Friday, April 29, 2011

OSTURNIA


Jeszcze się dobrze nie rozpakowałem i już znowu pakuję plecak plus nieomal rytualne ładowanie baterii do aparatu fotograficznego i nagrywarki, płyty, książeczki Etnobotanika..., instrumenty do warsztatów i wieczornego grania w "stodole" na Sopatowcu... itd. itd. Czy to neo-nomadyzm?
We wtorek wróciliśmy z Osturni, świetnego miejsca (najbardziej na zachód wysunięta wioska rusińska) na Słowacji. Wioska zajmuje dno wielkiej doliny, z której dobrze widać dwa charakterystyczne szczyty Tatr: Murań i Hawrań z kryjącym się za nimi wielkim, poszarpanym gniazdem Łomnicy. Ten widok zawsze przywołuje wspomnienia z Himalajów; z trekkingu wokół Annapurny (naprawdę wokół... a nie samolotem na kawkę w Jomosom) czy całkiem powalającą dolinę zagrodzoną przez Lhotse w rejonie szlaku na/pod Czomolungmę/Everest. W ten rejon; od klasztoru Tyjangpoche i Pengpoche, szczyt Gokyo, na który kiedyś dosłownie wbiegłem (Gokyo Ri ma 5 318 m n.p.m.) czy w okolice bazy pod Everestem. Nigdy nie czułem się przez te wypady tzw. "podróżnikiem" i dalej nie myślę tak o sobie. W Osturni... paradoksalnie (?) myślami wróciłem do starego marzenia aby spędzić kilka tygodni, miesięcy, a może zimę w Manangu, starym autonomicznym rejonie w Mustangu (dawnym królestwie Tybetu, na szczęście w granicach Nepalu a nie Chin)z klasztorami w pobliskiej Bryadze i samym Manangu... ej boy!? Te miejsca tak silnie zapadły we mnie (a może wyłoniły się ze starej pamięci?), że czuję zapach łąki w Bryadze (tak, tej łąki po której spacerował Milarepa!) i woń drzewiastych jałowców rosnących wokół starego klasztoru. Na te wakacje mamy już zaplanowaną kolejną wędrówkę po tundrze na terytorium Saamów, ale kto wie co zrobimy w następnym roku?
W Osturni jest jeszcze wiele starych, tradycyjnych domów, ale może nie mniej całkiem nowych. Tyle, że te nowe są świetnie zrekonstruowanymi tradycyjnymi domami pasterzy i niektóre zdobione są w symboliczne słoneczka, kwiaty lub charakterystyczne skrócone do zwięzłego znaku (logo!) symbole solarne. We wsi nie ma nawet jednego pałacyku włościańskiego ze sto razy łamanym dachem, wieżą i plastikowymi oknami, co jest normą w krainie odległej od Osturni o kilka kilometrów. Po kilku spacerach ponad wsią odkryliśmy także umocnienia z czasów wojny (tzw. transzeje: zygzakowate okopy i stanowiska karabinów maszynowych), ale ponad wszystko całą gamę tego co składa się na krajobraz pasterski. W powietrzu unosił się przyjemny zapach drewna palonego, także w naszym kominku. W ogródkach starszych domów odnalazłem piękne kępy karpackiej rośliny magicznej - lulecznicy kraińskiej, która na Słowacji nie została tak gruntownie zapomniana jak w Polsce. Kilka innych obserwacji uzupełnią moją książkę, której losy dalej są w zawieszeniu. Na otarcie łez (nawet jakoś mi bardziej żal tego, że tyle interesujących rzeczy nie trafi do powszechniejszego obiegu niż to, że to moja książka... czyżby faktycznie mądrzało się na starość?) oglądałem wstępną makietę przewodnika po Starym Sączu i Lewoczy i muszę przyznać, że jest pięknie przygotowywana. Aby nie wywalić zbyt dużo tekstu (bo mojego tekstu do przewodnika, który dostaniecie do ręki weszło pewnie z 40-50 procent...) zręcznym zabiegiem udało się kilka mniejszych fragmentów (tzw. "ramek") umieścić w części słowackiej, dotyczącej Lewoczy. Przy okazji urodziła się dyskusja ze słowackimi autorkami o pieśniach nazywanych na Słowacji travnicami , które miały dość specjalny charakter. Pieśni te śpiewały jedynie kobiety i miały niegdyś (a my wiemy, że i dzisiaj) swój aspekt leczniczy. Travnice, dosłownie pieśni łąkowe w swej powszechnej formie towarzyszą sianokosom, ale śpiewane są także dla celów leczniczych i rytualnych. Jest interesujące, że mamy więcej wiadomości, nagrań i bezpośrednich doświadczeń z tym rodzajem śpiewu / praktyki dźwięku niż wielu Słowaków?! Można by coś o tym więcej napisać, ale po co? Znowu robić taki wielki kłopot szanownym Wydawnictwom? Niektóre z nich uchodzą za zajmujące się kulturą Europy Środka, ale to tylko chwyt marketingowy; niczego istotnego o tej kulturze nie chcą się dowiedzieć i tylko tworzą nowsze stereotypy zbudowane na alkoholu / kawie i tanich papierosach. To taki sobie komunizm kulturalny i nowa odsłona chłopomanii w wersji literackiej z koniecznym biskupem w tle. Gdyby to były Stany to jeden gość, który ma kasę a nie jest hujem (co u nas jest jak kruk albinos) rozpieprzył by te - namaszczone przez licealistów i studentów z pierwszych lat studiów - gremia. Ale co tam "gremia", niech spadają i tyle. Zawsze pozostaje wysiłek praktyki i sublimacja we wgląd.
Kilka dni temu zostaliśmy członkami Szwedzkiego Towarzystwa Turystycznego! Przynosi to biuletyny z newsami (po szwedzku...) i zniżki w schroniskach tej organizacji. Zaraz po tym akcie, który planowaliśmy już od roku, zgodnie z logiką wypalania naszej karmy (ej musieliśmy kiedyś nabroić...) okazało się, że na planowanej na lipiec trasie (chyba najtrudniejszej i najdłuższej z dotąd "zrobionych") większość schronisk prowadzą sami Saamowie i zniżka STT nie działa! Ale w Sztokholmie działa bardzo dobrze - ot takie kruczki. To wszystko bardzo pomaga utrzymywać umysł w błogosławionym stanie "nie wiem" czyli praktykować Zen każdego dnia, hmm, hmm.
W Krakowie jest miły zwyczaj dużych wiosennych upustów na książki i w ramach ekscytacji taką "okazją" (chyba będziemy już zapełniać balkony, minęliśmy dawno 3000 książek w naszym domu...) wyłowiłem niezwykłą pozycję pt. Avatar Jamesa Camerona - Jedyna książka ukazująca fantastyczny świat stworzony w najnowszym filmie twórcy Titanica - Tajny raport o świecie Pandory. To dziełko, w wersji angielskiej omawiane już w Plaśnięciu... (zobaczcie wpis Avatar) jest już przetłumaczone! Dla mnie rewelacja (co może niektórych zdziwi lub zasmuci, a niektórych ucieszy radością złośliwą/!) bo to jest to właśnie! Aby stworzyć interesujący film zespół biologów, pisarzy i wizjonerów opracowało całą etnologię ludu Na'vi ( rozdział: Fizjologia i kultura Na'vi !) środowisko naturalne ich planety Pandory (rozdziały: Fauna Pandory, Flora Pandory, Astronomia i geologia ) i kilka innych aspektów życia ludu Na'vi. W książce znajdziecie także opis niezwykłych instrumentów muzycznych ludu Na'vi, z których omati s'ampta (błękitny flet)i t'ritti so jahmka (bębny wahadłowe albo dosłownie "drzewo, które lata" ) są moimi absolutnymi faworytami. Do tego są ilustracje i kilka naprawdę doskonałych tekstów. Całość ma taki "ekologiczny" wydźwięk, że cała nasza zgrzebna "edukacja ekologiczna" może się schować, bo na drzewo jej nie można wysłać gdyż drzewa są już wycięte... ot taki rezultat wbijania w chłopskie i księżowskie łby kilku prostych prawd. Oczywiście wiem, że zaraz zostanę obśmiany za mało poważne lektury (zwłaszcza, że nie czytuję W.I. Lenina i L. Trockiego co pozostało za mną wraz z trądzikiem młodzieńczym) , ale nie wdając się w subtelności takich projektów ( a należy do nich w jakimś sensie i stopniu słynna Sphera, Sphera II, Projekt Eden i kilka innych wizjonerskich przedsięwzięć) dla rechocących polecam porównanie przychodów Avatara i naszego fantastycznego "hitu" eksportowego - Wiedźmin. W budyniowie zawsze będziemy zajmowali się zasadami uprawy ziemniaków i produkcją parareligijną filmów gniotów albo patriotycznych glutów. Sorry, wolałbym jednak pracować przy Avatarze, taki to jestem mało ambitny? Ambitna sztuka kwitnie jedynie u nas, bo mamy Ministra (od) Kultury i (nawet) Sztuki?!
Książkę Avatar... w polskiej wersji językowej zawdzięczamy wydawnictwu www.wydawnictwoamber.pl a więcej o całym projekcie i filmie znajdziecie oczywiście na www.avatarmovie.com
W tivi ostatnio mignął mi taki obrazek: pełne studio dziennikarzy telewizyjnych (są dosłownie jak odlewani z jednej matrycy - gangi, krawaty, krótki fryz, gładkie gęby bez zarostu i cała siła woli włożona w wytrzeszczanie oczu dla profesjonalnego looku) i polityków (opis tych gości byłby niecenzuralny) plus jastrzębie od pilnowania zysków bankowych (tzw. doradcy i eksperci od biznesu, ej boy, tym to by się należało przyglądnąć uważniej) i wszyscy ci faceci (bo sami faceci to byli?! nie nabawili się siusiakami w dzieciństwie, czy co?) walili równo w urzędników rządowych. Urzędnicy rządowi (czyli ci ludzie, którzy mają pilnować ustalonego prawa państwowego i unijnego) to całe zło i główna przeszkoda dla rozwoju. Ja dotąd myślałem, że to ekolodzy są całym złem dla takich gremiów, ale nie - to urzędnicy! Więc teza była prosta: zwolnić urzędników (możliwie wszystkich, no może coś w samych ministerstwach zostawić aby banki, firmy i chłopstwo miało od kogo brać obligacje, renty, Krusy, ulgi podatkowe, dopłaty, odszkodowania od głupoty budowlanej właścicieli i co tam jeszcze) i świat będzie piękny, bogaty, zdrowy i wspaniały! Proponuję na początek zrobić odwrotnie (i bezpieczniej jednak): zredukować o 50-60 procent liczbę polityków etatowych, których żywimy i ubieramy oraz płacimy im za kluby Go Go i inne, wywalić z pracy (tak jak to się teraz proponuje wobec urzędników) co 10-tego dziennikarza telewizyjnego i przy każdej wypowiedzi "jastrzębi" biznesu podawać na pasku dla kogo wypowiadający się pracuje... Poczekamy troszkę i okaże się, czy Ci ludzie, którzy także obciążają nasz wspólny budżet są tacy niezbędni? Pewnie nawet nie zauważymy ich braku i w takim nowym, uwolnionym od samozwańczych mądrali świecie, podyskutujmy już spokojniej o zwalnianiu urzędników. Ci najlepsi z nich znajdą bez wielkiego trudu zajęcie znacznie lepiej płatne i spokojniejsze niż kontakt z tzw. społecznością lokalną. Aby zastosować się do proponowanych zmian podaję info o wypowiadającym się w tym blogu: wypowiadam się jako kompilacja wszystkiego najgorszego w budyniowie: jestem urzędnikiem, ekologiem, czytam i kupuję książki, nie płakałem po papieżu, nie czułem wspólnoty narodowej po Smoleńsku i staram się krytycznie podchodzić do tanich chwytów propagandowych w tivi, których jakby więcej ostatnio w prywatnych imperiach typu TVN?
Tyle słowa na "długi weekend", który nie spędzam w Rzymie, swoją drogą także nie w Londynie!
Na zaaranżowanej przez nas focie Nataszy, która została twórczo potraktowana kodami 0-1 (oczywiście fota a nie Natasza) przez designera Tomka C., odpowiedzialnego za okładkę Wprowadzenia do etnobotaniki... i jej przygotowanie do druku - takie nasze / słowackie klimaty z okolic Osturni.
Pamiętajcie też o sprawdzeniu naszej oferty na www.serpent.pl gdzie znajdziecie też plan koncertów aż do lipca!

