Sunday, February 28, 2010

DIZZEE RASCAL vs SPOKO CHOPIN


Gdyby mi ktoś powiedział, że będę do drugiej w nocy słuchał i oglądał MTV...i to dla rapera! A jednak gość o pseudo Dizzee Rascal mnie do tego nakłonił! Ej man... Może to trochę dlatego, że wcześniej przez pomyłkę otwarłem kanał z akademią ku czci RMF FM, na którym puszyła się plejada miejscowych gwiazd jak z remizy... a Dizzee podziałał po tym jak zimny prysznic na umęczone szołbudyniem skronie? Przed południem zrobiliśmy powtórkę za sprawą płyty "Boy in Da corner" z wytwórni Matador. Rap do gamelanu, heavy metalu, rocka ... to całkiem przyzwoita porcja energii i pokojowej oraz twórczej koegzystencji wielu muzycznych światów. A to ostatnie warto podkreślić bo u nas (czy to moja wina?) wyjdzie palant w okryjbidasie i namawia do mordobicia. Wpisuję DR na tajną listę dobrych rzeczy w muzyce. Na tej liście w dziale: kino, kilka dni temu wpisałem z wielką satysfakcją film Romana Polańskiego The GhostWriter. Naprawdę dobry i naprawdę mocny film z Ewanem McGregorem, Pierce Brosnanem, Kim Catrall (nie lubię ale doceniam) i Olivią Williams (doceniam ale jest okropna). Szkoda, że aby robić takie filmy trzeba się tułać po świecie, byle dalej...
Coś tam pisze i coś tam ustalam z kilkoma organizatorami koncertów ale jakoś słabo mi idzie. Trochę to zniechęcające ale przetrwam.
Dzisiaj w Krakowie namaszczali niejakiego Fryderyka Chopina i to na Wawelu! Zapowiada się trudny rok: maratony grania muzyki Chopina na czas, Fryderyk jako skrywana dotąd (ale dlaczego?) inspiracja punk rocka, folku i subkultur podwórkowych z zapleczem w stołecznych fundacjach kultury. Aż mnie skręca z ciekawości jak to będzie z obecnością muzyki Chopina w twórczości Patrycji Markowskiej i kiedy pan Rymanowski jednym zręcznym cięciem brzytwy swego intelektu wydobędzie zeznania o lekko tylko skrywanym rondem kapelusza ale silnym wpływie Fryderyka Chopina na patriotyczną i opozycjonistyczną twórczość Zbigniewa Hołdysa. Pan Minister sypnął kaską i nasi wspaniali plastycy wysypali jak z rogu obfitości te dresy, dziwne pisownie nazwiska i generalnie zajebiaszcze i jakże swojskie i takie ludzkie! przedstawienia Frycka. Bo Frycek spoko kolo był i jakby żył to by dostał swój teleturniej albo program: Gotuj z Fryckiem! Pewni są wszyscy, że byłby jak Budka Suflera: wielki ale swojski i ludzki? Jakby Fryderyka przygarnął Pan redaktor Kleszcz to by chłopina nie przymierała na suchoty ale podpasła by się na spyrce rodu Tutków. Górale nikogo w potrzebie nie zostawiają i byłoby jak w zaangażowanym wierszu: ... mówię Chopin a w domyśle Lenin!" Chopin ze wsi Warszawa - to hasło powali Nowy Jork na kolana. No więc nie Fryderyk a Frycek i nie Chopin (bo załapał by się najwyżej na szoł Kocham Polskę) a Szopen! Niech się to wreszcie stanie, odwagi i więcej patriotyzmu panie Ministrze. Bo Polska żyje nartami biegowymi, panczenami i muzyką Fryderyka: pa pa pa papapapa pa pa pa ... jak zanuciła w tivi jedna patriotka. A dużą kasę i tak dostaną piłkarze.
Fota moja i silnie zainspirowana muzyką Fryderyka Chopina.

Friday, February 26, 2010

SILVER TREE


W wirze spraw aktualnych ciągle chętnie powracam do lutowego wyjazdu na północne krańce Szwecji. Jokkmokk jest osobną całością i szykuje się podsumowanie w formie płyty z relacją dźwiękową z tego niezwykłego miejsca i czasu. Ale na naszej tajnej liście miejsc wartych odwiedzenia, w kategorii:"zawsze" znalazła się Lulea, port nad Zatoką Botnicką. Lulea ma kilka atutów : morska zatoka (z prawie słodka wodą) tworzy naturalne obramowanie miasta i w zimie stanowi dodatkową przestrzeń dla mieszkańców oraz specyficzny charakter szwedzkiej "miejskości". Miejski charakter jest oczywisty ale nie jest to wielkomiejskość ale raczej dobry poziom w znakomitej oprawie przyrody... To jest coś u nas nie do zrobienia : 100 tysięczne miasto w Polsce jest (prawie) zawsze grajdołem z jakimś innym, gorszym obiegiem wszystkiego?! W Szwecji jakoś nie mam tego wrażenia i zastanawiam się dlaczego? Może przez nie-dostosowywanie sklepów i placówek kultury do "mało wyrobionego" i "biedniejszego" tzw. odbiorcy? W Lulei, bodaj największym budynkiem jest Kulturens Hus czyli Dom Kultury... ale nie jest to, jak w Polsce - warownia, do której strach się zbliżać, a jak już to tylko za biletem wstępu do kina, teatru i na "montaże słowno-muzyczne" albo z zaświadczeniem, że się jest "zapisanym" do biblioteki lub na kurs tańca towarzyskiego. Nie, Kulturens Hus jest otwartą, jasną przestrzenią o czytelnej strukturze architektonicznej, gdzie wchodzi się śmiało bez zaświadczeń, legitymacji, biletów i korzysta z placówki utrzymywanej ze swoich podatków. Polski DK jest specjalną placówką o labiryntach korytarzy, przejść i drzwi o niejasnym przeznaczeniu (czyżby pozostałość poetyki UB?) i jego sercem nie są wystawy/koncerty/akcje ale pokoiki księgowych, dyrektorów, kierowników i działy etatowych zarządców kultury. Tuż przed wejściem do KH w Lulei stoi fantastyczny obiekt - Silver Tree. To dzieło interesującej artystki, architektki krajobrazu Moniki Gora. Pani Monika prowadzi własną firmę : GORA art&landscape i warto zobaczyć jakie rzeczy pojawiły się z Jej wyobraźni, wiedzy i umiejętności. Po śmiałym wejściu do budynku KH nie rzuca się na nas sprzątaczka, cieć (" a pan z tym plecaczkiem to gdzie? szatni nie widzi? bilet ma?": Muzeum Narodowe w Krakowie) ani też panowie kierowcy (u nas kierowcy zatrudnieni w tzw. placówce kultury to osobna warstwa kierownicza i to oni często decydują o losach biednych artystów i ich wytworów)i mamy wybór (poza nawykową ucieczką...): iść na wystawy (wstęp free ...bo tu zapłaciliśmy już za niego w formie podatków - u nas płacimy znowu), posiedzieć w otwartej bibliotece (obejmującej też fonotekę) i wertować interesujące nas książki i czasopisma lub rozpocząć od kawy i taniej (w tego typu placówkach jest zawsze taniej) lazanii wegetariańskiej i doczekać się koncertu lub spektaklu.
Dwa tygodnie temu, w opcji : "iść na wystawy" można było oglądać rewelacyjne prace Franco Leidi, którego collage bardzo przypominały mi prace Władysława Hasiora a także warto było zobaczyć wystawę delikatnych rysunków i malarstwa Anny-Carin Englund. Obydwie wystawy są do zobaczenia do 7 marca, więc....namawiam!
Do Lulei jeszcze wrócimy, pewnie latem albo może na łowy Aurora Borealis w grudniu?
Zakończyłem prace nad tekstami do Dzikiego Życia (Sound Ecology) i do Glissando (Muzyka /z/ tundry) i obydwa teksty ilustrują całkiem dobre i interesujące fotografie z Północy. Pracujemy z kilkoma miłymi osobami nad koncertami w Cieszynie, Krakowie, Warszawie i Wrocławiu, także na Słowacji... Płyta Monografie instrumentów karpackich podoba się wielu fanom tradycyjnych brzmień - aby tylko jeszcze ktoś przeczytał mój tekst towarzyszący nagraniom! Jest to dość trudne bo dzięki "kunsztowi" artystycznemu Pani Wielkiej Plastyczki literki są małe i szare... ale tym co nie przebrnęli a chcą - polecam wersję zawieszoną w sieci : www.cybertotem.eu w dziale Instrumenty. Płytę można dostać bezpłatnie pisząc na instytut@europakarpat.pl lub w ramach konkursu na folkowej stronie : www.folk.wkrakowie.org
Kiedy wyobraźnia rodząca obiekty w stylu Srebrnego Drzewa nie będzie dławiona w Polsce przez budyniowate gluty, które nie Dźwigają naszej kultury i miejskiej przestrzeni na znośny dla oczu poziom? To jest pytanie retoryczne bo odpowiedź znamy wszyscy... a więc Lulea!?

