Sunday, March 08, 2009

HASIOR 1


14 lipca tego roku minie 10 lat od śmierci Władysława Hasiora (1928 - 1999) i od dzisiaj będę opracowywał wpisy na Jego temat. Mam ku temu powody natury osobistej, Hasior był przyjacielem mojego ojca, jest legendą mojej rodziny i cieniem dzieciństwa. I podobnie jak mój ojciec, który nigdy tej znajomości nie wykorzystywał, dałbym spokój Hasiorowi i Jego sztuce, gdyby nie bezdennie głupia i obłudna nagonka na Niego, prowadzona w tzw. celach politycznych. "Tak zwanych", bo chodzi jedynie o dotrwanie do wyborów. Ale o szczegółach będzie jeszcze czas pisać.
Pomyślałem sobie, że skoro z tak podłych powodów tka się pajęczą nić pomówień i intryg (to już chyba wiecie kto za tym - politycznie - stoi, prawda?) to może warto zrobić coś pozytywnego i z całkowicie innych powodów. Guzik mnie obchodzą też aktualne mody panujące wśród kuratorów sztuki. Z radością przyznaję się do tego, że na sztuce się nie znam i "znanie się" mam głęboko w ..pie. Wiem, to nie jest grzeczne ...sorki, chodziło mi jedynie o lakoniczność i obrazowość przekazu.
Postaram się nie powielać informacji, które znajdziecie łatwo w internecie i dodać coś od siebie, nawet gdyby to była tylko moja własna interpretacja. Wpisy na temat Władysława Hasiora będę numerował aby łatwiej było je wyłowić z tej powodzi bieżących spraw i relacji. Mam nadzieje, że do lipca uda się zgromadzić trochę wpisów?!
Na początek zobaczcie jak Hasior świetnie biegał. Fotografię zrobił mój ojciec w Gdyni, w 1950 roku! Hasior chciał być sportowcem (! ), wygrywał i był nim przez chwilę... ale na szczęście skłonność do korzenioplastyki (pogardzanego ale popularnego kiedyś budowania zaskakujących form z korzeni znalezionych na kamienistych plażach Dunajca lub w lesie) okazała się zwiastunem silniejszego pociągu do pracy z emocjami i uczeniem się ich ujmowania w materialne manifestacje. Niektórzy nazywają to sztuką ale ci co w to uwierzyli (np. ucząc się "sztuki" jedynie na akademiach) kończą jako producenci estetycznych i podobającym się wszystkim prac. W przypadku Hasiora, bieda, perturbacje rodzinne, lata okupacji, szkoła Kenara, obroniły Go przed tym estetycznym chłamem. Może też kilka zdań samego Hasiora : " Ja siebie nie wymyśliłem, nie jestem awangardowym awanturnikiem, jestem tradycjonalistą, należę do naszej wspólnoty kulturowej. /.../ Postrzegam, że nie wszyscy jesteśmy chorzy na zawał wyobraźni, lub sparaliżowani rozsądkiem poetyzowania na nutę ludową, religijną i surrealistyczną. Domniemane okrucieństwo w moich pracach inspirowane jest przekazami religijnymi, np. Herod to archetyp dramatu dzieci, aż z mrocznej historii do naszych czasów się ciągnący. Wypędzonym z raju obiecano, że ziemia nam twarda i ciernista. Piekło, to religijne, również realizuje się już na ziemi. Na koniec nasz hymn dramatycznie nas zapewnia, że : "jeszcze nie zginęła". O radości, Iskro Bogów, gdzie jesteś?"

Saturday, March 07, 2009

TYBET 1959


10 marca
Wybucha powstanie w Lhasie
11 marca
Wojska chińskie ściągają do Lhasy artylerię
13 marca
Tysiące Tybetańczyków wiecuje i domaga się
przywrócenia niepodległości Tybetu
17 marca
Rozpoczyna się ostrzał Lhasy
Dalajlama ucieka potajemnie z pałacu.
20 marca
Komitet Centralny Komunistycznej Partii Chin
poleca stłumić powstanie
w Tybecie.
23 marca
Podczas tłumienia powstania Chińczycy zabijają
ok. 87 000 Tybetańczyków w samej Lhasie
i wywieszają nad Potalą chińską flagę : "nad miastem
łopoce na wietrze chiński sztandar, symbol szczęścia,
witający nowe narodziny starożytnego miasta".
30 marca
Dalajlama przekracza granicę Indii

W marcu 2009 roku ...

ELDER TREE


Jeszcze kilka słów o akcji "bez czarny"... tak jak w Guerrilla Gardening i w tym wypadku chodzi o przestrzeń publiczną. Jest zawłaszczana bez umiaru przez panujące ideologie i wycofywanie się z tej gry jest taktyką skazaną na porażkę. Miękkie, żartobliwe lub zmuszające do innej, niż oczekiwana interpretacji symboli władzy ideologicznej akcje są subtelnym, ale zaskakująco skutecznym, sposobem na odzyskiwanie przestrzeni publicznej dla siebie. Mamy prawo tu być i to jest także nasz świat. Ważne jest aby skłonić do zastanowienia, może czasem do opamiętania (to chyba naiwna nadzieja?), do zaprzestania pełnego przemocy gadania : wszyscy Polacy, wszyscy ludzie, my wszyscy... bo brzmi to jak gazetowy bełkot na czas wakacji. Tyle, że dobrze jest przygotować się na specjalny język krytyki. Bawi mnie jeszcze ale też irytuje kiedy słyszę, że modlitwy nie-Katolików to zawsze modły (czy słyszeliście aby ktos kiedyś w tv powiedział : " w modłach na Jasnej Górze uczestniczyło x wiernych", powtarzanie czegoś z uporem i/lub bez sensu to zawsze : "jak mantre powtarzają, że ..." a nie, co byłoby przecież logiczniejsze w naszym kraju, w którym "wszyscy są Katolikami", że : "jak różaniec powtarzają".... Nic nie mam do różańca i nawet ratując interesujące praktyki, chciałbym aby powrócić do klasycznej postaci paciorków z pestek kłokoczki południowej ( a nie z chińskiego plastiku) ; bo milsza w dotyku, piękniejsza i szlachetniejsza, pełna znaczeń i przez to odpowiedniejsza do praktyki duchowej. Nie życzę sobie jedynie, aby zajmowanie się ratowaniem kultury bzu czarnego, poprzez jej osobiste praktykowanie, było deprecjonowane nazywaniem mojej praktyki : " gusłami", " ideologią New Age", albo "neopoganizmem".... Bo przecież, kiedyś "wszyscy" ( Polacy, Słowianie, My...hm, sami wybierzcie) tak właśnie żyli. I to nie było jakieś tysiące lat temu...

