Tuesday, November 01, 2011

PLASTIC MEDICINE MEN


A. przygotowując jeden ze swych autorskich wykładów, jakie od roku wygłasza raz w miesiącu w Poznaniu (będzie z nich kiedyś książka, która zapowiada się smakowicie), korzystała z bardzo inspirującej pracy Roberta J. Wallis'a - Shamans/Neo-Shamans Ecstasy, alternative archeologies and contemporary and Pagans z 2003 roku. Krytyczne teksty autora dotykają wielu spraw z jakimi i my się często spotykamy i o czym wiele razy dyskutowaliśmy. Na FB od czasu do czasu także widzę wpisy - nazwijmy to - neo-szamańskie. Kilka rozdziałów tej sporej książki bardzo mnie zainteresowało, tym bardziej, że kończę kolejne poprawki i uzupełnienia do mojej książki o roślinach w tradycji Karpat i Bałkanów.
Robert J. Wallis omówił zjawisko, które nazwał - Plastic Medicine Men, kluczową figurę określoną jako White Shamans oraz bardzo ciekawie potraktował Carlosa Castanedę, uznając, że opowiadał on prawdę ukrytą w fałszywych relacjach ze swych wtajemniczeń na pustyni Sonora. Trochę też powątpiewa w istnienie "sacred" sites co dziwi mnie niepomiernie!
Generalnie jest to tekst bardzo krytyczny wobec przejawów neo-szamanizmu, w którym głównym oskarżeniem wobec białych szamanów jest to, że za nie swoją wiedzę biorą kasę. Jak zwykle w takim podejściu pojawia się oskarżenie o brak kompetencji kulturowych. My, jako Karpaty Magiczne czyli pewna idea wcielana w życie od kilkunastu lat, także byliśmy atakowani o brak kompetencji kulturowych... Atakował nas gość z Poznania, który chciał mieć wyłączność na tradycje karpackie... i to było bardzo śmieszne. Nie tylko dlatego, że my naprawdę pochodzimy z Karpat i mamy Je w każdej komórce ciała, ale dlatego, że on te tradycje wyobrażał sobie jako uporczywe fiukanie na fujarce. No więc sprawa tych kompetencji nie jest całkiem prosta. Co ma oznaczać podział na białych i tych prawdziwych (bo nie białych) szamanów? To jak z modą na tzw. japanese czyli ekipy szalonych muzyków z Japonii (często via USA)
- co by nie robili to zawsze byli the best bo za nimi stał filmowy mit Siedmiu samurajów i stu innych produkcji kreujących azjatyckość w stylu zaprezentowanym w Kill Bilu...i która tak wszyscy kochamy!
Albo ktoś jest szamanem albo nie jest, szaman czesto zostaje nim wbrew swej woli. Szamani nie-biali czyli prawdziwi chyba nie przetrwali do naszych czasów od prehistorii i nie mają po 5000 lat? Zarzut wobec białych szamanów jest taki, że są biali (więc nie mogą być prawdziwi) oraz taki, że use spiritual ceremonies with non-Indian people for profit.
Jak Czerwony Brat wciska kit w makiecie puebla w Nowym Meksyku i bierze kasę, to jest uprawniony, a jak gość, który połączył w swych warsztatach wiedzę i praktykę kilku dróg i praktykuje od 50 lat, zechce się urwać z biura i utrzymywać z tego co potrafi i chce robić, to jest bardzo be! No, jakoś tego nie kupuję. W Indiach i Nepalu spotykałem lamów, świętych i joginów, ale nie było ich zbyt wielu, a przeciętna wiedza o własnej kulturze i religii nie jest tam jakoś specjalnie imponująca.
Początkowo więc intencje autora nie są jasne i trudno się zorientować o co naprawdę chodzi. Pokazywanie skanów ulotek zapraszających na zajęcia szamańskie jak na prywatkę lub naukę tańca brzucha, to chwyt poniżej pasa ( w budyniowie widziałem zaproszenie na majówkę szamańską... szkoda, że nie na Wielkanoc z wtajemniczeniem orła...?!) bo można też podsumować kuchnię w Krakowie pokazując zapiekanki... co nie jest jednak prawdziwym obrazem. Ulgę przynosi dopiero zauważenie trzech grup zainteresowanych tematem: naukowców akademickich, neo-szamanów i społeczności autochtonów. Naukowcy mają inne podejście i inne interesy niż obiekt ich badań czyli neo-szamani i autochtoni, a sami indigenous people widzą wszystko jeszcze inaczej. A widzą to bardzo konkretnie i fragment zamieszczonej w książce rezolucji z piątego zgromadzenia Tradition Elders Circle z 1980 roku, dyktuje cztery pytania jakie należy zadać non-Indian brothers and sisters gdyby chcieli nauczać szamanizmu (? dla mnie uczenie kogoś szamanizmu na kursach to nieporozumienie): 1/ Jaką nację reprezentuje delikwent, 2/ Jaki jest delikwenta ród i pochodzenie? 3/Kto delikwenta poinstruował i gdzie się szkolił? 4/ Jaki jest ich adres domowy? No i odpowiedzcie sobie neo-szamani na te pytania i wyjdzie szydło z worka!? To ja się zaczynam Carlosowi Castanedzie nie dziwić, że opakowywał prawdziwe doświadczenie i wiedzę w opakowanie falszywych, ale jakże poczytnych relacji, które rozeszły się (i rozchodzą) w milionowych nakładach.
Wybór jest jasny: albo się jest naukowcem, albo neo-szamanem, albo rodzi się z patentem na wiedzę? To dość słaba koncepcja Starszyzny, chociaż da się zrozumieć ich racje. No więc co z tym neo-szamanizmem...?!
Na focie kamienny krąg z Jokkmokk za kręgiem polarnym, a właściwie to środek kamiennego labiryntu. Nie stara budowla, nie nowa koncepcja, pewnie jacyś neo-szamani?

Monday, October 24, 2011

1000 LAT NOWOCZESNOŚCI


Kilka ostatnich dni nie mogłem nawet pomyśleć o pisaniu bloga... siedząc cały czas przy czarnej klawiaturze mojego nowego MAC Pro... Tak wygląda intensywna praca nad książką (te cholerne przypisy... na stu stronach było ich 50.), a jeszcze pozostaje 200. stron i dobór ilustracji. Równolegle konsultowałem powstający film o blisko rocznym projekcie ratowania pierwiosnki omączonej jaki pięknie zmontowała Kasia Gierszewska! Mimo dużej roboty i moich bezlitosnych poprawek Kasia zmontowała także krótki zwiastun... Pewnie umieścimy go na YouTube? Film jest zawodowy, więc pewnie nudny dla wszystkich rzeczników prostych i efektownych akcji typu STOP to czy tamto. Nasza muzyka, podarowana na rzecz interesów Primuli całkiem nieźle brzmi w filmie i okazuje się, że można mieć niezłe brzmienie w przyrodniczym dokumencie i ominąć tzw. muzykę z metra czyli tapetę bez wyrazu.
Ostatnio umknęło mi odnotowanie świetnego koncertu na jakim byliśmy kilka dni temu. Morton Subotnick w wielkiej sali kina Kijów to było bardzo interesujące doświadczenie. O muzyce nie będę pisał, bo Subotnick jest tak doświadczonym artystą, że przychodzi mi na myśl tylko jedna definicja sztuki; to jest wszystko to co robi artysta. Niskie dźwięki wiały nad podłogą po nogawkach całkiem miło i obrazy generowane przez towarzyszącego Subotnickowi artystę nie usypiały nijakością. Niestety, organizatorzy postawili nam ubogacić wieczór i zestawili Mortona Subotnicka z dwoma dziełami innych artystów. Niestety dlatego, że pierwszy był rozgadanym piewcą balang i old schoolowych kolaży filmowych (czekaliśmy na obraz wybuchu bomby atomowej... i B52 nad Wietnamem), a drugi to cofnięcie filmu do czasu układania obok siebie fotografii... Zabieg przez pierwszą minutę interesujący, w miarę upływu czasu uświadomił nam dlaczego wolimy film niż oglądanie albumu. Inna konstatacja to taka, że wielu ciągle się wydaje, że dźwięk musi być zawsze tylko echem obrazu... stary Subotnick w to nie wpadł, a młody lew jak najbardziej... Słuchałem siwego Subotnicka i uśmiechałem się na myśl o tym jak jeszcze długo mogą się ze mną męczyć niektórzy muzycy z naszej "sceny"... a to panowie trochę jeszcze potrwa... Subotnick w latach 60. ubiegłego wieku był już współtwórcą słynnego San Francisco Tape Music Center! Jest więc ze 20.lat starszy, a trzyma się doskonale i wymiata. Pośród wielu wydawnictw Subotnicka natrafiłem na ładny tytuł: The Double Life od Amphibians z 1984 roku.
A. skończyła właśnie czytać całkowicie rewelacyjną książkę Tarnów. 1000 Lat Nowoczesności pod redakcją Ewy Łęczyńskiej-Widz i Dawida Radziszewskiego. Wydawcą jest Stowarzyszenie 40 000 Malarzy, dzieło ma 500. stron i powala całkowicie. Już samo przywołanie w dedykacji postaci Jana Gałuszka Dagaramy powoduje, że ma się ostry apetyt na tę cegłę. Niestety... a może na szczęście jest jeszcze wiele stron, do których dopiero dobrnę jutro. A jak dobrnę to opiszę! Kto by pomyślał: Tarnów i 1000 lat nowoczesności...a jednak!
Dzisiaj podglądaliśmy obraz z kamer umieszczonych w Porjus za kręgiem polarnym i w lokalnej prognozie pogody okazało się, że nad Sitasjaure w środku Laponii nie jest jeszcze dużo zimniej niż w Krakowie... Za tydzień mamy pokazać foty z trekkingu z sierpnia... dlatego ta fota... Tęsknimy!

Monday, October 17, 2011

GABINET ODNOWY DŹWIĘKOWEJ


Tytuł wpisu i w pewnej mierze hasło przewodnie ostatnich tygodni, pochodzi od A., która szykuje bardzo interesujące przedsięwzięcie. To długofalowa akcja i w stosownej chwili pewnie sama to opisze i zaanonsuje.
Roboty ani trochę mniej i pisanie bloga jest aktem lekko nie na miejscu... Trzymam się jednak zasady, że wpisy nie mogą powstawać z braku innej roboty lub wylewu emocji. Blog to jednak jakaś dokumentacja, kalendarz i pamiętnik ?
Dzisiaj, po kilku dniach pracy i ok. 6 godzinach technicznego opanowywania przez komputer naszego filmu, Kasia Gierszewska wysłała mi roboczą wersję dokumentu na temat projektu ratowania ostatniego miejsca występowania w Polsce niejakiej Primuli farinosy (jej fota o dwa wpisy niżej) czyli pierwiosnki omączonej. Jeszcze troche drobnych poprawek i uzupełnień plus dopasowanie muzyki i będzie gotowy dość niezwykły film. Ostatnią godzinę spędziłem na poszukiwaniu odpowiedniej muzyki i prżez ten czas wpadałem w nerwy... tyle płyt nagraliśmy, a pod Primule muzyki nie znajdowałem. Na koniec jednak udało się i zanotowałem w pamięci aby jeszcze coś nagrać... bo najwidoczniej mało. Co do starych nowości, to na You Tube można szukać filmiku Karpaty Magiczne w Galerii EL - ma ok. 5 minut i bardzo udanie pokazuje (nawet niezły dźwięk) fragment naszego działania z 30 września! Jutro będę montował cztery wybrane fragmenty z tego koncertu jakie zarejestrowaliśmy sami. Z tymi nagraniami jeszcze popracujemy i mamy pewne plany.
Całkiem inna robota to ponowne opanowywanie mojej książki Zielnik podróżny... , bo jak już pisałem znalazł się wydawca i jest czas aby jeszcze nad tekstem i ilustracjami popracować. Książka ma być na luty lub marzec i cieszę się z tego, mimo, że te 300 stron kryje pewnie jeszcze wiele pracy i problemów technicznych. Chciałbym aby książka była jednocześnie nowatorska i klasyczna... To chyba ostatni wpis na ten temat i następny to będzie już zapowiedź jej wydania... mam nadzieję!
W ostatnim tygodniu mieliśmy wejścia w Radiu Kraków i Radiofonii, co wydaje się być bardzo ważne w sytuacji rozpanoszenia stylu RSO (radiowych-słupów-ogłoszeniowych)... zdecydowanie preferujemy i wspieramy styl FFR (free-form-radio), które najwidoczniej i nas lubi? W Radiofonii ogłosiliśmy nabór na warsztaty 18-19-20 listopada na Słowacji, ale jakiegoś wielkiego ścisku w zgłoszeniach nie ma...?!
Poza tymi zajęciami jest jeszcze kilka na wczoraj... ale daruje sobie tej wyliczanki. MoZe dlatego złości mnie i śmieszy na przemian to skarżenie się młodych ludzi na brak dobrej pracy i perspektyw na przyszłość oraz wysokich cen mieszkań... Mają coś do zaoferowania w zamian? To, że chodzą (od czasu do czasu) do szkoły ma te drobiazgi zapewnić? Kochani, popracujcie po 10 -12 godzin dziennie w trzech zawodach i udowowdnijcie, że macie coś do powiedzenia i wszystko się "samo" ułoży. Tylko tyle trzeba...
Czasem udaje się otworzyć tivi i nie zobaczyć biskupa albo p. Palikota (ostatnio był przekładaniec: Palikot/JP2/biskup Michalik/biskup od krypty/Palikot itd. - i Palikot raz budował krzyż, a innym razem opowiadał jak zdejmie krzyż... Jezusie słodki! Nawet redaktor Kraśko już nie wie kogo popierać... To samo u lewaków: pryszczaci z liceów prywatnych, za których rodzice płacą miesięcznie tyle ile wielu ludzi zarabia przez miesiąc (co jest skandalem i zgoda na to! ale fakt jest faktem) maszerują jako nowy ruch Oburzonych, bo poczuli zew solidarności z ubogimi i zgłaszają się na kierowanie nimi w słusznej sprawie, która z pewnością nakreśli dokładniej komitet partyjny. Kontestacja ośmieszona do spodu. Nawet w tłumie widziałem transparet: Władza dla wyobraźni... ja nie mogę, goście przepisują hasła z publikacji na temat maja 68 w Paryżu. Szkoda, że nie chce się im jakoś poczytać o tym maju dokładniej... bo jakby się do sytuacjonistów dogrzebali to aż strach. Pewnie teraz się przebiorą za krasnale i będą udawać, że sami to wymyślili. Tak rodzi się tzw. nowa lewica, którą zawiaduje kilku marksistowskich wodzów z bogatych domów...przy czym określenie rodzi się jest mocno umowne. Ta lewica jest pompowana kasą i układami, a reszta moich myśli biegnie już tylko w kierunku zjawiska zwanego zatwardzeniem.
Na moment jednak udało się umknąć palikotodziwiszowi ( a straszyli nas w tivi palikototuskiem i kaczorydzykiem) i oglądaliśmy zadziwiający film z serii ponurych historii o skorumpowanych i szlachetnych glinach, ale w wydaniu francuzkim! No i proszę bardzo... aż wynotowałem kilka cytatów wartych zapamiętania: nie jada się z diabłem nawet długą łyżką albo inny cytacik: książę z bajki nie pije calvadosu o 6 rano... i mocna wymiana zdań: ma pan niewyparzoną gębę jak każdy wyautowany gość i odpowiedź wyautowanego gościa: z boku lepiej widać grę...! Rewela i dlaczego mi się to tak podoba?
Na obrazku owoc dwukolczaka...ilustracja do mojej książki.