Tuesday, April 26, 2011

FITOTRON


Wszystko tak się zagęszcza ostatnio, że wpisy na blogu wydają się jakąś mozolna pracą... Na szczęście także pracą trochę jakby odświętną, coś w rodzaju pisania tradycyjnym piórem. Być może za jakiś czas blog będzie się jawił jak pisanie piórem... gęsim?!
Już nawet trudno mi wyłowić najważniejsze akcje, spotkania i wiadomości z ostatnich dwóch tygodni. Z pewnością do takich należy krótki, ale bardzo intensywny i inspirujący wyjazd do Śląskiego Ogrodu Botanicznego w Mikołowie. Świetna ekipa pracowników, rozmach w projekcie i pracach w terenie (fitotron!, ogrody japońskie...) i spotkanie przy okazji mojego wykładu nt. etnobotaniki w samym Mikołowie - to wszystko było warte wyjazdu. Fitotron to częściowo umieszczony pod ziemią budynek mieszczący komory z klimatyzacja, oświetleniem, wentylację, które wykorzystuje się do symulowania cykli rozwojowych roślin lub stwarzania założonych warunków (mróz, wilgoć, suchy klimat pustyni...) dla obserwacji roślin. Fitotron może także służyć przechowywaniu nasion i uprawie roślin. Duży fitotron ma Uniwersytet Rolniczy w Krakowie, ale że jest już w zaawansowanej budowie fitotron w Mikołowie, tego nie wiedziałem! Nad świetnymi zabudowaniami biurowymi Ogrodu Botanicznego jest wieża, z której widać nieomal cały Górny Śląsk! Ekipa pracowników do tych pomieszczeń przeniesie się pewnie w lecie, a teraz kwateruje w... przedszkolu! Moja wizyta w Mikołowie (14 kwietnia) była także prapremierą Wprowadzenia do etnobotaniki Karpat i Bałkanów tomu I i mam nadzieję, że przyniesie dobre kontakty w przyszłości!?
Na froncie muzycznym zdecydowaliśmy się na umieszczanie w sieci całych płyt (starszych lub okazjonalnych) i dzięki Enjoy Trees! (WFR/Greenpeace), która w pierwszym tygodniu zyskała ponad 2000 odsłuchań i blisko 1000 ściągnięć nasza World Flag Records została zauważona jako osobna labela! Zauważyli nasze wydawnictwo oczywiście w USA ... w Polsce jedynie Serpent.pl okazał się być stałym i dobrym partnerem. Serpent.pl ma sporo naszej muzyki do odsłuchiwania (sample) i do kupowania jako płyty i jako mp3. Z nowości WFR kończymy pracę nad wydaniem specjalnej reedycji mojej solowej płyty pt. Cyber Totem w wersji core czyli skróconej do najistotniejszych utworów, wzbogaconych remiksem muzyki Karpat Magicznych wykonanym - wiele lat temu - przez Paula Wirkusa. Ten ponad 5 minutowy remiks nosi tytuł: Karpaty Magiczne Analogia Mix i dobrze koresponduje z częścią mojej muzyki z tego albumu. Przypominam, że Cyber Totem wydał REQUIEM Rec. na dość dla mnie dziwnych zasadach w 2007 roku. Było minęło, ale do muzyki warto wrócić. Z Paulem Wirkusem to długa opowieść... i jakże budyniowa. Był czas, że każdy magazyn muzyczny, każdy anons, ba! nawet otwarcie lodówki lub szuflady ukazywały postać i dzieło tego muzyka! W tym czasie otrzymaliśmy i my remix od Paula Wirkusa, jako wynik miłej korespondencji i zainteresowania wzajemnego. Nie zdecydowałem się w tamtym czasie na opublikowanie tego nagrania i włączenie w zagłaskiwanie tego muzyka przez VIP-y budyniowej awangardy i sądy kapturowe, decydujące co jest, a co nie jest ważne. I jak to bywa w budyniowym światku, gdzie po 2-letnim cyklu wynoszenia pod niebiosa, echo odbija się później latami od pustych czaszek, Paul Wirkus przestał być ulubieńcem mądralińskich i jakoś tak sprawa ucichła? A może tylko ktoś zaczął być Wirkusem Bis i wiadomo, pierwowzór nie był już potrzebny?
Jeżeli posłuchacie remixu Wirkusa z około 2000 roku to sami usłyszycie, że jest intrygujący także w 2011 roku.
Na muzycznym froncie w Budyniowie robi się już całkiem kiepsko: jak nie X Factor to jakaś inna beznadziejna zaraza i muzyka zaczyna się kojarzyć z rodzajem kitu do klajstrowania mniej pofałdowanych wersji mózgów i tandetnej rozrywki. Do tego, w niby niezależnym światku "muzycznym" rozpleniła się maniera czegoś, co prosi się nazwy: djembe soft porno. Nawalanie na bębnach do podrygiwania podmalowanych tancerek na golasa uchodzić ma za jakiś etniczny styl? Co to ma być? To podobno jest także koncertem muzyki? To już wolę słynne remixy ścieżek dźwiękowych filmów porno z lat 70-siątych! Znacznie bardziej ambitne i w wersji niemieckiej: tylko dla zuchwałych! A my dalej swoje i ciągle można poczytać wywiad z nami w magazynie Gitarzysta!
Od piątku prowadzimy warsztaty na Sopatowcu. Podobno termin wiosennych warsztatów na Sopatowcu zbiegł się z innym ważnym terminem i spodziewana jest jakaś załamka w Rzymie?! Sorry, to nie było zamierzone!
Na focie z naszych wędrówek z kilku ostatnich dni na Słowacji: kocioł w Tatrach , z którego bierze się ważna i subtelna energia! Tak mawiają badacze tradycji, my to czujemy! Czasem udaje się to umieścić w muzyce. W kicie, budyniu, soft porno i iks sraktorach się tego nie da zrobić.

