
Ten numer pisma to edycja Vysehradska i są też nasi krajanie, szczególnie cieszymy się z sąsiedztwa z materiałem dotyczącym Pawła Althamera. No i jak nie lubić Słowacji, u -nas ??? - będzie to możliwe dopiero pośmiertnie. Wyjątkowo może się przytrafić po otrzymaniu Nobla lub Oscara... ale i tak podziękujemy wtedy - w słowenczinie....
Była jeszcze miła kawa na... Dunaju. Jak zwykle na kawiarnianej łodzi, przcumowanej na wysokości naszego ulubionego hotelu Danube, spotkaliśmy się z Siną i Dankiem (Dlhe Diely), Bogdan fotografował zawzięcie, więc coś tu dokleimy za kilka dni.
Rano, po nastepnej kawie, tym razem w Instytucie Polskim, który wspierał festiwal i nasz pobyt na Słowacji, przemknęliśmy przez Czechy do Wrocławia.
Na festiwalu Energia Dźwięku działo się wiele i my pracowaliśmy też dość sporo. Dwa warsztaty dziennie i w trzecim dniu dodatkowo koncert. Gadanie z Wojckiem Czernem o mizerocie naszej sceny niezależnej, bardzo miłe gadanie z perkusistą i załogą odnowionego Robotobiboka, gadanie z...... jak to przy takich okazjach. Maciek i Arek uwijali się jak frygi i z rozkoszą kaprysiliśmy troszkę, jak to artyści.
Myśleliśmy, że to tylko w Krakowie sobie dworują z Warszafki ale na Rynku we Wrocławiu zastaliśmy wystawę pt. 160 lat bezpośredniej linii kolejowej Wrocław - Berlin.... super! To może kiedyś i do Warszawy będzie miał Wrocław połączenie kolejowe bez przesiadek...
W poniedziałek rano wskoczyliśmy do busa i około południa (po desancie Ani na UJ) dojechaliśmy w widły Dunajca i Kamienicy Nawojowskiej, do miejsca gdzie stawiają największą palmę, gdzie sanktuarium religijne urządzono na Rynku, który od ponad 700-lat był miejscem wolnym od ideologii i przyjaznym dla różnych ludzi... I tu przyszło mi do głowy, że najczęściej budyń ma kolor brunatny, czy to nie znamienne?

Tuesday, May 16, 2006

After party...


Trasa w USA zakończona i jesteśmy już w Karpatach... Troche trudno się przestawić na bardzo już zatęchły budyń rozlewający się od Warszawy. Dobrze, że Bałtyk i Karpaty są jakąś zaporą, przynajmniej na jakiś czas!
Relacje z Terrastock 6 i Mt. Shasta Tour jakie wiszą poniżej niech zostaną takie jakie są : troche poszarpane, bez interpunkcji i polskich znaków, czasem o zachwycie, a czasem o trudnych porównaniach. Słucham WFMU z NJ i jest mi tak bliskie : wiem, kto prowadzi audycję, gdzie można wypić kawę w przerwie nagrań i to, że właśnie kończą remont ulicy nieopodal wejścia. Kartkuję książkę-album Johna Suitera pt. Poets on the Peaks o obecności Gary Snydera, Philipa Whalena i Jacka Kerouaca w Górach Kaskadowych.
Przypominam sobie piękne, białe od śniegu góry na północy Kaliforni i w Oregonie. Szczególnie Mt. Shasta utkwiła mi w pamięci i to zdziwienie Larrego : jak to, skąd wiecie o Mt. Shasta? Ludzie, gdzieś z dalekich europejskich krain wpisali sobie : Mt. Shasta Tour. Skąd wiemy? Tu właśnie jest to o co chodzi! Ale wiecie : kto jest ten kto pyta, a kto słucha itd. itd. Odpowiedź brzmi : Mt. Shasta jest biała, a Dunajec przebija się przez Pieniny...
Mam piękną wizję muzyki z naszej trasy i może uda się to ujawnić jeszcze w tym roku?
Za tydzień gramy w Bratysławie na festiwalu Vlny (Fala - artystyczne pismo czytane na Słowacji i w Czechach)i we Wrocławiu na festiwalu Energia Dźwięku. Do poduszki czytam "Sny i śnienia" Natalii LL (drugą już książkę pokazującą niezwykłą pracę tej Artystki, bliższą nam także przez osobę Bogdana Kiwaka, który studiował fotografię u LL). Siłą opanowuję się aby nie plasnąć mocniej w ten monstrualny budyń ale jeszcze nie teraz, niech podejdzie jeszcze bliżej, niech objawi cały swój bezsens i kuriozalny prowincjonalizm. Z budyniem się nie walczy - po budyniu się ślizga. Wykorzystaj budyń do własnych celów, użyj budyniu jak faszystowskich plakatów, którym można dokleić drobiazg i zmienić ich przesłanie. Niech budyń popracuje trochę na nasze konto! No więc pobawmy się trochę...