Monday, October 10, 2011

ZIARNA ZMIAN


Roboty tyle, że znowu nie wiadomo od czego zaczynać i jak ustalić tzw. priorytety. To trudne gdyż żyjemy światami równoległymi i realizujemy bardzo różne porządki - jako muzycy, fachowcy w swoich dziedzinach, troche nomadyczni i troche zakopani w liściach naszego mieszkania w Wieży. Troche bez słów, ale i z wieloma słowami, które czasem przelewają się przez nas i lądują czarnymi zaklęciami na stronach książek, pism i kodach 0-1 gdzieś tam? Nagryzione jabłko smutno przygasa w kilku naszych pupilach od Jobsa i czeka na zdecydowane dotknięcie aby rozbłysnąć. Wczoraj w audycji Antka Krupy w Radiu Kraków A. powiedziała, że nasza muzyka jest gdzieś pomiędzy światem Jobsa, a dotknięciem tundry. I guzik mnie obchodzi czy to jest cool. Mam od dawna inny plan: /.../ Prawda, mogłem przecież stawić bardziej zdecydowany opór z większym czy mniejszym skutkiem, mogłem wpaść w szał i przeciwstawić się społeczeństwu, lecz wolałem, aby to ono wpadło w szał z mojego powodu, jako, że to jego sytuacja była beznadziejna /.../ H.D.Thoreau ... to cytat jaki zamieściłem na kasecie z nagraniami Atmana z koncertów w klubie Riviera-Remont (1989r.) i OKA Kino/Teatr/Tęcza w Warszawie (1990r.). Jest tam podziękowanie dla Sławka Gołaszewskiego (grał na klarnecie i był) i Roberta Brylewskiego (miks nagrań).
Ten cytat to moja, ciągle aktualna, odpowiedź na zadymę wyborczą i dla tych co nagle stali się tacy upierdliwi co do autostrad, a sami nie są wielkim przykładem skuteczności i punktualności.

Mamy już kilka elementów, z których warto złożyć sound artowy artefakt Long Strings Installations... to zaczyna być z każdym dniem ciekawszy projekt. Jeszcze w listopadzie chcemy rozciągnąć struny przynajmniej dwa razy i zarejestrować nowe środowiska brzmieniowe jakie tworzą się w interesujący sposób na styku dowolnego i technicznie określonego. Ten swoisty ekoton przynosi nowe brzmienia, inną niż znana nam dynamikę i nade wszystko jakieś intrygujące doświadczenie czasu.

Pracujemy z Tomkiem -Rolnikiem- Cz. nad składem mojej książki i pięknie wyłania się nam z rozmów, myśli, błysków intuicji, setek fotografii wykonanych kiedyś "nie wiadomo po co?" i całkiem realnej biegłości, która daje do myślenia. Zielnik podróżny - rośliny w tradycji Karpat i Bałakanów (troche) przewodnik alternatywny i (trochę) wprowadzenie do etnobotaniki... może się wreszcie objawi? Jeszcze wiele pracy przed nami...
Henry Hobhouse napisał kiedyś książkę Ziarna zmian - sześć roślin, które zmieniły oblicze świata
(spokojnie znajdziecie ją w kryształowej kuli...) i opisuje tam wiele bardzo ciekawych spraw, a pośród nich historię młodego Sigmunda Freuda, który pod wpływem kokainy napisał w 1884 roku rozprawkę wychwalającą narkotyki. Mamy rok 2011, Ziarna zmian i autorzy tysiąca innych książek dawno temu temat euforii narkotykowej rozpracowali, rośliny zawierające halucynogeny zmodyfikowano genetycznie do monstrualnych przypadków, rozpracowano także wątki służb specjalnych, które pewne narkotyki rozpowszechniały, testowały i modyfikowały dla celów wojskowych - a tu niejaki Kamil Sipowicz odkrywa koło przy poklasku klaki dziennikarskiej. Odgrzebał otóż wspomniany KS stare indyjskie księgi (zapewne zdeponowane pod Warszawą) i światu był ogłosił dobrą nowinę. No, to jakaś jest porażka totalna.
4 listopada ukaże się nowa, koncertowa płyta z nagraniami z Festiwalu Herbaty. Jest zawartość czyli TEA Events, jest okładka i będzie też jej edycja w UK!
Jest też cała nasza relacja z trekkingu w tundrze i górach Laponii z lipca 2011 do przeczytania w Internecie w czytelni Fragile.
,
A dzisiaj Światowy Dzień Drzewa, ale na fejsie znalazłem także i z tego niezadowolonych...no cóż?!

Obrazek to znakomity logotyp zaprojektowany przez Tomka Rolnika CzermiNskiego - naszego nowego: ziarna zmian...

Monday, October 03, 2011

Na żywo!


Nasza Long Wave Installation przerodziła się na kilka dni w Long Journey Installation czyli męczącą, ale kształcącą podróż po kraju. Od biedy można by przyjąć, że to był happening albo kilka eventów, które A. realizuje w tej chwili w Lublinie, a od czwartku w Poznaniu. Do Elbląga ruszyliśmy koleją i oszczędzę wszystkim kwękania na PKP... bo było czysto, smacznie, punktualnie i nie śmierdziało. Punktualność nas słabo cieszyła, bo podróż obliczona wstępnie na ok. 15 godzin, nie skłaniała do triumfalizmu... Dla nas od zawsze liczą się wszelkie ekotony więc w relacji pominę jednorodne stepy Mazowsza i zaczne od Tczewa. Ta malownicza miejscowość powitała nas napisem: Rozrząd z Górki Oraz Odrzut Wzbroniony ! Nawet nie chcę się domyślać co autor miał na myśli... Gdańsk Główny powitał nas podobnie czyli powiewem starego dobrego surrealizmu: na peronie 2 znajduje się sklep (punkt handlowy?!) pt. akcesoria erotyczne! Rozumiem, że pomocne było stoisko z nożami i maczetami na starym Dworcu Centralnym w Wa-wie, bo za plecami Wa-wa Zachodnia, a przed nami Wa-wa Wschodnia i pomoc jakaś się zawsze przydawała, ale co proponuje Gdańsk, że już na peronie ważne jest dobre zaopatrzenie w akcesoria erotyczne?! Nawet zakładając, że niezbędne zakupy robić należy przy wyjeździe...to co tam się wyrabia? Może chodzi jednak bardziej o długi czas w podróży jako element kreatywności, no bo raczej nie wzmacniający libido?! Bardzo sprawnie, ale już z udziałem ZKA (zastępcza komunikacja autobusowa) kolej dowiozła nas do Elbląga na około 11.00 Jeżeli podzielimy te ok. 700 km przez 17 godzin podróży to nasza średnia prędkość wyniesie ok. 40 km na godzinę... to nie jest oszałamiający pęd? Muszę przyznać, że warunki jazdy były całkiem o.k. i widok za oknem potwierdzał tezę o jednej wielkiej budowie jaka rozgrywa się właściwie wszędzie. Nie śnię o szybkości 200 km na godzinę, ale gdyby osiągnąć kiedyś te realne 100...!?

W Elblągu zauważyliśmy drogowskaz: Sucha Beskidzka - 642 km ... i poczuliśmy, że nie jesteśmy w stanie zrozumieć, dlaczego te wszystkie całkowicie różne kultury/przestrzenie jakie widzieliśmy za oknem wagonu w ostatnich 17 godzinach są zespolone w jeden organizm państwowy? Nasze obserwacje polityczne pokazują, że ten twór zamieszkują całkowicie obcy sobie ludzie, którzy przemawiają w różnych językach i mają zasadniczo różną mentalność, a spojeni są jedynie starym budyniem!
W Galerii EL zastaliśmy totalny remont wokoło i ducha warsztatowego wewnątrz. To nas bardzo ucieszyło, bo tzw. koncert zaczyna się jawić wyłącznie jako akcja szołbiznesowa i trudno nam obronić koncepcje, że to coś jak wystawa dzieł malarstwa lub rzeźby (albo instalacja ...), a i innych broniących tej tezy ubywa z każdym programem tivi, który robi gwiazdy z małoletnich dotkniętych nieuleczalną zarazą chciejstwa natychmiastowego.
Struny zostały więc naciągnięte do długości 20 m! To nasze trzecie doświadczenie przyniosło nam wiele praktycznych obserwacji i kolejną rejestrację. Wieczór był naprawdę interesujący i byłoby naprawdę o.k. gdyby częściej organizowano tego typu przedsięwzięcia. Nie ukrywam, że mocno różniliśmy się w naszych wizjach Bałtyku, ale to chyba ma sens o ile jest miejsce gdzie te wizje mają szansę być zaprezentowane obok siebie. Mam nadzieje, że stare taktyki wykluczania z projektów, festiwali, prezentacji i wydawnictw, których doświadczaliśmy dawniej i doświadczamy stale zaczną być w opinii środowiska tym czym są czyli smrodem egocentryków. A. z Lublina przekazuje, że może jest szansa na zmianę, bo widać, że interesujące projekty wymagają szerokiej współpracy. Mam nadzieje, że jeden z muzyków grających w Galerii EL pytając mnie o techniczne parametry długich strun miał na myśli taką właśnie współpracę? Byłoby miło, bo płacimy za jakieś pipcenie po Wiśle (zobacz poprzedni wpis) znajomym królika, ale jakoś trudno sięgnąć po to co robi się na miejscu? Ale może to sprawa dorośnięcia, bo : nie ma innej drogi niż osobiste doświadczenie! I jeszcze jedno z A. Gaupa (dziennikarza, pisarza i szamana Samów): /.../ nie możemy być tak poważni jak księża. Praktykujemy rytuały, ale jesteśmy równocześnie artystami, gawędziarzami i klownami./.../ Może więcej luzu i mniej tej nadętej powagi i zachłyśnięcia dorwania się do sterownika...to jeden z wielu i czasy najważniejszych dawno się skończyły. Przed wyjazdem z Ełku (a wybraliśmy się też do Fromborka poczuć klimat pracowni Kopernika...) w hotelu gdzie nocowaliśmy zobaczyliśmy plakat: Kazik na żywo - koncert w hotelu po 160 zł od łebka zainteresowanego buntowniczym przekazem...! Wow - jak mawiają górale z Zakopanego! Na żywo ...to i cena musi być! Zaciekawiło mnie tylko czy koncert odbędzie się na żywo w restauracji hotelowej czy w jadalni, tam gdzie wciągaliśmy serek i kawkę? Kryzys w Hiszpanii czy twórczy? Juwenalia w Krakowie dopiero w maju i jest jeszcze kawał czasu...
Zupełnie nie kleją się nasze koncerty z Tomkiem Hołujem - wszystkie propozycje lub odpwowiedzi na nasze propozycje są trudne do zaakceptowania, szczególnie dla kogoś, kto na koncert ma przybyć ze Sztokholmu. Szkoda wielka, bo zaiskrzyło muzycznie świetnie.
Dobre wieści napłynęły ze Słowacji i mogę już ogłosić, że zaplanowaliśmy trzy dni warsztatów opartych o trzy obszary wiedzy i doświadczenia: tradycyjne instrumenty pasterskie Karpat (budowa, sposoby gry, znaczenie w kulturze tradycyjnej itd.), głos i tradycyjne techniki wokalne: karpackie travnice, nytu, joik, kamłanie, głos dla zdrowia i równowagi oraz trzeci obszar - etnobotaniczne aspekty muzyki tradycyjnej i magiczne rośliny Karpat i Bałkanów. Zajęcia poprowadzi Michal Smetanka, Anna Nacher i ja... w Małym Lipniku nad Popradem (okolice Muszyny, ale po słowackiej stronie). Wszystko zaplanowane jest na 18-20 listopada 2011 roku. Chętni mogą się przyłączyć do zakończenia warsztatów w formie roboczych koncertów w Nowym Sączu (kościół ewangelicki, tam gdzie organizowaliśmy dotąd koncerty Naturton, Matouska, mnichów tybetańskich...) - 27 listopada oraz w Preszowie na Uniwersytecie - 28 listopada! Dodatkowa dobra wiadomość to to, że wszystkie zajęcia poprowadzimy bezpłatnie i chętni muszą ponieść jedynie koszty bytowe czyli: dojazdu, wiktu i noclegu, które nie są zbyt wysokie. Postaram się za kilka dni opublikować oficjalne zaproszenie, ale wiem, że najwytrwalsi i tak śledzą nasze blogi więc zawiadamiam już dzisiaj! Zachęcam do kontaktu w sprawach dotyczących warsztatu na adres mailowy: marek.styczynski@gmail.com
Inna bardzo dobra wiadomość to drugie podejście do wydania mojej książki o zapomnianych roślinach magicznych Karpat i Bałkanów... może tym razem się uda się to zrobić?!
Krakowskie pismo kulturalne FRAGILE z naszą bardzo osobistą relacją z lipcowo/sierpniowej wędrowki po tundrze (w drukowanej wersji jest skrót, a w wersji internetowej całość tekstu) jest już w dystrybucji! Wszystkich, których interesuje nieco inne wędrowanie i/albo szamańska tradycja Samów zapraszam - Padjelanta trek - forsowne wyjście z odurzenia we Fragile, którego leadem jest - Odurzenie!
Na focie Primula farinosa, roślina występująca w jednym jedynym miejscu w Polsce, ale tu na stanowisku w górach Bułgarii i to wysoko, bo na ok. 2,5 tys. m n.p.m. Fota mojego kolegi (jeszcze z liceum) Romka G. która podarował do materiałów jakie opracowuję w zawodowym projekcie dot. ochrony tego gatunku.