Monday, April 11, 2011

Granice wytrzymałości

Postanowiliśmy ich nie testować. Jak słusznie pisze Marek, ewakuowaliśmy się 9. kwietnia i w gruncie rzeczy pozostaliśmy ewakuowani do tej pory, bo przez zapamiętane kosie trele jakoś nie przebija się żaden nekrofilski bełkot. Przepraszam, jeśli ktoś czuje się urażony, odróżniamy po prostu żałobę od spotworniałej, śmierdzącej i męczącej awantury, którą jesteśmy molestowani (pun intended!) nie tylko przez księcia ciemności vel skina w garniturze, ale także przez niemal wszystkie media. I dlatego woleliśmy poranek z obowiązkowym niedzielnym folklorem słowackim w telewizji przy śniadaniu (recepcja naszego ulubionego od lat ośrodka w Czerwonym Klasztorze :-), czyli niepozbawioną wdzięku pozostałość po tamtejszym socrealu, a także sobotę z zacinającym deszczem i śniegiem oraz szalejącym wiatrem. Cóż, właściwie PIeniny były dla nas nadzwyczaj łaskawe tym razem - otwarlła się słoneczna plama między kolejnymi ulewami i przebrnęliśmy jak te legendarne zastępy przez Morze Czerwone do naszej zamagurskiej Arki (a co, udziela się retoryka, od dwóch dni jesteśmy już po tej stronie Dunajca). Próbujemy czasem liczyć, który to raz przemierzamy trasę wzdłuż Dunajca (tak, tym razem też nie spotkaliśmy NIKOGO na bodaj najbardziej uczęszczanym szlaku Karpat), ale to próżny trud. Tak naprawdę wcale nas liczby nie interesują, jedno jest pewne: nigdy nas to przejście nie przestało zachwycać. To żadna tam górska męska przygoda ani nawet porządna wycieczka - ot, dwugodzinny spacer wzdłuż Dunajca, czasem mijamy na tej trasie całe peletony, a coraz cześciej tylko kaczki , myszołowy i wielkie rybska (stosowanie wybierając pory pograniczne nocno-dzienne lub pogodę w stylu "dla zaawansowanych miłośników karpackiej marznącej mżawki"). A jednak jest to trasa, którą mamy zapisaną pod skórą i moglibyśmy przemierzać ją  zamkniętymi oczami, bo poznajemy, gdzie jesteśmy po zapachu roślin i wody. Pieniny i Małe Pieniny (to zabawne,  bo są większe od Pienin właściwych) to nasza archetypowa przestrzeń do włóczenia się, poza wszelkimi szlakami i mapami, zachęcają do tego łąki, zbójnickie ścieżki (pozostałość z czasów, hm, co tu kryć, "zielonej granicy") przełęcze i ukryte w jałowcach schowanka. I tak kilka razy do roku.

GRANICE KULTURY


Na sobotę i niedzielę schroniliśmy się w Pieninach. Stare ścieżki i nowe przejście poza szlakami dają wiele radości. To nowe przejście, to już trzeci poważny "skrót" po stronie Słowacji (a więc Pieniny i Zamagurie) i chyba zaprzestaniemy od tej wycieczki chodzenia szlakami turystycznymi. Bo w "skrótach" tego typu wcale nie chodzi o skracanie drogi, ale raczej o inne niż zwykle punkty widzenia na dobrze znane góry. I jak tu wytłumaczyć, że tak wyglądają nasze próby i proces komponowania muzyki? Najprzyjemniejszy był sobotni wieczór w Czerwonym Klasztorze, pełny głosów paszkotów i kosów plus doskonała vecera, a po niej sesja czytania odkładanych książek. W moim przypadku były to dwie książki: Zwierzęta w kulturach górali himalajskich p. Przemysława Hinca (Poznańskie Studia Etnologiczne nr 8) wydane w 2006 roku przez Wydawnictwo Poznańskie. Książka bardzo ciekawa, ale brakuje mi w niej wiele elementów: dzikich zwierząt (autor zrezygnował z tej arcyciekawej problematyki), bliższego opisu zwierząt domowych, a kategoria owca i koza jest szczególnie ważna na tle zoologicznych dyskusji o dzikich krewnych tych zwierząt żyjących w Himalajach. Dla tzw. błękitnych owiec zakładano w Himalajach olbrzymie parki narodowe i warto byłoby coś więcej napisać na ten temat. To jest trochę jak z roślinami albo tradycyjnymi instrumentami muzycznymi - etnologom wydaje się, że są to sprawy poboczne, a najważniejsze jest to co myślą i robią ludzie. A jest całkiem inaczej: ludzie myślą i robią to, na co im substancja / rodzaj / materiał / mit / techniczne właściwości pozwalają. Rośliny wybrane i instrumenty tradycyjne należy traktować jak cyfrowe karty pamięci i nie pisać, że są podobne do siebie tylko je odczytać we właściwy sposób. Wydaje się więc, że warto byłoby pogłębić takie ogólniki jak: bukiety z roślin, proste instrumenty, zwierzęta domowe itd. itd. No i pojawia się potrzeba etnobiologii. Ta potrzeba nadchodzi także i u nas! Kiedy kilka lat temu zacząłem uparcie stosować nazwę etnobotanika, to budziło to uśmiech lub obchodzenie opłotkami po trasie survival i rośliny jadalne (jak u p. Łukasza Łuczaja) albo rośliny w kulturze i sztuce (jak na Uniwersytecie Rolniczym)... teraz czytam już, że p. Łuczaj prowadzi warsztaty z etnobotaniki Karpat... To jest bardzo krzepiące i mam nadzieje, że uda się zastosować w Polsce to podejście powszechnie.
Druga książka to Granice Kultury - cegła ponad 650 stron! To następna książka z tych, które nie da się kupić! Można ją jedynie dostać lub "zdobyć"?! Kilka wpisów wstecz opisywałem taką nową kategorię książek, która jest owocem zaściankowości naszych komercyjnych wydawnictw. Polega to na tym, że wydawnictwa niczego nie muszą szukać i promować bo jest ich zbyt mało a ci nieliczni, którzy czytają i kupują książki to w tym dziwnym kraju kilka procent mieszkańców. Te wydawnictwa, które doceniają nowe rzeczy stać jedynie na sygnalną ilość książek czyli na to, na co "puszcza" grant zdobyty przez autorów. Granice Kultury to praca pod redakcją prof. Andrzeja Gwoździa, wydana w Katowicach przez "Śląsk" Wydawnictwo Naukowe, a do nas trafiła jako karmiczny efekt tego, że A. się chciało uczyć, myśleć i pisać (str. 544: Negocjacje protokołu. Dlaczego warto kreślić odmienne historie nowych mediów ) ...co w Budyniowie budzi nieufność i dystans.
Po powrocie z Pienin od pierwszego momentu usłyszenia radia w autobusie, przez wiadmości w tivi (wyglądały jakby świat się zatrzymał i nic nie było warte naszej uwagi poza wiadomo-czym), aż po doniesienia niby agencyjne: jedna wielka medialna przemoc i obłuda.
Dzisiaj A. umieściła w Internecie całą naszą płytę dla Greenpeace i wszystkich ludzi wspierających ochronę Puszczy Białowieskiej.
Płytę można legalnie ściągać i słuchać zgodnie z zasadami, które mówią, że legalne jest wszystko poza sprzedawaniem tak pozyskanych plików muzycznych lub przypisywanie sobie ich autorstwa.
Z nowości z frontu muzyki uprawianej poza "dworem" taka ciekawostka: jest wywiad z nami na portalu Magazynu Gitarzysta! Odpytywał nas Jacek Walewski i przygotowuje także recenzje naszych ostatnich płyt, w tym także Enjoy Trees!
Przygotowujemy już następną płytę do Internetu - to będzie niespodzianka i może jakaś nowość dla młodszych naszych słuchaczy? Nie zdradzę jeszcze, ale warto poczekać! Skoro już tyle ogłoszeń to jeszcze i to, że zamieściliśmy na naszej głównej stronie spis koncertów jakie zagramy pomiędzy majem a listopadem. Pewnie coś się jeszcze "urodzi", ale to co już zaplanowane powinno wystarczyć?
Na mojej focie z niedzieli - stary buk na prawym brzegu Dunajca w Pieninach.

Monday, April 04, 2011

NIEDZIELA WZORCOWA!


Na przystankach PKS w Gnojniku, Czchowie - Zapora i Wytrzyszczce (! ładna nazwa; moja ulubiona na trasie z Krakowa przez Brzesko do Krynicy) wiszą już plakaty Kultu z zapowiedzią "ubogacenia" krakowskich Juwenalii! To znak, że przyszła wiosna i nic jej już nie zatrzyma. Jutro Dzień Leśnika i Drzewiarza i pewnie wszyscy "zieloni" zechcą podzielić się dobrym słowem i życzeniami pomyślności???
Pyłki z kwiatów roślin wiosennych działają psychoaktywnie i sam Prezes wygadywał głupoty wyraźnie pod wpływem wiosny. Moja wiedza etnobotaniczna wskazuje, że Prezes został wystawiony (przez wiadomo-kogo...!) na działanie pyłków z pięknego krzewu o nazwie (nomen omen) pokrzyk wilcza jagoda! Silne alkaloidy i coś pewnie więcej, miesza w głowie straszliwie... co widać, słychać i czuć!
Ostatnia niedziela była dla mnie wzorcową i same takie niedziele chciałbym mieć w przyszłości. Rano rytualna kawa (z Kolumbii, ciemno palona, wysokociśnieniowy...)z A. i zaraz po tym otwarciu dnia, rowerki i na Wisłostradę do Tyńca. Dołączyła Natasza i razem pomknęliśmy pustą ścieżką rowerową (bo była zaledwie 10 rano!). W Opactwie Tynieckim, które zawsze słynęło bardziej z handlu i ilości dóbr niż z przesadnej ascezy, sklepik, kawiarnia, restauracja, księgarnia... wszystko to bez problemów w niedziele funkcjonuje i cieszymy się z tego. Nie możemy zatem zbyt mocno uwierzyć w apele tzw. Kościoła o zamykanie hipermarketów - bo to jedynie cienka walka z konkurencja, a nie jakieś względy religijne? My i tak do Tyńca lubimy jeździć więc nas nie trzeba od hipersklepów odganiać! Spoko! Na plac przed kościołem w Opactwie spokojnie wjedziecie rowerkiem i tylko warto trzymać się czarnej Toyoty, któregoś zakonnika? Jak co niedzielę, na Wiśle pod murami Opactwa, jakiś gamoń beznadziejny popisuje się pływaniem motorówką tam i nazad ( nazad to takie karpackie: back) bez sensu i byle było głośniej. Następny co się czegoś wiosną nawąchał?! To pewnie jakiś korporacyjny Superman i musi odreagować dobrowolne niewolnictwo za motorówkę z silnikiem bez tłumika.
Zaopatrzeni w bryndzę (nie ma startu do tej np. z Krakowskiego Kredensu), piwo Opata, ciasteczka i herbatki ziołowe, których receptury braciszkowie ukradli kiedyś paru mądrym zielarkom ( i na wszelki wypadek je potem spalono na stosie aby się nie czepiały o prawa autorskie) czyli wszystko co jest niezbędne do praktykowanie monastycznej way of life dokupiliśmy bardzo cenną książkę pt. Kuchnia klasztorów prawosławnych, autora o nazwisku Mykoła Mańko. To chyba był jakiś wypadek w pracach Wydawnictwa nemrod , które zawsze mnie zadziwiało swoją misją. Ale jak to mawiają prości ekolodzy: każdy orze jak może! Przepisy pochodzą z Góry Athos, która była święta na długo przed przybyciem pierwszych mnichów wypędzonych z Syrii, Egiptu i Palestyny. Ale to inna historia... W książce opisano doskonałe przepisy z Monasteru Rylskiego (przy okazji opisując jego powstanie w nieco inny sposób niż dotąd spotykałem) w Bułagrii, z klasztorów na Ukrainie, Rumunii, Gruzji i Rosji. Polecam dziełko p. Mykoły Mańko! Do tego wszystkiego książka ma bardzo miłą cenę; 24 złote!
Po powrocie z Tyńca, zabrałem się za obiad i dania pod silnym wpływem wspomnień z Monasteru Rylskiego i okolic... panierowane papryki... dam już spokój bo może będziecie czytali późną nocą i lodówka pójdzie w ruch!
Na obiad przyszedł bardzo miły gość, który pojawił się jakby z jakiejś przestrzeni zawieszonej, oddalonej, którą znamy, ale jednocześnie jest trochę nierealna i daleka. Fizycznie, to nie z bardzo daleka bo ze Sztokholmu via Warszawa, ale jednak jakby z innego trochę wymiaru. Tomek Hołuj to tego rodzaju gość. Wróciło trochę wspomnień, trochę mniej niż myślałem, było więcej planów i pomysłów na przyszłość. To o.k. - znaczy to, że żyjemy!
Wieczorem usiadłem do poprawek ostatecznych nad Wprowadzeniem do etnobotaniki...
Niedziela wzorcowa, niedziela pełna równowagi, bliskich relacji... i dobrej kuchni.
Takich niedziel Wam życzę!
Na focie Bogdana - lubię sobie pograć na dużych bębnach szczelinowych. Jedyną ceną jaką "płacimy" za takie przyjemności jest to, że naszych plakatów nie zobaczycie w Gnojniku, Czchowie- Zapora... da się z tym żyć.