Tuesday, May 09, 2006

ToNic Blues


Po koncercie w klubie Tonic ze dwa razy wpisywalem (okolo drugiej w nocy) cos niecos na bloga ale wszystko diabli wzieli... Moze to i lepiej, bo pewnie bym obrazil wiele osob. Tak wiec ostatni koncert trasy Mt. Shasta odbyl sie i wybrzmial. Bylo sporo ludzi, a gralismy w towarzystwie grup : Effi Briest i Telepathe. Effi to kilka dziewczyn grajacych na wszystkim, Telepathe to miejscowa slawa i tez graja na wszystkim (jak wszyscy tutaj). Gralismy na pozycji drugiej i poszlo (dla nas) dosc mocno. Dla oceniaczy garsc informacji : biletow sprzedano 123 sztuki, do tego zespoly wpisaly ze 20 osob i byli (jak zawsze) jeszcze znajomi Krolika! Nie wierzcie jak Wam ktos powie, ze na ..... (tu wpisz znana Ci kapele o niebo lepiej grajaca od Karpat) bylo 300 osob, bo do Tonic'u tyle sie nie zmiesci.
Okolo polnocy wracalismy przez most zerkajac na Manhattan i spotykajac znajomych muzykow... jak na Kazimierzu. Oczywiscie na Kazimierzu kiedys, bo teraz juz tam pewnie nie zagramy. Musielibysmy wyslac nasze plyty do oceny i kwalifikacji (ewentualnej), a plyt juz nie mamy bo poszly w Tonic'u. Ale ToNic, jakos damy rade. Jeszcze przed koncertem i dzis rano tez pijamy kawe i zajadamy sie bajglami w fajnym miejscu. Widac z niego sporo i wystarczy wlasciwie ustawic kamere na - on - aby nakrecic nowe ujecia do kawy i papierosow 3...a czasem do Matrix Zielonypunkt!
Ale zycie muzyczne tu tetni, VooVoo z kazdej knajpki na nas lypie, najwiecej plakatow na drzwiach przybytku o nazwie PYZA - european cusine... Kayah jest tu wydarzeniem roku 2006 (jeszcze wprawdzie nie przyjechala ale tak przeczytalismy na wielkim plakacie kolo szyldu Ziola do Polski...)a slyszelismy i o innych ambasadorach kultury, ktorzy nadciagaja. No ale coz - kazdy orze jak moze. Przy kolejnym bajglu przyszedl esm od Nataszy z wyrzutem - na blog sie pisze a do dziecka nie! A co to dziecko, ktos to czyta jeszcze, poza Toba i ekipa (pozdrawiam Stinkiego i reszte ekipy, yo!). No i teraz jest mi glupio, bo wlasnie czytalem maila od Rafala z Hati .... i Oni tez to czytaja! Dzieki, ludzie!
W NY jest bardzo ciekawie i np. dzisiaj mielismy takie zajecia : odwiedzilismy najwieksza ksiegarnie na swiecie (18 mil ksiazek lezacych obok siebie!) i ze dwie mniejsze (troche). Zrobilismy to (a bylo naprawde trudno) bo pewnie juz ksiegarnie powoli zamykaja? Zawsze cos sie ostanie i jak obrzyn w goralskiej chacie, tak i u nas musi ksiazka byc! Nawet jak czytanie bedzie scigane prawem. Potem nakarmilismy zolwia z Galapagos, ktorego musielismy podnosic we dwoch! Zolw nie w ZOO ale w prywatnym mieszkaniu kogos, kto zajmuje sie rybami kopalnymi. Dobra, juz dalej nie bede opisywal tego dnia. Dalej spimy na tybetanskich kobiercach. Dzisiaj tez (a jednak) znowu bylismy w Tonic, ale ToNic, ToNic...
Na jutro i pojutrze mamy tez ostry plan, np. spotkanie z wdowa po muzyku (i zalozycielu) grupy Oregon. Ale kto wie co to Oregon?
Generalnie cisna sie podsumowania : lecielismy dotad 6 razy (1 LOT plus 5 South West)tak wiec razem z powrotem bedzie 7 lotow... nagralismy w 3 rozglosniach freeform radiowych 3 sesje plus jedna w bunkrze, zarejestrowalismy sporo dzwiekow otoczenia pomiedzy Davis a Seattle, w tym gamelan w siedzibie Sun City Girls. Zrobilismy ze setke fotek i 5 godzin video, zagralismy razem festiwalem Terrastock 6 10 koncertow i jak dotad zebralismy ze setke unikatowych plyt. To tak na dzis wieczor, analizy poglebione beda pozniej. Sporo sie tu tez gra w metrze i mysle, ze ten zwyczaj rozladowal by spory scisk w krajowych klubach muzycznych...
Jestesmy zmeczeni maksymalnie i na dobra sprawe powinnismy ale bylo (i jest jeszcze) bardzo, bardzo interesujaco, bardzo, bardzo inspirujaco, bardzo, bardzo dobrze rokujaco na przyszlosc...
i tym budujacym akcentem koncze blogowanie z Ameryki - bez odbioru!