Friday, March 06, 2009

KARPATY


Tak o tych Karpatach mówi się i pisze, jakby wszystko było już wiadomo... Przebierańcy z Zakopanego, oscypki, tęczowe owce, smreki i dutki, dutki, dutki.... To się nazywa produkt turystyczny ale gdzie są Karpaty? W 2001 roku, Pan Rudolf Schuster, prezydent Republiki Słowacji powiedział : " Widziany z lotu ptaka łańcuch górski Karpat przypomina mi znak zapytania...". Były premier Polski, w 2009 roku widział jedynie wygaszone światła... czyli nic? Widzi się to, na co starcza przygotowania i wyobraźni. Ale produkt turystyczny nie powinien nam paść na mózg jak oślizła meduza (sorki, cholerne meduzy coście mnie tak poparzyły na Korsyce...ale sorry mimo to!). Chyba będę musiał napisać książkę jako ochronę przed budyniowymi meduzami produktów turystycznych. Karpaty to wielka (209 256 km 2) t a j e m n i c a ! Ale zacznijmy od Europy, nawet z nią mamy problem, gdzież są jej granice? Geograficznie podział wygląda tak : Europa Północna : Płw. Skandynawski plus wyspy na Oceanie Arktycznym, Europa Południowa : półwyspy - Iberyjski, Apeniński, Bałkański plus wyspy, Europa Zachodnia : koniec kontynentu do Wisły (! a kuku, niespodzianka!) plus Wyspy Brytyjskie oraz Europa Wschodnia : reszta od Wisły do Uralu. No i coś z tego wynika? Oj tak, wynika - to "widać, słychać i czuć".
Ale drążmy dalej te "oczywistości" naszych gazetowych podróżników-pisarczyków. Gdzie szukać Karpat, do jakiej rodziny należą, skąd się wzięły? Należą do tzw. Alpidów, łańcuchów górskich powstałych wskutek ruchów górotwórczych orogenezy alpejskiej. Są dwie wielkie strefy alpidów : strefa śródziemnomorsko-himalajska (! ale jaja, co?), a w niej : Atlas, Pireneje, Alpy, Apeniny, Karpaty, Góry Dynarskie, Bałkany, Krym, Kaukaz, Hindukusz, Pamir i Himalaje.... oraz strefa pacyficzna, z Andami, Kordylierami, górami Wysp Japońskich, Tajwanu, Filipin, Malajów i części Alaski.
To jest się nad czym zastanowić?
Z drobniejszych spraw to można pomyśleć o rozbuchanym ego naukowców z Zachodu (europocentryzm...? ale do jakiej części Europy się on odnosi?), którym Himalaje były mniej ważne niż Alpy, a jak już wdrapali się na ich (i świata) najwyższy szczyt to nazwali go oczywiście... Mt. Everest, bo przecież miejscowi go nie zauważyli i nie nazywali wcześniej? Himalaje nie miały szans z Zachodem, to co dopiero Karpaty...chociaż leżą w samym centrum Europy?
No i elitarność kultury górskiej nie wypływa jedynie z większych drucianych okularów intelektualistów ale z tego, m.innymi, że w Europie tereny położone na wys. 300-500 m n.p.m. to 9,3 % powierzchni kontynentu, tereny położone na wys. 500-1000 m n.p.m. to -odpowiednio- 10,4% , a te leżące powyżej 1000 m n.p.m. to jedynie 5,1 % Europy. Więc może jednak jest jeszcze jakaś przestrzeń do pracy wyobraźni, do prób rozumienia psychogeograficznych szlaków, punktów i drogowskazów? Nie dajmy się udupić serkami i wełną z watą wsadzaną nam przemocą do nosa, w oczy i uszy. Wprowadzamy od dzisiaj znaczki pocztowe : Carpathians, dość drogie - bo aż 1000 Carpathians... a ile to warte? To jeszcze zobaczymy.

SLOVAKIA


Wiosna już w powietrzu i od południa halny drażni zapachem pierwszej zieleni... Czas więc ruszać na Słowację ! Przygotowania idą pełną parą i lubię, co tu kryć, te dziesiątki maili, telefony, daty i napięcie organizacyjne. Z początkowego galimatiasu (fajne słowo ?) wyłania się powoli program wyprawy i mimo, że wiemy przecież, że tak naprawdę będzie inaczej, mamy satysfakcję z dobrego kawałka roboty. Zagramy "instore" w amerykańskim stylu. To rodzaj spotkania z muzykami i krótkiego, roboczego grania w sklepie muzycznym, z którym zespół jest związany. Gdybyście byli w pobliżu to zapraszam do Hevhetia Music & Gallery, przy ulicy Alżbetina 22 w Koszycach na godzinę 14-stą, 20-stego marca. Tak czy siak, warto tam wpaść, bo chłopaki mają niezłe płyty i wydają książki muzyczne i magazyn Hudba. W tym samym dniu , wieczorem, zagramy koncert w Preszowie, najprawdopodobniej w salce Knihokupectva Christiania. Ich logo macie nad wpisem i jak widać kapusta nie jest dla nich tak podstawowym zielem jak w Polsce. Chociaż u nas też mawia się, że : kapusta : głowa pusta.
Muzyczne ujawnienia są częścią naszej agendy i będziemy starali się porozmawiać o Festiwalu Karpaty Offer, który współorganizujemy. Głównym zadaniem wyprawy jest dotarcie do Mikowej, wsi rodzinnej rodziców Andy Warhola i do muzeum Andika w Medzilaborcach. Tam rozpoczniemy także cykl budowy mobilnego pomnika dla Warhola, który zaprezentujemy w sierpniu w Nowym Sączu a w październiku w Krakowie. Będziemy focić (jak to mówia Słowacy) dwoma cyfrówkami, kamerami otworkowymi i video. Coś na blogu pokaże z tej wyprawy.
Maciek dosłał linki do informacji nt. Festiwalu Energia Dźwięku i miejsca gdzie będę prezentował psychogeografię transu. Ale jak widzicie, prowadzę Was też trochę po zmiennej mapie z serii : geografia oporu. W najbliższą niedzielę na kilka chwil zostanie proklamowana Tymczasowa Strefa Autonomiczna w Krakowie, pod nazwą : Manifa - czyny, nie POPiSy ! Wybieramy się zająć miejsce na olbrzymiej spódnicy Moniki Drożyńskiej...

Thursday, March 05, 2009

AKCJA BEZ CZARNY !


Bez czarny (Sambucus nigra) to jedna z roślin o bogatej i bardzo starej mitologii. Podobno jeszcze przed 50-60 laty na wsi ludzie mijając stare okazy tego drzewa uchylali kapelusza. Niegdyś szukano pod nim pomocy i zdrowia. Kwiaty i owoce stosuje się w ziołolecznictwie i mamy do czynienia z renesansem tego gatunku.
W ramach etnobotanicznej ścieżki do odkrywania tożsamości i kultywowania tradycji, przeprowadziliśmy w trzecim dniu marca akcję zaznaczenia pięknego okazu bzu czerwoną wełną. Takie wełniane sznurki z kutasikami wieszano (i robi się to do dzisiaj !) w celu ochrony przed złymi wpływami.
Zróbcie to sami zamiast gadać bez końca o zaginionych zwyczajach!
Będziemy wdzięczni za foty, które opublikujemy i włączymy do archiwum etnobotanicznego działu naszych tymczasowych stref autonomicznych. Jak chcecie być bardziej cool to zawsze można takie działanie podciągnąć pod LAND ART...

Samochodowa arogancja


Widzę i słyszę w tv jak z wielką powagą rozważa się możliwość specjalnych dopłat do produkcji aut. Mamy już specjalne dopłaty do posiadania w kraju tzw. rolników, dopłacamy do posiadania okazowych muzealnych kolejarzy i mocnych górników : swobodnie petardę odpalą i syreną odważnie zakręcą do kamery! Ale to nie koniec, teraz dopłacać będziemy do szwindli banków i koncernów samochodowych. Aby włos im z głowy nie spadł podczas kryzysu bo... właściwie co? Do pracy pisarzy i naukowców jakoś się to nasze państwo nie kwapi dopłacić w czasie kryzysu... Więc może krokodyle pomogą w oganianiu się od nich? Ja dopłacam do ochrony przyrody już ponad 20 lat i końca nie widać ale wymagania stale rosną...i miny urzędników tzw. wyższego sortu - bardzo poważne. Ale co tam, abyśmy zdrowi byli bo każdy ma swoją karmę !
Maciek donosi, że w Art Cafe -Kalaczakra- we Wrocławiu jest miejsce i czas na mój trzeci odcinek z fascynującej serii : Psychogeografia Transu. Cykl rozwija się od 2007 roku i towarzyszy kolejnym festiwalom Energia Dźwięku. Tym razem będzie flet shakuhachi, Nepal i Azja Środkowa ale mam wielką ochotę także na bezpośrednią prezentację muzyki transowej, tak jak ja ją rozumiem i czuję. To krzepiące, że można się oderwać od przemocy klas panujących czyli sojuszu robotniczo-chłopskiego i oddalić się w sferę energii dźwięku ścieżkami psychogeografii...
24 marca we Wrocławiu ogłaszam Tymczasową Strefę Autonomiczną!