Saturday, April 02, 2011

ROBOTA, ROBOTA!


Dochodzę do siebie po trzech intensywnych dniach, które wydawały się nie do przejścia...!? We środę prowadziłem ekipę naukowców na jedyne stanowisko w Polsce małej, ale czarującej rośliny: pierwiosnki omączonej (Primula farinosa), które zaczynamy wreszcie drobiazgowo i metodycznie badać w celu opracowania jego skutecznej ochrony. Projekt mojego pomysłu wygrał poważny konkurs i wizyta w terenie to początek jego realizacji. W takich momentach pojawia się myśl, że mój zawód pozwala na obcowanie z pozaludzkim otoczeniem na znacznie głębszym poziomie niż to się przytrafia wielu, nawet bardzo oddanym i zainteresowanym ludziom. Primula rośnie w takim miejscu, że widać bez najmniejszej bariery ośnieżone Tatry i kawałek Pienin. Co tu dodać? Ten środowy entuzjazm do zawodu zmalał mi ekstremalnie we czwartek do południa, kiedy to opracowywałem szereg poważnych interwencji prawnych... nie lubię tego typu roboty, ale rozumiem, że jest konieczna. Po pracy w roli eksperta i przyrodnika, wsiadłem do Land Rovera Michala Smetanki i po zabraniu Bogdana K. z Nowego Sącza, pomknęliśmy ku Krakowowi. Tam, w Muzeum Etnograficznym czekało już około setki zainteresowanych tradycyjnymi instrumentami Karpat. Było całkiem miło i zleciało na gadaniu, graniu i śpiewaniu ponad trzy godziny! Po kolacji i odprowadzeniu Michala... na Wawel, gdzie miał nocleg, do domu dotarliśmy około północy. Szybko skanowaliśmy fotę niezwykłej rzeźby Randala-Page'a, na którą czekał Tomek C. aby zamknąć skład mojej etnobotanicznej broszurki... a wstawaliśmy około 6 rano... bo zajęcia, bo do Muzeum na 9 rano... Dopiero ten trzeci - z intensywnych dni - zwalił mnie naprawdę z nóg. W Muzeum Etnograficznym wystarczyła nam kilkugodzinna kwerenda w dziale instrumentów muzycznych ( Europa, ale też Afryka i Azja!) aby się poddać, wywiesić białą flagę i prosić o litość! Litość została okazana w postaci pączków i kapuśniaczków, które oczarowały Michala do reszty!
Jest nad czym myśleć i jest co planować! Już czuję ten mocny nurt, który powoduje, że myśli się jaśniej, szybciej i składniej. To naprawdę kręci! To nic, że jest tylko garstka ludzi, którzy docenią nasze wysiłki... ale jakich ludzi! Bardzo dobrze rozumiem stare powiedzenie, że: dla towarzystwa, Cygan dał się powiesić!
Samplowanie wielkiego bębna szczelinowego i setki fot jakie cały czas robił Bogdan to tylko początek nowego projektu.
W przyszłym tygodniu mam odebrać z drukarni pierwszy rzut broszurki z wprowadzeniem do Etnobotaniki Karpat i Bałkanów. Tak to wygląda od podszewki: znowu pudła, taszczenie i pasmo rozczarowań, uwag krytycznych i kłopotów z dotarciem do szerszego grona zainteresowanych!
I o tym jest moja opowieść na koniec wpisu: biegając z Michalem i Bogdanem po mieście zauważyliśmy wielki tłum ludzi na rynku przy Adasiu. Okazało się, że otoczony setkami młodych ludzi śpiewał gość, który dotąd robił to latami bez wielkiego odzewu. Ot, kilka osób, jakiś turysta z USA... Gość śpiewa "na stricie" od lat bluesowo-rockowym mocnym i bardzo rasowym głosem. Co się więc stało, że młoda i tak liczna publika nagle Go odkryła? Sprawiło to zaledwie kilka minut w beznadziejnym programie X Factor, którego jurorami są (poza Kubą Wojewódzkim) pan i pani stanowiący żałosny folklor korytarzy telewizyjnych raczej niż cokolwiek innego.
Na focie Bogdana: oględziny afrykańskiej harfy...
Uwaga: nie ma strachu, do X Factora się nie zgłaszamy, wolimy się dać powiesić...dla towarzystwa.

Saturday, March 26, 2011

PASSAGES et REPASSAGES


Kolejna pracowita sobota dobiega końca... Za oknem pada śnieg i matactwa z zegarami ukradną nam jutro godzinę snu. Właśnie odpowiedziałem na maila od naszego przyjaciela z Kowna, który zapytał mnie czy u nas tak wyglądają wszystkie mecze? Co miałem napisać? Tak, u nas tak wyglądają mecze piłki nożnej i przepraszam za głupich i agresywnych Polaków. Trudno mi sobie wyobrazić kogoś, kto byłby dalej od bycia kibicem piłki nożnej niż ja, ale jak tu tłumaczyć, że nie jestem żyrafą?
Mimo wszystko mam dobry nastrój z powodu kilku interesujących zwrotów akcji, jakie są moim udziałem. Pierwszy z nich to niespodziewana i świetna zawodowa pomoc człowieka, który zadeklarował się kiedyś, że w razie czego może przygotować do druku moją książkę. To była reakcja na mój internetowy szloch i dół psychiczny, wywołany matactwami wydawnictwa X, które wystawiło mnie do wiatru i arogancji wydawnictw Y, Z oraz brakiem wyobraźni kilku innych. Po otarciu łez przyjrzałem się stopkom kilku cennych książek i zobaczyłem, że moja historia nie jest ani pierwsza, ani nowa i zapewne nie ostatnia. Kiedyś na początku mojej drogi muzycznej podobnie było z wydawaniem płyt. Nie skapitulowałem w tamtych czasach, to nie poddam się w tych, które mamy. No i dzisiaj wysłałem tekst pierwszego tomu Wprowadzenia do etnobotaniki Karpat i Bałkanów do Tomka C., który zajmie się składem i łamaniem czyli zrobi z 0-1 cyfrowego kodu analogową książkę. Mam nadzieje, że premiera tego wydawnictwa odbędzie się w tzw. długi weekend majowy na Sopatowcu w Beskidzie Sądeckim. Kolejny raz będziemy tam prowadzili zajęcia warsztatowe, a ja także spacery etnobotaniczne. Pozostaje do wydania część o zapomnianych roślinach magicznych Karpat i część o roślinach czarodziejskich Bałkanów. Jestem przekonany, że się to uda!
Od listopada 2010 przygotowujemy spotkanie warsztatowe w Muzeum Etnograficznym w Krakowie i ostatni poniedziałek był dopięciem tego projektu. Spędziłem w Muzeum chyba z pięć godzin (A. nieco krócej) omawiając szczegóły i odpowiadając na pytania reporterów z czterech rozgłośni radiowych!
W Muzeum dostaliśmy cenny prezent i to z rąk samego dyrektora! To bardzo interesujący katalog wystawy pt. Przejścia i powroty (Passages et repassages). Wydawnictwo ma przeszło 270 stron i jest właściwie bardzo interesującą książką, w której ilustracje stanowią zaledwie dopełnienie tekstu. Wystawa powstała przy okazji 100-lecia Muzeum z burzy mózgów przeprowadzonej przez jego pracowników, którzy w cyklu kilku spotkań zastanawiali się jak przeżywają świat. Około czterdzieści osób o różnym pochodzeniu, wykształceniu, wieku, doświadczeniu i poglądach dyskutuje o swoim osobistym odbieraniu świata / życia ! Już sam ten wysiłek wart jest uwagi wobec moich obserwacji wodzowskich instytucji, w których wykonuje się niewolniczo pomysły polityków, księży i kierowców. Z tych dyskusji i kolejnych sesji, powstały zapiski, w rodzaju skojarzeń z pojęciem przejścia / passage: droga / inicjacja / proces / skrót / most / zmiana / przekroczenie ... itd. (to mój wybór z obszerniejszego tekstu katalogu). Powroty /reppasage oznaczały: naprawę / nowy początek / przemianę / lęk / radość... Ekipa natrafiała na trudności i bariery. Barierą okazało się pojęcie utraty. Zapisano: W kwestii utraty nie doszliśmy do porozumienia. Nie było ono możliwe. Jest już tylko samą przyjemnością przytoczenie zdania: nie chodziło nam o to, aby wystawa w bezpośredni sposób ilustrowała nasze wspomnienia, lecz aby wywołała w widzach te rodzaj odczuć, jakie pojawiły się w nas samych podczas warsztatów. Wystawa pokazana będzie we Francji... i może także w Polsce? Dlaczego to mnie nie dziwi? Katalog wydano w nakładzie 1000 egz. i jego projekt graficzny zrobił mi wielką przyjemność.
Skoro już jestem przy miłych i jednocześnie znaczących wydawnictwach to mam tuż obok laptopa jeszcze jedno z najnowszych. To książka pt. Sztuki w przestrzeni transmedialnej pod redakcją Tomasza Załuskiego, wydaną przez ASP w Łodzi. Książka ma 282 strony i jest plonem konferencji naukowej. Książka nie jest sprzedawana (jest dystrybuowana poprzez sieć autorów, wykładowców i studentów) i nie wiem właściwie jak ją zdobyć? Podobnie jak katalog Passage et repassage. Na moim stole leży z powodu zamieszczenia w niej tekstu pt." Bio Mapping Christiana Nolda - transmedialna retoryka wędrowna" dr Anny Nacher (tekst dostępny jest już w sieci!) Media lokacyjne to niezwykle interesujący temat i działania artystyczne jakie rodzą się gdzieś w tym rejonie są niezwykle inspirujące.
A obok mnie istna uczta intelektualna: program bitwa (czy bitwy?) na muzykę? z wyłączoną fonią. W masmediach bzdura goni bzdurę, a ważne książki w Polsce zaczynają być podawane z rąk do rąk i tylko w małych społecznościach... Tylko patrzeć jak oskarżą nas o kacerstwo i alchemię.
Nie opuszcza mnie dobry nastrój i deklaruję: mnie to zaczyna pasować!
Na obrazku: okładka pierwszego tomu niechcianej książki!