Monday, May 08, 2006

Mt. Shasta


Po koncercie w Santa Cruz i San Francisco zagralismy jeszcze w Davis ... trzy razy!
Byly to kolejno : koncert w schronie przeciw bombowym (!), koncert w klubie i koncert akustyczno-elektryczny w radiu KDVS (freeform radio). Ten ostatni eksperyment soniczny (gralismy na dlugim korytarzu, ktory slynie z efektow akustycznych i pomieszalismy troche akustyczne brzmienia z elektronika) przeprowadzilismy z Amy (Living Breathing Music). Happening w bunkrze i w radiu zostal zarejestrowany na niezlym sprzecie. Po tych (i innych doswiadczeniach) powrocilismy na chwile do Sacramento i tam spotkalismy sie z Larrym... No coz, tu zaczela sie nasza prawdziwa Mt. Shasta Tour! Larry, pol krwi Indianin jest z zawodu muzykiem, DJ i czlowiekiem, ktory - ogarnia wszystko - to ostatnie to cytat z Ghost Dog'a. Po niezwykle interesujacym wieczorze, ktory dla niektorych trwal do 4 rano wsiedlismy w samochod i ruszylismy w skladzie : Anna, Larry, Andy i ja - do Seattle. Trasa ta jest na dwa dni jazdy samochodem i wiedzie przez polnocna czesc Kaliforni i Oregon. Na granicy tych stanow wznosi sie na ok. 4 600 m n.p.m. swieta gora Indian nazywana Mt. Shasta. Larry szybko nas rozgryzl i dlatego pierwszy postoj wyznaczyl na przepiekny wodospad pod Gora. Tecza od rozbryzgujacej sie wody, biala od sniegu (lodowiec) Mt. Shasta i oszalamiajaca przyroda byla dla nas jak potezny kop energii. Spogladajac na Gore pozbywalismy sie powoli nadmiaru emocji skumulowanych w niezbezpiecznym natezeniu po kilku dniach w Bay Area. Nasza podroz zaczela przypominac mityczne wedrowki Ginsberga i Snydera... Sorry, ale tylko takie skojarzenia pojawialy sie przy kazdej nastepnej godzinie naszej podrozy. Okolo polnocy zjawilismy sie w domu na przedmiesciu Portland. W domu trzy kobiety i dwa koty oraz... kupa dobrego sprzetu muzycznego i samej muzyki. Po przegadaniu polowy nocy musielismy jednak troche sie przespac i ranek rozpoczal sie od sniadania okolo 10 w fajnej knajpce w artystycznej dzielnicy Portland. Zaczynamy zalowac, ze zrezygnowalismy z koncertu w tym miescie (ze wzgledu na czas i komplikacje komunikacyjne - musielibysmy wrocic do Portland z Seattle gdyz takie daty byly dostepne)ale juz Larry pogania i obiecuje nowy ciekawy przystanek. Oregon jest zielony i przepiekny ale moje lesne serce krwawi na widok calych gor ogolonych z lasu do gola... Oczywiscie mam swiadomosc proporcji i roznych innych spraw ale jednak... Po godzince pojawiamy sie przy czyms zupelnie kosmicznym. To cos to posiadlosc i jednoczesnie muzeum-galeria-pracownia-happening place artysty Richarda Tracy. Instalacje i aranzacje, przedmioty i sytuacje, obiekty i miejsce prowokacji - a wszystko wykonane z odpadow w postaci metalowych przemiotow, tasm, kul, dzwigni i lozysk, starych kaskow itd. itd. Sam artysta jest postacia takze niezwykla i caly nasz tam pobyt jest poczatkowo testem na to czy jestesmy dosc cool (test najwyrazniej zaliczamy) a pozniej zamienia sie w happeningowe niby zwiedzanie ekspozycji. dostajemy kawalki drutu z kolorowymi sznurkami i naszym zadaniem jest zawieszenie ich na wybranych przez nas obiektach. Po lustracji naszych dokonan gospodarz przystepuje do coraz intensywniejszego wykladu z teorii sztuki i Jego uwagi na temat istoty obrazu i tego co naprawde (co to znaczy?) widzimy - sa powalajace. A czuje obraz doskonale i widac to na fotografiach z Jego galerii w nobliwych katalogach sztuki (wydanych i w USA i np. w Niemczech).
Po tym wszystkim jedziemy w ciszy nastepne godziny i dopiero widok Seattle pobudza nas do kontaktu z zewnetrznoscia. Jedzonko w Meksykanskiej knajpce, koncert w ciekawym miejscu (przy dosc szczuplej widowni ale z udzialem muzyka Sun City Girls) to juz pewien rytual. Przestajemy juz czuc zmeczenie, ktore dopada nas juz od czasu do czasu. Na koniec bonus w postaci noclegu w olbrzymim centrum dowodzenia, lofcie i pracowni muzycznej i filmowej Sun City Girls. Dosc powiedziec, ze czesc pomieszczenia zajmuje tam pelny zestaw gamelanu z Sumatry. Jezeli ktos z Was nie wie co to gamelan to informuje, ze jest to zestaw kilkudziesieciu gongow, metalofonow i gongow poziomych, obrotowych i ksylofonow... do tego ze trzy zestawy perkusji, kilkadziesiat instrumentow strunowych, detych itd. glownie z Indonezji. Czujemy sie tu jak w naszej (dawnej juz) Galerii Stary Dom. Tyle, ze tu sie to najwyrazniej docenia. Musze tu zawiesic opowiesc bo godzina jest pozna. Wspomne tylko, ze troche sie zapoznalismy z tym co robi SCG i Seattle... A moze to nudne? No bo potem polecielismy samolotem do Chicago i tam znowu gralismy w lofcie z dwoma ekipami, ktore by w Polsce powalily wielu... No i znowu w tym Chicago zagralismy w radiu na zywo i polecielismy do NY. Teraz siedzimy w pracowni dywanow i piszemy Wam o tym.
Jutro gramy w klubie Tonic.