Friday, September 23, 2011

Koncert na 2 statki i 100 syren



Koncert na 2 statki i 100 syren - pod takim tytułem ( nie wiem czy to uznać za tłumaczenie autorskiego tytułu instalacji Gegen der Strom?!) ma odbyć się jutro w Krakowie akcja artystyczna Christofa Schlagera z pomocą Marjon Smit. Wszystko byłoby wspaniale i cieszyłbym się z ewolucji tego co jeszcze nie tak dawno nazywało się imprezą typu światło - dźwięk i odbywało się dokładnie w tym samym miejscu - pod Wawelem, gdyby nie nadmierna skromność autora lub/i organizatorów tego interesującego w zamyśle przedsięwzięcia. Skromność ta nie pozwoliła usytuować Kn2si100s we właściwym miejscu historii tego typu imprez. Warto przecież wiedzieć, że w 1922 roku, niejaki Avraamov przeprowadził mega imprezkę pt. Symphony of Sirens na syreny okrętów wojennych, syreny fabryczne, dwie baterie artylerii, oddział karabinów maszynowych, hydroplany i regiment wojska! Wszystko odbyło się z okazji 5-lecia wybuchu rewolucji bolszewickiej, na akwenie portowym miasta Baku. Dyrygent do okiełznania takiej rozbudowanej orkiestry musiał wykorzystać strzały z pistoletu i wymachiwanie chorągiewkami sygnalizacyjnymi. Całość została powtórzona w Moskwie w 1923 roku i jak łatwo się domyślić odbyła się z okazji 6-tej rocznicy wybuchu rewolucji! Całość stworzono z inspiracji poezją niejakiego Alexeia Gasteva, ale wykorzystano także znane i lubiane melodie m.innymi Marsylianki i Międzynarodówki. Gdyby jedynie te akcje z dawnych czasów legły u podstaw jutrzejszej "oryginalnej" instalacji dźwiękowej Christofa Schlagera to pół biedy... Niemcy znani są z zauroczenia Rosją i mogli się tym zbytnio nie chwalić, ale sterowanie syrenami (oczywiście w Krakowie będzie to zestaw komputerów... a nie pistolety) bywało już realizowane w wielu wydaniach: np. znakomicie prezentuje się to w odmianie skrojonej na miarę estetyki miejskiej przez Wendy Mae. Ta miła pani już od wczesnych lat 80. ubiegłego wieku prezentowała swoje instalacje dźwiękowe m.innymi na klaksony samochodowe. Jeżeli nie wiecie (a z naszych ubogich mediów się nie dowiecie... pewnie też z nadmiernej skromności dziennikarzy) to zobaczcie sami - Wendy Mae Chambers and the Car Horn Organ. Przyszło mi do głowy, że Gegen der Strom (Pod prąd) miałby super przyjęcie i historycznie właściwe usytuowanie podczas otwarcia Nordstreamu!?
Nie ma nic zdrożnego w kontynuacjach, kopiach, rozwinięciach i dialogach z tym co już było kiedyś zrobione. Co więcej, jesteśmy właściwie na to skazani i kryje się w tej materii wiele interesujących wątków, ale podstawowa zasada jest taka, że należy o tym informować. Pan Christof S., który od 20 lat podobno trudni się instalacjami dźwiękowymi musi przecież znać swych poprzedników. Cała akcja na Wiśle jawiła by się inaczej i całkiem nie mniej ciekawie gdyby przywołać ducha Avraamova i wielkich dzieł komunistycznej sztuki masowej. Sztuka ta miała miejsce i nie warto udawać, że nie robiła/robi wrażenia. To jak z masową sztuką innego totalitaryzmu w Niemczech lat trzydziestych... Warto sobie zdawać sprawę, że masowe imprezy mają takie źródła i może będziemy lepiej rozumieli wtedy fenomen tolerowania bandytyzmu stadionowego i liczenia się z wielkimi, prywatnymi organizacjami "piłkarskimi", które zdają się czasami być ponad państwową grupą (skutecznego) nacisku?! Nie sądzę aby te sto syren sterowane komputerowo (jak piszą dziennikarze z prowincjonalnym podziwem, zapominając, że czytają to ludzie nie pamiętający czasów bez komputerów) i dwie barki na Wiśle dały rewolucyjny impuls krakowskim masom bo nikt nie wygra tu z jamnikami. Pewnie nie będzie to także zabawną "small music" Wendy Mae... ale o.k. wola organizatorów! Ale: gdzie jesteście znawcy muzyki, dziennikarze kształtujący masy, historycy sztuki, znajomi królika? Ogłuszyły Was syreny czy p. Christof syrenim śpiewem?

Skoro już jestem przy stare vs nowe w muzyce, to muszę odnotować wywiad Piotra Koleckiego, mojego niegdysiejszego przyjaciela i współtwórcę brzmienia Atmana. Wywiad ukazał się w najnowszym piśmie Glissando. Jest też tam archiwalna fota! Czas wspominek nadchodzi? Na całe szczęście nie; wszyscy "atmanowcy" grają i tym samym rozmowa z Piotrem jest tylko etapem w tej praktyce! To mnie cieszy.

W ostatnim wpisie chwaliłem pismo Gościniec Sztuki za całokształt, ale też i opublikowanie recenzji płyt Karpat Magicznych i Cybertotem Project. Muszę odnieść się jeszcze do zdania tam zawartego: ...Karpaty Magiczne...to na polskiej scenie muzyki alternatywnej zjawisko osobne i nieznajdujące następców /.../ Nie bardzo mogę się zgodzić z taką tezą! Rozumiem, że to był komplement, ale chętnych na następców pojawia się całkiem sporo... Mamy tylko problem z ich wstydliwością. Nie przyznają się do czerpania wzorów, zestawów instrumentów, podejścia do komponowania i nawet naszej poetyki tekstów promujących kolejne programy KM. Jest podobnie jak w przypadku skromnego, estetycznego i pozbawionego jasnego celu widowiska Kn2si100s na Wiśle, które w niczym nie dorówna szalonej wizji Symphony of Sirens. Z drugiej strony nie smuci mnie, że to dalekie echo rewolucyjnej sztuki wita jedynie nadejście jesieni i chyba nie jest nawet częścią kampanii wyborczej Lewicy? Na to p. Napieralski jest zbyt... powiedzmy; zajęty rozdawnictwem jedzenia. Z czego to się bierze - jak nie jabłuszka, to kanapki, jak nie kanapki to grzybki i jak nie grzybki to szyneczka w Londku!? Nie dojadał czy co?
Już raz tę wizję zdelegalizowania ziela odpwowiedzialnego za ociężałość umysłową publikowałem, ale tym razem pomyślałem, że może duże ilości kapusty sprawiają, że dziennikarze stają się leniwi, a artyści nadzwyczaj wstydliwi? Chwalmy się! Nie wstdźmy się czytania książek, katalogów, odwiedzania wystaw i szperania w Internecie!