Saturday, March 19, 2011

SHINNAI BUYO


Mimo nawału pracy i pogody, która nastraja jedynie do przykrycia się kołdrą i czekania na wiosnę, poszliśmy wczoraj wieczorem do Muzeum -manggha- na spektakl starego, XVII - wiecznego teatru narracji i muzyki shinnai. Shinnai łączony z buyo ( buyo to taniec i pantomima) widuje się rzadko i taki spektakl zaledwie się trafia i można nie mieć okazji na jego zobaczenie. W shinnai buyo dużą rolę odgrywa muzyka grana na shamisen (3-strunowa lutnia), koto (rodzaj wielkiej cytry lub jak chcą niektórzy - harfy poziomej), shakuhachi (bambusowy flet medytacyjny). Spektakl oparty jest o narrację w wykonaniu kantora, ale także akompaniament śpiewny. W sumie wystąpiło osiem osób i całość poprzedzona była wprowadzeniem. Nie ma co ukrywać, że okoliczności w jakich przyszło występować artystom z Japonii są niezwykle smutne. Tym bardziej cieszyło to, że w sali Muzeum trudno było pomieścić wszystkich przybyłych. Muzeum -manggha- wybiło się na jedno z najciekawszych miejsc w Krakowie i z wielką sympatią myślimy o tym interesującym przedsięwzięciu. Graliśmy w -manggha- już kilka razy, pomagaliśmy też w pierwszym, solowym koncercie Vlastislava Matouska i zawsze sala jest pełna, zaplecze zawodowe i wszystko dopięte... To jest dla mnie prawdziwa alternatywa. Wszystko co zebrano za bilety i z dobrowolnych datków zostało przeznaczone na pomoc dla Japonii. To był znakomity wieczór i bliska nam estetyka. To dość trudne do wytłumaczenia, ale ten język sztuki jest dla nas (bo rozmawialiśmy nie raz o naszych odczuciach) zrozumiały i oczyszczający.
Także wczoraj, ale w pierwszej połowie dnia, przyszła wiadomość o klęsce i wygranej! Klęska to zaledwie wyróżnienie dla płyty Kapeli Byrtków (Monografie Instrumentów Karpackich Vol.II) w konkursie na Fonogram Źródeł za 2010 rok. Nie będę komentował decyzji znawców z Polskiego Radia, bo i po co? Pierwsza płyta dwóch starszych panów z karpackiego pogranicza i wyróżnienie z Kongresówki... może to nie tak źle? Jest też i sukces! Polega on na tym, że nasza płyta Acoustic Psychogeography nie zyskała aprobaty znawców z jury konkursu na Folkowy Fonogram Roku! Oznacza to, że nie stoczyliśmy się na pozycje muzyki kolonialnej w rodzaju world music co nam niektórzy przepowiadali około 2001 roku! Wszystko jest po staremu ustalone w Warszawie: kto ma rolę nowatorów, kto jest zasłużonym propagatorem i kto będzie nagradzany pogłaskaniem po głowie. Tak więc prawdziwym sukcesem jest utrzymywanie się poza tym towarzystwem mimo licznych projektów i wydawnictw.
Nadeszła też wiadomość, że pojawiły się dwie recenzje na popupmusic. Szczególnie podobała mi się ta na temat Enjoy Trees! bo mam jakiś niedosyt związany z tą płytą. Szkoda, że nie wszystkie media niezależne (w jakimś stopniu) rozumieją, że tego typu akcje należy promować.
Kilka godzin temu wróciłem z Radiofonii gdzie odbyła się bardzo miła i ciekawa rozmowa na temat muzyki tradycyjnej w nowych czasach czyli o naszym warsztacie w Muzeum Etnograficznym w Krakowie jaki organizujemy 31 marca. Obok mojego laptopa leży master nowej płyty Michala Smetanki, z którego przygotujemy nową płytę w naszej serii World Flag Records, będzie ona miała numer 037 ! Prapremiera w Krakowie podczas wspomnianego warsztatu w Muzeum!
Muszę się pochwalić uznaniem po latach mojej niezauważanej pracy fotografika! Uznanie jest do oglądania w postaci nowego numeru Pisma skandynawskiego Zew Północy (nr 8, zima wiosna 2011) gdzie moja fota z Jokkmokk znalazła się na okładce a druga jest w środku numeru na całą rozkładówke! Tym bardziej się cieszę, że jest to numer gdzie jest sporo innych znakomitych materiałów. To naprawdę świetne, że są jeszcze pisma gdzie doceniają pracę i wyobraźnię, a nie tylko koneksje rodzinne lub nadsyłane gotowce z "centrali"! Koniecznie poprzyjcie Zew za pomocą strategii jaką wyuczyliśmy się w USA - popierasz to wyjmij 8,90 zł i kup w Empiku zamiast gadać o alternatywnej kulturze.
Ha!Art wydał z siebie jakiś słownik dezinformujący (to stara technika lewicy) gdzie przypięto nam łatkę globalnego folku i jakiś niesprecyzowanych działań terapeutycznych. Szkoda, że taka inicjatywa, która mogła by być czymś cennym poległa dzięki naiwnemu podejściu autorów. Sądzą oni, że jak festiwal nazywa się OFF to jest niezależny i prezentuje sztukę alternatywną. Jak Muniek powie o sobie, że jest punkowcem i walczy to znaczy, że tak jest! Wyrocznią jest dla lewaków miły gość od ckliwego przeboju o Rzece miłości... , który jest naprawdę fajny na miły wieczór i tyle. Szkoda, ze takie informacje są przygotowywane przez jakieś pańcie na poziomie wypracowania pt. Krajobraz w literaturze polskiej...na próbnej maturze. Język opisywania muzyki alternatywnej jest wzięty z tzw. przemysłu muzycznego i to jest jakieś nieporozumienie u podstaw. To szołbiznes przejmuje zjawiska jakie dzieją się na offie (nie na tym festiwalu, proszę Was...), robi z nich coś nieco innego w procesie przypominającym karmienie u niektórych ptaków, wtłacza w przegródki oznaczone etykietami (które bezmyślnie kupuje autorka niunia) i sprzedaje jako swoje odkrycie. Właściwie dlaczego w tym dziele pani niuni nie ma przeboju offu czyli - X Factor! Skoro jest w nim przebój Festiwalu Off czyli Zdzisek Kasuje?
I to jest dobre miejsce aby przypomnieć o tym karmieniu u ptaków: stare ptaszysko łowi ryby i połyka, ale nie całkiem! Lekko przefermentowane wyrzyguje dziatwie i ku uciesze wszystkich obserwuje jak to sobie wyrywają, a sprytniejsze łykają! Chciałbym sadzić, że Ha!Art jest starym ptaszyskiem, ale chyba jest jednak w innym miejscu...
Na obrazku - pierwsza strona kartki informacyjnej World Flag Records, autorstwa Tomka C. Podobno projektowana pod wpływem muzyki Jimi Hendrixa! Mnie pasuje ... i kartka i Hendrix!