Saturday, April 29, 2006

Bay Area


Od ostatniego pisania sporo sie dzialo. Po Santa Cruz troche odpoczywalismy w Sacramento i wczoraj zagralismy w San Francisco. A teraz siedze przed znajomym juz MACiem w ... Oakland i popijam cos bardzo milego o nazwie Smoothie : Mango Tango. W tle kwila dwie mile Japonki z plytki o nazwie KORE GA MAYAKU DA - Afrirampo wydanej przez Tzadik. A my znowu u Amy z Living Breathing Music, ale moze od poczatku. Juz nie bede o kawce porannej bo zblize sie niebezpiecznie do tego milego naszego pisarza, ktoremu celnicy zawsze cos podaruja i wszyscy go czestuja papierosami, wodka i kawa (to oczywiscie moze sie przytrafic tylko w Europie Srodka) i przejde do nie mniej mitycznej przeprawy przez bay bridge. Tak wiec z Oakland do SF musimy albo przez bay bridge albo przez Golden bridge (albo wplaw) bo inaczej sie nie da. No wiec przypomnijcie sobie setke filmow, ktorych akcja rozgrywala sie na moscie do SF. Nasz van i my na tym moscie i.... nie nadeszla wielka fala ani nie nadlecial meteor, sorry! Oczywiscie klub Hemlock Tavern jest w dzielnicy Mission i to nas ucieszylo, kiedys tu przez tydzien stacjonowalismy. Przed klubem mily chlopak z Polski (ale z SF...) i pogawedka w ojczystym jezyku, milo bardzo. Charakterystyczne pytanie do nas - jak sie czujecie w klubach gdzie sie nie pali papierosow? No wlasnie, zapomnialem napisac, ze tu sie slucha muzyki w klubach i nie pali papierosow .... Wiem, u nas nie ma takiej mozliwosci bo ludzie sa tak wrazliwi na muzyke, ze jak nie wypala kilku cmikow i nie walna ze dwoch browarow to by ich moze i zabila. A tak, to sami nie wiedza od czego dostaja swira. No wiec tak - my czujemy sie dobrze, czujemy sie normalnie i fajnie jest w miejscach, ktore nie sa aranzowane przez kompanie piwowarskie. Gramy w klubie taki wczesny set, zaczyna LBM i ma ze cztery osoby na sali, potem my i mamy juz z dziesiec... no, moze wiecej?! Taki uklad ale moze w ciemnosci ktos jeszcze doszedl bo po koncercie sprzedalismy wiecej plyt niz po trzech w kraju, he,he,he....
Tak wiec sukces to nie byl specjalny ale mila otwarta proba dla bardziej dociekliwych.
Ale wlasciwie od rana mowa byla glownie o knajpie gdzie serwuja jedzenie meksykanskie. No i po koncercie bylismy tam blyskawicznie! Samochod zostawilismy na Mission St i piszo dwie minutki. W knajpie Matka Boska w plastikowych kwiatach i migajacych lampkach (jak sie tylko nasi eurodeputowani dowiedza to biada tym biednym imigrantom z Poludnia !) i super jedzenie robione przez gosci, ktorzy nie rozumieli ani po angielsku ani tez po hiszpansku....