Saturday, February 20, 2010

SLOWLIFE


Pogoda przygnębiająca ale już więcej jaśniejszego półmroku (bo jakoś nie mogę napisać, że wcześniej robi się jasno...) mamy z każdym dniem. Zagraliśmy "roboczy" koncert w Eszewerii w ramach oporu przeciw famie, że gramy już tylko na wielkich scenach!? Pojawiają się różne propozycje i czasem znikają jakby rozpłynęły się w powietrzu. Z "ciekawszych" zjawisk tego rodzaju to zaproszenie na Nordic Night do Nowego Targu z naszymi fotografiami z tundry i targu w Jokkmokk, muzyką i nagraniami terenowymi... a po kilku dniach odwołanie wszystkiego z powodu zgłoszenia się : " drużyny hordy i młota" czyli krajowych Vikingów - przebierańców. Mam nadzieje, że nowotarska społeczność da odpór i nie da się wlec w łańcuchach przez hordy i młoty. I tak wizualizowana już podróż do Nowego Targu rozwiała się w szarej mgle...Ale dreszczyk emocji był bezcenny!
Po rozwianiu się jednych projektów zaraz pojawiają się inne: bardzo dla mnie interesujące zaproszenie do wykładu i pokazu etnobotanicznego na UJ (w ramach Dni Kultury Indyjskiej) pt. Święte rośliny Indii. Już cieszę się na takie zadanie bo materiałów mam sporo i dotąd jakoś nikogo nie interesowały. To kolejna okazja do opracowania cząstki mojego planowanego skryptu nt. etnobotaniki.
Trochę układam zaległe tematy i dokonuje radykalnych cięć w projektach i kontaktach. Są ludzie, którzy nie potrafią współpracować ale bardzo skutecznie potrafią wykorzystywać cudze pomysły i idee. Takich gagatków skreślam z mojej listy kontaktów bo niczego się nie uczą i świecą jedynie światłem odbitym.
Z blogowych remanentów muszę wspomnieć informację na temat hymnu leśnego. Ten bogato zaaranżowany utwór jest skrzyżowaniem Bogurodzicy i Międzynarodówki. Split ów, który na zdrowy rozum jest dość groteskowy, udaje się u nas skrajnej prawicy i lewicy doskonale w wielu dziedzinach. Groteskowe jest też, że o hymnie napisał mi Anonim w komentarzu pod moim entuzjastycznym opisem koncertu Kena Zuckermana (sarod), Dominique'a Vellarda, Keyvana Chemirani (wpis ZUCKERMAN) w krakowskiej Filharmonii?!!!. Do dzisiaj czuję się lekko ogłuszony tym "komentarzem" do moich wysiłków recenzenckich.
Wszystkie te zjawiska skłaniają mnie ku zadumie i przyjemnym dryfowaniu w stronę idei slowlife. www.slowlife.se
W dryfowaniu pomaga słodki owoc pomelo - wielki cytrus o słodkim smaku i soczystym miąższu... chyba, że godzi to w Polskę i Polskość reprezentowaną przez jabłka o smaku starej ligniny?
Na fotografii z targu w Jokkmokk pokazuję ewentualny cel wspomnianego dryfu... przytulna kata / lavvo w czystej krainie.

Sunday, February 14, 2010

INSTRUMENTY KARPAT


Z wielki opóźnieniem ale udało się! Jest wydawnictwo Monografie Instrumentów Karpackich VOL.I z 29 samplami unikalnych instrumentów karpackich : kilku różnych fujar dietwiańskich, dwóch rodzajów gajdic, kilku instrumentów z Huculszczyzny, wspaniałych gajd ( Huculskich i Istebniańskich !), drumli, gwizdka handrarskiego i kilku innych... Tekst do tego wydawnictwa jest pewnego rodzaju manifestem i odpowiada na pytanie: dlaczego tak ważne są tradycyjne instrumenty. Wiem, że jak zawsze - tekst nie wszystkim przypadnie do gustu ale co zrobić: zawsze stoimy przed wyborem jak z Matrixu: czerwona czy niebieska? Czyli dla tych co nie czują Matrixa: dla mnie gorzka prawda ma wiekszą wartość niż ciepełko "utartych poglądów".
Najważniejsza jest sama płyta : wielkie DZIEKUJE!!! dla : Józefa Brody, Ostapa Kostiuka, Vsevoloda Sadovyj, Michala Smetanki i Gerarda Widmera. Chciałem i ...postawiłem na muzyków obytych, grających poza swymi domami, nie folklorystycznymi ale szanującymi tradycję. Zagrali ( i ja jako gospodarz jeden "honorowy" utwór) naprawdę bardzo, bardzo interesująco. Puryści folkowi pewnie będą wyrywać sobie włosy z głowy kiedy usłyszą jak Gerard Widmer gra na połowie fujary lub na dwóch jednocześnie... ale co tam, niech wyrywają! Karpaty i ich muzyka jest silniejsza niż wszyscy znawcy razem wzięci i nic sobie nie robi z zasuszonych, muzealnych wzorców.
Płycie towarzyszy opis w wersji angielskiej i polskiej, 28 fotografii Bogdana Kiwaka, który wykonał je podczas sesji nagraniowej w sierpniu 2009, 1 szkic źródeł instrumentów, 1 mapa Karpat, opis Karpat i Huculszczyzny, tekst-"manifesto" oraz opis instrumentów i artystów. Wydawnictwo jest non-profit i nie można go kupić ale zamawiać można u Wydawcy : Instytut Europa Karpat instytut@europakarpat.pl albo z zasobów autorskich jako bonus do wysyłanych płyt z serii Flaga Świata / World Flag Records. To pierwsze płytowe wydawnictwo - plon Festiwalu Karpaty Offer.

Saturday, February 13, 2010

SAMOWIE


W Jokkmokk uczestniczyliśmy w jednym z większych i najstarszym targu Samów w Skandynawii. Targ obrasta powoli imprezami o charakterze kulturalnym i politycznym. Jest ku temu okazja gdyż 6 lutego przypada święto społeczności Samów i obchodzi się je uroczyście. Targ w tym roku trwał od 4 do 6 lutego i tym razem byliśmy dzień wcześniej a wyjechaliśmy dzień później... Warsztaty joiku (w jednym uczestniczyliśmy a dwa obserwowaliśmy ) prowadził świetny Per Nila Stalka. Po doświadczeniach wyniesionych z Jokkmokk dużo więcej rozumiemy z tego fascynującego zjawiska jakim jest joik. Warto sobie uświadomić, że to najstarsza -ciągle praktykowana - kultura muzyczna Europy. Na długo przed pobytem na Korsyce i wielu wędrówek po Bułgarii wiedzieliśmy, że ta wersja historii muzyki europejskiej, która zaczyna się od śpiewów kościelnych jest całkowicie fałszywa. Nasza fascynacja kulturą Samów trwa już trochę i szukając interesujących wykonawców joik w sieci, natknąłem się na... Joik Urdego Wierchu, 4-minutowy utwór z pierwszej płyty Karpat Magicznych wydanej w 1999 roku! To jedyny utwór w naszej historii, w którym to ja "śpiewam"! W kontekście otwarcia zimowej Olimpiady w Kanadzie i stałego renesansu kultur tzw. First Nation (m.innymi Samów ale też Inuitów, Aborygenów itd. itd.) przypomniałem sobie okoliczności nagrania tego joiku. Mój joik powstał klasycznie : przyszedł gotowy z Natury i emocji. Na starej mapie Beskidu Sądeckiego odkryłem, że kilka szczytów ma nieznane mi nazwy, pośród nich szczyt nazywany dzisiaj Górą Krzyżową nad Krynicą jeszcze nie tak dawno temu nosił miano Urdego Wierchu. Nie wdaję się w analizowanie okoliczności i przyczyn tej zmiany bo łatwo do tego dojść. Joik Urdego Wierchu - do dzisiaj mam sentyment do tego utworu i mimo, że "tekst" ( a może raczej: TEKST ?)jaki tam wykrzykuję jest daleki od Jokkmokk, to jednak przyprowadził mnie tam. Gdyby tak, zimowa Olimpiada miała kiedyś odbywać się u nas ( co, mam nadzieje, nigdy nie nastąpi!!!) to jak wyglądało by otwarcie igrzysk? Jakie First Nations byśmy "pokazali" jako "nasze" ? Łatwo baja się o Polskości ale trudniej jakoś ją skleić z Kaszubów, Litwinów, Łemków, Łużyczan, Kurpiów, Górali Beskidzkich, Białorusinów, Bojków, Słowińców...
Samowie zaliczają swoją nacje do tzw. "indigenous people", rok 1993 był przez ONZ ogłoszony rokiem indigenous people... Od tamtej pory wiele się wydarzyło : były dwukrotne przeprosiny premiera Australii wobec Aborygenów, powstał parlament Samów, coś drgnęło na Nowej Zelandii, Inuici w Kanadzie zyskują polityczne wpływy, Indianie w USA zarządzają kasynami na swojej ziemi... My ciągle mamy przeświadczenie, że nas to nie dotyczy, ciągle zasłania się nam realność budyniem Wielkich Krzywd, Wielkich Polaków i Wielkich Nadziei. To dlaczego mała góra nad Krynicą musiała mieć zmienioną nazwę i stać się - Krzyżową? O czyją władzę chodzi?
Na mojej focie ekipa odświętnie ubranych Samów w Jokkmokk - 5 lutego 2010 roku.
Podaję adresy stron o Samach i muzyce Samów - widzę jak moda już rozsadza stołeczne towarzystwo, to ułatwię trochę. Potrwa ona i tak około dwóch lat, jak wszystko wcześniej. www.sapmimusic.com samiblog.blogspot.com

Friday, February 12, 2010

FREJ a SPRAWA POLSKA...