Monday, March 14, 2011

telewizja, czyli sztuka (?) rozmowy

Wierna drodze środka nie zakladam, że telewizja jest moim największym wrogiem - wręcz przeciwnie, co jakiś czas lubię telewizję dla samej telewizji (bo czy nie jest na przykład maksymalną egzotyką życie Kardashianów albo eliminacje do You Can Dance? i czytso buddyjską refleksją nad niezwykłą różnorodnością życia oraz parktyką nieoceniania?). A już w sytuacjach globalnych katastrof bądź wydarzeń tragicznych telewizja staje się niezastąpiona, oczywiście, o ile utrzymuje się w głowie świadomość, jak cienka linia odgradza niezdrową ekscytację wizjami makabry od uważnego bycia  we współodczuwaniu (nic mnie tak chyba nie uderzyło w trakcie tsunami, jak pojawiający się w mediach elektronicznych, podkreślony komunikat "Nowe zdjęcia" - myślę, że niebawem zobaczymy takie tytuły: "Odkryto tysiące ciał na wybrzeżu Japonii [ZOBACZ ZDJĘCIA]". Ten kontakt z telewizją układa się oczywiście we fragmentaryczny i poszatkowany ciąg obrazów - jak rozmowa profesorów w studiu TVN, którzy na koniec powyzywali się od "wieśniaków" i wiedzę oraz próbę zrozumienia zastąpili żądzą udowodnienia, że mają rację. To bardzo zresztą typowe dla polskich "ekspertów" dziedzin wszelakich. Albo inny ekspert od energii jądrowej mowiący o "troszeczkę radioaktywnym" dymie, którego "odrobinę" wyrzuci się do atmosfery. Ci eksperci - udowadniając nam, że najbezpieczniejsza jest energia jądrowa zapominają, że z tym bezpieczeństwem jest jak z samolotem, rownie bezpiecznym środkiem transportu. Zapominają także - i to typowe dla technokratów, którymi wypełniona jest polska przestrzeń publiczna - o kontekście. Opowiadają o energii jądrowej w sposób zupełnie oderwany od konkretnych realiów miejsc, ludzi i krajów. Tak, jakby mieli je budować kosmici w przestrzeni, w której nie mieszkają żadne istoty. Może jest to i najbezpieczniejsza technologia i może, jak twierdzi jeden "ekspert", nie ma odwrotu. Ale warto chyba wziąć pod uwagę fakt, że to upuszczanie radioaktywnego dymu w Japonii będzie trwało miesiącami, może nawet rok... I jak to jest, ze u nas debata toczy się wyraźnie pod dyktando think-tanków i biznesu promującego energię jądrową, a np. w takich Stanach rozmawia się o tym w zupełnie innym tonie... Przy doniesieniach z Japonii wszystko dookoła wydaje się jakieś nieważne, nierealne, sztuczne (a najbardziej wieści z polskiej polityki oczywiście, z zafiksowaniem na JPII i Smoleńskiem). Nie będę się już zżymać na to, co zaproponowała polska telewizja publiczna przy tej okazji, uczynił to Marek poniżej. Kiedy staliśmy się tak schamiałym spoleczeństwem, w którym takie nagłówki i takie teksty nie budzą niczyjej wątpliwości? Sądzę, że dosięga nas inne tsunami - jadąc z Warszawy jednym z nielicznych pociągow łączących Kraków ze stolicą w nowym rozkładzie obserwowałam interwał między zimą a wiosną, strasznie smutny. Ludzie mają wypasione domy we wszystkich kolorach tęczy, a za płotem, w lasku lub potoku zazwyczaj śmietnisko. Naprawdę głęboko się zastanawiam: jak to jest mieć taki umysł, który pozwala żyć obok śmietnika i bez końca rozlewać się z tym śmietnikiem na łąki, lasy i potoki? Bury dym snuł się z kominów podkrakowskich wiosek i uroczo skądinąd zawisał nad podkrakowskimi dolinkami. Ludzie wylegli na spacery i co rusz musieli uskakiwać przed quadami i motocyklami crossowymi.
Dla równowagi, po powrocie do domu, dostrzegłam, że mamy Sundance Channel, a w nim urocza rozmowa rekinów amerykanskiego showbizu. Luźna, skrząca się dowicpem, niewymuszona rozmowa, jakiej w TVP Kultura nie da się uświadczyć, bo tu ważniejsze są grymasy i wygibasy młodych i starych wschodzących gwiazd alternatywy. Aaron Sorkin, autor scenariusza do The Social Network, podrzucił nam kwestię roku: wypowiedź zaczął od tego, jak ważny w przypadku historii opartych na autentycznych biografiach jest kompas moralny pisarza a dalej bez zająknięcia kontynuował w ten deseń: "Jeśli autor nie ma wystarczająco wyczulonego kompasu moralnego, to pomocną dłoń poda mu wydział prawny firmy Sony". Tagline of the Year. W Budyniowie chyba niewiele osób doceni dowcip nowojorskiego wyjadacza, my śmialiśmy się, aż nam łzy ciekły z oczu.

Saturday, March 12, 2011

DRUGA STRONA RZECZY


Wczoraj i dzisiaj, po kilka godzin, pisałem jeszcze drobne uzupełnienia do przewodnika po Starym Sączu i myślę, że to już definitywny koniec. Teraz zacznie się ten magiczny wir prac redakcyjnych, które autora zazwyczaj kosztują sporo rozczarowań i irytacji. Tekst, pisany w przemyślanych sekwencjach i w stanach skupienia uwagi, które coś w nas otwierają i trwale zmieniają, ale nade wszystko są bardzo osobistym doświadczeniem, jest szatkowany, przemieszany, naszym zdaniem trywializowany i ujednolicany. Druga strona jest taka, że tekst zazwyczaj staje się czytelniejszy i bardziej komunikatywny, mniej zawiły i bardziej uładzony. Dobrze jeżeli dotyczy to przewodnika po mieście i jego okolicy,ale gdyby taka praktyka dotykała wprost naszej wyobraźni? Już widzę te argumenty i korektę tekstu Ulissesa - Jamesa Joyce'a...!? Jak James J. dostaje z redakcji tekst w trybie śledzenia zmian z adnotacjami: kiepska gramatyka, interpunkcja, czy nie można tego wierszyka zastąpić prozą? ...bardzo proszę o skrócenie rozdziału XY do 2 000 znaków ze spacjami! Nie chcę w ten sposób powiedzieć, że pozbawienie tekstu redakcji uczyni z niego arcydzieło... ale złoty środek nie jest na połowie dystansu, zawsze jest bliżej głowy autora.
Tak się rozkręciłem, że chyba siadam za kilka dni do planowanej od dawna niezbyt wielkiej książeczki pod roboczym tytułem - Etnobotaniczne aspekty muzyki tradycyjnej. Miała to być druga, po Magicznych roślinach Karpat i Bałkanów, książka z serii - wstęp do etnobotaniki, ale...może będzie pierwsza?! Budyniowe wydawnictwa najpierw mnie irytowały, a teraz czuję jedynie politowanie i żal, że zawsze musimy być takimi dziadowskimi głupkami bez wyobraźni i odwagi. Moja szuflada będzie pełna, to nie jest zły ani też specjalnie nowy stan w Budyniowie. Okazuje się tylko, że nie wszystkiemu winni byli jacyś mityczni "komuniści".
Powoli przygotowujemy się do ważnego dla nas pokazu-warsztatu pt. Dźwięki utracone, dźwięki odzyskane, który przeprowadzimy na zaproszenie Muzeum Etnograficznego w Krakowie z okazji jego 100-lecia! Zaprosiliśmy Michala Smetankę, naszego przyjaciela ze Słowacji, który jak mało kto zna się na tradycyjnych instrumentach Karpat. Nie dość, że świetnie gra i śpiewa w tradycyjnej pasterskiej manierze z Gór Lewockich, to jeszcze potrafi własnoręcznie zrobić fujarę detwiańską, gajdicę, koncovki i wielkie trąby sygnałowe. W poniedziałek najprawdopodobniej wyjmę ze skrzynki przesyłkę z Jego nowymi nagraniami i może uda się przygotować kilka sztuk płyt z naszej Flagi na prapremierową prezentację w Muzeum?! Mamy tam blisko trzy godziny do dyspozycji i postaramy się aby to był intensywny czas, który podsumuje nasze ostatnie lata praktykowania karpackich dźwięków. W 2009 była ogromna i fantastyczna (!) robota z doborem, rejestracją i redakcją nagrań na płytę z tradycyjnymi instrumentami muzycznymi z Karpat, potem (2010) była praca z opracowaniem pocztówek dźwiękowych z soundscapes'ami Pienin i mofety i niezwykłe spotkanie z Kapelą Byrtków z Beskidu Żywieckiego, zakończone wydaniem płyty. Późną jesienią 2010 była premiera mojego projektu Karpacka Muzyka Improwizowana (pierwszy skład: Smetanka / Kubek / Marczuk / Styczyński) i małe ujawnienia na Słowacji i w Zakopanem. Nie chce się wierzyć, że tyle ciekawych rzeczy interesuje tak mało ludzi, ale już chyba przywykłem. No więc warsztat z Michalem, który prowadzi swoje prywatne muzeum instrumentów muzycznych (bardzo podobne do naszej kolekcji ze Starego Domu... zlikwidowanej wraz z opuszczeniem wyjątkowo budyniowatego Nowego Sącza) jest dla mnie jakimś podsumowaniem kolejnego etapu, a być może nawet zamknięciem pewnego etapu i początkiem czegoś innego? Warsztat będziemy rejestrowali - z naciskiem na zapis filmowy. Pokaz/warsztat i trochę improwizowanej muzyki ma się przytrafić 31 marca w ratuszu na pl. Wolnica 1 w Krakowie w ramach cyklu pt. DRUGA STRONA RZECZY. Można to rozumieć jako swoiste zaglądanie na backstage albo na zaplecze wystawy, zazwyczaj cichej i jakby zawieszonej w czasie. My tę rzecz na kilka godzin ożywimy i obudzimy! Zaczynamy po około 18.30 i pewnie się trochę rozgadamy i rozegramy?!
Od wczoraj oglądamy tsunami w Japonii i łzy się kręcą z tego nieszczęścia, które spotyka tak dzielnych ludzi i niesamowite społeczeństwo. Jak pomyśleć jaką drogę przebyła Japonia od II wojny światowej to trudno nam zrozumieć jak się to mogło stać. Nasze zakute łby politycznych pieniaczy i egoistów, nie licząc normalnych gangsterów, nie mogą odpuścić fotela w samolocie i zaproszenia/nie zaproszenia gdzieś tam... Zmęczeni jakimiś przedziwnymi zabiegami TVN nękającymi polityków i politykę PO i ledwie skrywanym pociągiem TVN-u do PiS (co jest chyba wyrafinowaną praktyką z kręgu S/M) włączyliśmy TVP 1 ... i klęska! Najpierw redaktor Kraśko "zręcznie" porównał to co (jego zdaniem) czuli Polacy na wieść o śmierci Jana Pawła II do tego co czują Japończycy na widok relacji telewizyjnych z trzęsienia ziemi i tsunami! Pan Kraśko ma jakąś szajbę religijną i powinno się go leczyć, a nie pokazywać w telewizji publicznej. Zaraz po skandalicznej i głupiej wypowiedzi red. Kraśko, u dołu ekranu zobaczyłem na pasku tytuł następnego felietonu z Japonii: Wstrząsający spokój - czy tam w studiu ktoś zgłupiał?
Na focie złożonej z fotek Bogdana i Lenki jest nasz warsztatowy team: Anna, Michal i Marek. Michal nieźle przycina na tych gajdach huculskich...