Nastroje szampanskie, porcje wielkie i wszystko oki !!! Wracamy do samochodu i czar pryska - szyba rozbita i niestety brakuje drogich procesorow do vocalu, mikrofonu i paru innych drobniejszych juz rzeczy. Na szczescie gitary, sax, cello itd. zostaly. Wykopujemy 9doslownie) resztki szyby i rozbitego szkla i vanem ale i troche kabrioletem (A. w szalu na glowie, ja w koszuli na glowie co plasuje nas w rejonie black islam) wracamy do sacramento. Ale przed Oakland dochodzimy do wniosku, ze moze zostaniemy na jeden dzien u Amy i tak jak stoimy wysiadamy przed Amy place w Okland. No dzis zbudzilismy sie wlasnie tu i przez caly dzien lazilismy po tym niesamowitym miescie - po ksiegarniach, po yoga shop (u nas by eurodeputowani stanowczo sie przeciwstawili takim przybytkom - lepiej aby lud byl ciemny, chory i sfrustrowany bo latwiej wtedy o uzdrawiajace fale z jedynego slusznego radia sklaniajace do posluszenstwa chamoobronie), po swiatyniach (nie napisze jakich bo cenzura i tak w PRL bis nie pusci...). Na obiad i tym razem zrezygnowalismy z patriotycznej kapusty, kotleta i ziemiarow na korzysc zwyklej kuchni chinskiej. Zjedlismy tez koszyczek truskawek kalifornijskich (troche tansze niz nasze, chlopskie w Polsce...) i do tego wszetecznicy dokupilismy za 90 centow troche tzw. baby banana czyli malutkich i slodkich bananow. Jak juz jestesmy przy kuchni to podam fantastyczny przepis na specyfik, ktory by sie przydal wielu recenzentom muzyki w kraju. Chodzi o to, ze naprawde juz nie wystarczy pisac - zakrecony czadzik lub pokrecone rytmy z domieszkom etno, nawet dark ambient sobie odpuscie. I jak to mowia - kiedy nie staje wiedzy i koncdeptu (czy czegokolwiek innego) to ratujcie sie! Ratunek nazywa sie : libido lifter i sklada sie z : 1 cup low-fat chocolate milk, 1/2 cup chocolate sorbet, 2 frozen bananas (sliced), 2 tablespoons toasted almonds, 2 teaspoons vanilla extract. Do tego potrzebny jest blender ( o ile eurodeputowani jeszcze nie zabronili) i... po klopocie.
Napoj nalezy do rodziny tzw. smoothies i pijcie na zdrowie.
Moze jeszcze nie zabroniony przez .... chodzi o to, ze miga nam tu czasem onet i nawet przez zacisniete powieki wdzieraja sie te rewelacje w postaci apelu polskich erodeputowanych o obrone Slusznego Radia - czym sie ci ludzie zajmuja? Jak tak mignie to pod powiekami pozostaje widmo koltuna wielkosci grzyba bomby atomowej i to by tlumaczylo dlaczego zamykanie oczu nie pomaga.
Wieczorem bylismy jeszcze nad zatoka i ogladalismy zamglony widok SF, port, doki i startujace samoloty. Jutro ciezki dzien - gramy dwa koncerty w Davis. Po nich konczymy nasz pobyt w Bay Area i ruszamy do Seattle. Bedzie nam bardzo brakowalo Oakland i doniesien prasowych w rodzaju opisu premierowego spektaklu o genotypie. Tak, kochani GENOTYP, a nie brudne podworka w blokowisku gdzie panuje beznadzieja, yo, yo, ziomale, fale, pale, daajee, nowa huta, buta, minuta, pokuta i co tam jeszcze.
Apeluje o obrone starego budyniu! Stary i beznadziejny budyn musi trwac. Budyn jak guma to nasza duma! Na falach Radia plyn i jedz stary budyn! Koltun i budyn nasza racja stanu!
Odezwe sie za kilka dni o ile mnie nie dosiegna ..... wiecie kto! BY!