Monday, March 02, 2009

Poniedziałek w KRK


Właściwie to wolę skrót KRAK i w :KRAKU ale rozumiem, że może się niektórym źle kojarzyć? Poniedziałek zazwyczaj jest trudnym dniem i ten testował też trochę moją cierpliwość. Najpierw korowody z przedłużeniem biletu krakowskiej karty miejskiej czyli miesięcznego biletu na wszystko. Automaty nie wydawały reszty, kioski nie miały jak rozmienić banknotu 100 złotowego (wiadomo : kryzys!) itd. itd. Krążąc po kolejnych przystankach z automatami zorientowałem się, że wpadają mi od rana w oko dziwaczne ogłoszenia, reklamy i newsy. Zaczęło się już w domu od wiadomości kulturalnych GW, w których sprawni krytycy sztuki, a może nawet kuratorzy (wow!) donosili, że dyrektor Teatru Łaźnia Nowa, Bartosz Szydłowski przystąpił do akcji odchudzania się z GW! To mnie lekko ogłuszyło, takie wydarzenia na początku tygodnia! Czekam na relację z oddania moczu w wykonaniu Bartosza i życzę dalszych spektakularnych sukcesów na polu sztuki promocji. Czasy się zmieniają, dawniej wystarczyło zgubić pieska i ogłosić to w pomocnym programie Marka Niedźwiedzkiego w "Trójce" , jak to robiła Kora. Teraz katusze odchudzania albo sex i przemoc!
Ale to był tylko początek... bo Bono z U2 donosił, że będzie płyta dla najuboższych. Jaki wielkoduszny i wspaniały gest. Potem z autobusu zobaczyłem baner PiS-u głoszący to niewiarygodnie celne hasło : zachowajmy miejsca pracy. Powalający plan opozycji. Podpowiadam jeszcze mocniejsze hasło : "abyśmy wszyscy zdrowi byli "! Już niespecjalnie zaskoczył mnie banerek reklamujący coś o nazwie : "pizza góralska" ale przyjąłem go już z najwyższym zaniepokojeniem. Przez analogię do tzw. "herbaty góralskiej" można spodziewać się naprawdę ostrej jazdy! Niestety nie był to koniec ataków. W budynku UJ na kampusie wpadłem na plakacik reklamujący : "Smocze jadło". Jak się studenci najedzą : A/ dziewic , B/ siarki ....to będzie zabawa. Bardziej zastanawiające było dla mnie tylko to, że wyrobem ciasteczek zajmuje się firma "Granit"....
Ale były też i zupełnie normalne chwile i zwyczajnie interesujące. Do nich należała rozmowa z Moniką i domowe granie (sorry sąsiedzi !), mailowanie z Jano z Koszyc i kompozycja z soczewicy, grzybów i cukinii...

Sunday, March 01, 2009

MUSIC !


No i Landrover "disco" dotarł szczęśliwie pod naszą "wieżę". Natasza za kierownicą od Sofii do Krakowa ...hm, to chyba nie moja szkoła?! Ale robi wrażenie, niektórzy znani mi "świetni" kierowcy mają problem z dojechaniem na Słowacje...
No więc wieczorem były świetne herbatki z Bułgarii (no, dobra Bogdan...odpalę Ci jedną!), dobre wino i piwo Zagorka dla Ani. Oczywiście także nowe, wiosenne marteniczki (w oryginale to : brzmi nieco groźniej : BABA MARTA !) na szczęście.
Szybko je przywiązałem do naszego laurowego -już prawie - drzewka (ma ponad 120 cm wysokości) i emanują dobrym nastrojem.
A tu pierwszy dzień marca i budzimy się do muzyki ! Sikorki za oknem dają cynk, że już czas. W tym miesiącu gramy na Słowacji podczas festiwalowej wyprawy studialnej do Preszowa, Koszyc i Mikowej. Mikowa to wioska rodzinna Warholów - rodziców Andy Warhola. Od lat jesteśmy przekonani, że wiele z kolorytu wschodniej Słowacji jest obene w sztuce Andika (jak mawiała o nim matka). Pisałem o tym wiele na tym blogu, z miesiąc temu. Na sierpniowe i październikowe festiwalowe dni opracowujemy z Bogdanem "mobilny pomnik dla Andy Warhola". Praca nad Festiwalem Karpaty Offer nie jest prosta ale zaczyna przynosić interesujące projekty... o tym za kilka tygodni.
No więc MUSIC ! Po Słowacji zagramy na CoCart Festiwal w Toruniu. Festiwal zapowiada się interesująco i można już posłuchać na myspace ciekawych utworów, m. innymi jest tam pierwsze sieciowe ujawnienie mojego projektu Cybertotem (płyta się opóźnia z wielu powodów, ale będzie!) w postaci nagrania : Hati / Marek Styczyński. Swoja drogą to po ilości wejść na zestaw utworów promujących CoCart widać, że w Polsce dalej troszkę prowincjonalnie : czym bardziej "japońskie" nazwisko tym liczniejsza grupa znawców.
Ale smarkam na to i życzę Hati cierpliwości i uporu.
Na Festiwalu nie tylko zagramy ; Rafał z Hati chce z nas wydusić wszystko przy tej okazji ! Będzie więc prezentacja : etnobotaniczne aspekty muzyki i psychogeografia transu, także warsztat Ani - Odzyskać głos- z moim instrumentalnym udziałem (jak na Sopatowcu) i koncert. Zagramy z Andrzejem Widotą (sampler, syntezator, kreatywność i przytomność umysłu) i będzie też z nami Bogdan (jak się "wykokosi" i oderwie od sądeckiej macierzy...?!) z Flagą Świata i fotografią organiczną.
A w kwietniu : koncert w Gdańsku z Eric'em Arnem i Tomkiem Radziukiem i Kraków w ramach Dekady Fotografii. Ale najważniejsze jest to, że sprzęt znowu zagraca "wieże" i po raz kolejny wchodzimy na muzyczną ścieżkę. W tym roku będzie ona miała gęsty smak Sopatowiec Session.

Saturday, February 28, 2009

STREET ART


SMS oznajmił mi właśnie, że Landrover "disco" mija Budapeszt ! Są więc już "w domu". To tak trudno wytłumaczyć na Mazowszu i bez obrazy, że dla nas Budapeszt, Wiedeń, Koszyce, Kraków to jak "w domu", coś jak, hm... np. Mińsk dla Warszawy?
Ale piszę z innego powodu ; nie mogę wyjść z szoku (a trwa to już około 24 godziny) po uaktywnieniu zabawki, która pokazuje skąd ludzie odwiedzają (i jak sądzę odwiedzają w celu czytania???) mój blog. Byłem przekonany, że czyta mnie Ania (wiadomo...moja słaba interpunkcja wymaga czasem interwencji), Natasza i jej ekipa ( dla nich samych warto już pisać bo mają poczucie humoru odbiegające daleko od szarej i smutnej normy wyhodowanej wraz z pleśnią w salkach katechetycznych i politycznych zakrystiach, no i jakie Macio murale obfotografował w ...Bejrucie, eh, boy), czasem może czyta Bogdan (bo sprawdzam i odpytuję) i w chwilach nudy Mirek. Chociaż ostatnio napisała do mnie Tuania, że o mały włos nie stała się pierwszą ofiarą polskiej falangi Guerrilla Gardening, bo czytała mój opis ataku guerrillas w zakonspirowanej centrali tego ruchu... jedząc ciasteczka.
Czytanie bywa niebezpieczne, wie o tym bardzo wielu Polaków i zachowuje ostrożność kupując jedną, góra dwie książki rocznie. Jak do tego praktykować nie mycie się, to można żyć długo i szczęśliwie! No ale ta lista czytających mnie zaskakuje i onieśmiela. No bo żeby zaraz moje ukochane Oaukland, Brooklyn (tu chyba działa ten koszmarny piesek?), karpacko bratni Rzeszów, kolebka i twierdza polskiego folku - Lublin i nadmorski Gdańsk !!! A Gdańsk i Bałtyk kochamy prawie tak jak Karpaty, a może nawet tak samo mocno tylko inaczej (?!). I chyba także Chicago... tutaj byłbym ostrożny ale witam! Dziekuję!!!
I tak się rozkręcam, że będę pisał od dzisiaj o wszystkim : o naszym szołbiznesie, o myciu zębów i pastowaniu butów (trochę intymności), o tym co widzę za oknem, coś z sexu i przemocy... To może mnie nawet Onet zauważy? Już widzę te tytuły : "kontrowersyjny blog prostego leśnika" albo "stary a trafia w klawisze laptopa". A może troszkę politycznie? Dla mnie to pestka, bo w cichości ducha liczę, że ci skrajnie z prawa i skrajnie z lewa rzucają ..rwami , o ile czytają!? Swoją drogą to chyba czytają, bo czujemy lewacki i bogojczyźniany ostracyzm (a jacy oni bidusie podobni do siebie, wierzyć się nie chce! całkiem jak bliźniaki, ups!). Także im dziękuję ! Pomaga to realizować praktykę środkowej drogi. Ale raczej wejdę w sex i przemoc, to kręci tzw. dziennikarzy interwencyjnych (dawniej trafniej nazywanych "ścierwojadami", sorki wam dumne sępy ścierwojady!). Gotujcie się więc na mocne wrażenia.
Aby wizualnie podziękować czytającym , zamieszczam wyklejankę (ma w naturze kilka metrów!), którą Bogdan uwiecznił i zarchiwizował do naszej kolekcji sztuki ulicy z Nowego Sącza. Dziekuję Wam bezimienni twórcy za Wasz trud i dystans do gierek tzw. polityków. Za działanie na prowincji bez prowincjonalizmu. Wspólnymi siłami walniemy w budyń aż się rozbryzgnie (?) od morza do morza... chyba!?