Monday, March 07, 2011

kulinarnie

Dzisiaj będzie krótko i kulinarnie. Bo w czasie około nowiu, podczas niewydarzonej zimy (czyli ni to zimy, ni to wiosny), najlepiej ratować się za pomocą smoothies. Co z tego, że z mrożonych truskawek. Ich zapach od razu przywołuje wszystkie smaki lata. Więc: mrożone truskawki, kilka bananów, szklanka mleka. Oto, czy dzisiaj uczyniło nas szczęściarzami. Plus stadko sójek, dostrzeżonych po drodze na basen - toczyły jakieś bardzo zażarte kłótnie, sądząc po głosach; w każdym razie wielkie ptasie ożywienie słychać nawet na snzym osiedlu, co raz bardziej ogołoconym z drzew, po tym, jak kolejna parcela została pozbawiona sporych jesionów (pod nowe bloki, a jakże). Tyle na razie, w 5 minutach wydartych przemocą z kołowrotu.

SPHERICAL PULSATION


Mimo całkowitego zawału robotą, postanowiłem napisać kilka słów o dwóch płytach jakie znalazłem w kopercie nadesłanej z Warszawy. Płyty łączy osoba Ruffusa Libnera, który zdaje się być sprawcą tego, że muzyka jest udokumentowana w formie wydawnictw. Pierwsza z płyt to zapis wspólnego muzykowania Ruffusa z ekipą muzyków nepalskich w stolicy Nepalu - Katmandu. Płyta nosi tytuł Triple Fusion i w nagraniach wzięli udział: Ruff Libner, Shyam Nepali,Binod Katuwal,Pritam Lama i Raman Maharjan. Sesję muzyczną zarejestrował Greg Simmons. Didjeridu (Ruff) połączone z zestawem typowym dla tradycyjnego folk-popu z Nepalu: sarangi, tabla, flet i drumle brzmią doskonale i już po pierwszych minutach słuchania powróciłem na chwilę do swoich własnych nepalskich wędrówek. Kiedy po raz pierwszy odwiedziłem Katmandu, to był jeszcze stary porządek i Nepal pisało się tak: N.E.P.A.L (Never End Peace And Love) Wszędzie unosił się zapach kadzideł, sklepy były pełne kolorowych ciuchów, o których w Polsce można było tylko pomarzyć, a jedzenie - słynne nepali fusion pamiętam do dzisiaj! Na ulicy słyszało się wiele różnej muzyki, ale był to albo miejscowy pop-folk, albo indyjska i tybetańska klasyka albo hipisowskie kapele wszechczasów na tysiącach pirackich wydaniach. Kiedy ostatni raz wędrowaliśmy po Nepalu młodzi bojownicy maoistowscy zbierali się na dyskoteki w wiejskich domach kultury lub sprzedawali konopie, narwane za swoją chatę, głupim do bólu turystom. Na ulicy zauważyłem też kilka wystaw w innym niż dotąd stylu; fosforyzujące farby, małe elektryczne żaróweczki i ciężka od mechanicznego beatu muzyka. Do Nepalu nadciągnęło Goa Trans i techno z Wielkiej Brytanii. W Pokarze na jednej z handlowych ulic w małym szałasie siedział nepalski freak i zamiast na flecie pompował na bambusowym didjeridu. To było coś nowego. Potem spotkaliśmy w Benaresie (Indie) Willego Grimma, który brał udział w projekcie filmowym opartym o pomysł wspólnego muzykowania wielu różnych muzyków, grających coś, co można by nazwać wspólnotową muzyką liturgiczną? Grimm powiedział nam, że didjeridu jakoś mało się mistrzom indyjskim podoba. Płyta Triple Fusion przynosi 8 utworów i pierwsze 5 pchały mnie do radosnej bezczynności i sączenia dobrej herbaty. Trzy ostatnie to niezłe popisy rytmiczne, szczególnie ostatni zamienia się w zbiorowe szaleństwo. Chciałbym doczekać chwili, kiedy znajdzie się klub z taką muzyką i nie będzie ona grana tam jako tło dla dealerów i opychania kiepskiego piwa, tylko ot tak, for fun! Wiem, taki klub to będzie dopiero w niebie. Didjeridu Ruffusa, grane techniką białasów czyli długimi dźwiękami emitującymi chmury alikwotów przyjemnie masują mózg (do tego służą alikwoty), zadziwiająco przypominają drony emitowane przez koncertową indyjską tampurę. Wiem coś o tym, bo były czasy, że godzinami emitowałem taki dźwiękowy dywan, na którym Maria i Jurek Pomianowscy snuli klasyczne tematy na sarangi i tabli. Ten czas nazywał się Raga Sangit i jak mawiają niektórzy; było to przed wojną! No więc tak; płyta jest o.k. i projekt jest o.k. i oby tak dalej! I już ostatnia kombatancka wspominka przy ognisku; moje pierwsze spotkanie z Indiami i kulturą Tybetu zaowocowało w postaci sesji Personal Forest, którą wydaliśmy na kasecie magnetofonowej, po jakims czasie materiał ten wyszedł w postaci LP w Niemczech (z inną, świetną okładką) i znowu po jakimś czasie pojawił się jako CD w Kalifornii i reszcie USA.
Druga z nadesłanych płyt to Spherical pulsation vol. 1 dua o nazwie; Balanda DidjeridooDuo i w składzie: Ruff Libner i Luka Hołuj - didjeridu. Znalazłem tam 8 tracków i pierwszy przykuł moją uwagę na tyle, że wysłuchałem płyty do samego końca. W moim odczuciu number one jest #1, w #3 jest świetna zmiana rytmu i nastroju przy końcu, #4 pokazuje świetną ale dość niebezpieczną rytmikę, w #6 muzykom towarzyszy za pomocą głosu Diana Diurow, pozostawiając sprawy niedokończone, ale nie zepsute! Tu mam kłopot z jakością dźwięku, ale część nagrań była rejestrowana poza studiem (pomiędzy Oslo, Warszawą i Krakowem) - ja to dobrze rozumiem i nie czepiam się. Płyty zostały wydane przez Roland Records ("nepalska" ciągle czeka na swą premierę w Katmandu) - więcej znajdziecie na www.myspace.com/travellingdidjeridoo oraz na ...myspace.com/balandadidjeridooduo
Didjeridu jest bardzo specyficznym instrumentem i jest wiele szkół grania na nim. Kłopot w tym, że granie na instrumencie muzycznym nie jest jednoznaczne z tworzeniem muzyki. Wielu muzyków o tym zapomina. Ale nie zapomina na szczęście Ruffus Libner i nie Luka Hołuj... To miłe natknąć się na takie nagrania i słuchać ich bez tego szczególnego bólu rozczarowania, który tak dobrze znam. W domu, gdzie duo (!?) Naturton spijało herbatki i didjeridu z Australii stoją pod ścianą (niektóre z nich wykonane specjalnie dla mnie, a jedna rura dedykowana była... Ani!) nie jest to całkiem proste. I jeszcze o samych płytach; to taki rzadki przypadek, że coś jest solidnie udokumentowane. I nie trzeba do tego szachrajskich firm i budyniowego szoł?!
Nie mogę się całkiem oderwać od myślenia na temat przewodnika po Starym Sączu i dlatego wieszam fotkę malowidła p. Raczka ze street artowej kolekcji Bogdana K.
Zapraszam do czytania moich tekstów "rozsianych", które gdzieś się kiedyś ukazały i przepadły. Jest miejsce gdzie je powoli dodaję i można spokojnie je tam czytać!