Thursday, April 27, 2006

Santa Cruz

Droga z Oakland do Santa Cruz sprowadza sie do powiedzenia - czym dalej w las tym wiecej drzew... faktycznie, wreszcie sie pojawia jakis interesujacy kawalek lasu....bo dotad tylko pustynia i pustynia! O jak fajnie sie pisze, tym razem wyjatkowo PC a nie MAC i znajoma klawiatura. Tak wiec, dojechalismy do Santa Cruz, podziwiajac amerykanska bioroznorodnosc po drodze plus niesamowite chmury i zachod slonca (A. zrobila kilka ujec, wiec moze kiedys zobaczycie). W SC mamy zagrac koncert domowy, forme popularna tutaj, ktora jakby zaniknela w Polsce zupelnie. Moze sie myle?
Tak wiec klebilo sie troche mlodych ludzi i duzo dobrego sprzetu (tak ze dwa domy kultury u nas mozna by nim obdzielic) plus wino, herbata. Po jedzenie poszlismy za rog do restauracji chinskiej (swoja droga A. dostala tak dobre baklazany, ze dotad nie jedlismy tak smacznych, no moze w Bulgarii) i po jedzonku na stojaka rozpoczal sie pierwszy koncert. Wczesny Pink Floyd plus aktualny noise to tutaj standard - zawsze sie to sprawdza i tym razem bylo oki jak na poczatkujaca grupe. Oni zreszta znaja swoje miejsce i nie leca zaraz do studia aby wydac setki plyt i oglosic, ze starsi koledzy nie potrafia grac i sie skonczyli. To jest tutaj nie na miejscu. Cos bym teraz walnal o naszej - scenie - ale mialo byc bez porownan.
Nastepny koncert, po chwili instalowania sie, daja Living Breathing Music. Cello, sax basowy, trzy glosy i sporo elektroniki. Bardzo interesujacy i mocny koncert. Jest w tym cos pociagajacego i wartosciowego - bez odniesien do rocka, a raczej do muzyki wspolczesnej, Meredith Monk itd. Cieszymy sie, ze razem zaczynamy od SF trase koncertowa. No i my, troche szamotaniny i odpalamy. O tym niech inni...