Kilka godzin po powrocie z Sapmi, siedziałem już w pierwszym kursowym autobusie firmy Frej z Krakowa do Nowego Sącza. Przez blisko 3 godziny (!) nie ogrzewana drynda z wyeksploatowanymi zawieszeniami, problemami z jakimiś "łożyskami" (o czym dowiadywaliśmy się z ustawicznych rozmów kierowcy przez telefon komórkowy podczas jazdy!) oraz jedną awarią w postaci; dymienia z koła i wymuszonego postoju, dowiozła nas do celu. Przez cały czas pobytu za Kręgiem Polarnym ani raz nie zmarzłem tak bardzo jak w autobusie Frej'a. Pomijając brak pasów przy siedzeniach i brak większości oparć na ręce (!) oraz to, że jest to jedyny i pierwszy autobus rano (brak alternatywy) jest to chyba dość koszmarne, i nie pierwsze, doświadczenie. Bilet na tej trasie w autobusach firm PKS, Szwagropol i Frej kosztuje tyle samo tj. 18 zł. Rzecznik konsumentów taki układ -mam nadzieje- potraktuje jako tzw. "zmowę cenową". W odwrotnym kierunku jechałem autobusem firmy Szwagropol, ogrzewanym, czystym, z oparciami i trasę pokonał w 2 godziny i 20 minut (a jechałem w godzinach szczytu a nie o 6 rano, jak Freje'em). W Szwecji podróżowaliśmy autobusami ogrzewanymi, posiadającymi wszystkie akcesoria bezpieczeństwa i do tego wygodne bagażniki plus możliwość płacenia kartą. Przy minus 40 stopniach C kierowcy pomagali ładować plecaki i walizy... I jeszcze jedna sprawa: po zajęciu wszystkich miejsc, kierowca zadzwonił po autobus zapasowy i na każdym przystanku wysiadał i informował podróżnych, że ich nie może zabrać ale za chwile... Włosy się jeżą z przerażenia, prawda?
No i po takich doświadczeniach czytam w anonimowym komentarzu (dwa wpisy wcześniej), że: " te ciągłe pogardliwe i żałosne pretensje do Polski i Polskości coraz bardziej odstraszają mnie od muzyki (bardzo zacnej) Karpat...szkoda..." Czy brudny, zimny i niebezpieczny autobus firmy (?) Frej jest istotą Polskości? Czy mamy potulnie zgadzać się na ten beznadziejny budyniowaty bezwład w Polsce? Ten Twój, szanowny Anonimie, płaczliwy patriotyzm jest bardzo tani. To my zmieniamy obraz Polski (zgoda,że to nie nasz cel ale i nie bronimy się przed tym) a nie szlachetne porywy serca "prawdziwych" Polaków. A obraz ten to: szaro-brudni goście z wąsami, brudnymi paznokciami, śmierdzący papierosami i wódką, koczującymi na dworcach i tanich noclegowniach...i otoczonych słowem "kurwa" odmienianym na wszelkie sposoby... albo o "oczko" wyżej: paniusie i panowie gadający wyłącznie o tym co ile kosztowało i jaki jest przelicznik. Więc skończmy z tym przyklejaniem mi łatki anty-, to bardzo tanie i bardzo budyniowate. Nie będę rozwijał wątku muzyki i niemożności słuchania "bardzo zacnej" muzyki ze względów ideologicznych. Ja nie słucham tzw. "muzyki chrześcijańskiej" albo cienkich fuch z funduszy projektu "patriotyzm jutra" rozdzielanych w Warszawie po znajomych, jedynie ze względów ideologicznych ale dlatego, że są kiepskie, sztucznie formowane i grane "pod tezę". Jeżeli słyszę dobrą muzykę to nie dociekam, czy robił ją Chrześcijanin, Buddysta czy Muzułmanin. Nie piszę tego bloga aby zachęcać (lub zniechęcać) do muzyki Karpat Magicznych, więc to "szkoda" jest chybione i raczej to szkoda dla "zacnego" Anonima. To nie moja wina, że "Polskość" dopuszcza aby tacy dziwni ludzie jak Andrzej Lepper i jego drużyna stawali się wicepremierami, aby trzymać ludzi przez 3 godziny w nieogrzewanym autobusie (w lutym!) i aby każdy tak sobie, bez zastanowienia wytaczał armaty w postaci Polski i Polskości. Mam nadzieje, że drogi Anonimie jesteś bytem prawdziwym i to jedynie obniżka, Twojej zazwyczaj wysokiej formy, a nie Piszesz jako część "internetowej ofensywy PiS" ? Gdyby niejaki Wyspiański na swoim blogu wrzucił fragment o "chocholim tańcu" to też Byś się zraził do reszty Jego Twórczości? Dobrze się Anonimie zastanów co napisałeś(łaś)naprawdę? Muzykę zostawmy poza tymi dyskusjami, bo powstaje z nas w szczególny sposób i naprawdę całkowicie mi nie zależy na tym aby sprawiała Ci - Anonimie - przykrość, nie przełamuj się i nie słuchaj. To łatwe.
Budyniowatość tego kraju objawia się m.innymi w taki sposób, że zamiast się czegoś uczyć, o czymś dowiadywać, budować sieci wsparcia i niezależnego działania - wywołuje się dyskusję o Polsce i Polskości i tak miele, miele i miesza w gęstym od irracjonalnych uniesień budyniu mentalnym. I dlatego nie dam się tej budyniowej masturbacji pochłonąć bez reszty i przemycę - obok fundamentów naszego jestestwa w postaci Polski i Polskości - ciekawą inicjatywę z miasta Lulea, nad Zatoką Botnicką. Nawet cytowany Anonim powinien się tym zainteresować bo Zatoka Botnicka jest częścia "naszego, polskiego Bałtyku"! Otóż każdej zimy buduje się tam w parku miejskim wielką, lodową podobiznę jakiegoś rodzimego dzikiego zwierzęcia. W tym roku był to olbrzymi cietrzew z barwionego lodu! Rzeźba lodowa jest nie tylko zauważeniem pozaludzkich składników środowiska w jakim żyją Szwedzi na dalekiej Północy ale też jest częścią toru lodowego do zjazdów dla dzieci. Tak więc przez jedną zimę wszystkie dzieci z Lulei i okolic, bawiąc się poznają swego dzikiego sąsiada.Poznają tego sąsiada w warunkach i wielkości, która wskazuje, że sąsiad jest godny szacunku. Aż strach pomyśleć kogo u nas władze miast uznały by za godny temat rzeźb lodowych? Już widzę jaka dyskusja toczyła by się wokół tego czy wypada aby dzieci ślizgały się z "tak zacnych" postaci i kogo oskarżano by za perfidne przyspieszanie wiosny w celu podstępnego topnienia wielkich Polaków? No i ta monotonia ideologicznych bohaterów...

Tuesday, February 09, 2010

RENIFERY


No i już po ... Jokkmokk. Plecak "jeszcze ciepły" i nie wiem co ( i czy?) pisać. Wszystkie transfery : Kraków - Sztokholm - Lulea - Jokkmokk i w odwrotnej kolejności - udały się znakomicie. Tyle, że powrót był smutny, bo nawet mgła tu jest jakaś bardziej brudno-szara a mniej "mglista".Targ w Jokkmokk i towarzyszące mu koncerty, pokazy, warsztaty, wystąpienia polityczne i wyścigi reniferów są już właściwie sporym festiwalem kultury Samów. Pewnie coś tam będę starał się (jednak) napisać i pokazać (zrobiliśmy sporo ciekawych fotografii) ale jakoś tym razem nie czuję entuzjazmu i powołania do starania się by to publikować itp./itd. Jakoś mi się nie chce zabawiać odbiorców "onetu" i tym podobnych. Tym mniej mi się chce ścigać z pieszczoszkami mediów im bardziej jestem zadowolony i wręcz uwiedziony Północą Samów. Aby całkiem nie zrezygnować zacznę od reniferów. To bardzo ciekawe i sympatyczne istoty, które przypominają duże zające ale mają coś też z kotów w nastroju "rozbrajającym"?! Renifery są istotą "północności", mają jakąś tajemnicę ale i pogodny, akceptujący dystans do ludzi. Trochę tak jak delfiny i ludzie; coś nas łączy ale nie wiemy co to takiego i to chyba tylko my-ludzie tego nie wiemy...Renifery skrywają łagodny dystans do naszych ludzkich wymysłów ale też czują, że nam bardzo zależy na ich obecności. Bardzo polubiłem renifery i wizja swobodnego truchtu z reniferami po górskiej tundrze jest bardzo kusząca,daje też coś na kształt pogody ducha. Nie da się przyjemności z biegania po tundrze zamanifestować inaczej niż swoim osobistym joikiem. W Jokkmokk było sporo reniferów i nauczyliśmy się joiku kruka, łosia i królika ale też tego, że nasz osobisty joik jest na wyciągniecie ręki; wszędzie wokoło. O joiku jeszcze wiele można i warto napisać ale na dzisiejsze smutki związane z powrotem do rozlanego od gór po morze budyniu; pomagają tylko renifery. No, może jeszcze; joik lądowania w szarym budyniu? Pomaga mi także muzyka z nowych płyt: Mari Boine i Simona Issaka Marainen'a ale też stos materiałów, folderów, plakatów, książek i interesujący "vinyl" ze starymi nagraniami joik... Mamy już nową, dokładną mapę do zaplanowania letniej trasy przez górską tundrę.Pewnie uda się znowu spotkać renifery?
Renifer na mojej fotce z wielką cierpliwością znosił świętowanie w Jokkmokk...

Saturday, January 30, 2010

TRAVEL STORY


Michel de Certeau zauważył, że : " Every story is a Travel Story, a spatial practice" i nowa nasza płyta: acousmatic psychogeography
jest świetnym potwierdzeniem tej obserwacji. Muzyka powstawała pomiędzy Texasem, Wiedniem, Słowacją, Raciborzem, Krakowem ...aby się objawić w miejscu, które często odwiedzaliśmy przez wiele lat. Tylko takie drogi i potwierdzenia pojawiające się przez wiele lat, usprawiedliwiają wysiłek jaki trzeba włożyć w uzyskanie małych, lekkich krążków z muzyką i skondensowanych do bólu informacji, warstw symbolicznej oprawy graficznej i docierania z tym do ludzi. Tym razem dokumentacja będzie pełna: dvd pt. Sopatowiec Session jest gotowe, płyta The Magic Carpathians "Gharana" z zapisem koncertu jaki zagraliśmy przy okazji sesji na 10-lecie Karpat Magicznych jest gotowa od kilku miesięcy... a od teraz ma swe wydanie w Anglii za sprawą Reverb Worship. W tym ciekawym Wydawnictwie jest to już nasza druga płyta (Sambucus&Ginko RW037, Gharana RW106)i zapowiada się stała współpraca pomiędzy World Flag Records a Reverb Worship... czym dalej od Budyniowa tym lepiej się nam porozumiewać z muzykami i wydawcami.
Dzisiaj odeszła nasza kocia, do końca była bardzo spokojna, cicha i do ostatniego uderzenia serca byliśmy przy niej. To bardzo smutny czas dla nas, była z nami podczas tylu trudnych ale i szczęśliwych chwil i stała się równoprawnym domownikiem. Jej historia jest historią podróży A. i naszych wspólnych domów, wypraw i przeprowadzek.
W Jokkmokk jest dzisiaj -29 stopni C i śnieg po pas ale podobno od wtorku ocieplenie...?! No cóż, zobaczymy i poczujemy!