Friday, February 27, 2009

MA-DO


Worek z dobrymi koncertami się rozwiązał i znowu w Muzeum -manggha- poddani zostaliśmy post -free - jazzowi prosto ... z Japonii. Ma-Do to nazwa kwartetu pianistki Satoko Fuji ale także gra słów : "mado" znaczy po japońsku okno ale sama sylaba "ma" oznacza : "ciszę pomiędzy kolejnymi nutami". No i tak też grali : zmiany tempa, zmiany stylu od noisowych uniesień do ciszy, od solowej improwizacji do zaaranżowanych i zespołowych partii ale zawsze z opanowaniem i rozwagą. To muzyka, którą chętnie słuchamy, bo z jednej strony oryginalna, ale także miejscami dobrze nam znana, bo osadzona w tradycji chicagowskiego AACM. Kupiliśmy płytkę z materiałem zaprezentowanym na scenie (Satoko Fuji / Ma-Do/ Heat Vave NotTwo Records). Płyta nie oddaje siły Ma-Do na scenie ale jest świetna i włączyliśmy ją do kolekcji. Cenię takie granie i szczególnie dobrze mi robią momenty, w których pojawiają się na chwilę zaaranżowane partie zespołowe aby nagle zniknąć i oddać pole indywidualnej improwizacji. W polskim jazzie jest dokładnie na odwrót : improwizacja jest jakby wstydliwa i skracana na rzecz partii wyuczonych na setkach prób. Tak jakby improwizujący bał się, że mu ktoś postawi zarzut, że nie umie grać zespołowo, melodyjnie i miło. A może takich krótkich improwizacji uczą na letnich kursach i w szkołach "jazzu i muzyki rozrywkowej" ? Może brak natchnienia albo to, że u nas więcej prób niż koncertów... W Ma-Do polecam szczególnej uwadze Akira Horikoshi. To perkusista grający w taki sposób, że nawet nasze zatwardziałe serca żywiej zabiły a przekonanie, że nigdy nie spotkamy odpowiedniego perkusisty zostało mocno nadwyrężone.
W południe skończyłem kolejny tekst z serii Instrumenty muzyczne świata, którą już trzeci rok piszę dla słowackiego magazynu Hudba. Tym razem napisałem o flecie shakuhachi, zbudowanym z bambusu. Gra się na nim wspaniałą, medytacyjną muzykę honkyoku, którą niekiedy określa się jako : "szum wiatru w gaju bambusowym". Satoko Fuji i jej ekipa, mimo wszystkich szkół i kursów jazzowych ocaliła ten szum wiatru. To dobre uczucie słuchać trąbki Natsuki Tamury i wiedzieć skąd bierze ten spokój i pewność używania brzmienia oddechu, szelestu i delikatnych poszumów wydobywanych z instrumentu. Te same rejony eksplorował świetny kontrabasista Norikasu Koreyasu. Sama leaderka pokazała jak ciekawym może być poczciwy fortepian i jak bezpretensjonalnie i bez egzaltacji można zastosować niby ograne już sposoby preparowania dźwięku z pomocą techniki slade, arco i kilku innych "patentów" zagranych z sensem i tam gdzie należało. A to zdanie o ciekawym fortepianie nie przyszło mi łatwo, zważywszy, że moje doświadczenia z lekcjami gry na tym potworze omal nie zakończyły się wstrętem do muzyki. Jestem ciągle wdzięczny za cierpliwość moich nauczycielek i ich bezgraniczna wyrozumiałość.
Czekam też na powrót Nataszy i Andrzeja z Sofii. Ich Landrover "disco" właśnie mija Belgrad, tako rzecze ...sms ! I tak sobie myślałem : jakąż to fotką zilustrować te japońsko - bułgarsko - bambusowe klimaty dzisiejszego dnia?! No i przypomniałem sobie, że jest taka! W sierpniu zeszłego roku nad Strumą (bardzo dla mnie interesująca rzeka Bułgarii i Grecji), w geologicznie i kulturowo niezwykłym miejscu, fotografowałem gaj bambusowy (!) z marteniczką przywiązaną do jednej z łodyg tej dużej trawy. Marteniczka to wełniane, biało-czerwone sznureczki lub laleczki , którymi o tej porze roku obdarowuje się w Bułgarii bliskich. Są życzeniem szczęścia, pożegnaniem starego roku, zimy i zapowiedzią wiosny.
I tak się trochę zadumałem : czy taki obraz powoduje, że o świecie myśli się już inaczej niż kiedyś ? Czy może myśląc inaczej o świecie tworzymy przestrzeń, w której pojawiają się nowe obrazy?