Sunday, September 18, 2011

NOISE to SILENCE


Po udanej akcji plenerowej z ważną częścią Long Wave Installation czyli wiązką 18-metrowych strun (19.08.2011) udało się dzięki naszemu niezrównanemu teamowi: Mirek Badura i Bogdan Kiwak zorganizować nocne manewry w industrialnych przestrzeniach starego budynku pks-u, chyba? W ostatnią środę (14.09.2011) zmontowaliśmy specjalne zaczepy na struny i z pomocą stolika i wielkiego biurka (nieźle rezonowało, ale byłoby trudne do transportu na koncerty...) rozstawiliśmy instalację. Tym razem było dobre oświetlenie i dwa zestawy rejestrujące dźwięk i dlatego sesję poprowadziliśmy w kierunku melodycznego grania i szukania interesujących współbrzmień plus dokumentowanie audio/foto/video. Rezultaty są już w sieci (Mirek B. zamieścił roboczy zapis video na YouTube, znajdziecie bez trudu na naszym FB), a część musi być jeszcze technicznie opracowana. Jesteśmy gotowi na ujawnienie LWI w kontekście innych dźwięków i stanie się to... w Elblągu! W świetnej Galerii EL (przestronny dawny obiekt sakralny) - w piątek 30 września uruchomimy ulepszoną wersję Instalacji w otoczeniu dźwięków i środowisk brzmieniowych "morskich" z wielu miejsc nad Bałtykiem. Bardzo mi się podoba powrót do prac, które mają już ponad 10 lat (trzy płyty 2000-2002, muzyka do filmu o Bałtyku, praca w studiu nagraniowym Radia Gdańsk... prezentacja naszej pracy w Bonn) i które nie zostały chyba w tamtych latach odpowiednio docenione i przyjęte. Na tamtych akcjach wzorowało się kilkoro muzyków i byłem pewny, że wszystko co zrobiliśmy przepadnie w wielkiej, brunatno-czarnej budyniowej dziurze... a tu nie? Koniec świata bliski?! Albo początek nowego projektu Noise to Silence, który pojawi się pierwszy raz publicznie w Elblągu! Nic więcej nie chcę na ten temat pisać, ale ciąg dalszy - i to ekscytujący - nastąpi!
A. tłumaczy inspirujący tekst Victorii Vesna i Jamesa Gimzewski pt. BLUE MORPH: uwagi o działaniu samoorganizującej się zmiany krytycznej Już sam tytuł robi wrażenie, ale to jedynie "uwagi" do wielowątkowej instalacji zaprezentowanej w Gdańsku ( w ramach pracy zaprezentowanej w kościele św. Jana). Nie mogę zdradzać całości tekstu, bo ukaże się w Przeglądzie Kulturoznawczym... kiedyś. James Gimzewski jest fizykiem specjalizującym się w nanotechnologii i autorem metody badania komórek poprzez odczytywanie dźwięków jakie wydają... już sama metoda rejestracji tych dźwięków, w której istotną rolę odgrywa laser i rejestrowanie drgań i przystosowywanie (coś jakby "tłumaczenie") ich do możliwości naszego, ludzkiego słuchu, jest rewelacją samą w sobie. James G. swoją metodę opisał w 2004 roku w Science i od tamtej pory jest nazywana - sonocytologią! Badania te są wykorzystywane w onkologii, ale w Gdańsku zaprezentowano instalację artystyczną zbudowaną na zrębach sonocytologii. Rzecz dotyczyła przemiany do jakiej dochodzi w momencie przekształcania się poczwarki w motyla (stąd ten Blue Morph... czyli wielki i piękny motyl). Interesujące jest, że przemiana ta jest błyskawiczna i skokowa i wiąże się z nagłym pojawieniem się wielkiej dawki energii. Towarzyszy temu dźwięk... Towarzyszy albo sam jest tą energią? W wypadku opisywanej instalacji i tekstu o jej backgroundzie dodatkowym walorem jest wskazanie nie tylko na to, że nauka wspólpracować może ze sztuką (co bywa strasznie spłycane do rozwiązań technicznych), ale co ważniejsze, że metody pracy artystów stanowią cenne podejście do uprawiania nauki. Szkoda, że wielcy alchemicy tego nie widzą?! W naszych porannych dyskusjach o stanie wszechświata sonocytologia zagościła na dobre!
Swoją drogą pojawia się problem zdolności do pełnego odbioru tego typu prac artystycznych, ale instalacja Blue Morph była poza wszystkim także interesująca wizualnie i dźwiękowo plus dawała szansę na interakcję i doznania wykraczające poza konwencjonalne "oglądanie" dzieła i pozycjonowanie jej w kategoriach estetycznych.Można by wiele powiedzieć w związku z z pracą Blue Morph, ale wiele też już zostało odnotowane...
John Cage powiedział o sobie: nie mam pojęcia, co to znaczy być artystą. Myślę, że... Mam problem z przyjmowaniem ról. Ja nie chcę żadnej z nich odgrywać. Chcę być tym, kim jestem. , a także w tej samej rozmowie z Mortonem Feldmanem: ...staliśmy się dużo bardziej wrażliwi na dźwięk, i to nie tylko w naszych głowach, ale całym naszym istnieniem, i że ten dźwięk nie musi koniecznie przekazywać jakiejś głębokiej myśli. To może być po prostu dźwięk i może wchodzić jednym uchem i wychodzić drugim, albo wchodzić jednym, przenikać i przemieniać nasze istnienie i wychodzić, być może wpuszczając następny...
Dodatek literacki wzbogacić muszę jeszcze o dwie obszerne recenzje naszej muzyki opublikowane w intrygującym - w pełni oldschoolowym - piśmie pt. Gościniec Sztuki. Pismo ma podtytuł: Magazyn Artystyczno-Literacki i nie ma swej wersji internetowej, lepiej: nie ma nawet śladu w Internecie... Gościniec wydawany jest od 15 lat w Płocku (Wydawca to Płocki Ośrodek Kultury i Sztuki) i przynosi całkowicie oryginalne teksty, myśli i relacje! Poza intrygującymi tekstami, znakomitymi autorami i tematyką, która drwi sobie z salonów artystycznych i tzw. trendów (szacunek!!!) zauważyć trzeba koniecznie warstwę wizualną: kolorowe reprodukcje prac z kolekcji Leszka Macaka (Maria Wnęk,Władysław Wałęga!), ale także foty archiwalne typu: koncert Zgniatacza Dźwięku w Radomiu... albo Karol Wojciak zwany Heródkiem... Jeszcze raz szacun! Tym bardziej miło, że Andrzej Robak pokusił się na dwie obszerne recenzje, a Gościniec je opublikował: The Magic Carpathians - Acousmatic Psychogeography/Enjoy Trees! oraz Marek Styczyński - Cyber Totem/Cybertotem Remix Project. W powodzi nowości i braku wiedzy o rzeczach, które działy się przed wejściem na scenę kolejnych "odkrywców prochu" ciężka robota Andrzeja Robaka zdaje się być nieoceniona. Tak trzymać... Andrzej masz stałą wejściówkę!
Wiele się dzieje..więc można by tak blgować bez końca, ale A. właśnie sięgnęła po ciekawe wydawnictwo płytowe (ale opis jest grubą książeczką!) - Sound art @ Het Apollohuis. Pod książeczką są dwa CD: Body Extensions i Sampling Techniques. Na płytach m.innymi: Paul Panhuysen (fr. koncertu z 1990 r.), Phil Niblock (z 1991 r.) i 22 innych artystów sound art'u.
Na focie Bogdana K. - scena z ostatniej akcji z długimi strunami! Było około północy...

Sunday, September 04, 2011

SŁOWA na WIATR


Spakowałem się już na jutrzejszy warsztat terenowy w Beskidzie Niskim. Wieś Radocyna leży na dawnej Łemkowszczyźnie Środkowej i ma barwną przeszłość, ale ja nie będę się musiał nią zajmować... na szczęście! Od strony przyrodniczej to obszar bardzo interesujący, bo to źródliska Wisłoki, jeszcze Karpaty Zachodnie (ale blisko do granicy z Karpatami Wschodnimi), a wokół jak nie Wilcza Jama albo Łysa Góra ... to Uherec! Beskid Niski jest faktycznie najniższą częścią polskiej części Karpat. Od strony komunikacyjnej to jest załamka pełna... wszystko obliczone na indywidulny dojazd własnym samochodem. Z Radocyny jest blisko do granicy ze Słowacją, ale przyrodniczo to dwa regiony oddzielone ważnym wododziałem karpackim - po jednej stronie wszystko płynie do Bałtyku, a po drugiej - do Morza Czarnego. Po dawnych mieszkańcach Radocyny i okolic nie pozostało zbyt wiele i zobaczymy czy etnobotanika pozwoli na odkrywanie tu czegoś z przeszłości. Rośliny jakie chciałbym tam omówić (a może też odnaleźć) to: szałwia, kłokoczka, dziurawiec, bzy: czarny, hebd, koralowy, może arcydzięgiel litwor?
Jak już przy Karpatach jestem, to warto odnotować kolejne świetne opracowania wydane na Słowacji: Cultural Heritage of Slovakia - Folk Culture (Vydavatel'stvo DAJAMA, 2010) i całkowicie powalające dzieło Oskara Elschek'a pt. Fujara ako vytvarne dielo - wydane w 2009 roku przez ULUV (Ustredie umeleckej vyroby) w Bratysławie. Książka - album ma 210 stron i jest naprawdę niezwykle interesująca. To już inny poziom badania tradycyjnej twórczości. Po znakomitym i niewiarygodnie bogatym opracowaniu MAJSTRI - Mariana Plavec'a z 2003 roku (fakt, ma grubo ponad 400 stron i setki ilustracji) to Fujara... wydaje się japełniejszym opracowaniem fenomenu pasterskiego fletu pionowego i jego kultowego wręcz znaczenia. Nie tylko melodie warto by ze Słowacji zapożyczyć... i już widzę jak się nasze (pożal się boże...) tzw. wydawnictwa pukają po głowie na takie pomysły.
Kilka dni temu rozpocząłem trochę inżynierskich działań na niwie konstruowania nowych instrumentów i instalacji muzycznych. Po udanym eksperymencie z 18. metrowymi strunami, zbudowaliśmy stały system zaczepów do strun, który pozwoli na szybkie i precyzyjne rozstawienie całej instalacji. Wkrótce wypróbujemy całość i nagramy pierwszą sesję - Long Wave Installation i z pewnością okaże się, że wielu naszych kochanych muzyków robiło to od dawna po domach i tylko się nie przyznawali. Bardzo szybko udało się przystosować moją starą harfę (jest to twórczo opracowany model archaicznej harfy azjatyckiej, wykonany z drewna orzecha, grochodrzewu i śliwy gdzieś około 1984 roku) do funkcji instrumentu wiatrowego. Mam nadzieje, że wiatr halny okaże się muzykalny... Pracujemy nad całkiem niezwykłym instrumentem z grupy akustycznych, ale nie tradycyjnych oraz nad analogowym, elektrycznym zestawem: Motofon+Badoog I+ Badoog II Light System.
To wszystko pcha nas w rejony, które pozostają już całkowicie poza wyobraźnią klubów i poza sitwą tzw. kuratorów czyli oficerów politycznych sztuki współczesnej. Dlatego musimy się przyzwyczaić, że garstka zainteresowanych zdana jest wyłącznie na ten blog i od początku nowego roku, także na realizacje video, których będzie sukcesywnie przybywać na YouTube i płytach dvd.
Ciągle czuję niesmak po dyskusji z Rafałem (Hati) na temat tego czy zespoły muzyczne mają prawo do własnych postaw i poglądów (nawet skrajnych) czy nie, a jak nie, to kto ma zadecydować o odmówieniu im prawa do grania... i co w praktyce z tego może wynikać? Nienawidzę szczerze kiedy ktoś wymaga opowiadania się po jakiejś stronie i przymus taki uważam za arogancki, nieuprawniony i pozbawiony sensu. Na szczęście dla Rafała, znamy się tak długo, że nie mogę się obrażać i tylko czuję się naprawdę źle zmuszany do oświadczania, że nie jestem neofaszystą. Nie jestem też żyrafą, nie jestem z ludu pisowskiego kiedy krytykuję Gazetę i nie napadam na ekologię gdy rozśmiesza mnie jedynie słuszny Adam W., albo smuci przymierze zielonych z tzw. lewicą. Nie zgadzam się udawać prostaka tylko dlatego, że inni by się od tego lepiej poczuli. Ideolo działa jak jakaś piana, która pojawia się nieuchronnie i wycieka nam z dziurek w nosie... jak ten budyń siedmiodniowy, który nie utrzyma w nas nawet stary, dobry Aviomarin. W chwili kiedy zaczniemy żądać jedności poglądów od artystów, stawiamy się w miejscu dawnego Komitetu Powiatowego, Cenzora, Inkwizycji itd. Niech publiczność oceni czy poza ideolo jest coś jeszcze, czy nie? Jak jedynie ideolo to porażka i do domu, ale jak sztuka? To kłopot. A co Rafale zrobisz w sytuacji gdy ktoś nie ogłasza swego ideologicznego programu, to co: wykrywacz kłamstw czy oświadczenie? Np.: oświadczam, że nie jestem ludożercą... nie molestuję dzieci... nie jestem terrorystą ( i tu problem, bo wiele mieszczańskich lewaków jest za terroryzmem, ale w tzw. słusznej sprawie, bo wiadomo: komunizm Stalina był lepszy niż narodowy socjalizm Hitlera? czy tak?) i ostatni raz byłem na spowiedzi / grałem na festiwalu w zeszłym tygodniu... Naprawdę rozsierdzają mnie też tajemnicze "środowiska" i rezydenci z różnych krajów ( oczywiście na wyższym poziomie rozwoju społecznego)... jak oni się o nas troszczą i jak chcą pomóc! Ciśnie się na usta: lekarzu, ulecz się sam.
Swoją drogą, to A. napisała z Austrii i najważniejszej wystawy sztuki elektronicznej: sztuka umarła i dobrze jej tak! Pozostaje więc marketing i ideolo jako jego część? No to ja spadam i udaję się na emigrację wewnętrzną, nowe wraca?
Kilka dni temu byłem służbowo na spotkaniu, na którym omawia się i wnosi poprawki, postulaty i protesty dotyczące planu pracy leśników na najbliższe 10 lat! Dotyczyło to obszaru Natura 2000 i sporej części cennych górskich terenów chronionych. Prawo mowi, że wszelkie uwagi do tego planu muszą być zaprotokołowane i przeanalizowane w celu udzielenia odpowiedzi jak zostały uwzględnione. O dacie i miejscu spotkania informuje się w ustawowo uregulowany sposób, tak , że wszyscy zainteresowani mogą się o tym dowiedzieć. No i poza przedstawicielami mojej instytucji i ALP nie pojawił się nikt z NGO, nikt z Samorządu i nie przybył Adam Wajrak, który ma tak wiele do zarzucenia dowolnemu nadleśniczemu... ale raczej na fejsie lub za wierszówkę. Zauważyłem, że ideolo przenika wszystko i zawsze to milej, taniej, łatwiej i bardziej cool być fejsfajterem niż zalatwić coś poza klaką swoich znajomych i setkami lajków za ziewnięcie rano i przywalenie nie-naszym.
Bogdan K. jak zwykle cierpliwie dokumentował moje poczynania w warsztacie Wieśka B. (nie mniej cierpliwego wobec moich pomysłów) i nad wpisem jest fota harfy (już) wiatrowej. Dla tych, którym - jak Wojtkowi - moja harfa przypomina: narzędzie rolnicze wyjaśniam, że ze względów technicznych harfa leży uchwycona w imadle poziomo, a grając na niej trzyma się instrument pionowo.