Wednesday, April 26, 2006

Na tropach Beat Generation


Budzimy sie i chwila na to aby sobie uswiadomic gdzie jestesmy - Oakland, Kalifornia. Film sie wyswietla od tylu i widze jak samolot przelatuje obok mostu do SF i obniza lot nad zatoka... Ladujemy i nastepne emocje dotycza naszego sporego bagazu : jest czy nie? Jest i za chwile siedzimy juz w samochodzie dziewczyny z Living Breath Music. Swiatla city i po chwili jestesmy na miejscu, w malym artystycznym wspolnotowym mieszkanku. Jedna z mieszkanem robi video art, druga muzyke ... jak to w CA. W glowie metlik, do roznicy czasu miedzy Europa a USA, dochodzi jeszcze roznica (3 godz.) pomiedzy stanem RI a CA, przelecielismy przeciez caly kontynet. Pierwsze miedzyladowanie w Phoenix, drugie w LA i dopiero trzecie w OAK. SMS od Nataszy jest wyslany jutro.... fajnie brzmi, prawda? Ale troche trudniej sie wtym odnalezc i grac jeszcze koncerty. Na dobranoc sluchamy muzyki, za ktora w Polsce mozna by dostac w buzie i recenzenci by przylozyli ostro, no chyba, ze bedzie to juz cool dla WIRE... A bedzie, mili moi...
Wyruszamy na kawe i jest miejsce gdzie tylko czekac kiedy Gary Snyder sie zjawi, idziemy do ksiegarni prowadzonej przez - bez watpienia - starego kolege Ginsberga. Kiedy kupujemy dobre opracowanie z zakresu kultury Wschodu dostajemy gift w postaci kadzidelek... Wzgorza nad Oakland wygladaja jak wzgorza nad Oakland w Kaliforni... bo trudno uwierzyc, ze tu jestesmy. Odwiedzamy galerie i studio sztuki i kilka innych miejsc. robimy jakies foty ale tak bardziej z obowiazku, nie ma szans na oddanie tego co nas spotyka co chwile. Dzisiaj gramy koncert w Santa Cruz w towarzystwie ostrej grupy muzykow, ludzie tu robia video dla Bjork, za kilka dni mamy byc na koncercie Matmos ale to nie wszystko. Wracam jeszcze na chwile do lotu nad poludniem, zobaczcie, prosze na mape. Providence i Phoenix, LA, Oakland to jakby rozne swiaty ale ten sam kraj.

Monday, April 24, 2006

after fest

No i szalone dni w Providence sa juz historia, jeszcze wszystko nie poukladane, a juz pakujemy sie do Kaliforni. Za dwie godziny samolot przeniesie nas w inne miejsce i do innych ludzi ale bedziemy tam musieli poczekac kilka dni na nasze subtelniejsze emanacje, ktore gdzies tu przylgnely...
Bedzie czas na recenzje i nazwy grup ale dzisiaj najlepiej zaczyna sie od konca - koncert GHOST, byc moze ostatni (ale wszyscy watpia i slusznie), Bardo Pond, URDOG, FURSAXA i pozostale kilkadziesiat grup.
Plyty z naszej serii Flaga Swiata, dzieki dzwiekom ale i bardzo " amerykanskiej " oprawie plastycznej Bogdana Kiwaka budza wielkie zainteresowanie i podziw. Setki ludzi podchodzi do nas aby zamienic kilka slow, pogratulowac koncertu i zapytac o - next time...
Koncert przechodzil w koncert i potrzeba duzo czasu aby cos skladniej o tym napisac i przywolac kilka fotek. Sorry, jakos nie moge wiecej o tym teraz pisac, szkoda, ze musimy jechac tak daleko aby poczuc to wszystko. Jezeli jest gdzies na swiecie miejsce wolne od budyniu, to jest nim Terrastock...