Monday, February 23, 2009

FOKI w BESKIDACH


Kilka ostatnich dni to całkiem interesujący czas. Nie w tym rzecz, że atakuje mnie nuda ale pośród powodzi terminów, spraw do załatwienia i fascynujących (mniej lub bardziej....) akcji zaczynam zwracać uwagę na sąsiedztwo wydarzeń. To trochę tak jak w kuchni, są potrawy, które lepiej smakują w zestawieniu z innymi, co więcej ; pewne zestawy tworzą odrębne światy kulinarne. I tak było w ostatnim tygodniu. Zaczęło się od koncertu (w Muzeum -manggha-) gamelanu z Indonezji. Mimo, że część muzyków okazała się młodymi ludźmi z Warszawy przebranymi za Jawajczyków, było bardzo sympatycznie i inspirująco. Sam kiedyś męczyłem się trochę z gamelanem (i to w Warszawie !) i wiem, że to nie jest proste zajęcie... Muzyka gamelanu w wydaniu warszawsko-jawajskim była ciepłym przekazem i wielkim relaksem estetycznym w naszym bogoojczyźnianym raju kultury cholernie wysokiej. Wokalistka i tancerka dodały tego czegoś, co powoduje, że wszystko nabiera sensu i zaczynamy wierzyć w siłę sztuki. Roztkliwieni kosmicznym brzmieniem gamelanu zagapiliśmy się i nie uciekliśmy zaraz po złowieszczej zapowiedzi pana Antoniego Krupy (człowieka legendy, w znaczeniu : swobodnie snującym gawędy / legendy ), który występ kilku czarnoskórych klubowych wyjadaczy raczył zaanonsować jako niezwykłe wydarzenie. Pan Antoni K. opowiadał coś o tradycji ale mili goście Afrykę widzieli chyba w National Geographic i tak ją też czuli. W Niemczech jest zwyczaj letnich koncertów dla tzw. ludności z prowincji lub emeryckich dzielnic wielkich miast. Jest piwko, kiełbaski i World Music. Na tych letnich koncertach jest troszkę Czarnego Lądu, troszkę magicznej Azji i czasem Cygan, wolny jak wiatr! albo Inka z kondorem na ramieniu ... a z jazzu to zazwyczaj Zamfir! I taki to kontekst przyszedł mi na myśl po pierwszych walnięciach w bęben ! Sorry !
Umknęliśmy jednak bez wielkich strat własnych, udało się zapomnieć o ferii afropodobnych rytmów i zasypialiśmy w ekscytujących, muzycznych emanacjach krajobrazów Jawy, Sumatry i troszkę Bali. A jak mawiał Profesor Andrzej Strumiłło : eh, Bali, Bali, Bali....
Na drugi dzień, ale w tym samym miejscu znaleźliśmy się z okazji koncertu mistrza Triloka Gurtu z zespołem Arke. I znowu musieliśmy przebrnąć przez legendziarza Antoniego K. , który raczył nas poinformować, że : " jest tylko jeden muzyk z nurtu World Music, bardziej znany niż Trilok Gurtu. Jest nim Ravi Shankar". To nic, że Pandit Ravi Shankar gra klasyczną muzykę Indii i Jego interpretacje rag są dzisiaj jak żywa legenda i wzór wzorów. Jak nie jest z Europy to musi grać WM, to jasne jak słońce! Zaczynam się domyślać, kto jest autorem słynnej radiowej zapowiedzi : "na prymitywnej lutni sitar zagra ludowy muzyk Ravi Shankar"....z której obyci muzycy śmieją się od blisko 30 lat.
Pomijając kabaretowe popisy i autoreklamowe spoty Pana Gawędziarza, koncert wbił nas w (niestety niewygodne) krzesełka dostawkowe, po 30 zł od ebonitowego siedziska! Zestawienie włoskiej ekipy smyczkowej z fenomenalnymi rytmami i brzmieniami instrumentów Triloka Gurtu było baaardzo smakowite! I wcale nie chodziło o wirtuozerię ale o muzykę w czystej postaci, o zaangażowanie i odwagę. Od dawna już odróżniam zestaw tzw. patentów, także popisowych autorskich brzmień od odwagi zaryzykowania czegoś nowego, odwagi zmiany płynącej ze swobody poruszania się wewnątrz muzyki. Jestem przekonany, że dźwięk jest żywiołem jak woda, ogień, powietrze i ziemia, jak elektryczność. Praca z żywiołem nie polega na jego pacyfikacji, na rozebraniu na czynniki pierwsze, na panowaniu nad nim ale na uważności , rozumieniu i szacunku. To co, że mistyka?! A 300 osób słuchających siwego Pana nurkującego w rytmach to nie mistyka? Wszystkim by się przydało w tej kwestii więcej mistyki a mniej biznesu, naprawdę.
Koncert podbił nieco ostrożną na początku publiczność i sprawił, że kończył się już wspólnie i z wielką radością. Oczywiście, były malutkie minusiki w postaci (jednak) różnicy pomiędzy żywiołem Gurtu i akademizmem Arke (oczywiście : Boże daj innym absolwentom taki akademizm, ale jednak...) i jak powiedziała Ania : był to przykład uczynienia interesującego tła dla Triloka Gurtu, tła na bardzo wysokim poziomie. A to sztuka , szczególnie w kraju indywidualistów. Mnie trochę brakowało poważniejszego wprowadzenia, zwłaszcza, że koncert odbywał się w ramach 6. Festiwalu Muzyki Perkusyjnej i w dużej mierze był skierowany do studentów. A warto byłoby wspomnieć o matce Triloka Gurtu, o jego pojawieniu się na Zachodzie, o tym co i jak grał w Shakti Johna McLaughlina, o licznych własnych projektach i płytach. A nie jest to wiedza powszechnie znana, co było słychać u tak doświadczonego znawcy jazzu światowego jakim jest pan Antoni K.
Nie jestem pewien, czy mój odbiór tego koncertu jest jedynym możliwym. Ciągle jeszcze dość powszechne jest przekonanie, że dyplom czyni muzykiem... a wystarczy posłuchać kompozycji reklamujących różne produkty w tv. Te poukładane według prawideł niby-melodie, zaśpiewane ustawionymi głosami są tak estetyczne, że budzą u mnie odruch wymiotny lub łzawienie oczu w wyniku nerwowego napadu śmiechu. Ale co tam, to nie moje zmartwienie i faktycznie po koncercie nie martwiłem się nawet przez chwilę. No i jakoś mnie nie dziwi, że te koncerty i Festiwal jest dziełem człowieka, który świetne rzeczy w muzyce robił na długo przed tym jak stał się profesorem w Akademii Muzycznej.
Tak podbudowani, następne dwa dni spędziliśmy na tułaczce po Beskidzie Sądeckim na trasie : Rytro - Hala Konieczna - Prehyba - Szczawnica. Nasze turowe narty oblepione zostały paskami granatowego materiału, nazwanego na pamiątkę pierwotnych dawców tego urządzenia - fokami! Foki powodują, że można iść pod każdą górę. To automatycznie powoduje, że idzie się pod każdą górę i kończy się to fatalnie dla wpadających w przesadę. Ale widoki, smak powietrza, samopoczucie jest niewiarygodne. Da się to porównać do momentów z naprawdę dobrych koncertów, ale tylko w pewnym zakresie. Naprawdę nie mogę zrozumieć jak można uczyć muzyki bez kursu narciarstwa turowego i trekkingu w Himalajach, bez wałęsania się po otwartych przestrzeniach i spania w nocnych pociągach, bez praktykowania zachwytu trudnego do wypowiedzenia słowami i przymusu robienia rzeczy, które okazują się sensowne dopiero po latach ?
Dwa dobre koncerty i dwa dni fantastycznego trekkingu na nartach w jednym tygodniu to jest coś bardzo wyjątkowego. Na resztę można swobodnie smarkać. Na mrozie zalecam jednak pewną ostrożność!

Monday, February 16, 2009

Halny


Jakieś dwa tygodnie temu, korzystając z chwilowej przerwy w zimie, wybraliśmy się w Pieniny. Narty są super, rowerki są super, jazda Landroverem po Serbii jest interesujące ale moim przeznaczeniem jest trekking. Trekking to intensywna piesza wędrówka o charakterze bardziej kulturowym niż sportowym. Piszę na wszelki wypadek, gdyż kilka razy napisano mi (w opisie mojej barwnej osobowości) mylnie zamiast "trekker" - "traker", co oznacza kierowcę wielkich ciężarówek... To prawda, że mam do nich pewną słabość... ale myślę o lśniących potworach w USA, a nie brudnych i podobnych do siebie jak dwie kozy w nosie ciężarówkach, wymuszających wszystko na drogach naszej części Europy, których kierowcy zajmują się polowaniem na rowerzystów i usługami "tirówek". Te potwory na drogach w USA są tak wypicowane, że działają jak lustra - wiem, bo filmowałem je od Nowego Jorku do San Francisco i mam wiele godzin dowodów.
Tak więc mini trekking pieniński polegał na przecięciu Pienin z Krościenka przez przełęcz Szopka do Czerwonego Klasztoru i przejściu wzdłuż Dunajca do Szczawnicy. Mocny ale ciepły wiatr przeganiał chmury i odsłaniał, zasłaniał, odsłaniał, zasłaniał... jak to halny. W knajpie w Czerwonym Klasztorze zjedliśmy spokojnie -vyprazany syr- i napilismy się Kofolii (ja) i wina (Ania). Sala była pusta (wiadomo drożyzna na Słowacji : wino 4-razy tańsze niż w Krakowie i 2-razy smaczniejsze...), eh kryzys! Wiadomo, że z Pienin świetnie widać Tatry i tym razem to było znowu mocne! Trasę pod Trzema Koronami przechodziliśmy już dziesiątki razy : pieszo, na rowerach, na nartach ... i zawsze jest r e w e l a c y j n i e.
W Czerwonym Klasztorze pojawił się nowy (czerwona dachówka) dach na budynku klasztoru ,w którym dotąd znajdował się zaimprowizowany sklep i WC ! Mamy nadzieje na małe pokoiki...
W Szczawnicy miło (po raz drugi!) zaskoczyła nas drewniana knajpa nad Grajcarkiem. Można tam zjeść bez narażania się na bierne wypalenie 20 papierosów i to zjeść całkiem dobrze, szkoda tylko, że nie jest tak drogo jak na Słowacji (ale drożej, nieco).
Nogi nas troche bolały i Ania się smiała, że zachowujemy się jak starzy "Krakusi" : jak nie Tatry to Pieniny. Dobrze, że nie mamy jeszcze jamnika...
Fotkę wykonała Ania z kładki na Dunajcu pod Trzema Koronami, ostatnio wyrywa mi aparat i umyka z nim w celu wykonywania całkiem niezłych fotografii. Chyba wrócę do rysowania...