Sunday, August 28, 2011

GENESIS of a MUSIC


Temperatura gwałtownie opadła do naszej ulubionej: 16 stopni C i da się czytać i normalnie funkcjonować. Przy porannej, rytualnej kawie czytam Nową muzykę amerykańską - zbiór tekstów na ekscytujące tematy pod redakcją Daniela Cichego (redaktor serii) i Jana Topolskiego (redaktor tomu). Szczególnie dobrze czyta się tekst Kyle Ganna'a pt. Kompozytorzy poza historią. To prosta, ale kompetentnie napisana opowieść o muzykach, którzy czuli fałsz europejskiej muzyki klasycznej i nie bali się szukać innych rozwiązań. Odkrycie tego fałszu skłoniło niejakiego Harrego Partcha do tego by: spalił wszystko co dotąd napisał i postanowił zacząć od nowa.. Konsekwencją tej przemiany było wymyślenie: kilku innych instrumentów. jednym znich był chromelodeon, staromodne organy piszczałkowe, tak nastrojone, by gra półtorej oktawy na 43 dźwiękach klawiatury.../.../gitary wzorowane na starożytnych greckich harfach.../.../... diamentowa marimba.../.../...instrument zwany "cloud-chamber bowls" ...!
Bardzo bliską mi ideą Partcha jest idea korporalności: fizycznej i teatralnej obecności wykonawców i ich instrumentów.
Niezwykłe i czasem dość trudne życie Harrego Partcha tłumaczy obietnica jaką złożył sobie w młodości: nikt nie uzna mnie za wariata. Będę całkowicie wolny. Partch przewrócił do góry nogami napuszoną muzykę akademicką z Europy i był (i jest) inspiracją dla całej rzeszy ambitnych muzyków i badaczy dźwięku. Jego książka pt. Genesis of a Music stała się dziełem prawdziwie wywrotowym. Dla mnie bardzo ważne są dwa zdania - podejścia do pracy z dźwiękiem i muzyką: do natury dźwięku podchodzi się bez uprzednich założeń (Behrman 1998, Sonic Arts Union), oraz: trzeba mieć spostrzeżenia, nie opinie. Każdy ma opinie. Ale spostrzeżenia? (Alvin Lucier, 2001)
Książka jest jedną z kilku wydanych w ramach serii wydawniczej i Linii Muzycznej festiwalu Sacrum Profanum. Oczywiście można by utyskiwać, że bardziej interesujące byłoby przełożenie książek Harrego Partcha, albo np. Talking Music - rozmowy Williama Duckwortha z Johnem Cage, Philipem Glassem, Laurie Anderson, La Monte Youngiem, Stevem Raichem, Pauline Oliveros... i innymi! (Da Capo Press, New York, 1999). Może byłby już czas na coś z pierwszej ręki, a nie opowieści i legendy z drugie i trzeciej ręki - nawet jeżeli są tak miłe?! Ale to może nie pasować, bo w budyniowie zaczyna się też lekko fałszować ten obszar historii muzyki Zachodu. Ludzie z korporacji akademickich nauczyli się stać okrakiem: jedną nogą miło tkwią w ciepłych akademickich piernatach etatów i uczą jak czysto zagrać to czy tamto, a drugą nogę starają się tak wyeksponować aby być uchodzić za ekspertów od muzyki stworzonej z niezgody na tę pierwszy, piernatowy i arogancki obszar. Do tego dochodzą szkoły zawodowe gdzie uczą na muzyka rozrywkowego i jazzowego... I dziwimy się potem, że pojawiają się omnibusy pustosłowia muzycznego: wszystko zagrają! Piszę o pozaakademickich eksperymentach z całą świadomością tego, że wielu kompozytorów nowej muzyki amerykańskiej działało w ośrodkach akademickich... tyle, że te ośrodki były zbudowane całkiem inaczej niż nasze. Np. w Oakland znajduje się Mills College, w którym studiuje się: kompozycję, improwizację, muzykę elektroniczną, zespoły laptopowe, niekonwencjonalne systemy strojenia instrumentów, budowę instrumentów elektroakustycznych, instalacje dźwiękowe, wykonawstwo multimedialne i wiele innych... Wiem, wiem jest u nas kilku profesorów starających się coś zmienić, ale wielu z nich praktykowało w awangardowych i eksperymentalnych zespołach, które stały się ich prawdziwymi szkołami i są dzisiaj jak rodzynki w zakalcowatym cieście.
Cały ten budyniowy wypiek jest zakalcem i tworzy bariery jak w carskiej Rosji. To trochę jak moja rozmowa z Żelazną Damą krakowskiej sztuki współczesnej: nasza fotografia organiczna była zbyt mało nowatorska, ale nowatorska okazała się nagle Jej wystawa fotografii S.I. Witkiewicza na szkolnym poziomie. Nic nowego się nie pojawi, nikt nie namaszczony nie zaistnieje, a artystyczne bitwy rozbijają się o wielkości plakatów i ilość kasy jaką można wydać na promocje. Do tego dochodzi jeszcze ideologizacja wszelkich działań w kulturze... ale Harry Partch działał w okresie wielkiego kryzysu w USA... chyba więc nie będziemy się tak łatwo płoszyć!

Od pażdziernika postaramy się ujawnić wyjątkowy skład naszego projektu - dołączył do nas Tomek Hołuj! Tylko kombatanci pamiętają wczesny skład (trio) Ossiana z udziałem Tomasza, ale ja osobiście nie mogę sobie przypomnieć jakoś innego!? Transowe, perkusyjne granie Tomka było jedyną rzeczą, która mnie w O. naprawdę kręciła. Inne czasy, inne konteksty i jak mawiają Czesi: to se ne vrati! Po wyemigrowaniu Tomka do Szwecji, słuchałem raczej Codony, Oregonu i Micusa z tej przestrzenii muzycznej. No i stało się - kilka miesięcy temu, trochę z marszu (co lubię najbardziej) rozpoczęliśmy pracę nad wspólnym ujawnieniem. Pamiętam jak utyskiwałem, że od lat nie możemy spotkać odpowiedniego perkusisty (Janek K. jest ciągle zajęty z innymi składami), który dałby radę naszym specyficznym potrzebom co rytmów, brzmienia, wyobraźni i twórczej niezależności. Już nie utyskuję. Tabla, gongi, drewno i żelastwo Tomka ... już się cieszę!

Na focie wykonanej pod Krakowem w lipcu 2011 i twórczo spreparowanej przez Tomka Czermińskiego z naszego Teamu, od lewej: Marek Styczyński, Anna Nacher, Tomasz Hołuj. CDN...

Saturday, August 27, 2011

TUNDRA DRONE


Z wielką przyjemnością pracujemy nadal nad obiecującym projektem Long Wave Installations i można już zobaczyć na YouTube część dokumentacji z eventu Long Strings / Długie struny z 19 sierpnia 2011. W związku z projektem, w przyszłym tygodniu mam umówioną sesję... stolarską! Z pomocą mojego dobrego znajomego zbudujemy stałe elementy zaczepowe i układ strojenia strun do 20 m długości.
Trochę szperam po literaturze i mam ciekawe obserwacje dotyczące długich strun. W dwóch książkach: SOUND ART - Beyond Music, Between Categories (Alan Licht,Rizzoli IP, New York 2007) i KULTURA DŹWIĘKU - teksty o muzyce nowoczesnej (redakcja Ch. Cox, Daniel Warner, przekład: słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2010, a pierwsze wydanie oryginału 2004) nie znalazłem nic o pracy Ellen Fullman i Jej: Long String Instrument! Jest stosunkowo sporo na temat holenderskiego artysty Paula Panhuysena (rocznik 1934), który wydaje się naszym zamierzeniom znacznie bliższy niż Fullman. Jego prace zdefiniowano w krótkim, ale bardzo trafnym stwierdzeniu, że to: site specific works creating drones. To jest bliskie mi podejście, które jest bardziej elastyczne, bardziej współgra z otoczeniem i zakłada swobodne modyfikacje. Fullman ogłosiła w 1981 roku swój projekt pt. Long String Instrument, a Panhuysen pracował nad niezwykłymi instrumentami już z Maciunas Ensemble, a w latach 1982 - 1985 realizował własny projekt pt. Long String Installations... Budował też nowe instrumenty: duochords, tubular aluminum monochords, spring strings, musical bows, guitar with tails... Szczególnie interesujące dla mnie są - poza nowymi instrumentami i instalacjami dźwiękowymi - dwie prace: Projection - prezentowana na Echo Festival 2 w Holandii w 1987 roku, oraz (!) Sznurki, Linky, Knoty (znana też jako: Singing the World into Existence) zaprezentowana w... Łodzi w 1990 roku (Work in Progress). Nasz projekt o ustalonej już nazwie: Long Wave Installation będzie znacznie bliżej doświadczeń Paula Pabhuysena, ale zakłada budowę innych źródeł dźwięku, także elektrycznych (generatory i pochodne), bo to co nas interesuje to długie fale, drony, mikrotony i współbrzmienia w związku/kontekście konkretnego otoczenia. Jeszcze we wrześniu planujemy premierowy test całej instalacji w hali fabrycznej wraz ze staranną rejestracją brzmienia.

Niezwykle cieszy mnie inny nasz projekt o roboczej nazwie: Soundscapes/tundra drone. Po pierwsze projekt objawił mi się w tundrze Sapmi w najwyższym rejonie Padjelanta z bliskim sąsiedztwem gór Sarek. Geomorfologia tego miejsca była całkiem niezwykła i patrząc na płyty skalne wystające z jeziora... zobaczyłem graficzny obraz dźwięku jaki pokazuje monitor komputera w studiu nagraniowym. No i nagle pojawił się pomysł aby ten obraz potraktować jako graficzny kod skrywający dron, brzmienie, dźwięk tego właśnie miejsca. Tundra drone? Utwory skalne odbijające się w jeziorze zarejestrowałem w postaci fotografii i dzięki pomocy filozofa i programisty w jednej osobie - Janka A. udało się obraz przetworzyć na wykres dźwiękowy. Teraz ruch po mojej stronie i w studiu postaramy się z naszym realizatorem Piotrem P. uzyskać brzmienie skał za kręgiem polarnym. Ostatnim etapem będzie próba stworzenia sekwencji dźwiękowych i dalej - muzyki?! Tego typu twórcze ćwiczenia nie są nowe, ale dotąd więcej było akcji pod hasłem: zobacz dźwięki niż usłysz kształty. Program komputerowy i doświadczenie w przetwarzaniu krajobrazu w dźwięki i muzykę może być ekscytującym i inspirującym narzędziem i doświadczeniem!?

Na obrazku - kolejne fazy przetwarzania obrazu skał z Padjelanty na graficzny obraz pliku/sekwencji dźwiękowej w opracowaniu Janka Argasińskiego.





Monday, August 22, 2011

LONG STRINGS vel Long Wave Instalation


Jeszcze nie wszystko po wypadzie w tundrę rozpakowane... a tu zaraz robota i robota! W ostatni piątek tj. 19.08.2011 rozpoczęliśmy drugi nowy projekt w tym roku. Pierwszy to współpraca z Tomkiem Hołujem, która powoli przyobleka się w kształty koncertowe... Bardzo interesująco wypadło robocze, warsztatowe działanie pt. Long Strings / Długie struny i wobec tego eksperyment przeprowadzony w zeszły piątek to wstęp do drugiego naszego nowego projektu w 2011 roku.
Punktami wyjścia do pracy z długimi strunami stały się doświadczenia Ellen Fullman z USA, która od 1981 roku realizuje świetny projekt o nazwie: Long String Instrument oraz nasze doświadczenia z monochordami tradycyjnymi (moje są tak samo datowane - od końca lat 70. ubiegłego wieku!) i ostatnie fascynacje harfami eolskimi (wiatrowymi). Fullman stosuje struny od 16 do 60 m długości i dąży konsekwentnie do stworzenia wielkiego instrumentu, który mógłby być wykorzystywany do grania samodzielnie, ale i w zestawie z instrumentami tradycyjnymi. Pomyślne doświadczenia z saksofonem, kwartetem smyczkowym i innymi zestawami pozwalają myśleć o idei Long String Instrument jako o dziele spełnionym. W wielu kulturach brzmienia pojedynczych strun były wykorzystywane w konstrukcjach interesujących instrumentów: monochordów z Wietnamu, trąby maryny używanej w XVII i XVIII wieku w Europie, gusli z byłej Jugosławii, łuków muzycznych, harf poziomych itd. Te fantastyczne czasem konstrukcje, które opierały się na czasem bardzo poważnych założeniach teoretycznych, to nasze drugie źródło inspiracji i doświadczeń. Zbudowaliśmy instrument złożony z trzech strun o długości po 18 m każda, rozwieszonych pomiędzy dwoma prostokątnymi stolikami roboczymi przywiązanymi do drzew. W przeciągu czterech godzin z kwadransem na silny wiatr, deszcz i początki burzy, udało się struny zestroić i rozpocząć pierwsze udane eksperymenty z graniem dłuższych sekwencji muzycznych. Kiedy już zaczęły pojawiać się interesujące fragmenty większych kompozycji, a my wciąż mieliśmy siłę by biegać wzdłuż strun 18 m razy dziesiąt, a może sto... przyjechał samochód organizatorów aby zabrać stoliki i posprzątać miejsce akcji.
Nasz projekt wstępnie nazwaliśmy: Long strings, ale po prapremierze w ramach poboczy Festiwalu Karpaty Offer (to najprawdopodobniej nasze rozstanie z tym Fest.) skłonny jestem raczej do myślenia w kategoriach: Long Waves Instalation. Od doSwiadczeń i celów Fullman wiele nas dzieli: nie dążymy do stworzenia jednej, sprawdzonej konstrukcji o stałych parametrach, możemy działać w plenerze (Fullman realizuje swój projekt jedynie w zamkniętych pomieszczeniach i traktuje to jako warunek realizacji projektu), stosujemy techniki i konstrukcje brane z muzyki tradycyjnej, wydaje się, że doskonale sprawdza się muzycznie nasz duet na LWI. Po tym pierwszym doświadczeniu, zrealizowanym w warunkach prawie doskonałej dyskrecji i braku przeszkadzających obserwatorów (co zapewnia eksperymentowanie w Nowym Sączu) mamy w planie premierę w pomieszczeniu i konstrukcję elementów stałych do szybkiego montowania całości. Właściwą premierę planujemy na X Industrial Festiwal w listopadzie? No bo nie spodziewam się wielu zaproszeń z ośrodków sztuki współczesnej, a w klubach i przy barach nasz 20 metrowy LWI się nie zmieści ... i dobrze. W projekcie uczestniczył Bogdan Kiwak, który - jak sam twierdził - odkrył instrument dla siebie! i dzięki Bogdanowi mamy niezłą dokumentację i kilka filmików, które pod koniec tygodnia trafią do YouTube. Aż mnie korci aby naszą instalację dźwiękową nazwać; Duże instrumenty... ale dam spokój. Podobno wielkość nie ma znaczenia?