Friday, April 21, 2006

usa


Jakby mniej tego budyniu tutaj... a jezeli gdzies jednak jest, to na sto procent organiczny !
moje samopoczucie obrazuje cytat z filmu - jest radosc! Jest tez przestrzen.
W NY czas biegnie energiczniej i jakos dziwnie - wieczor to dla nas ciagle ranek i troche to sprawia klopotow. Doskonala muzyka saczy sie u Janusza z kazdego pokoju i na dodatek takze na tarasie. Plyty i muzyczne konfiguracje takie, ze w Polsce ze zlosci nigdy by sie nie zalapali na medialne salony. Zachodze w glowe, kto wymyslil opinie krazace na temat Ameryki - ze jednorodna, konsumpcyjna i niezdrowa. Fakty sa takie, ze w perle polskiej, gorskiej przyrody (jakiejkolwiek, np. nomen omen : Krynicy) nie napijesz sie wody z kranu, a w srodku Brooklynu tak! Jednorodnosc to chyba jakis sen pijanego imigranta myslacego wciaz o kojacym spokoju swojego - opuszczonego nie wiadomo dlaczego - gniazdka. Jak chcesz jesc swinstwa, popijac swinstwami i potem zapalic papieroska do stakanka wodeczki - to Ameryka nie jest wcale idealnym miejscem dla takich praktyk. Wiec co - chyba ten nawyk pracy, zdrowia, sprawnosci i otwartosci, ciaglego uczenia sie i znajdowania w nowych okolicznosciach. To powazne naruszenie wolnosci - czy raczej gnusnosci?
Tak wiec - tu moze takze nie raj - ale kazdy ma budyn, na jaki zapracuje, a nie tak wielki, ze tylko pozostaje plasnac od czasu do czasu.
Po NY siedzimy w Providence i sluchamy nagran z WFMU, aby wlasciwie ulozyc program i nie powalic calkowicie naszych milych sluchaczy slowianskim szalem /crazy/ co przychodzi nam tak latwo. W Polsce ten szal jest w opinii znawcow i recenzentow z definicji mniejszy od szalu japonskiego, ale tutaj niekoniecznie. Ludzi z Kraju Kwitnacej Wisni jest tak duzo, ze nawet sam /o Jezu ! Warszawa kwiczy!/ rozczochrany Kawabata Makoto nie jest az taka atrakcja. Sorry kochani. By!
A poza tym, kawy dolewaja minimum ze dwa razy /za jedna cene/ i nie trzesa sie tak jak - u nas - a za porownywalna cene. Wiadomo - bogacze....a budyniu nie znaja!

Sunday, April 16, 2006

plaśnięcie w inny budyń

No i kolejne pakowanie... Tym razem podróż będzie daleka i w strefę bezbudyniową. Wygląda na to, że zamkniemy objazd USA zapoczątkowany w 2001 roku, grając koncerty pomiędzy San Francisco a Seattle i Chicago. A może jednak tam jest też budyń, tylko inny? Pewnie tak - ale jaka to ulga: plasnąć chociaż raz na jakiś czas w inny budyń!
Jak to będzie kiedy wrócimy? Czy już wyłącznie "Dobra muzyka" od gór po morze?
Czy niestrudzony Pan Staszczyk wyda z siebie nowe teksty płynące z troski o Polskę, a koncern Sroo Sroo i tuzy krajowej sceny alternatywnej wyrosłe z Gawędy uraczą nas montażem słowno - muzycznym - Szacunek dla Jegomościa - do słów Majakowskiego i Norwida oraz nie powiem Kogo... Budyń jest niezniszczalny tak jak Bezludna Wyspa, z której uparcie powraca widmo budyniowego szoł.
To tyle, jest późno i następne wieści za kilka dni.
Mimo wszystko walcie w ten budyń!

Wednesday, April 12, 2006

Kićkanie w święta


W filmiku pokazywanym przy różnych okazjach kaczory przeganiają świateczne kurczaczki i jest to dowcipne i na czasie, ale co w sytuacji gdy nie szkoda nam specjalnie kurczaczków i nie bardzo możemy uwierzyć w przewodnią rolę kaczorów? Pozostaje nam " trzecia droga " czyli ujawnienie tajemnicy poliszynela : kurczaczki i kaczory to jedna lipa, a za sznurki pociągają tak naprawdę koty. Na kotach zna się najlepiej jeden facet, który na wabia zakłada muszkę. Trochę się mu "pokićkało" bo powinien zakładać myszkę i nie pozować na polityka, ale walić równo do cyrku gdzie dostanie od ręki nawet nadgodziny.

plaśnięcie pierwsze

Pamiętacie jak wygląda budyń po dwóch dniach oczekiwania... na przypadkowego gościa? Jeżeli tak, to efekt plaśnięcia łyżką w ohydną skorupę tegoż specjału jest dla Was jasny. Nie da się tego zjeść ani wylać, można tylko w zadumie plasnąć w budyń od czasu do czasu. Specjalny odcień zadumy i łagodnej rezygnacji jaki towarzyszy takim plaśnięciom jest identyczny z tym co czuję widząc miseczkę pełną polskiego szołbiznesu o kolorze szkolnej lamperii.

Thursday, April 06, 2006