Friday, February 06, 2009

Guerrilla gardening - ciąg dalszy...


Po ostatnim wpisie nt. partyzantki ogrodniczej mój dobry znajomy wylał mi niespodziewanie kubeł zimnej wody na głowę : a to, że poetyka "bombowa" go wcale nie kręci, a to, że stare babcie też sadzą kwiatki gdzie mogą i nikt z tego nie robi wielkiego "halo" i to, że cały ten proceder nie jest wcale pozytywny bo jak gdzieś nie rosną kwiatki to może oznaczać, że rosnąć tam nie powinny...
No i zacząłem się zastanawiać... Sami wiecie jak to jest : gdzieś poza Polską tyle spraw wydaje się nam sensownych, zabawnych, potrzebnych i godnych zaangażowania, ale po powrocie nagle zmienia się nam optyka i wszystko jest bezsensowne, głupie, zbędne i warte jedynie wzruszenia ramionami. Ileż to razy wracając samolotem / koleją / pieszo / na rowerze / promem / samochodem mieliśmy głowy pełne znakomitych pomysłów i entuzjazmu ale wystarczyło dwa - trzy dni na ojczystej glebie aby głupoty zostały odessane i pojawiła się swojska, depresyjna i podzielana przez szerokie masy tzw. polska rzeczywistość. Specjalnie wymieniłem wszystkie zastosowane dotąd osobiście środki transportu gdyż kiedyś sądziłem, że te wyjaławiające powroty mogą być skutkiem dekompresji wywołanej szybkim schodzeniem do lądowania lub nagłym zmniejszeniem prędkości samochodu ze względu na nasze drogi... ale wolny rowerek ?, jeszcze wolniejsza (nasza) kolej ? Jedynie podróż promem, w moim przypadku jest oczywistą przyczyną zapadania na DNW (Depresyjną Negację Wszystkiego) na terytorium Polski ; to tzw. choroba morska.
Prawie już zniechęcony do partyzantki ogrodniczej, w ostatnim akcie obrony mojego naiwnego entuzjazmu, zapragnąłem sam się przekonać jacy naprawdę są guerrilleros - ogrodnicy? Kilka dni zajęło mi wyszukanie ich kryjówki ale znalazłem i... udało mi się wejść tam pod ich nieobecność ! W małej kanciapce znalazłem : paprotkę znaną wszystkim uczniom polskich szkół, cebulki irysów, siatkę pełną cebulki do sadzenia (tzw. dymki) i małe bulwki niezidentyfikowanych roślin. Na ścianach buntownicze gryzmoły jak w jakimś kiblu na PKP. Aby mieć dowód niecnego procederu wyjąłem aparat fotograficzny i już miałem fotografować gdy jeden z bojowników wpadł do pomieszczenia. Strasząc paprotką i dymką ostro mnie pogonił ! W ostatniej chwili udało mi się pstryknąć i sami widzicie : ohyda!!! Wyszło szydło z worka.
Mój znajomy miał jednak rację - to skandaliczne zajęcie powinno być u nas szczególnie karane ,
aby nigdy nic zielonego - nielegalnego nas nie wytrąciło z pięknej szarej rzeczywistości. O kolorowych głupich kwiatach to nawet nie wspomnę. Zasrani "guerrilleros" z bożej łaski. Do roboty by się zabrali....

Monday, February 02, 2009

GUERRILLA GARDENING


Instytucja opanowały już wszystko - a (...) "Nowa Lewica tak naprawdę nigdy nie potrafiła uwierzyć we własne istnienie, póki nie usłyszała o sobie w Wieczornych Wiadomościach" (z "Tymczasowa Strefa Autonomiczna" Hakim Bey) i w tej sytuacji najzdrowiej jest zająć się tworzeniem własnych miejsc w czasie i przestrzeni w rodzaju TAZ : Temporary Autonomous Zone i ...nie zapominać przy tym o przyjemności.
Oczywiście gość o ksywie Hakim Bey niczego nie odkrył i niepokojąco zaczyna dobrze definiować to, co garstka ostatnich partyzantów robi od pół wieku z okładem...ale dziełko małe i interpretacje jakże różnorodne. Jest szansa, że oko Mordoru tego nie wyłapie. Podoba mi się też opisanie taktyki znikania (chociaż wolę Carlosa Castanedę, bo dowiódł skuteczności tej taktyki swoim życiem), gdyż opis niczego nie przybliża osobom, które nigdy jej nie zastosowały! Powraca więc alegoryczny styl i język zrozumiały tylko zaufanym. To krzepi... bo Instytucje słabo sobie radzą z językami innymi niż ich własne. Efekty zastosowania technik TAZ i znikania, także starej dobrej szkoły DYI ( jak u pana Słodowego : zrób to sam!), która w dobie internetu nabrała nowych znaczeń, bywają zaskakujące. Jeden z takich efektów interesuje mnie już od blisko dwóch lat i nazywa się : guerrilla gardening.
Słowo -guerrilla- jest pochodzenia hiszpańskiego i oznacza -małą wojnę- ( w Polsce to : partyzantka), którą to taktykę zapoczątkowano (na Zachodzie) w 1808 roku podczas najazdu Bonapartego na Hiszpanię. Przez 8 lat, bojownicy nazywani "guerrilleros" nękali i zniechęcali pana Bonapartego. Jako jeden z prawzorów tej taktyki wymienia się także polskie powstanie przeciwko carskiej Rosji z 1863 roku, a także wojnę domową w USA i kilka innych kampanii. W XX wieku określenie "guerrilla" utrwaliły dwa dzieła : "On Guerrilla warfare" Mao-Tse-Tunga (1937r.) oraz "Guerrilla warfare" Ernesto "Che" Guevary (1961 r.) opisujące nękanie wojsk Fulgencjo Batisty na Kubie.
Fundamentalną różnicą pomiędzy działaniami regularnych wojsk a bojownikami (guerrilleros) jest to, że wojsko ćwiczy działanie na rozkaz bez osobistego angażowania się w politykę, bojownicy całkiem na odwrót. Wojsko wykonuje rozkazy i ma wielką siłę, guerrilleros mają osobistą, silną motywację, która sprzyja kreatywności w osiąganiu celu. Budując TAZ lub znikając stajemy się guerrilleros i walczymy swoim uporem i pomysłowością. Często są to akcje pozornie żartobliwe i mało znaczące (dla regularnej armii tak, dla bojowników nie). Od siebie dodałbym, że ważnym zadaniem każdej akcji guerrilleros jest przekaz jaki niesie akt sprzeciwu innym bojownikom.
Pozostawmy militarne akcje za sobą i rozglądnijmy się wokoło (jak wielu przed nami...) po naszym mieście i dzielnicy. Wszędzie panuje dyskurs komercji i władzy. Jedne pomniki zastępują inne i od zmian politycznych jakoś nie przybywa przestrzenii czysto publicznej, wolnej i zabawnej. Instytucje są pozornie otwarte bo dysponują już procedurami tzw. "ujawniania aktorów konfliktów" i zawsze można się z nimi zmierzyć. Powodzenia ! Ale można je także systematycznie ignorować, stawiać w kłopotliwych sytuacjach, ośmieszać lub unikać ich. Jedną z takich technik miejskiej walki partyzanckiej (guerrilli) jest praktyka GUERRILLA GARDENING. Polega ona na nieuzgadnianym, nielegalnym i często spontanicznym sadzeniu roślin w miejscach gdzie stanowią one (miłe) zaskoczenie, estetyczną prowokację, sposób zwrócenia uwagi na problem miejskiej pustynii i zaniedbań Instytucji ale także sprawianie sobie przyjemności z sadzenia i obserwowania roślin. Do fantastycznych pomysłów tej techniki należy tzw. "seeds bombing" czyli bombardowanie (często z pędzącego roweru !) wybranych terenów kulami (chociaż nie tylko...) zrobionymi z ziemi wymieszanej z nasionami i kompostem.
Ile grup guerrilleros tyle pomysłów na ogrodniczą partyzantkę ! Nie warto (poza ideą "seeds bombing") wzorować się zbytnio na już przeprowadzonych akcjach, rzecz w tym by zastosować własne taktyki bojowe! Na swój użytek zaliczam guerrilla gardening do szeroko rozumianej sztuki ulicy (street art). W skali świata ruch ten ma przyszłość ; przyjmuje się, że do 2050 roku 2/3 ludzkości będzie żyło w miastach!
Od jakiego momentu stajesz się ogrodniczym "gueerrilleros"? Od chwili kiedy przeprowadzisz swoją własną pierwszą akcję!
Milowym krokiem na ścieżce do masowego "ogrodniczego powstania" jest książka Richarda Reynoldsa pt. " On guerrilla gardening". Była ona w zeszłym roku wielkim hitem wydawniczym w Londynie. Autor nie rości sobie pierwszeństwa ani też wyłączności na partyzantkę ogrodniczą, nie wydaje też certyfikatów ale opisuje wiele interesujących wątków tej ogrodniczej i osobistej Tymczasowej Strefy Autonomicznej. Bo jest jeszcze inne odgałęzienie tej metody. Są to ogrody społecznościowe zakładane w miastach... To już w innym odcinku. Póki co, zaglądnijcie na strone miejskiem partyzantki Richarda.
Tak więc do boju : Enjoy your plants!