Friday, January 29, 2010

INUKSHUK


Media atakują zimą... jakby zima w zimie była czymś niezwykłym? Kierowcy są zawiedzeni bo "liczyłem na czarne drogi" a tu w styczniu śnieg!? Może więc chodzi bardziej o to, że nasza "kultura" udaje, że jest niezależna od środowiska? Żyjemy w miastach i tam pory roku nie powinny mieć wstępu? Nikt mi raczej nie pozwala spać dłużej i meldować się w Instytucji później, mimo, że słońce wstaje 3 godziny później niż w lecie... pracy też nie mamy mniej aby był czas na zadbanie o zdrowie i uniknięcie depresji zimowej. Sztuczka ze zmiana czasu... ej czarodzieje... No więc to jest raczej "niezależność" wymuszana kosztem nas wszystkich?
Zimą normalniejsze niż śnieg i mróz jawią się mediom igrzyska zimowe. To nawet jest - raz na jakiś czas - przypisane zimie i normalne. Po fantastycznie kiczowatym logo festiwalu tej szemranej ekipy od piłki nożnej (a raczej od niezbyt jasnej kasy) w 2012 roku i beznadziejnego planu uczynienia teatrem działań Ukrainy i Polski razem - pojawiło się logo igrzysk zimowych w Kanadzie. Te "nasze" pisanki/wycinanki budzą we mnie głęboki smutek na widok kolejnej emanacji budyniowatości mentalnej. To logo na tzw. "2012" jest jak widok chatek krytych strzechą i kiełbasek na patyku jako oferty kulturalnej Polski na wystawach światowych... Strzecha, kiełbaski i tzw. góral - oferta powalająca, do tego teraz pisanki/wycinanki, z których wystaje figlarnie piłka jak pierś pani Jackson podczas innych zawodów sportowych. Kanada jako logo użyła Inukshuk - wykonywanej z kamieni alegorycznej postaci (praprzodka?) i ważnego artefaktu Inuitów. Inuici to ludność pochodzenia azjatyckiego, zamieszkująca północ Kanady i Alaskę. Przybyli na swe dzisiejsze tereny około 5-10 tys.lat temu z Syberii i są - najprawdopodobniej - bliskimi krewnymi Samów ze Skandynawii. Pomiędzy nimi (geograficznie) żyją inni pasterze reniferów (zwanych w Ameryce - karibu) na Syberii, w Mongolii, Tuvie, Płw. Jamalskim... Uczynienie z Inukshuka symbolu igrzysk odbywających się w Kanadzie jest czymś w rodzaju uszanowania rdzennych mieszkańców kraju, którzy doznali pasma krzywd od osadników przybyłych z Francji, Zjednoczonego Królestwa i USA... oczywiście nie jesteśmy naiwni i wiemy, że Inuici siedzą dzisiaj bardziej na złożach ważnych surowców niż na nikomu niepotrzebnych zamarzniętych pustkowiach, jak było dotąd. Rzecz w tym, że to co zamarznięte powoli odmarza... Na czym musielibyśmy my siedzieć aby symbolem igrzysk w Polsce stał się np. Światowid? Co musiałoby nam rozmarznąć aby przy okazji igrzysk sportowych w Polsce i Litwie logo stanowił Perun/Perkunas? Ktoś się czegoś boi?
Skończyłem tekst o Sound Ecology dla Dzikiego Życia - było z nim sporo roboty bo temat olbrzymi, nawarstwiony, mało w Polsce rozpoznany i nieco już zmitologizowany. W Budyniowie zawsze łatwiej coś zmitologizować niż sobie przetłumaczyć i się nauczyć... Ale fajnie, że takie zaproszenie padło i zrobiłem co mogłem. Bardzo byłoby ważne aby wpuścić trochę idei z obozów Pauline Oliveros i Davida Dunn'a. Wiadomo, że w warstwie popisywania się elokwencją John Cage i Satie musowo się pojawiają ale o tym uczy studentów A. czyli jest to już wiedza szkolna, elitarna bo elitarna ale szkolna... A taki David Dunn...przetłumaczenie jego "Why do whales and children sing?" byłoby w naszej bydyniowej kałuży bardzo pomocne. Może się uda kogoś do tego przekonać?
Wyjazd do Jokkmokk tuż, tuż ale jeszcze przed oddaję do produkcji nowa naszą płytę : " acousmatic psychogeography". Myślę, że to nasza ostatnia - taka muzyczna i psychedeliczna płyta - ciągnie nas w inne rejony, ale kto to wie? Jest to dziesiąta regularna płyta CD Karpat Magicznych (nie wliczam 4 regularnych płyt jakie wydaliśmy pod swoimi nazwiskami w czasie działania KM). Nagrania powstały w 2008 roku, więc można powiedzieć, że 10 płyt na 10 lat ! plus 4 inne płyty i kilkanaście splitów i dokumentacyjnych ...to może dość już? Ale i tak ani "awangardowa" Trójka ani też Ważne Osobistości Muzyczne tego nie zauważą - więc sorry, mam się kajać, że Gaba Kulka jednak nie dostała "paszportu Polityki" a ja typowałem, że dostanie? A co, zmieni się coś od tego "wyłomu"... Czytamy na paskach w TVN, że co trzeci gangster w Polsce związany jest z Warszawą... biskup Pieronek pie---- jakby Mu mszalne zaszkodziło, podobno Mari Boine wystąpi w Warszawie a Bono szykuje się już na 30-lecie Solidarności. "Ubogaci" nas swoją mądrą i zatroskaną wielką głową, skromnie asystujący przy kolejnej (niby nie swojej) fecie. Swoją drogą to zespół, który wsparcie swej kariery czerpał z polityki robionej wokół wojny religijnej - ma coś wspólnego z Solidarnością? Więcej ma z tym wspólnego Robert Brylewski śpiewając stary hymn Izraela: Wolność... no wiem, Bono pomaga światu a Robert musi pomóc sobie sam... jak to w Budyniowie.
Za oknem naszej "wieży" pada śnieg, kocia cichutko odchodzi z tego świata i nic nie możemy na to poradzić ale kochamy ją bardzo, widzimy śnieg, elementy nie rozpadają się jeszcze zbyt szybko więc budyń nas łatwo nie dostanie.

Sunday, January 17, 2010

KEN ZUCKERMAN


Nieco ponad pół roku temu, zmarł legendarny mistrz sarodu - Ustad Ali Akbar Khan i wczorajszy koncert był pięknym gestem (nawet jeżeli niezamierzonym...)upamiętniającym tego fantastycznego człowieka. Centrum koncertu wirtuozersko budował Ken Zuckerman, uczeń Ustada Ali Akbar Khana, który studiował u Niego 37 lat ! w ostatnich latach grywał koncerty z Mistrzem i prowadził swoje własne projekty muzyczne.Jest także profesorem Konserwatorium Muzycznego w Bazylei i od 24 lat kieruje szkołą Ali Akbar College of Music. W zamyśle prezentowanego projektu pt. "Dwa światy muzyki modalnej", drugim filarem koncertu miał być doskonały Dominique Vellard, którego możliwości wokalne i swoboda wykonawcza budzi podziw. Miał być ale ...nie był. Tak się czasem dzieje w muzyce wykonywanej na koncercie. Bo na scenie ten drugi filar zbudowali razem: Prabhu Edouard - tabla oraz Keyvan Chemirani - zarb. Głównym aktorom niezwykłego wydarzenia towarzyszyła Emilie Zuckerman - 6 strunowa tampura, która uczy się gry na sarodzie i jako uczennica zajmuje tradycyjne miejsce na koncercie obok swego nauczyciela i ...ojca. Koncert jeszcze gra w mojej głowie i trudno go z nieistniejącego dystansu recenzować. To co wyprawiali - Keyvan i Prabhu na wyrafinowanych azjatyckich bębnach to da się określić jedynie krótkim sms-em od Janka K. ; "mniammniam!" - żartobliwym ale z wielką dozą szacunku. Bo co tu można powiedzieć o swobodnym igraniu z energiami, o których chyba słabo uczą w naszych akademiach? W pierwszych minutach koncertu Ken Zuckerman nie miał u mnie wielkich szans; mam "przerobione" rozmowy w USA z innym uczniem Mistrza (bardzo początkującym ale jednak...)i wiele z trudniej dostępnych płyt Mistrza Ali Akbar Khana wydanych w Ameryce. No bo jest oczywiste, że Mistrz nauczał w Kalifornii...prawda?! Wydawnictwo AMMP - Alam Madina Music Production z San Anselmo w Kalifornii, wydało kilka podstawowych dla studiowania twórczości Ustada Ali Akbra Khana płyt i wiele kaset magnetofonowych. Ale Ken Zuckerman (myślę,że w pełni należy Mu się przed nazwiskiem "Mistrz") już pierwszymi glissandami rozbroił mnie zupełnie. I później było tylko lepiej i lepiej! Jak w dobrych Ragach (piszę dużą literą bo uważam,w zgodzie z tradycją, że to nie tylko wzorce muzyczne)coś niebywałego zaczęło się dziać pod koniec koncertu. Sami muzycy chyba byli sobą nieco zaskoczeni, widocznie nie wierzyli zbytnio w tak mocną pomoc i oddziaływanie wawelskiego czakramu? Wracając do Vellarda - mam nadzieję na osobny koncert tego śpiewaka (pieśń sefardyjska!wbijała w fotel) i pobiegnę na taki koncert jak na skrzydłach ale wczoraj było Go mało i mimo, że doskonale równoważył "szaleństwa" perkusistów, to "oko cyklonu" rozgrywało się bez Jego udziału. Zaskoczyła mnie także pozytywnie publiczność - nie dość, że tłumna to jeszcze uważna i doceniająca w standing ovation mistrzostwo muzyków.
Od Emilie Zuckerman kupiliśmy CD pt. " Meeting" z programem zbliżonym do koncertu ale płyta nagrana jest w nieco innym składzie: na tabli gra sam Pandit Swapan Chaudhuri ! ale Zuckerman, Vellard, Chemirani są oczywiście w znakomitej formie. Pandit Swapan Chauduri to jeden z gigantów tabli i polecam CD pt. " Passing on the Tradition" Ustada Ali Akbar Khana i Pandita Swapana Chaudhuri (AMMP/BMI USA 1996)!!! Sola i duety na zarb i table brzmią na płycie tak samo znakomicie i żywo jak na koncercie, zwraca uwagę fantastyczna jakość nagrania, trudnych do zarejestrowania brzmień, tych pełnych zaskakujących możliwości bębnów. To co robi na sarodzie (i lutni) Ken Zuckerman nie będę nawet próbował opisywać aby nie... przesłodzić. Ale, ale - w grze Kena Zuckermana jest duży ładunek bliskiej nam słodyczy i melodyki, którą tak kochają europejscy melomanii. Ten ładunek określam jako "duży" tylko w stosunku do bezlitosnej genialności Nauczyciela Ali Akbar Khana. CD "Meeting" bardzo polecam (jak wszystko... wydawnictwa; -harmonia mundi-)gdyż obok znakomitej muzyki jest też doskonały i bogaty tekst nt. idei projektu oraz wszystkich źródeł prezentowanej muzyki.
Na koniec jeszcze trochę ponapawam się wczorajszym wyłomem w Budyniowie... w szatni usłyszeliśmy tekst; "to inna kultura i trzeba ją taką przyjąć" i to fajnie ale złapałem się na tym, że może "inna" ale nie dla mnie i nie rozumiem, co wypowiadający te słowa miał na myśli? Bo jeżeli "ta kultura" nie jest nasza, to co nam pozostaje? Nawet najpiękniej zaśpiewane słowo "alleluja" ma swe korzenie także w tej "innej" kulturze. Ale usłyszałem też ekspercką opinię od trzech mądrych i światowych kobiet, że "ten tablista jest całkiem całkiem"... o! i to jest to co czyni nas normalnymi a świat "naszym". Filharmonii dziękuję na kolanach i proszę o jeszcze!!!