Na własną prośbę na szerokie wody Nowej (Lewackiej) Ewangelizacji wypłynęła niejaka R.U.T.A. Za czasów Kory gdy zainteresowanie mediów opadało i bezinteresowny lans Marka N. z "radiowej Trójki" nie dawał rady... to pojawiało się ogłoszenie nagrane przez Korę o zgubieniu Jej pieska czy kotka... i znowu było coś w radiu. Zawsze coś... R.U.T.A. już nie ma takiego wdzięku i lekkości i straszy nasz poważnymi sankcjami ze strony agitki pt. Gość Niedzielny! Wow! A z tego całego: bo R.U.T.A. to, bo R.U.T.A. tamto to tylko boruta wychodzi i tyle. Nikt i tak nie pobije Męskiej Muzyki w kategorii kabotyństwa, ale muszę przyznać, że w tym zestawie p. Waglewski z rodziną i kolegami nie udają lewaków i nie ukrywają, że chodzi jedynie o kase z piwa. Serce mi tylko krwawi, że Lech Janerka to piwowarskie granie także firmuje... pewnie się bardzo cieszy, z tych chwilowych wskrzeszeń?

Na froncie walki lewackich mądralińskich pojawił się w Krakowie (Bunkier sztuki, oczywiście...) artysta Oliver Ressler z tytułem swego wielowątkowego dzieła: Socjalizm Zawiódł Kapitalizm Zbankrutował CO DALEJ? Dramatyczne pytanie zadaje artysta przekupniom na bazarze w Erewaniu i czerpie z tego wiele ważkich przemyśleń. Facio z Austrii majstruje coś przy naszej przyszłości i wie pewnie jak mamy żyć, co nas zawiodło i co zbankrutowało! Dowiedział się tego w Erewaniu?
Czy nie przypomina Wam to innego artystę z Austrii (malarz to był?), który też miał wizję nowych i ostatecznych rozwiązań kwestii społecznych. Ja bym nie pytał; Co dalej? ja bym zapytał jaki to socjalizm tak artystę zawiódł: może narodowy? Niech się artysta Ressler zajmie problemami artystycznymi lub jak musi już koniecznie - bo taki jest trYnd - to może pomajstruje z problemami Austrii. A chyba ich nie brakuje...
Na focie Bogdana prapremiera Long Wave Instalation... z jednej strony 20 metrowej instalacji... może filmy pokażą całość?

Sunday, August 14, 2011

FORSOWNE WYJŚCIE Z ODURZENIA


Pod takim tytułem znajdziecie nasz wspólny tekst o trekkingu przez góry i tundrę Padjelanta z wizytacją Sarek. Jeszcze przed wyjazdem przyjęliśmy zaproszenie od Redakcji Krakowskiego pisma kulturalnego Fragile aby napisać "coś" do numeru pod hasłem - "odurzenie". Właśnie go skończyliśmy w wersji roboczej i jest dla nas bardzo specjalny. Tym samym czuję się troszkę zwolniony z opisywania naszego trekkingu na blogu... ale temat jest mocny i będzie powracał. Napiszę tylko, że przeszliśmy te 150 km po górskiej tundrze za kręgiem polarnym, ale nie sądziliśmy, że będą odcinki, których przebycie będzie nasz kosztowało tempo jeden kilometr na godzinę, kilka w tempie dwa kilometry na godzinę i zaledwie ułamek trasy mieścił się w trzech kilometrach na godzinę! Daje to przejścia od 5 do 9 godzin w trudnym terenie i w kilku wypadkach ulewnym deszczu. Mimo wszystko i tego na co by ta statystyka wskazywała, nasz właśnie skończony trek zaliczamy do najmocniejszych i wpisujemy na listę mocnych doświadczeń, tuż obok spacerów w rejonie Panda Khola w Mustangu, przejścia w burzy przez grań Alp Julijskich i ucieczek przed burzami w Rile i Pirynie.
Na treku przez Padjelanta jest kilka interesujących punktów. Jeden z nich to miejsce gdzie spotykają się granice trzech parków narodowych: Padjelanta - Sarek - Stora Sjoffalet, które razem tworzą największy obszar dzikiej przyrody w Europie, inne z takich miejsc to intrygująca i rozległa przełęcz ze schroniskiem Duottar na jej początku i schroniskiem Darreluoppal, leżącym na terenie Sarek, u jej stóp. Taką przełęcz pamiętam jedynie z Himalajów (Torong La w masywie Annapurny) i mimo, że tamta miała grubo ponad 5000 m n.p.m. i otoczona jest 6 i 7 tysięcznikami, a Duottar ma tysiąc metrów i góruje nad nią Gierggevarre (1639 m) to chętniej powrócę do niej właśnie.
Sprawdził się znakomicie kierunek naszej wędrowki, za którym optowała A. jeszcze w fazie planów. Większość trekkerów wychodzi z Kvikkjokk i wędruje do Ritsem, my odwrotnie; wędrówkę rozpoczęliśmy od Ritsem i przeprawy pod Ahkkę i dalej do Staloluokta, Duottar...aż po schroniska w dolinie Rappadalen z zaskakującym górskością schroniskiem Njunjes. Z tego ostatniego już tylko 4 godziny marszu dzielą nas od przystani, z której łodzią można się dostać do Kvikkjokk. Ten kierunek jest zdecydowanie dogodniejszy niż start z Kvikkjokk, a połączenie autobusowe z Gaellivare tak samo dostępne.
Pojawiają się też nowe opcje oparte o regularne i nie tak drogie loty helikopterami z Kvikkjokk i Ritsem do Stalolukta nad jeziorem Virihaure, które można traktować jako środkowy obszar tego szlaku. Koszt takiego ominięcia dolinowych odcinków nie przekracza kosztu korzystania z serwisu schronisk i nocowania w namiocie jaki zsumujemy z ominiętych 3-4 przystanków. Jak to w Laponii; opcji jest wiele i są także zupełnie dzikie i nie oznaczone na mapie. Warto jednak zachować rozsądek i nie biegać jak owce w Sarek... gdzie spotykają się gromady tych, którzy słyszeli, że w Sarek jest pusto... O Sarek krążą już dowcipy i opowieści, które pokazują, że i Laponia nie oparła się modzie.
Dotychczasowe trekkingi w Laponii odbywaliśmy o kilka tygodni wcześniej i przełom lipca i sierpnia ma inny koloryt i swe dobre strony. Najsmaczniejszą odmianą jest duża ilość owoców maliny moroszki, której kwiaty (i tylko kwiaty) mogliśmy podziwiać w 2009 i 2010 roku.
Spotkania z kulturowym obszarem Sapmi i Saamami mają totalny charakter i główne schroniska na szlaku Padjelanta są własnością samską (zarządza nimi Badjelannda Laponia Turism z siedzibą w Jokkmokk) i nie obsługuje je STF (szwedzka organizacja turystyczna) co ma swe reperkusje w postaci braku możliowści płacenia kartą (STF mają tzw. maszynki do odbijania kart wypukłych) i nie otrzymywania zniżek z tytułu bycia STF members. Na mapach STF kiepsko z informacją o innych schroniskach i vice versa... Polecam stronę www.padjelanta.com o której dowiedzieliśmy się dopiero na szlaku... Warte odnotowania jest spotkanie sprawnych trekkerów w Jokkmokk, którzy zeszli tam z Kebnekaise ! Także w Jokkmokk wpadliśmy na badacza ważek ... z Krakowa. No, nie jest źle i mam nadzieje, że nie wyprą nas rozkrzyczane grupy rednecków z okrzykami kurwa, kurwa, kurwa ... radośnie wznoszonymi po dwóch piwach. Jakoś nie jest to: alleluja, alleluja... a wszyscy tacy u nas pobożni. Niestety w samolocie ze Sztokholmu już nas częstowano bydyniowym zagajeniem z włoskimi wtrętami.
W Kraku jak to w Kraku, super i na targu zakupiliśmy malin, śliw, jabłek, gruszek, ogórków, cukinii, moreli i brzoskwiń... nie było dużo taniej niż w Szwecji! Za to dużo taniej niż u nas kupiliśmy w Sztokholmie kilkanaście płyt... od albumu Jana Garbarka i Marilyn Mazur (Elixir, ECM) po box pt. Parental Avisory Horrible Punk, z dziesięcioma płytami w środku. Dodaliśmy też Briana Eno i nieomal wszystko co było Patti Smith, The Peel Session P J Harvey ... i Chemical Brothers... Obiecaliśmy sobie, że wrócimy do Sztokholmu jesienią po następny worek płyt. Empik niech się goni... W Sztokholmie oglądaliśmy intrygującą wystawę artefaktów Vodou (to pisownia oryginalna), której część była specjalnie zaaranżowana dla pokazywania obiektów magicznych. Wystawa jest czynna tylko do 21 sierpnia... Kolekcja robi silne wrażenie i nie jestem pewny, czy chciałbym ją widzieć raz jeszcze!
Po powrocie, dziwi nas trochę zachodzące szybko słońce i ciemność przez wiele godzin... tego na szlaku nie mieliśmy wcale.
Fotografii narobiliśmy z półtora tysiąca i wiele z pomocą obiektywu 10-20 mm... co dało dobre efekty, następnym razem zabierzemy jednak chyba tylko kamery otworkowe, nic chyba innego nie da rady tundrze w Laponii. Na naszej wspólnej focie jesteśmy w tradycyjnych okularach na zadymki i śnieg, które zrobiłem z kory brzozy.

Odpoczywając kilka dni w Jokkmokk i Sztokholmie podsumowywaliśmy nasze wrażenia ze szlaku i fascynacja przestrzenią tundry umocniła się nam na stałe. Inaczej też widzimy kulturę Saamów i ich sytuacja wydaje się dużo trudniejsza niż się nam dotąd wydawało. Jak zwykle, dotarliśmy do cennych książek - o joiku i o szamaniźmie pasterzy reniferów. Kupiłem też świetny materiał dvd na temat etnobotaniki Laponii... szkoda, że to zainteresuje w budyniowie tak mało osób. Aby wyjść z budyniowego odurzenia należy podjąć długi, forsowny marsz...

Tuesday, July 19, 2011

Staloluokta trek part 2.

Jak będzie? Nie wiadomo. Nigdy nie wiadomo. Cały dzień śledziłam dzisiaj naszą trasę za pomocą BirdEye Imagery oraz innych (także open source'owych) map satelitarnych Padjelanta i Sarek, ale w dalszym ciągu nie wiem, jak będzie. To bardzo nieuchwytne i składa się z ulotnych wrażeń, kiedy wysiada się z autobusu Lanstraffiken Norrboten przy stacji górskiej Ritsem (a właściwie kilku baraków dla obsługi elektrowni wodnej VAttenfall oraz dwoch baraków dla turystów) i uderza myśl, że to już tutaj żegnamy cywilizację na jakieś 10 do 12 dni. Mało? Być może mało, ale wiem teraz, że te dni to calła epoka i jeśli na kimś te 10 dni nie robi wrażenia, to znaczy, że nigdy nie znajdował się w sytuacji, w której odległość mierzy się dniami drogi na piechotę. Świat pozornie jest nasycony sieciami, danymi i telekomunikacją, ale konfrontacja z prawdziwym terenem pokazuje, że mosty nie w tym miejscu, co na mapie, że inaczej topi się lodowiec i strumienie w innym miejscu (nie mówiąc już o jeziorach), że dzien wędrowki to więcej niż tona teorii itp. Cywilizacja miejska stopniowo będzie wygasać - komfortowy Sztokholm ustąpi miejsca Gaellivare z kilkoma restauracjami i jednym centrum handlowym, w którym pojecie mody w dalszym ciągu słabo jest znane, a późnije będziemy się cieszyć, jeśli znajdziemy kilka półek w schronisku z herbatnikami Digestive na sprzedaż - jeśli będzie śmieszne piwo Bla (3.5 %), to radość będzie niesłychana. Zaczyna się doroczne odosobnienie z reniferami i deszczem.