Problem z tęczowymi owcami


Po ostatnim wpisie jeszcze dwukrotnie badaliśmy domniemany wzrost cen na Słowacji i w wyniku tych badań postanowiliśmy wybrać się tam w lutym na kilka dni. Pozwoli nam to na jeszcze wnikliwsze badania terenowe i uzyskanie materiałów porównawczych. Góralska tuba TVN-u (ledwo zamaskowana tzw. "zakopiańska 5. kolumna") pewnie za moment zasugeruje, że i śnieg na Słowacji jest zdecydowanie gorszy. Mamy nadzieję, że w tym czasie Mazowsze ruszy tradycyjnie do taniego, miłego, cichego i stylowego Zakopanego ! Ostatnio słyszałem w radiu, że tzw. "górale z Zakopanego" leją łzy bo ponoć cepry z centrali nie kupują już swetrów ! O laboga, nieszczęście... a może taniej watę w aptece kupić?
Ciekawe jak idą skórki z owiec w kolorach : czerwony, żółty, fioletowy, zielony! Takie skórki zobaczyć można już przy drodze tzw. "zakopiance" (nazwa na pamiątkę starej prawdy, że z tzw. góralami z zakopanego jeszcze nikt się nigdy nie dogadał) na ozdobnych regionalnych konstrukcjach z ledwo ostruganych desek. Wysyp kolorowych owiec można tłumaczyć różnie : biała owca to banał, a czarna ...sami rozumiecie. Tzw. górale udają, że pozostałymi kolorami sondują rynek ale wiadomo, że skończy się na tęczowych "łowieckach" i ( uwaga : subtelny żarcik, sorry) w konsekwencji na... kozach. A może nie? Ciągle przecież nieprzebrany tłum wali do "stolicy" Tatr... a potrzeby rosną bo teraz to i Chicago na utrzymaniu!?
No i ten tłum tworzą specyficzni "turyści" tworzeni przez podaż : " (...) Z tymi typami to jednak daremny trud. Jedyne książki jakie potrafią czytać, to księgi główne Kompanii zawierające wykaz zysków z jej monopolu (...)" /Claudio Magris "Na oślep"/.

Monday, January 19, 2009

MIX


Wczoraj śmigaliśmy na nartach w Tatrach. Oczywiście, że na Słowacji ! Nie uwierzyliśmy w dziwne i nieprawdziwe materiały w tv, typu : raj jest w Zakopanem, na Słowacji strasznie drogo, bo EURO! Lobby pseudo górali z Zakopanego to jest UKŁAD, inne układy przy tym to małe piwo... W lecie tropiliśmy pod Rohaczami arcydzięgle a w zimie oddajemy się bezmyślnie szybkiemu zsuwaniu w dół. Nie jest drożej (nigdzie nie jest drożej niż w Zakopanem), nie ma kolejek i spokojniej jakoś. Nawet w zimie można też coś ciekawego dopisać do kajetu botanicznego; piękne okazy brodaczki! To nie góralka z brodą ale porost rosnący na drzewach. Wracając zobaczyłem na płotach plakaty : XXX lecie KSU ! Cóż, lata lecą ale coś mi nie gra w obchodzeniu 30-lecia przez punkowców!?

Monday, January 12, 2009

Guru przemówił ! a sikorki srają dalej...


W niedzielny wieczór Guru przemówił ! Przemówił wobec milionów ludzi czekających w napięciu na wizytę duszpasterską, a póki co, zgromadzonych wokół telewizorów ! Jak przystało na Guru, przemówił ustami Pana Owsiaka ! A Pana Owsiaka nie można nie słuchać, bo kładzie na łopatki rok za rokiem, takich sprawnych populistów jak Pan Rydzyk... Respekt ! Owsiak to fenomen i tuba zwykłych ludzi. No bo te miliony na chore dzieciaki (i niemożność urzędników od zdrowia), to datki - głosowanie, to plebiscyt. Bo wszyscy wiemy, że jak sobie sami nie pomożemy... Szkoda, że przy tym zawsze się jakiś kabotyn przemyci do mediów. Pan Guru słusznie i trafnie nazwał kilka (3 ?) ekip -medialnych odcinaczy kuponów - hujami, nazywając ich przy tym nieco górnolotnie "muzykami". Tak jakby nie rozumiał, że o muzykę chodzi w tej grze najmniej. "Muzykom" tym ubliżył publicznie i użył słów, które oddają ich najskrytszą istotę. Ale czy to jakieś odkrycie? I czy dotyczy to tylko tej sytuacji?
Grzać się trzeba ! - bo mróz i nowy kryzys ! Tym razem gazowy i znowu te poważne miny i pryncypialne tony naszych telewizyjnych mądrali. Kto za Rosją, kto za Ukrainą? Gaz gdzieś w tle...uchodzi z seriali pod myląca nazwą "wiadomości / fakty /serwisy informacyjne". I w dwa telewizyjne dni; wirują w tzw. eterze : sprostytuowane ministerki, huje (niby) muzyczne, "goebelsy" prawicy itd. itd.
A u nas w Krakowie ... sikorki (te bez duszy wg. święcącego samochody księdza) zajadają się na balkonie słonecznikiem i zerkają na nas przez okno. I jakoś tak miło się robi, bo sikorki niczego nam nie załatwią, nie są też kool, nie mają znaczenia dla globalnej polityki, są obojętne dla polskich biskupów i nie są najwyraźniej zmanipulowane przez pana Sierakowskiego. Raczej też nie trafią do wolnościowego dodatku Wysokie Obcasy, nie poprowadzą feministycznego teleturnieju i nie wywindują Andrzeja Leppera. Nawet panem Olejniczakiem się nie martwią! One tylko latają, piszczą, jedzą i srają na całe to otoczenie.

Sunday, January 04, 2009

Bułgarski surwakane w Karpatach !