Saturday, January 16, 2010

SOURCES


Janek K. polecił mi film pt. "Księga Rekordów Szutki" Aleksandra Manića i właśnie dochodzimy do siebie po jego zobaczeniu...Szutka to miejscowość w Macedonii, a może bardziej republika Romów ..."gdzieś na Bałkanach". Filmy Kusturicy (i nie przypadkowo) okazują się jedynie opisem wybranych historii z życia Szutki. Dla mnie ten świat magiczno-naiwno-okrutny i graniczący z jakimiś halucynacjami jest powalający. Faceci kolekcjonujący kasety z muzyką turecką, derwisze (!), geje, hodowcy gołębi, szołbiznes ... Tak, tak : własna telewizja, studio nagrań (analogowe! oczywiście!), śpiewacy... to se ne da pohopit ! Świat całkowicie alternatywny do tego, w którym lokujemy nasze nadzieje. Za stary jestem aby nie widzieć też drugiego dna: szemrane fortuny, wyzysk, oszukiwanie kogo się da i mityczny Zachód w tle... z bogactwem, które czeka na ludzi z Szutki? Coś jednak jest w tym swobodnym wylewie życia fascynującego, bo czy my wiemy o nim wiele więcej niż ludzie z Szutki? Ile takich republik Szutka jest w Europie? I my się zastanawiamy nad azjatyckimi wpływami na kulturę Europy (to ten "dzyndzyk" na mapie Azji)a tu derwisze, magia i muzyka, która zmiata z powierzchni ziemi każdego wyuczonego mozolnie zawodowca. Na focie towarzyszącej płycie dvd, moje wprawne oko etnobotanika dostrzegło, że jeden z bohaterów filmu napawa się zapachem bazylii. Ta popularna przyprawa pochodzi z Indii... a jej siostra bazylia - Tulsi jest rośliną o znaczeniu rytualnym i religijnym.
Za chwile jedziemy na koncert interesującego składu (muzycy z Włoch, Francji i Indii...), w którym śpiewa Dominique Vellard. Aby więc trochę się przygotować, słuchamy znakomitej płyty pt. "Sources" EMI Rec. 2000 LTD Virgin Classics , na której obok Vellarda śpiewa (!) Aruna Sairam ( a Gayatri Sairam gra na tampurze). Podtytuł płyty mówi wszystko o zawartości: Devotional Chants of Southern India & Medieval Europe. Znakomite wykonanie utworu Hildegardy z Bingen sąsiaduje z Ragą Hemavati... Zespół, który rozpocznie koncert o 18.00 w Filharmonii jest znacznie liczniejszy i ma jeszcze bogatszy repertuar ale założenie to samo... I nie jest to ta mowa trawa typu: jest wiele dróg ale wszystkie... nie, nie wszystkie i nie do tego samego! (osobiście optuję - jeżeli już koniecznie o drogach - za cytatem z Gary Snydera: "wszystkie prawdziwe ścieżki prowadza przez góry") ale to doskonała szkoła na temat źródeł czy może raczej Źródeł.
Kiedy zaczynałem swoją muzyczną drogę w Krakowie (bo tylko tu można było coś znaleźć ciekawego) Filharmonia była zamknięta na "azjatyckie miazmaty" a Jan Ptaszyn Wróblewski - pierwszy jazzman PRL-u wyśmiewał się z tego typu fascynacji w swoich irytująco zachowawczych audycjach w radiu. I tak się złożyło, że "Ptak" musiał "zakochać się" w muzyce, której źródła tkwią w tej przestrzeni, którą miał za nic (bo inaczej byłby już tylko wypchanym ptakiem) a Filharmonia (i chwała jej za to!) przestała być szafą z muzyczną naftaliną... Siła Źródeł? No, posłuchamy?!
Na focie z Bułgarii widać jak bardzo się tam przejmują "osiągnięciem" wykorzystania dotacji z UE na poziomie 2,7%!. Widać, stawiają na inne źródła zadowolenia!? I czy nie mają chociaż 2,7% racji?

Friday, January 15, 2010

JOKKMOKK


Jokkmokk po raz pierwszy zobaczyliśmy w lutym 2008 roku, kiedy to Anders L. zawiózł nas tam, w prezencie z okazji X-lecia Karpat, na słynny targ Samów. Już sama wyprawa starym dobrym Volvo, przez białe i zimne pustkowia na granicy tajgi i tundry, należy do naszych wspomnień specjalnych...Nic też dziwnego, że miejscowość za "Arctic Circle" jest w naszej pamięci i planach. Kiedy Marcin Dymiter (Emiter)zaproponował nam udział w projekcie pt. "Wieża Ciśnień" pojechałem do studia i przygotowałem krótki i minimalistyczny (jak na nas) utwór z wcześniejszych, szkicowych realizacji. Bez zbędnych dyskusji nazwaliśmy go "Jokkmokk". Płyta (która jest w zamyśle autorów jednym z elementów szerszego projektu) jest już u nas. Jej wydanie zbiegło się z opublikowaniem "mojego" Cybertotem Remix Project i jakoś z nim koresponduje muzycznie.Nawet kilku wykonawców się pojawiło i tam i tu... To bardzo dobrze, a "Wieże Ciśnień" warto "przerobić" i mieć w domu. Nasz "Jokkmokk" można posłuchać na SoundCloud (wejście z naszej głównej strony www gdzie popełniłem także mini opis płyty)i uważam, że wydanie takiego projektu przez Centrum Kultury i Sztuki w Koninie to jakiś dobry znak. Bo co robiły (i robią dalej)tego typu Instytucje? Zapewniały chałturę wylansowanym artystom i zapewniały łatwy chleb tym obrotnym panom i paniom co to na telefon załatwiają całe trasy i stwarzają z kolegami "gwiazdy". A za pieniądze podatników Instytucje te powinny robić coś zupełnie innego, a co? to pokazał CKiS w Koninie.
6 lutego w Jokkmokk będziemy się przyglądali fecie z okazji święta narodowego Samów. Na mojej focie zrobionej w miejscowości Nihkkaluokta widać flagę Samów.

Tuesday, January 12, 2010

ZIMNO i BIAŁO


Media dostają zimowego orgazmu! Pan Prosiecki w TVN opowiadał o "ogromnych zaspach" mając pod nogami 5 cm śniegu! Nawet gdyby miał 100 cm śniegu w tle, to i tak Jego "wielkie oczy", sapanie i wymuszony przestrach prezentowany w relacjach jest komiczny. Owsiak jak zwykle się nie dał omamić i swoje zrobił mimo "ogromnych zasp"... budyniu, chyba?! Plaga nadciąga : zaspy ogromne, oblodzenia, PKP w pełnej krasie i wizyty duszpasterskie. Zima nie jest łatwa. Zimowa pora to także czas na miłe mi roboty przy konserwacji instrumentów wykonanych z drewna. Olej lniany i szmatka plus trochę naczyń kuchennych na ściekający nadmiar oleju i wygląda to jak celebracja. Mimo "ogromnych zasp", każdej zimy należy to zrobić bardzo starannie. Zwłaszcza w bardzo ciepłych i suchych (mimo ogromnych....) mieszkaniach. Za chwilę zbieram się na wykład o etnobotanicznych aspektach muzyki tradycyjnej... będę musiał brnąć przez..... i mimo ataku zimy dotrzeć aż na ulicę Grodzką. Nie chce mi się strasznie! Do około drugiej w nocy oglądaliśmy mój kultowy film "Znikający punkt" - teraz oglądam go jeszcze inaczej bo droga do San Francisco nie jest dla mnie wyłącznie legendą, albo inaczej; jest także moją osobistą legendą.
Wczoraj leczyłem nerwy, zszarpane przez sam widok naszych dzielnych tzw. polityków oraz wielkiego (a może największego) mędrca naszych czasów czyli pana Najsztuba, obrońcę zabijania się i innych papierosami w imię romantycznej wizji wolności. Tyle, że romantyzm ten jest już taki bardziej mieszczański i restauratorski : wolność ale taka bez ryzyka i zupełnie nie w stylu Kowolskiego ze "Znikającego punktu".No i ważna wiadomość dla całej Polski: p. Najsztub pali po sexie! Wow! Kobiety z żółtymi zębami i ziemista cerą lgną pewnie jak muchy; jest szansa na szluga !? Po tej wiadomości czuję się ubogacony jak po każdym obcowaniu z Wielką Ideą. Dziękuję Wam Panowie z Teraz My, naprawdę warto było przybliżyć nam tak uniwersalne i piękne postawy. Aby się nie dać porwać tym budyniowym smrodom ze Stolycy, wczytywałem się (i oglądałem foty!) na stronie www.slowlife.se To takie ciekawe uczucie gdy znajdujesz w sieci miejsca bardzo odległe, bardzo mało popularne (w budyniowym kręgu "kulturowym") i łapiesz się na tym, że znasz je tak dobrze, wiesz co jest za skałą, za drzewem, przypomina się rytm oddechu podczas stromego podejścia w oglądanym na fotografii miejscu.... Ileż to takich miejsc specjalnie nam bliskich już mamy; w Himalajach, w tundrze, w górach, plaże nad Dunajem, ostry podjazd w węgierskim krasie, mała knajpka w mało ważnej dla innych miejscowości na Bałkanach... Co to jest za siła, która nas tam pcha aby rozpoznawać? odnajdywać? uczyć się drogi na daleką przyszłość?
Pod tablicą z mojej foty zrobionej w lutym 2008, ubierałem kalesony (był najwyższy czas!) w towarzystwie A. i Andersa L. oraz autokaru pełnego turystów z Japonii, który pojawił się niespodziewanie...! Za trzy tygodnie wyruszamy tam znowu! Tam dopiero są ogromne zaspy...a ludzie żyją i mają się nieźle.