STALOLUOKTA TREK


Po dwóch zimowych i dwóch letnich wyprawach w tundrę Saamów za kręgiem polarnym, ruszamy jutro rano na trzeci letni trekking w samo serce World Heritage Area LAPONIA. Tym razem z Ritsem nad jeziorem Ahka (Ahkajavrre) przeprawimy się pod masyw Ahkka - Królowej Laponii i dalej, kierując się na południe mamy dojść do jeziora Virih (Virihjavvre), nad którym leży osada Staloluokta. Stallo to duch pustkowi tundry, który może być bardzo złośliwy, ale też czasem pomocny... Ze Staloluokty powędrujemy lekko na południowy-wschód i zbliżymy się do łańcucha górskiego Sarek, uznawanego za najpiękniejsze góry Skandynawii. Przez Sarek dotrzemy do turystycznej miejscowości Kvikkjokk i dalej już autobusem do pobliskiego i naszego ulubionego Jokkmokk. Jeżeli się wszystko uda to Jokkmokk odwiedzimy już czwarty raz!
Aparat fotograficzny, nowy obiektyw szerokokątny, nagrywarka i testowy GPS zapakowany plus notatnik... Tym razem będziemy pisali w trakcie wędrówki tekst dla krakowskiego pisma Fragile o odurzeniu - to ciekawy temat i pomysł na pisanie. Powinno się udać pokazać coś prawdziwego, bo w tundrze odurza wszystko: krajobraz, dźwięki, zapachy, miarowy marsz, cała doba światła, stare ryty i niezwykle wyrafinowane znaki i symbole.

Ania pyta mnie czy jesteśmy już podróżnikami... bo bardzo nie chcemy nimi zostać, ale rola mieszczuchów też nam niezbyt pasuje... czy jest coś pomiędzy tymi utartymi schematami i wzorcami? Tak, to my!
Bogdan K. zamówił tradycyjną czapeczkę Saamów i straszymy Go kupnem wersji z wielkim czerwonym pomponem...

Dowiedziałem się dzisiaj o interesującym działaniu bobrów w służbie ochrony siedlisk przyrodniczych! Chłop postanowił wprowadzić na miejsce pięknego lasu łęgowego (który wyciął dla dorodnych jesionów...) lasek z posadzonych modrzewi. Modrzew na siedlisku łęgu to raczej słaby pomysł, ale chłop potęgą jest i basta! A przynajmniej był... do czasu, kiedy bobry postanowiły przywrócić równowagę w środowisku i wszystkie drzewka poobgryzały parę centymetrów nad ziemią, powodując ich uschnięcie... Na miejsce modrzewi pojawią się wierzby i jesiony... powróci łęg. Bobry najwidoczniej nie boją się PSL-u i nie cackają się z chłopami jak R.U.T.A. Andrzej W. rzucił ciekawy zlepek cyrku pt. męska muzyka i chłopomanii Ruty : chłopska muzyka! Ładne?!
Co do bobrów to jedna pani chłopka (czyli kobieta jadąca na dotowanym przez nas chłopskim ubezpieczeniu) w totalnych krzakach i dwumetrowych pokrzywach pokazuje patyczkiem cieniutkie gałązki ze śladami zgryzienia i domaga się odszkodowania za szkody od bobrów... Chłopstwo do tego wszystkiego jest niezbyt zadowolone z UE i Tuska i zagłosuje na socjalistę Jarosława K. Może przywróci im upragnione dostawy obowiązkowe? Jest nadzieja...
A jutro pozostawimy Jarosława K., chłopstwo, także bobry i wymkniemy się na tereny poza zasięgiem czegokolwiek i damy się odurzyć dzikości.
Na mapce prawie nie widać Kvikkjokk, bo Bogdan K. nie zechciał zeskanować tej miejscowości... za to dostanie największy pompon z doczepioną czapką... jaki znajdziemy!

Monday, July 18, 2011

DAMO SUZUKI


Pięć pracowitych i nie całkiem lekkich dni we Wrocławiu za nami! Ekipa Industrial Art przygotowała coś - na te miałkie czasy - niezwykłego i już wiemy, że 5. edycja Energii Dźwięku zapadnie nam w pamięć na zawsze. Gość najważniejszy czyli Damo Suzuki, zjawił się ot tak! - kiedy telewizja kręciła rozmowę z nami... nakręcili więc i nasze spontaniczne powitanie. Miły i uśmiechnięty Damo po chwili zasiadł w fotelu i przysłuchiwał się naszej próbie...albo drzemał po podróży? Po godzinie wstał, wyszedł na scenę i z miejsca, bez słów i przymiarek, wywalił z siebie głos i energię o jaką trudno byłoby posądzać tego drobnego faceta. Dobrą godzinę trwała ta mocna emanacja i już wiedzieliśmy, że wszystkie nasze przymiarki diabli wzięli.
Przez trzy dni poprzedzające przyjazd Damo, prowadziliśmy wykłady i buszowaliśmy po interesujących miejscach pełnych książek i kawy, ale także odkryliśmy zupełnie perfekcyjny ogród botaniczny. Uniwersytecki ogród botaniczny, w wielu aspektach podobny do ogrodu UJ w Krakowie... bije go w kilku punktach o całą długość. Wrocław nie zasłużył na miano ESK - Wrocław jest ESK!
Trudno się pisze o ulotnych wrażeniach i naszych miejskich dryfach, ale mimo zmęczenia głośnymi nocami i skwarem, który męczył od 7. rano... spacerowaliśmy po mieście całymi godzinami. Dość ryzykowny skład w postaci Damo Suzuki / Job Karma / Igor Box czyli 1/2 Skalpela / Karpaty Magiczne okazał się być całkiem sprawnym i mocnym. Improwizacja na scenie, o ile ma być to prawdziwe granie, nigdy nie jest prosta, ale nie znam niczego innego w muzyce równie satysfakcjonującego. I nie chodzi o naiwne zadowolenie z tego, że było o.k., chodzi o dotknięcie czegoś prawdziwego i czasem bardzo chropowatego, roboczego. Nic mnie nie obchodzą dąsy znawców wszystkiego, którzy i tak nigdy nie będą nikim z nas i tyle. Każdy taki znawca zaśpiewał by lepiej niż Damo, zagrał by lepiej niż wszystkie składy jakie zna... ale jakoś się nie poskładało? Mówiąc językiem mediów: nasz koncert wzbudził silne emocje...
Damo Suzuki Network saportowały dwa inne składy z Włoch, całkiem dobre, klubowe granie, o które kiedyś było w Polsce dość trudno. Ostatni dzień Energii to dwa koncerty: R.U.T.A (o której GW w wydaniu internetowym napisała, że jest naszym nowym projektem... i z przyjemnością tę informację dementowaliśmy!) i The Magic Carpathians w składzie: Ania, Andrzej i Marek. O występie mega gwiazdy (?...?, ale dlaczego?), która nas saportowała nie będę pisał bo słyszałem niezbyt wiele, ale na tyle dużo aby tego nie robić. Publiczność była zachwycona i to jest ważne. Na naszym koncercie nikt nie podskakiwał i tylko jeden gość tańczył... ale odbiór był bardzo mocny i prawdziwy. Cieszę się, że scena w budyniowie potrafi się obejść (... tak, tak kolego, możemy obejść się bez tego...) bez cyrków męskiego grania do piwa i innych masowych jarmarków dla bojącej się samodzielnego myślenia gawiedzi. Tym bardziej jest ważne, że tego rodzaju autentyczne ujawnienie wielu różnych aspektów kultury niezależnej jakim jest Energia Dźwięku Fest. udało się znakomicie. Wrocław jest O.K. ! Już się cieszymy na listopadowy (i jubileuszowy!) Industrial Fest. Przygotujemy coś specjalnego, bo ekipa organizatorów jest specjalna i publiczność jest jedyna w swoim rodzaju. Szkoda, że w KRK wszystko idzie w inną stronę... może walec KBF nie zrówna wszystkiego i przyjdzie jeszcze nasz czas? A jeżeli zrówna... to się dopiero kiedyś "odegnie"...
Stosik sprzętu, który jutro musimy upchnąć w dwóch plecakach i "bagażu ręcznym" zaczyna nas niepokoić... i tylko jeszcze sto różnych pilnych spraw, wpłat, zapasów, map i adresów... i w tundrę!
Na wymuszonej i mało ambitnej focie z WRO: Damo Suzuki plus Igor, Marek, Ania i Andrzej.

Saturday, July 09, 2011

PROTO-ELEKTRONIKA 2


Oglądanie interesującej wystawy to jedno, a poukładanie sobie wszystkich materiałów, zachwytów, przeczuć i objawień to całkiem inna sprawa. Wszyscy coś oglądamy, słuchamy, czytamy i doświadczamy, ale nie wszyscy potrafią się z tym co ciekawe i inspirujące uporać?! Od lat zachwycamy się daleką Północą i za każdym powrotem mamy nowy segment wiedzy i doświadczenia za sobą i widzimy ile mamy jeszcze przed sobą... Czasem słyszałem, że jesteśmy "hiper-aktywni" i wydajemy zbyt dużo płyt, ale każda płyta to jest jakaś przemyślana i przepraktykowana wyprawa / spotkanie / zachwycienie / eksperyment. Po krótkiej wyprawie do Budapesztu mamy tyle materiału, że tylko systematyczna i wytrwała praca (może) pozwoli na opanowanie emocji i zbudowanie (kiedyś) konstruktywnej puenty?!
Do Budapesztu pojechaliśmy specjalnie aby zobaczyć wystawę: Generation Z - Russian Pioneers of Sound Art and Musical Technology in 1910-1930-s. Z pewną obawą podeszliśmy do drzwi OSA Archivum, które mieści się w Golderberger House w centrum miasta. Za drzwiami wpadliśmy natychmiast w ten inspirujący stan uniesienia i całkiem prostej radości. Po chwili zachwycającej wizji wstępnej, przystąpiliśmy do systematycznych badań i dokumentacji na wszelkie sposoby... A dokumentować było co: variofony, thereminovoxy i terpsiton, rytmikon, paper sound, ANS syntezator zastosowany do uzyskiwania brzmienia dla Solaris - Tarkowskiego, gitara o 23 strunach, zapis kreatywności człowieka, opis Laboratorium Słuchania/słyszenia, graficzne techniki uzyskiwania dźwiękowej ścieżki filmowej, niezwykły Salomon Nikritin, tzw. ornamental sound, android, nowe skale muzyczne itd. itd. a wszystko udokumentowane filmami, oryginalnymi konstrukcjami, reprodukcjami i fotografiami. Zobaczyć reprodukcję patentu na tereminovox to spore przeżycie i całkiem inna opowieść od tych, które krążą tu i tam... Sam się nabrałem na opowieść o ucieczce Lwa Siergiejewicza Termienia do USA... Okazuje się, że nigdzie nie uciekał, patent miał w Rosji a z USA wrócił bo był informatorem KGB. Po powrocie trafił z miejsca do łagru w tajdze... Smutne było oglądanie powtarzającego się układu dokumentów: młody naukowiec / wynalazca, interesujące wyniki badań, konstrukcja prototypu całkiem oryginalnego urządzenia, a po tym już tylko; fotografie NKWD i z łagru lub reprodukcja nakazu aresztowania, czasem wspomnienie o biciu i przesłuchaniach... Co jest nie tak z Rosjanami, że potrafią sami sobie tak szkodzić i niszczyć swoich genialnych ludzi? Sala OSA Archivum była ozdobiona stylowymi transparentami z napisami stosownymi do epoki. Kilka dużych przedsięwzięć typu: Symfonia Syren (symfonia na syreny z okrętów wojennych z partiami perkusyjnymi w postaci salw armatnich... (czy gdański pomysł na balet dźwigów stoczniowych miał coś z tego ducha...? szokujące?) lub Pacific 231 - Symphonic poem about a train...
Z tej wystawy, ale także z moich poszukiwań nowych wersji starych instrumentów (harfy wiatrowe, długie struny...itd.) wyłania się coś nowego, coś innego niż dotąd: inna estetyka, rytm, przestrzeń muzyczna. Polska odmiana tzw. "folku zakleszczonego" męczy mnie już strasznie i dobijają takie niby eksperymenty w stylu Możdżera plus kolo szeleszczący na bębnie ramowym lub chłopomaństwo w postaci zawodzenia nad niedolą szlachetnego ludu miast i wsi. Szczególnie lud wsi mnie irytuje, bo z sojuszu robotniczo-chłopskiego się sianem wykręcił, w każdym ustroju dobrze się miał i tylko tzw. panowie za mordę trzymali bo dobrze wiedzieli, że każdy chłop "dwie dusze ma". Fajne jest śpiewanie pieśni buntu uciemiężonych chłopów (walczyli ofiarnie przeciw rozpijaniu ich przez panów, obszarników i Żyda ...), ale kto zaśpiewa skargę piłowanych drewnianymi piłami tzw. panów i ich gwałconych córek? Armia Czerwona po wkroczeniu do miasta mojego dziadka dała się zapamiętać w mojej rodzinie paleniem deseczkami z parkietu w piecu (bo taka podłoga była obca ideologicznie) oraz pytaniem tzw. chłopca stajennego czy mają rozstrzelać dziadka? Gdyby ten chłopak poskarżył się na moją rodzinę, to nie wiem czy ja bym pisał te opowieści! Wystarczyło by aby zaśpiewał jakąś pieśń buntu ... Czy Krytyka Polityczna będzie pytała naszych znajomych czy powinno się nas zastrzelić? Jak rewolucja to rewolucja!?
Zawsze znajdą się jacyś kolesie, którym rozumu, wyobraźni i zdolności brakuje i kompensują to tzw. polityką. Jedni starają się coś zrozumieć, napisać, zbudować, uprawiać, doskonalić a grupa apartczyków (prawicowych, lewicowych, umiarkowanych, zielonych, czerwonych i brunatnych oraz czarnych, a jakże...) już szykuje wezwania na przesłuchanie lub system wykluczający z tzw. przestrzeni publicznej. ByliSmy dzisiaj w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Krakowie i było tam wiele dźwięków, ale poprzez wszystkie przebijał się wrzask niejakiego pana Sierakowskiego! Nawet Hitler był ciszej, a najciszej brzmiały wspomnienia Żydów... nad wszystkim unosił się falset Sierakowskiego. To po to MOCAK zbudowano?
W Budapeszcie była jeszcze jedna świetna wystawa - The Art of Light czyli wszystko by Laszlo Moholy-Nagy! Te dwie wystawy oglądane razem, jedna po drugiej uświadomiły nam, że są jakieś niezwykłe okresy w życiu kultury - lata 1920-1936, późne lata 50., lata 1967 - 1971, w Polsce lata 70. XX wieku... jakaś fala, wiatr ducha?
Na focie ritmikon z 1930 roku... wersja zapomniana i powracająca co jakiś czas w nieco uproszczonych wersjach. W wymianie zdań pod fotą variofonu na FB pojawiło się to nasze uwielbienie Zachodu: elektroniczna wersja rytmikonu lub variofonu w rękach zamaskowanych The Residens rozpala wyobraźnie, a w dłoniach konstruktorów z Rosji Radzieckiej ... śmieszy!!! A przecież nie tak przebiega granica pomiędzy ideologiami a artystami (uprawiającymi sztukę lub naukę)... są Ci co wnoszą coś pozytywnego / nowego i inni, którzy zagłuszają wszystkich swoim skrzekotem ideolo-ego.