No i już "w robocie"... Wczoraj wróciliśmy z sylwestrowego warsztatu na Sopatowcu i jeszcze trochę żyję naprawdę dobrą atmosferą spotkań, wycieczki na Prehybę i spaceru etnobotanicznego. Zrobiliśmy wspólnie kilka surwaczek (opis znajdziecie w poprzednim wpisie na tym blogu) z czerwonych gałęzi derenia i spontanicznie przeprowadziliśmy surwakane czyli tradycyjny, noworoczny obrzęd bułgarski w... Karpatach. Należy pamiętać, że Sopatowiec to sioło położone na tzw. łazach czyli pasterskim siedlisku pozostałym po Wołochach... Będę jeszcze drążył te tradycje związane z dereniem, bo z takich samych czerwonych gałęzi innego gatunku derenia Indianie budują swoje "łapacze duchów"... Ale już trochę pracuję nad czymś innym ; małą ale fascynującą częścią festiwalu Karpaty Offer 2009. Chodzi o Andika czyli Andy Warhol'a. Jego rodzice pochodzili z małej wioski rusinów słowackich w Karpatach.
W kolejnej książce na jego temat : "Andy Warhol - Życie i Śmierć" (Victor Bockris) znajduję co chwilę jakieś znaczące zdanie lub informację. Jakąś nową/inną perspektywę dla naszych działań daje (?) zdanie samego Andika (tak nazywała go matka Julia, z domu Zavacki) : "Pochodzę znikąd". Kolejna perspektywa jawi się dość delikatnie po przeczytaniu zdania : " Dla Julii Rosjanie byli nie lepsi od Niemców, a Polacy jeszcze gorsi." Ta opinia dotyczy ciężkich lat 1914-1916, w których Julia uciekała do lasu przed Rosjanami, Niemcami i Polakami - z takim samym przerażeniem.
Ciekawa informacja to ta, w której autor książki twierdzi, że Julia uciekała w 1921 roku sama do Ameryki, do męża pracującego w Pitsburgu od lat. Dotąd spotykałem opisy mówiące o tym jak to rodzice Andika uciekali przez Polskę do USA?!?
Ciekawie (wobec późniejszych dzieł Warchol'a) brzmi opis wykonywania przez Julię kwiatów z puszek po konserwach. Puszkę się rozcinało i z pomocą nożyczek kształtowało płatki blaszanych kwiatów...oraz malowało. W ten sposób Julia dorabiała parę centów do domowej kasy. Jeżeli malowała te blaszane kwiaty w kolory rusińskich wsi...to ja się wcale nie dziwię, że ponoć twierdziła, że " Andy Warchol to ja".
Trochę korzystniejszą perspektywę przynosi opis Karpat : " Karpaty są powszechnie znane jako kraina Drakuli /.../ Kobiety były ładne i delikatne, miały zdrową cerę i wydatne kości policzkowe, chodziły w długich kolorowych spódnicach i chustkach na głowie. Mężczyźni, przystojni, długowłosi, mieli sumiaste wąsy /.../". Jak sądzę, ten opis jest pewnie dla intelektualistów amerykańskich dalej aktualny i warto to jakoś zdyskontować...
Szukanie właściwej perspektywy to przygotowanie do artystycznej akcji przypominającej karpackie korzenie urodzonego w USA Andika oraz pokazanie Muzeum Andy Warhola w Medzilaborcach na Słowacji z jakiejś, no właśnie; ciekawej perspektywy.
Dla uzyskania jeszcze innej perspektywy do... karpackich perspektyw, sięgnąłem po nowy numer pisma BODHI i zamieszczoną w nim Pieśń Milarepy, mojego ulubionego autora, kreatora i mistrza.
Tak więc z roboczym pozdrowieniem!

Tuesday, December 30, 2008

No i po nowiu...


Nasz kot zakopuje się pod kołdrę i tylko wprawne oko może go zlokalizować. Robi to w dzień! i ma rację, bo minus 10 stopni C to już nie żarty!
Ale, ale ; czy wiecie, że ten Celsius miał na imię Anders i razem z niejakim Carlem Linneuszem wykombinowali termometr! Skala była wprawdzie dość szokująca : "100" oznaczało zamarzanie wody, a "O" wrzenie wody, ale to kwestia umowy. Wszystko to wyczytałem tropiąc Linneusza i jego dzieła. Był genialnym botanikiem i wiele podróżował. Także na ziemie Samów... reszta w moim zaawansowanym już dziele pt. Wprowadzenie do etnobotaniki.
Ojciec Linneusza przyjął nazwisko (w pisowni łacińskiej) od...wielkiej lipy rosnącej na podwórzu ich domu! Szwecja (Carl i Anders to Szwedzi) to piękny kraj i podoba mi się jeszcze bardziej! Jutro zaczynamy warsztaty na Sopatowcu i moja część (oprócz muzyki) to świąteczne zajęcia etnobotaniczne : jemioła, kutia i jej składniki, kalendarz księżycowy ( 27 stycznia wchodzimy w Nowy Rok, no chyba, że już weszliśmy zgodnie z kalendarzem celtyckim...) i surwaczka. No tak : SURWACZKA. To gałąź derenia z trzema, przywiązanymi do niej kółkami, zrobionymi także z czerwonawych gałązek tego krzewu. W tradycji bułgarskiej taką dereniową instalacją (koniecznie musimy ją ozdobić owocami, orzechami i wstążkami) uderzamy lekko starsze od nas osoby i życzymy im obfitości, zdrowia i powodzenia. Powinni nam wręczyć coś słodkiego lub monetkę... Wybrałem się dziś nad Wisłę i pozyskałem trochę czerwonych gałęzi derenia. Zaciąłem się przy tym mocno w palec i skrapiając krwią nikłą "pokrywę śnieżną", jak to poprószenie nazywają w tv, musiałem biegiem wracać do domu. Kilka godzin temu, po zatamowaniu upływu krwi z pomocą tzw. plastra, skonstruowałem swoją pierwsza surwaczkę! W dobrym nastroju zasiadłem do pracy nad zawodowym tekstem z kręgu Natura 2000 i ciach! odnowił się problem powagi, gierek w zabawę pt. kto ma większe ego? kto ma większą władzę? kto ma większe okulary i bardziej udręczony jest pracą? Bo w Polsce jedynie udręczeni są wiarygodni.
Uciekłem do pracy nad cytatami z Bronisława Malinowskiego i jego opisu magii ogrodowej. I wtedy pomyślałem o różnicy pomiędzy pracą wykonywaną z radością i zaangażowaniem ale także z dystansem, a pracą, której towarzyszy wielkie nadęcie i sztuczna powaga. Gdzieś w tle zawsze kryje się lekko histeryczna postawa - to ja mam rację! W niektórych kręgach tylko to nadęcie i narzucanie swego zdania oznacza "prawdziwość". Zgodnie z tą koncepcją praca to "znój" i "udręka". Czy więc stopień udręczenia pracą wyznacza nasz status i nasz wizerunek? Jeżeli tak, to nie ma się co dziwić histerycznej obronie fundamentu tego rodzaju jestestwa...
Poczułem się niepoważny, trwoniący czas i zdolności (jakieś są zawsze?) i nieuprawniony... bo o poważnym wizerunku to już nie mam co marzyć. I wtedy przypomniałem sobie, że ojciec Linneusza zachwycił się wielką lipą, jego syn zabawiał się przyszłym termometrem i jego skalą... aby za parę dni wyjechać do prowincji Dalarma i uczyć się od Samów ich wiedzy o królestwie roślin! Bronisław Malinowski nie był dość poważny by dostać robotę w Krakowie i został zmuszony zostać "Anglikiem", a jego własny dziennik dobitnie wykazuje jaki był niepoważny... Bardziej niepoważny to już był tylko jego kolega Stasiu Witkiewicz, z którym Bronisław trochę niepoważnie figlował. No i potem taki Witkacy jakieś błazeństwa malował po nieodpowiedzialnym przyjęciu "peyotlu". A przecież taka postawa kończy się tym, że nigdy by takiego pterodaktyla nie odlał ze spiżu jak poważny Pan Profesor Dźwigaj z Krakowa.
A na naszą dzisiejsza skalę? Komuś chciało się na Bulgaricusie przypomnieć tak mało poważną sprawę jaką jest survakane, a ja drugi "głupi" skaleczyłem się w palec robiąc magiczny przyrząd do witania Nowego Roku. Zgroza !...jak mówi Pani Frau z pewnej kreskówki.
Wszyscy ci mało poważni ludzie, bawiąc się i najwyraźniej nie udręczając się zbytnio pracą, jakby mimochodem sprawili, że mamy na świecie nazewnictwo przyrodnicze, systematykę, termometry, wielkich uczonych (Polaka, a jakże! oraz Szwedów), psychedeliczne malarstwo i literaturę oraz "kilka" innych rzeczy, ludzi i idei, dzięki którym chce się żyć.
Przed godziną opisywałem na innym blogu, kolaż jaki przysłał mi Bogdan Kiwak. I było to całkiem niepoważne zajęcie ale ubawiłem się nieźle...mam nadzieję, że Bogdan też.