Friday, January 08, 2010

FRAGILE


Wyszedł wreszcie nowy numer Fragile gdzie umieściłem krótki tekst nt. muzycznej kultury Samów. Pismo jest interesujące i wygląda na to, że nasza współpraca będzie trwała dłużej?! Fragile jest też medialnym wspierającym płytę "Vaggi Varri" i to dla mnie jakaś nowość bo nikt nigdy nie wspierał płyt Karpat Magicznych! Dosłownie; lada dzień będzie dostępne drugie pismo bezinteresownie wspierające płytę Ani: Zew Północy, wydawane w Szczecinie ale dostępne w Empikach. Tam można będzie przeczytać krótką relację z naszego wejścia na Giebmegaisi (Kebnekaise) czyli najwyższą górę Szwecji i zobaczyć kilka fotek z tej trasy. W lutym spodziewane jest Glissando z tekstem nt. muzyki Samów. To zadziwiające i budyniowate, że taka firma jak Glissando ma kłopoty z kasą na druk i dystrybucję! Ale może nie ma się czemu dziwić na oceanie budyniu?
Zaczynamy udostępniać nagrania poprzez różne kanały, także darmowe w sieci: SoundCloud jest takim legalnym źródłem. Zobaczcie na naszej zasadniczej stronie! i spokojnie ściągajcie! Liczymy, że płyty (CDR i CD starannie opracowywane przez Bogdana) i tak duża część zainteresowanych naszymi działaniami będzie chciała kupić i dlatego trzymamy się prawdziwych cen. Może kiedyś trochę więcej ludzi zrozumie, że ciekawe i ważne rzeczy popiera się nie tylko gadaniem ale także kieszenią? Jak nie - to budyniowo się rozleje na naszą własną prośbę (i głowę).Dlatego warto myśleć wydając pieniądze... Dużo w tym roku będzie do czytania na rozbudowywanej przez nas stronie www.cybertotem.eu Już jest tam kilka ważnych tekstów ale szykuje się znacznie więcej.
No i nie udało się Avatara włączyć w Nową Ewangelizację?! Wielkiej więc kariery (oficjalnej) w Polsce nie będzie. Jako uzupełnienie poprzedniego mojego entuzjastycznego wpisu na temat filmu, dodam cytat: "Według Proppa bajkę można rozpatrywać jako sekwencję 31 funkcji./.../ bajka zaczyna się od jakiejś straty, braku lub pragnienia(8); bohater otrzymuje nakaz wyruszenia w drogę(9)i zgadza się na to(10); opuszcza dom (11), spotyka jakąś istotę, która poddaje go próbie(12), odpowiada na wyzwanie(13),otrzymuje dar lub magiczną pomoc(14);dociera do nakazanego miejsca(15);i spotyka przeciwnika, z którym musi się zmierzyć(16);zostaje zraniony(17), lecz ostatecznie zwycięża(18);w ten sposób początkowa strata lub brak zostają naprawione (19).Bohater rozpoczyna drogę powrotną(20);jest ścigany(21),lecz ratuje się(22);powraca nierozpoznany(23);na miejscu spotyka nikczemnego oszusta(24),następuje próba(25) i bohater odnosi ostateczny sukces(26);bohater zostaje rozpoznany(27);oszust ukarany(28);bohater żeni się i zostaje królem(31)." Ktoś kto oglądał AVATARA wie, że to dobrze opowiedziana bajka czyli pewnego rodzaju nowa jakość, wydobyta ze starej i bardzo nam bliskiej formy. Opowiadajmy sobie nowe bajki ... stare są już tak nudne! Nowe przeczucia są zawsze tak delikatne i KRUCHE.
Cytat pochodzi z książki: "Stwarzanie świętości - ślady biologii we wczesnych wierzeniach religijnych" Waltera Burkerta, Wydawnictwo HOMINI, 2006 (wydanej pierwotnie w 1996 roku przez Harvard University Press).

Sunday, January 03, 2010

AVATAR


W ramach rozbuchanej konsumpcji i nurzania się w relatywiźmie moralnym poszliśmy wczoraj na Avatara do mega-kina w największej w Polsce galerii handlowej - Bonarka! W Krakowie, rzecz jasna... No i bingo! Trzy D to 3D! Smoki, drzewa i bajkowe krajobrazy Pandory robią wrażenie. Siedziałem jak dzieciak z rozdziawioną gębą i uchylałem się przed nadlatującymi straszydłami. Wreszcie kino: kiniaste a nie jakieś dziadowskie filmidła. Przesłanie totalnie ekologiczne i kilka spraw trafnie postawionych : nasza (?) zachodnia cywilizacja nie ma nic do zaoferowania rdzennym mieszkańcom Pandory, przemoc niczego nie załatwia, korporacje i etyka to zbiory rozłączne, możliwe są inne niż "nasze" sposoby na życie, to zazwyczaj "my" a nie "obcy" jesteśmy najeźdźcami... Dlatego chyba musiała w filmie umrzeć kombatantka spotkań z "obcymi" niejaka Sigourney Weaver, wcielona w postać naukowczyni Grace Augustine. A to szkoda bo Sigourney sprawiała, że nawet tego cholernego obcego pasażera ...się jakoś przetrzymywało... ej boj! Jako niestrudzony popularyzator etnobotaniki miałem wielką satysfakcję z oglądania niezwykłych i pięknych form życia na Pandorze. Wiele z nich jest fachową robotą znających się na rzeczy - wiele z nich to formy żyjące na Ziemi ale w innych warunkach - np. w oceanach...lub mające w "realu" inne rozmiary. Drzewo życia, połączenie wszystkiego co żyje i głęboki kontakt ze zwierzętami to na planecie Ziemia nic nowego i nazywa się to światopoglądem szamańskim... Czyżby Ludzie też zostali kiedyś najechani przez rednecków symbiotycznie złączonych z klechami i mieli mniej szczęścia niż Navi? Pan James Cameron pokazał gdzie ich trzeba wyekspediować... w kosmos!
Za 237 milionów dolarów można się jakoś ogarnąć z takim projektem i odpalić coś konsultantom znającym się na rzeczy... Ale czy nie lepiej robić takie produkcje... niż nie robić (tu zadziałało moje postanowienie aby ograniczyć haterstwo do niezbędnego minimum!).A te 700 milionów wpływu w pierwszym tygodniu po premierze to może lepiej niż neo-przewodnia siła robotniczo-chłopska ? Może jednak zaczniemy cenić (też dosłownie!) wyobraźnię, fachowość i wiedzę? Ale może warto tu dopuścić do głosu fachowca właśnie, który tak opisuje europejskie gnioty : " eurobudyń - film komponuje się tak, że bierze się Włoszkę,Niemca,Anglika i tam się ich wsadza razem, i to jest gwarancja na niedobry film." albo " nakręcili mniej więcej pół tego scenariusza bo Jacgues Deray był reżyserem o wyjątkowo wolnym trybie pracy. Moim zdaniem on się powinien tutaj urodzić, w Polsce na Podolu, tak powoli wszystko robi."...to fragmenty wypowiedzi Andrzeja Żuławskiego. A z tym eurobudyniem to świetna sprawa, dobrze wiedzieć, że ten "budyń" jest jakoś obrazowy i przychodzi nie tylko do mojej głowy (ba!)... A o fenomenie Andrzeja Żuławskiego to chyba kiedyś osobno coś napiszę jak cenzura ustanie i to ślubowanie się wypali (bo było na 2010...) bo to jest wielki skandal aby takiego gościa mieć pod Warszawą i ...NIC?!
Śnieg pada więc sikorki bogatki i modre na naszym balkonie od rana już waliły w okno aby im sypać do karmnika i nie spać... nie miałem kłopotu z porozumieniem z nimi... Kocia biedna i chora też tylko raz przeciągle zawołała i już śmigałem przez zaspy po jedzonko do sklepu...więc ciągle jest dla ekosystemu szansa! Nie chcę wiedzieć co może się stać jak się koty skrzykną/zmiałczą przeciw pazernym korporacjom?!
Skończyłem pisać zręby wykładu pt. Etnobotaniczne aspekty muzyki tradycyjnej i wysyłam foty do Bogdana aby je jakoś pięknie przykroił do mojej tezy o ważności tego co nas naturalnie otacza i przetyka oraz wagi tego aby tej więzi nie utracić. Wykład mam 12 stycznia na UJ ! Wiem, że nasi filmowcy nie zatrudnią mnie do skonstruowania mitologicznej oprawy z magicznych i muzycznych roślin (nawet do Wiedźmina...)ale za kilka dni, strona cybertotem.eu będzie miała już swe wcielenie (avatar!) w języku angielskim i może kiedyś jakiś James Cameron zechce zrobić film w realiach Europy Środka i nie ograniczy się do naszej chluby: Instytutu Ziemniaka?
Swoją drogą to zabawne, że dzieci na (zachodnim) świecie o koncepcji "avatara" dowiadują się za sprawą gier komputerowych i wielkich produkcji science-fiction a dzieci w najliczniejszej demokracji świata - Indiach, uczą się o avatarze czerpiąc z własnej religii... Co na to ...(cenzura i anty haterskie ślubowanie!) będzie trzeba się trochę wysilić nim się ogłosi, że to film o... (cenzura...). Oj boj!
Pod ostatnim wpisem koments taki trochę przyganiający...ale nie będę się przed kasą bronił - wiem co z nią zrobić a studia, sklepy muzyczne, tłocznie i księgarnie nie dają mi taniej lub za free...
Na focie trochę gór za Kręgiem Polarnym ...bo znowu się TAM wybieramy! Tym razem w zimie...!