Wednesday, July 06, 2011

Genuine Compassion

You make the path that combine emptiness and compassion grow clearer and clearer;

Lord of the teachings and beings in the snowy land of Tibet,

to You, the lotus holder Tenzin Gyatso, I pray: May All Your Wishes Be Spontaneously Fullfilled!

In the land encircled by snow mountains you are the source of all happiness and good;

All powerful Chenrezig, Tenzin Gyatso, Please remain until samsara ends.

Z okazji przypadających dzisiaj 76 urodzin Jego Świątobliwości XIV Dalajlamy, Tenzina Gyatso - wielu. wielu lat w zdrowiu i pomyślności.

Tuesday, July 05, 2011

reaktywacja

Ufff. Za mną ładnych 5 miesięcy głębokiego zanurzenia. Głównie w nie-pisanych-na-czas-i-zawsze-spóźnionych-tekstach, przygotowywanych-w-panice-zajęciach, od-kelndarzowej-i-od-zegarkowej-nerwicy (do przystanku biegnę dokładnie 2 minuty i 25 sekund w lecie oraz o 10 sekund dłużej zimą), koncertach-z-których-pamiętam-tylko-środek-lokomocji i what not. Sporo całkiem osób zna, niestety, te odmienne stany świadomości. Sięgnęłam dna w dniu, w którym ucieszyłam się, że mieszkam przy pętli, bo w ten sposób nie przegapiam przystanku, na którym mam wysiąść w drodze do domu. Jednym słowem, wszelkie możliwe stany upodlenia człowieka żyjącego w neoliberalnej cywilizacji postprzemysłowej ma za sobą, co sprawia, że jakoś trudno mi się podniecać czymkolwiek, co z daleka choćby trąci polityką. Życie jest proste; chce mi się spać, ale nie śpię, bo nie mam czasu, chce mi się jeść, ale nie jem, bo nie ma nic w lodówce (lodowka jeszcze nie nauczyła się sama wychodzić na zakupy, a przez 3 dni w tygodniu nie ma w domu tego cudowanego faceta, który ją zapełnia). Mówiłam, że WSZELKIE możliwe stany upodlenia... Ale wreszcie finał. Po tych kilku miesiącach nie jestem niestety znacząco bogatsza, ale być może odrobinę mądrzejsza (z naciskiem na "być może"). 
W każdym razie zobowiązania mniejsze i większe powoli wygasają, kilkanaście licencjatów brawurowo obronionych, wejście do budynku tylko na kartę magnetyczną i pora się przestroić. Przestrojenie zaczęliśmy od wyprawy do Budapesztu (wprost z zajęć, to wcale nie żart - po 5cio godzinnym ostatnim wykładzie i podróży taksowką do domu, pośpiesznym spakowaniu kosmetyczki, bielizny i skarpetek - "za wszystko inne zapłacisz kartą mastercard" - już siedziałam w samochodzie sunącym w kierunku na Budapeszt przez Banską Bystricę i Zvolen). O wystawach być moze napiszę gdzie indziej, a M. też na pewno napisze, bo Generation Z w OSA i wystawa Laszlo Moholy-Nagy'a w Ludwig Museum w pełni na to zasługują, ale na razie liczy się to, że dotarł zapach prawdziwych brzoskiwń i prawdziwej papryki. Nasz kosmos pełen jest rzeczy, które znikają. Znikł zapach i smak prawdziwych warzyw; nawet te na placu ledwo przypominają miejsca skąd pochodzą i już nie przechowują zapachu, jaki pamiętam z dzieciństwa. Wyglądają za to ŁADNIE - tą niezdrową urodą znaną z robionych w fotoszopie reklamówek. A więc żeby zjeść prawdziwe rośliny, trzeba udać się w podróż, albo hodować je na balkonie - tylko trochę z sentymentu, bardziej po to, żeby zachować rownowagę w swiecie, który coraz częściej wydaje się nieprawdziwy.

Saturday, July 02, 2011

PHONOSCOPY


Studiowanie fenomenu dźwięku i słyszenia postępuje w wielu kierunkach. To fascynujące kiedy się prześledzi - nawet z naszego kulturowego dystansu - jak praktyka, dociekania i technika badania dźwięku szybko się rozwija. W budyniowie jedynie przy okazji odczytywania (a dokładnie:odsłuchiwania) zapisu tzw. czarnych skrzynek z wiadomej katastrofy, pojawiło się w mediach coś na temat nowych technik słuchania i badania dźwięku. Padło także tajemnicze słowo: fonoskopia (phonoscopy) i na zawsze pozostanie w budyniowie połączone z tragicznym lotem naszych oficjeli. Poza naszą kałużą zaskorupiałego budyniu pojawiają się inne określenia, jak: acoustical holography i skróty w rodzaju NAH - near-field acoustical holography...
Ale zanim zajmiemy się (?) fonoskopią, chociaż raz przytoczę klasyczny zapis spaceru dźwiękowego (soundwalk) w wersji odwróconej, czyli słuchający trwa na jednym, przypadkowo wybranym miejscu i zapisuje dźwięki jakie słyszy. Nasłuchiwania dokonano w maju 2011 roku w miejscowości Jaworki w Małych Pieninach, pomiędzy godziną 10.20 a 10.35.
Zapis z notesu: 1- sekwencyjne świstanie ptaków w zaroślach wierzbowych nad potokiem, w tle głos zięby (trele) plus na stoku obok pracuje elektryczna piła tarczowa plus kilka razy pieje kogut i milknie / 2- słyszę dopiero po kilku minutach brzmienie płynącej wody, która rozbija się o kamienie, co tworzy zmienną kombinację szumu i chlupotu / 3- nagłe włączenie silnika traktora i szybko silnik gaśnie plus blisko głos samca zięby (trele), pojawia się wiatr i jednocześnie wzmaga się szum liści / 4- nowe włączenie silnika traktora plus na głośny dźwięk silnika nakłada się długie, wibrujące i nieomal melodyczne brzmienie piły tarczowej tnącej jakiś długi element? plus nie słyszę szumu potoku i wiatru co rejestruję gdyż widzę wodę w potoku i ruszające się gałęzie - wrażenie wyłączenia części fonii / 5- piła tarczowa milknie kończąc pracę długim glissandem i obniżeniem tonu plus silnik traktora pracuje miarowo i słyszę jasną strukturę rytmiczną plus powraca chlupot i szum wody, wiatr słabnie / 6- gaśnie silnik traktora co daje wrażenie braku, urwania rytmu i ciszy / 7- włączenie silnika traktora, dodawanie gazu i nieregularność rytmu, brzmienia plus wrażenie, że ptaki w wierzbach i zięba w pobliżu przekrzykują się w sposób irytujący / 8- najpierw słyszę, a zaraz potem widzę duży autokar wycieczkowy, który powoli jedzie w moim kierunku plus traktor i ptaki dają uczucie irytacji i zmęczenia / 9- autobus powoli wtacza się na mostek o zbyt małej nośności plus poza głuchym odgłosem silnika autobusu pojawiają się pojedyncze dźwięki - wystrzały po nadepnięciu" opon na kamienie na drodze plus "sapanie" autobusu i zgiełk ze środka plus widzę, że autobus jest pełny dzieci plus zanikający dźwięk oddalającego się autobusu i powracanie głosów ptaków i potoku / 10- silnik traktora gaśnie plus kilka prób jego włączenia i mocny dźwięk dodawania gazu plus zgiełk głosów dzieci wysiadających z autokaru na pobliskim parkingu.
To jest wierny zapis krajobrazu dźwiękowego rejonu uznawanego za nieomal naturalny, a już z pewnością sielski i nadający się do wypoczynku ze względu na ciszę... i kojące odgłosy natury.
Dariusz Brzostek, którego teksty czytam zawsze z zaciekawieniem, popełnił recenzje naszej ostatniej (ale nie ostatniej...?) regularnej płyty - Acousmatic Psychogeography , którą nagraliśmy w 2008 roku i wydaliśmy w serii World Flag Records w 2009 roku (WFR 028/2009). Darek B. - zauważając obecność Erica Arna, który reprezentuje amerykańską psychedelię z pierwszej ręki - bardzo trafnie wskazuje na to, że: "Absolutną wartością muzyki Karpat Magicznych są jednak jej odmienne źródła. The Magic Carpathians konstruują swoją procedurę twórczą na bazie głębokiego nasłuchiwania muzyki źródeł (a obecnie coraz częściej także - pozamuzycznych źródeł muzyki). I z tego powodu ich artystyczna ekspresja pozostaje całkowicie oryginalna." Jak to miło jest - chociaż raz na kilka lat - przeczytać coś w rodzimym języku, co świadczy o słuchaniu naszych nagrań ze zrozumieniem. To prawdziwe plaśnięcie w budyń!
Wczoraj oglądaliśmy koncert z okazji przewodnictwa Polski w UE i wiele można byłoby napisać o pomyłkach dziejowych typu obecność p. Rojka przy nieobecności Roberta Brylewskiego, osłabiającym pomyśle wynajęcia niejakiego Kennego G ... boże zmiłuj się nad Nim bo nie słyszy co czyni...? czy nieznośnym kabotyństwie Kapeli ZWW, które niestety wyzerowało u mnie całą sympatię, wspieranie i cierpliwość do tego narodowego neoMazowsza... Szkoda jednak czasu i słów; koncert był doskonale zrealizowany i strawny, raz chociaż tzw. zachodni wykonawcy śpiewali naszych artystów a nie odwrotnie... Kilar to kiler! i kilka innych bardzo trafionych pomysłów, a i konkluzja końcowa jest interesująca - oto objawiła się nam prawdziwa mapa wpływów, sympatii i antypatii warszawskiej wizji kultury Polski. No i o.k.! Kto by zrobił to lepiej?
Nie czekając na odpwowiedź, ruszamy za chwilę do Budapesztu na wystawę Generation Z ... o proto-industrialnych instrumentach muzycznych, które pojawiły się w latach dwudziestych i trzydziestych XX wieku!
Na focie reklama naleśników z syropem z kwiatów bzu czarnego... czerwcowa specjalność Cieszyna! Są naprawdę niezłe...