Thursday, December 31, 2009

2010


2010 nadchodzi! Jakoś nie spodziewam się niczego specjalnie dobrego...w szołbiznesie bez zmian?!? W ramach postanowień na nowy (?) czas postaram się trochę mniej krytykować artystów wyrobników - łatwo nie mają bo taka Agnieszka Chylińska będzie tyrać po nocy w Kraku, Doda w Łodzi itd. No wiem, że dostaną swoje ale mimo wszystko - co to za życie? W Budyniowie nic ich nie czeka więcej - no może następny Sylwester w Łodzi...
A my jak te paniska: w cieple i przed tivi ... ale też niekoniecznie przed tivi. Dla nas to raczej taka pauza i wyhamowanie i dlatego bardzo się ucieszyłem z filmików, które Willi nam przysłał i A. "powiesiła" wraz z nową muzyką od Long Ital na www.magiccarpathians.com (skąd można bez poczucia winy ściągać naszą muzykę) nie tylko my możemy oglądać..no, nie są zbyt dobre do tańca ale też warto się zastanowić do jakiego tańca nie - a do jakiego tak? Jak się pierwszy filmik zobaczy (nakręcony w kościele...!!!) to widać, że nasz kraj jest dziadowski nawet w swej niby specjalności : u nas nowe kościoły muszą być bombastyczne, przytłaczać, muszą być z setek tysięcy ton betonu i przypominać jakieś pokręcone arki (koniecznie) i nie wolno tam wchodzić inaczej niż na czworakach a z didjeridu, to już zupełnie nie! Nawet w tym musimy być jakimś budyniowem totalnym.
Jakiś mnie sentymentalny nastrój dzisiaj chwycił i nie dość, że nastraszyłem kilkoro przyjaciół życzeniami to jeszcze sobie oglądałem filmiki z całego roku na www.karpatyoffer.pl
Całkiem fajny kawałek dokumentacji i trochę naszego życia...
Nasza Kocia aka Kotsi Aboura, biedna i słania się na nóżkach jak po narkozie, kiedyś po operacji... cierpi bidula i chodzimy z nią na zastrzyki,jak tak się niezgrabnie gramoli na kolana to mi się zawsze ten klecha wyświetla co twierdził w tivi, że koty nie mają "duszy"...Co to za wypierdki u nas uchodzą za mędrców od etyki i wszystkiego innego?
Nowe płyty się powoli pojawiają tu i tam, ludzie piszą, że o.k. więc o.k. i postaram się ten budyń z naszego życia odgarniać dalej. Na początek roku zapowiadają się nowe i miłe przedsięwzięcia i będzie można je śledzić na starych i nowej stronie w sieci.. Do życzeń spokojnego i nieco refleksyjnego przetrwania pierwszych zimowych dni dodaję dość starą fotkę ze Słowacji, którą zrobił nam Bogdan w Żylinie. Jak widać po napisie - nie tylko my ulegamy konsumpcjonizmowi i relatywizmowi poglądów... tylko budyń jak był durny to jest dalej!

Monday, December 28, 2009

TYGRYS


Udało się miło i spokojnie przebrnąć przez święta i kilka dni wolnego. Szok "urlopowy" lekko nas przyginał w stronę stanów depresyjnych ale na szczęście w całym mieszkaniu mamy dostęp do internetu i otwarte laptopy pozwalały zająć się czymś co-zostało-odłożone-na-inny-czas. Czy to już uzależnienie od pracy ? Ciekawe, że w górach wolny czas mi nie ciąży...i jakoś za laptopem nie tęsknie zbytnio? Powoli i z pewnym mozołem (to słowo ciągle ma zastosowanie w kraju budyniu po horyzont) udaje się płytę Cybertotem Remix Project wpuszczać w nasze naszpikowane rafami tryby muzycznej społeczności. A społeczność to niezwykle wymagająca, tak wymagającej nie znajdziesz chyba nigdzie... wiadmo; to my wydaliśmy gigantów muzyki wszelakiej więc przebić się jest trudno.
Od lutego wejdziemy w Rok Tygrysa i niestety wygląda to dla mnie dość kiepsko?! I jak zwykle : trzeba się pilnować, dużo pracować, dbać o zdrowie, mało wydawać ale to właściwie nic i tak nie pomoże i... byle do następnego roku! Tygrys "po zbóju" się zapowiada! W ramach "pilnowania się" pierwszy raz od 4 lat nie będziemy w Sylwestra pracowali i nie zapalimy ogniska na Sopatowcu... i ta przerwa jest nam potrzebna. Coś się też wypala jeżeli chodzi o warsztaty; jako wyznawca "starej szkoły" uparcie spodziewam się zainteresowania i zaangażowania ze strony uczestników warsztatów a wszystko powoli idzie w stronę konieczności zabawiania publiczności. To mi się nie podoba i poczekam na inną/nową falę.
Słuchamy znakomitej muzyki z płyty ECM, to bardzo subtelna i doskonale brzmiąca muzyka lutnisty o nazwisku - Anouar Brahem (płyta ECM 1457, Conte de l'incroyable amour z 1992 roku). Grają : A.Brahem na lutni oud, Barbaros Erkose na klarnecie, Kudsi Erguner na flecie nai i Lassad Hosni na bendir i darabuce. Miodzio!
A. dłubie przy naszej stronie na myspace i jest kilka nowości do posłuchania! Płyty powoli stają się mniej ważne i to także za sprawą beznadziejnej polityki cenowej. Po ostatniej wizycie w Empikach jestem zdruzgotany : CD po 70 - parę złotych? To jakiś koszmar i nieporozumienie, absolutnie nie wolno się z tym godzić tak jak nie wolno płacić abonamentu na telewizję beznadziejną, kolesiowską i oszukańczą. Nie uważam się za biedaka i lubię kupować płyty ale sorry - CD za blisko 80 zł to jest złodziejstwo. Przy łatwości kopiowania i cenie jednostkowej ok. 5 zł (bo tyle kosztuje płyta przy nakładach od dwóch tysięcy) to jest jawne złodziejstwo. To same "majorsy" i chciwi dystrybutorzy zabijają sprzedaż płyt a nie ludzie, którzy ściągają poszukiwaną przez siebie muzykę.
Na focie : drewno i kamień, fotografię zrobiłem w pięknym zakątku Tatr - Zelene Pleso w Tatrach Bielskich. To obok tundry jedno z najpiękniejszych naszych przejść w tym roku.

Wednesday, December 23, 2009

POD EVERESTEM !


Nie ekscytujcie się zbytnio, mam jakieś "zawieszenie" z Azją i nie ciągnie mnie ostatnio specjalnie w tamte strony ale pewnie przyjdzie czas... Wczoraj za to zapłaciliśmy za noclegi na targu Samów w Jokkmokk, które odwiedzimy na początku lutego. Będziemy tam już drugi raz więc liczę na wiele interesujących chwil i nowe materiały dotyczące kultury i natury Ludu Słońca i Wiatru! Sądząc po trudności w zaklepaniu noclegów, cenach, temperatur lutowych, nocy polarnej.... "nasze" tundrowe pustkowia nie zapełnią się raczej turystami z Polski?!
Kilka ostatnich dni to pasmo trudności i denerwujących przeszkód : a to płyty Cybertotem Remix Project nie odpalają, a to bank czegoś nie dopilnował itd. itd. więc gdy po dość długim czasie inkubacji "ruszyła" moja nowa strona : www.cybertotem.eu bardzo się ucieszyłem i zapraszam do zaglądania tam ! To ma być strona z eksperymentami ze studia, katalog instrumentów tradycyjnych, relacji z naszych "soundwalków" i miejsce na rozbudowane opisy płyt jakie wydajemy poza główna "firmą" : Karpaty Magiczne... Na pierwszy ogień poszedł Cybertotem Remix Project i jest już trochę tekstów o tym projekcie,mp3 dwóch utworów z mojej bazowej płyty Cyber Totem i info o naszym teamie. Sukcesywnie będę uzupełniał opis o sylwetki muzyków biorących udział w przedsięwzięciu. Będzie też wiele etnobotaniki (a może bardziej etnobiologii) i katalog ciekawszych fotek z wypraw. Od nowego roku Michał "zawiesi" materiały nt. płyty Ani : Vaggi Varri - tundra soundwalk. Nie chciałem mieszać na stronie KM na myspace i czuję też, że warto wrócić do bardziej autorskich sieciowych ujawnień.
W wirze tzw. "świątecznym" i ja nie całkiem się wybroniłem ale pokonując trasy tramwajami wypatrywałem ciekawych reklam i streetartu. No i np. napis WISŁA ktoś wzbogacił o literkę "z" przed i "ś" po... a wielki plakat z mózgiem w słoiku powalił mnie całkowicie... Sygnowany przez www.nobel.edu.pl głosi : " nie trzymaj mózgu w słoiku" ? Ja rozumiem, że projektant (i pewnie wielki plastyk !) swój mózg trzyma w słoiku i wyjął go tylko na chwile? Niestety, była to chwila zbyt krótka!Nobel pewny!
Pogoda za oknem jest taka, że czas poszukać swojego miejsca pod Everestem! Czego i Wam życzę i dziękuję za wsparcie poprzez czytanie.
Na focie ciepłe miejsce pod Everestem ... fota Alicji, która po powrocie z Tybetu, Nepalu, Indii, Wietnamu, Tajlandii, Birmy.... zimuje na pustkowiu pod... Gorlicami ale ciągle "pod" Everestem.

Saturday, December 19, 2009

INVASIVE ALIEN SPECIES


Z obcymi zawsze kłopot... powstaje w Polsce ( i UE) "czarna księga" roślin "obcych", które zagrażają naszej rodzimej florze i określane są jako Invasive Alien Species. No i problem jak zwykle z tym co jest "rodzime", jak "zagrażają" itp. gdyż właściwie gdyby nie zjawisko IAS to w Europie byłyby pustki trwające od ostatniego zlodowacenia... Nie dość, że sam Homo sapiens przybył tu jako obcy i być może wykończył (jeżeli nie fizycznie to przyniesionymi chorobami) "rodzimy" gatunek w postaci Neandertalczyka to ileż mamy rodzimych, europejskich gatunków ? Naukowcy na usługach faszystów w hitlerowskich Niemczech też tropili "obce" gatunki roślin zagrażające rodzimym... Może jednak trochę umiaru w tych "czarnych listach" bo pamiętam ze szkoły, że zagrażała nam wroga moczarka kanadyjska zarastająca nasze rodzime stawy z rodzimym tatarakiem (z Azji...) ale już sama nazwa "kanadyjska" informowała w tamtym czasie o wrogim nastawieniu tej rośliny.Moim profesorom na studiach leśnych odginało poważnie w druga stronę i jak głupi musiałem się uczyć o amerykańskich gatunkach topól, które miały zbawić nasz kraj. I dzisiaj ani moczarki w stawach nie widzę i na szczęście topole nie zastąpiły naszych lasów. Ale nazwa jest jak na tytuł płyty lub kolejny odcinek serialu "Z archiwum X" : Invasive Alien Species ! Wow!
Koniec roku blisko (bo w lutym... sami powiedzcie czy - księżycowy to nie trafniejszy kalendarz ?) ale przymus świętowania w grudniu powoduje, że mamy święta dwa razy i czas na jakieś wstępne podsumowania. Z grubszych spraw to niestety w kilku kwestiach jest bez zmian : China Lies, Tibetan Dies ...a w polityce jest jak opisałem słowami Salvadora Dali w poprzednim wpisie... To może zaprenumerować pismo ; Rangzen - The Magazine Of The Tibetan Youth Congress ? Koszt tej prenumeraty to 15 dolców ale przecież chodzi o wsparcie i wiadomości z pierwszej ręki : www.tibetanyouthcongress.com, pismo wydawane jest w Dharamshala. Sytuacja się nie zmienia to może my coś zróbmy?
Paczki z płytami Cybertotem Remix Project w rękach Poczty Polskiej ( a ręce to dość słabe...) i powoli ruszy lecznicze słuchanie. A warto szlifować swoje umiejętności bo widać jak Polityka wyławia talenty i nikomu nie znane a interesujące osobowości : po całej plejadzie naszych zdolnych muzyków ( np. Muniek!) przyszedł czas na Gabę Kulkę i otrzymała i Ona "paszport Polityki". W takich wypadkach przychodzi mi na myśl aby dzieci sławnych ojców i mam nagradzać już w kołysce, po co mają czekać i coś tam kombinować,skoro i tak wiadomo, że dostaną nagrodę?! Po takiej nagrodzie w kołysce mielibyśmy już spokój i ten teatr pozorów nie byłby aż taki przygnębiający. Tak więc po Marii Awarii co jak kometa ozdobiła nasze niebo szołbiznesu teraz Gaba K. będzie ubogacać nasze dobrze płatne przesięwzięcia państwowo-telewizyjno-polonijne. A dzieje się na tej niwie wiele interesujących akcji bo np. taki IPN wziął się już za historię muzyki punk w Polsce i jak to IPN ; kształtuje ją w bardzo fachowy i zaskakujący sposób. Gwiazdą IPN stał się zasłużony "Dezerter" co jak się okazuje nie jest taki znowu dezerter... Ja tam nigdy punkowcom nie wierzyłem tak na 100 procent i sprawdza się. W wiązanej transakcji IPN-owska wersja historii wyparła takie ekipy jak Brygada Kryzys czy Republika (bo głupio o jakiś telefonach śpiewał) oraz (ba!) kilka innych i najbardziej walczącym z systemem totalitarnym został zespół Dezerter, który w 1982 roku był zadowolony z "systemu" co też zeznał do kamery relacji z Jarocina, sprzedający dotąd raczej anarchizm salonowy plus nasz polityczny bicz boży nadający się zawsze i wszędzie czyli Kazik. Ale co z Muńkiem? Transakcja ma charakter wiązany bo obok honorarium za muzykę do debilnej gry w stan wojenny opiewa jeszcze na wyjazd do Nowego Jorku w jesieni 2010! Każdy by na to poszedł!? A swoją drogą gra w stan wojenny to jakaś niesmaczna akcja! Tylko ciut ciut nas dzieli od zakupienia przez IPN klocków Lego do układania obozu koncentracyjnego autorstwa Libery. Takiego obrotu sprawy nie przewidział sam Libera i tylko pozostaje "wybrać" muzykę do tego bliskiego już spektaklu budyniowatości. Ja stawiam na obrazoburcze teksty Wielkich Córek : Marii i Gaby : obozowe wesołe piosenki o seksie!? Parytet już przecież prawie obowiązuje i po synach wielkich ojców czas na córy... Kolejny raz życie przerasta sztukę!
Na pięknie wypolerowanej i czyściutkiej fotce Bogdana K. ja sam na sam z huculską trembitą żałośnie zawodzę - bo "jak widzę to się wstydzę", stary jestem a jednak.

Sunday, December 13, 2009

LUX LUCIA


Dzisiaj jeden z ważniejszych dni w roku. Może nawet najważniejszy? Mocny czas zaczyna się od Mikołaja i apogeum osiąga w dniu święta Łucji (od lux : światło, jednostka miary w postaci luksów naprawdę nie pochodzi od chrześcijańskiej świętej...) i jest to czas także najbardziej manipulowany przez strażników jedynie słusznej tradycji. Już mnie nawet nie irytują te coroczne bajania o biskupach z Azji Środkowej i świętej (no jasne!) Łucji, brzmi to jak wiadomości rządowe za czasów tzw. komuny ... której apogeum ogłoszono 13 grudnia w święto Łucji. Od strony symbolicznej ogłoszenie stanu wojennego w tym dniu było jasną zapowiedzią upadku starego porządku... więc wszystko się zgadza. Postać Mikołaja w teatrze rytualnym Karpat nie ma wiele wspólnego z usilnie nam wmawiana tradycją biskupią, jest to postać w masce i czerwonym stroju o dość ambiwalentnej postawie : " przedchrześcijańska warstwa znaczeniowa naszych Mikołajów odpowiada archetypowi demonicznej i tajemniczej istności związanej z zimowym przesileniem, opiera się na rodzimej tradycji i ma ścisłe powiązania z rytuałami tamtego czasu". Taki Mikołaj nie był jowialnym brodatym gościem od prezentów i brania dzieci na kolanko w celu pogłaskania po główce, był postacią, która nagradzała ale też czasem nieźle straszyła i sięgała skrytych przewinień. Nie ma się też co dziwić, że ostatnio tak mocno księża i biskupi dystansują się od koncepcji Mikołaja przybywającego z Laponii... jest bowiem śmiała tradycja mówiąca o ścisłym związku czerwonych ludzików prowadzonych przez renifery jakie pojawiają się w wyniku kultywowania starego eurazjatyckiego specyfiku o nazwie Amanita muscaria...z "naszym" Mikołajem!? Ta koncepcja jest i tak mniej egzotyczna niż bajenda z biskupem z Azji Środkowej i na dodatek świętego cerkwi wschodniej... i patrona Karpat! Ale powróćmy do Łucji. Nasza dzisiejsza ważna Istność "oprócz imienia nic jej nie łączy z chrześcijańską legendarną świętą". Prawdziwa Łucja jest "cała w bieli, ma zasłoniętą twarz, trzyma gęsie skrzydło, pojawia się czasem z garnkiem ale częściej z misą napełnioną popiołem. Cicho, bez pozdrowienia wchodzi do domu, skrzydłem omiata kąty, ściany i twarze domowników./.../ Drzwi naciera czosnkiem /.../". Jej aktywność przejawia się poprzez " pantomimę bez słów, z cichym skrzeczeniem w postaci odstraszających, nieartykułowanych dźwięków". Tak jak cicho przyszła, tak cicho odchodzi. Niczego nie przynosi i niczego nie zabiera. Łucja zazwyczaj nie chodzi sama, towarzyszą jej zamaskowane dziewczyny - pomocnice. Łucja ma jeden, główny cel przybywania do domów : odstrasza i chroni przed strzygami. "...Na Liptowie w wieczór poprzedzający święto Łucji, młodzieńcy opasani sznurami z dzwonkami biegali po wiosce i strzelali biczami aby odstraszyć strzygi" i pomóc Łucji. Wiara w strzygi : pół-demoniczne i pół-kobiece istności o złych zamiarach "była zwyczajem ogólnoeuropejskim". Te demoniczne siły zyskiwały szczególne wpływy w niektóre dni (np. w przesilenia wiosenne, letnie i zimowe) i w tym okresie warto było się przed nimi zabezpieczyć poprzez głośne dźwięki,śpiewy i oczywiście światło-ogień.Rozumie się, że nie chodzi raczej o kantaty pana Rubika ...bo opis technik muzycznych jako żywo mi coś przypomina " trzaskanie, trąbienie, emitowanie odstraszającego huku" (czy "huk" można przełożyć na "noise"?!). Całe zjawisko o nazwie "Łucja" ma na celu magiczną ochronę przed demonicznymi siłami strzyg - po łacinie strix... Na miejscu mądrali w habitach, jacy dzisiaj w wieczornych wiadomościach będą wciskali kity o tradycji świętej Łucji, wziąłbym pod uwagę to, że Kościół oficjalnie wierzył w strzygi do XVIII wieku, kiedy to Maria Teresa zakazała prześladowania strzyg i ich niecnych praktyk!
13 grudnia w tym roku wypada na dwa dni przed najcięższym w roku nowiem księżyca wiec warto produkować noise i palić ogień do wtorku, środy!
Warto odkrywać swoje prawdziwe kulturowe korzenie i z ochotą celebrować święta! Siłowe przejmowanie zastanych tradycji (a było tak ? czyż nie?) ma skutek w dostosowywaniu się słabszych w taki sposób, że po jakimś czasie nie wiadomo już kto kogo przejął i wszystko w swej istocie jest dalej jak było...pozostaje jedynie aspekt siły, majątku, bezkarności stosowania przemocy, panowania w mediach czyli tzw. dyskurs władzy.
A skoro o władzy mowa to przyglądam się w tivi naszym politykom i postaciom typu Bronisław W. i natrętnie przychodzi mi na myśl anegdota opowiedziana w "Dzienniku Geniusza" Salvadora Dali : otóż pewnej osobie o cuchnącym oddechu, której się odbiło (a może to być porównywane z wypowiedziami wielu polityków) poradzono : "byłoby lepiej, gdyby pan to wypuścił dupą"! O jakże to celna rada dla pana Bronisława W.!
Już oczyma wyobraźni widzę jak zamiast wypowiedzi polityków pojawia się wielogłosowy utwór złożony z pierdnięć, bo wg. Salvadora Dali " podbrzusze to wielce złożony instrument organowy, który wydaje rozmaite dźwięki, a dzięki któremu można bez zbytniego wysiłku wydobyć jak z magazynu dwanaście modusów, czyli dźwięków skali modalnych, z których wybierze się jedynie te, co będą pełniły funkcyję ozdobników melodycznych.../.../...lubując się w pierdnięciach półgłośnych, uzyskiwałoby się dźwięki ściszone do tego stopnia, że by się ich nie odróżniało, albo też produkowało by się w unisonie kilka dźwięków wysokich lub niskich dających muzykę nieprzyjemną i bez smaku, na co zgodzić by się można jedynie w wypadku harmideru albo wielkiego chóru." Proponuję świąteczny eksperyment : wyciszyć tivi i oglądać obrady komisji oraz wypowiedzi polityków z wyimaginowaną ścieżką dźwiękową wg. wyżej zaproponowanego przepisu. Jednocześnie z tym oryginalnym doświadczeniem (tivi chronić nas będzie od doznań węchowych) pojawić się może refleksja nad charakterem pracy mediów : w czym tak naprawdę "robią" dziennikarze!? Gdyby nam zabrakło wyobraźni to ściszenie tivi nie jest stratą a może umożliwić nam usłyszenie głosu Łucji i poczucie gęsiego skrzydła na twarzy. To doświadczenie, w odróżnieniu od harmideru polityków jest warte cierpliwości i skupienia.
Wszystkie cytaty nt. Łucji pochodzą z fantastycznej książki pana profesora Martina Slivki pt. "Slovenske l'udove divadlo", Bratysława 2002.Moja fota zrobiona w Beskidzie Makowskim pokazuje, że krępowanie drzewa nie świadczy źle o drzewie ale mówi nam wiele o tych co takie praktyki stosują.