Saturday, March 05, 2011

NOWA GWIAZDA i KARPACKIE MURALE


Siedzę i piszę o Starym Sączu... i końca nie widać!? Nawet Losar z ciastkami, filmem, wykładem i fotami z Tybetu Marka K. musiałem odpuścić! Zaczynam się zastanawiać, co ludzie robią, że mają tyle czasu? Więcej zarabiają, lepiej planują, mają mniejsze wymagania? No nie wiem i od kilku tygodni nie mieszczę się w 10 godzinach pracy plus sto tysięcy czynności organizacyjno-przygotowawczych. Nawet do bloga siadałem bez wielkiego entuzjazmu bo to też...pisanie.
Życie wyrobnika ma też czasem błysk radości i kilka takich rozweselających drobiazgów odnotuję. Na przystanku MPK usłyszałem jak dziadek uczy wnuczka piosenki: jedzie pociąg z daleka, na nikogo nie czeka, konduktorze łaskawy - byle nie do Warszawy! Takiej wersji jeszcze nie znałem, może to jest ta właściwa? Osiedle Europejskie w Krakowie to kilka wielkich budynków, które noszą nazwy europejskich stolic: Paryż, Wiedeń, Barcelona, Londyn... itd. Starsza para spaceruje naszą osiedlową alejką i dzieli się wrażeniami: nie lepiej by było: Kielce, Radom, Białystok! Prawdziwi Polacy boją się Europy? Co im Paryż przeszkadza? Od słuchania Rydzyka ogłupieli czy co? Nie mniej zabawne było bajanie wielkiego polskiego publicysty Bronisława Wildsteina w tivi. Rzucił pan wielki publicysta zdanie o : kontrkulturowym potencjale SLD ! Chyba się czegoś zepsutego najadł?!
Przez to pisanie o mały włos nie umknęło by mi pojawienie się kolejnej nowej gwiazdy budyniowego szołbiznesu. Nie od dzisiaj wiadomo, że to interes rodzinny i nowa gwiazda to niejaki Janusz Staszewski. Pan Janusz S. wyznaje w wywiadzie, że na piosenki otworzył się już w liceum! To zadziwiające! Deklaruje także, że tworzył muzykę dla samego siebie. Aby zadowolić siebie potrzebował muzyków sesyjnych i wtedy: tata zaproponował swoich kolegów, bo to świetni instrumentaliści i ...byli pod ręką! Jak zapewnia dalej : bardzo mi pomogli...
Dalej jest już mniej śmiesznie: Bóg jest dla mnie najważniejszy. Właściwie nie nazwałbym się "wierzącym", ale raczej "wiedzącym". Bo wiem, że Bóg istnieje, jestem tego pewny. Dlatego mogę o Nim mówić innym. Mam nadzieję, że w ten sposób wskażę komuś drogę duchowego rozwoju. No, to jest naprawdę bomba!
W zespole nowej gwiazdy gra na perkusji jego brat... czyżby pomysł na synów i braci nie był już lekko wyeksploatowany? Ale nie ma co się czepiać bo gość zna miarę i obiecuje, że: wystarczy, że trafię ze swoim przekazem choćby do jednego człowieka - a będę szczęśliwy. Pewnie dlatego: koncertując z Kultem, wystąpiliśmy w katowickim Spodku dla sześciu tysięcy osób. (śmiech). Ten - śmiech - w nawiasie dodał przytomnie Paweł Gzyl, recenzent muzyczny. Pamiętam pana Pawła z tego, że znudziły się Mu nasze płyty, było ich zbyt wiele i sprawiały kłopot. Aby ratować człowieka, przestałem mu je podrzucać. A przestałem też dlatego, że schematyczne recenzje i muzyczny widnokres recenzenta, oparty o granice Kielc i Warszawy, także i mnie znudził strasznie. Panie Pawle, a nie nudzi pana takie wciskanie budyniowego kitu? Nie muszę chyba dodawać, że tytuł wywiadu z gwiazdą mimo woli, brzmi: Bóg jest najważniejszy. Od siebie dodam w nawiasie - /śmiech/.
Muszę wracać do pisania więc skończę tematem starosądeckim. Mieszkał tam kiedyś artysta Raczek. Był prawdopodobnie prekursorem street art'u w Karpatach i niezłym happenerem. Wymalował niezłą sztukę w bramie, na ścianach oficyny i kilku innych miejscach. Jak większość sztuki ulicy obrazki balansują na granicy kiczu i mają ten specjalny koloryt i tę perfidną naiwność jaką poraża Nikifor, pani Wnękowa, czasem Hasior. To coś miał też Witkacy. Z jednej strony ten pierwiastek karpacki jest jak dobre udawanie wariactwa albo (jednak) cykliczne uleganie wiatrowi halnemu, ale z drugiej; w czym to jest gorsze od meksykańskich wielkich oczu i jaskrawych kolorów, albo przejmującej tym samym - sztuki Voodoo?
Kiedy w Nowym Sączu zobaczyłem po raz pierwszy mural, który powstał na wielkiej kamienicy w ramach Festiwalu Karpaty Offer, byłem całkowicie załamany. Mimo młodych, wielkich ze świata street artu i całkiem spoko tagów (nie jestem jednak miłośnikiem tagów w starym stylu - przerost formy nad treścią) całość jawi się jak wielka reklama Spółdzielni Samopomoc Chłopska! Nie było cenzury, nie było sprawdzania i miała być tylko sztuka. Od powstania tego dzieła jestem za cenzurą i ograniczeniami, za barierami i kłodami pod nogi... zbyt rozpieszczanych lokalnych mistrzów. Kiedy jednak zobaczyłem te murale pana Raczka (są o wiele bardziej przekonywujące!) to zaczynam myśleć, że jest coś w wodzie lub w izolacji kulturalnej, albo w halnym wiejącym od gór, co sprawia, że ta naiwność i nieprawdopodobne prostactwo (przy całym uznaniu dla zręcznej ręki i oka) zaczyna się jawić jako to, co jest dla sztuki w Karpatach wspólne? Kiedy piszę o zręczności warsztatowej to zawsze przypominam sobie piękne rysunki uśmiechniętej Myszki Miki, jakimi zręczny w rysowaniu i kolorowaniu kolega zapełniał zeszyty w szkole podstawowej. Nigdy nie mogłem mu dorównać. Na szczęście...(śmiech).
Na focie najbardziej graficzny z dzieł podwórkowo-ulicznych pana Raczka w Starym Sączu w fotograficznej relacji Bogdana Kiwaka. Obiecujemy powiesić w sieci więcej tej odlotowej (z halnym...) sztuki karpackiej.

Saturday, February 26, 2011

10 sposobów uważnego korzystania

To jest coś w rodzaju nowego początku. Po kilku latach prowadzenia własnego bloga postanowiłam zagościć u Marka (a on się ucieszył, przynajmniej tak mi się wydawało :-) - a więc będzie to coś w rodzaju naszego wspólnego bloga (skoro Najwięksi Tego i Tamtego Świata Już Piszą Blogi... wypada polączyć siły, żeby skuteczniej walczyć ze złymi mocami).

Na początek coś użytecznego: z magazynu Tricycle, z którego regularnie korzystamy - 10 sposobów uważnego korzystania z mediów społecznościowych ("Ten Mindful Ways to Use Social Media"). Muszę przyznać, że Facebook i Twitter od jakiegoś czasu stały się dla mnie czymś bardzo w praktyce pomocnym. Zwłaszcza kilka wskazowek z tego w pewnym sensie typowego amerykańskiego poradnika (12 sposobów na schudnięcie w weekend, 3 kroki do zostania wielkim człowiekiem, 8 sposobów na ocalenie świata przez planetoidą itp.) stało się moim chlebem powszednim. Na przykład: Know your intentions. Od pewnego momentu zaczęłam się zastanawiać, zanim nacisnę przycisk "podziel się", czy rzeczywiście warto dzielić się frustracją i gniewem? (Ależ oczywiście, że czasem to robię; ale może nie tak odruchowo, jak kiedyś). Z drugiej strony, przekonałam się, że w chwilach totalnego wkurzenia na rzeczywistość i ogromnej frustracji (a przecież są takie chwile), znajomi na fejsie są super: ich dowcipne komentarze i poczucie humoru ratowały mnie nieraz, kiedy działy się rzeczy koszmarne (lato z krzyżem na Krakowskim Przedmieściu...). Nie musimy wcale na co dzień być przyjaciółmi ani nawet dobrymi znajomymi; wystarcza, że w trudnych chwilach machamy sobie z pewnej odległości, puszczamy oko, dajemy znaki, że ktoś myśli podobnie - albo myśli inaczej, ale potrafimy rozmawiać. To jest jakieś gigantyczne nieporozumienie z tą tezą, że znajomi na portalach społecznosciowych nie są naszymi prawdziwymi przyjaciółmi; ludzie, z którymi spotykam się w pracy albo w tramwaju też najczęściej nimi nie są, ale czy to powód, żeby się nie witać, nie uśmiechać i udawać, że tak naprawdę kontaktujemy się tylko z super sprawdzonymi, od wieków znanymi i najbliższymi sercu? Co tacy nagle wszyscy się stają pryncypialni i wrażliwi na jakość relacji międzyludzkich, w kraju, gdzie ludzie wsiadając do windy nie mówią nikomu "dzień dobry", a kiedy chcą zająć wolne miejsce siedzące, to szarżują jak pod Monte Cassino... Krytyka w tym kraju zawsze przybiera objawy histerii. Facebook nagle stał się "be", "niefajny" i wszyscy są specjalistami od machinacji wielkiego kapitału, bo obejrzeli "The Social Network" Finchera... W kraju, w którym każdy nowy start-up jest kalką czegoś, co już istnieje w necie od dawna, a co obwieszcza się takim tonem, jakby chodziło o dokonanie co najmniej na miarę stworzenia WWW przez Tima Bernersa-Lee. Już się zresztą nad tym zżymalam na fejsie. W każdym razie charakterystyczne jest u nas nieustanne wylewanie dziecka z kąpielą - najpierw peany zachwytu, po pewnym okresie czasu, kiedy osiągnięte zostanie nasycenie, spuszczenie z wodą po całości. Co dotyczy też polityki, ale nie chce mi się tego wątku rozwijać. Dlatego wolę takie prostolinijne amerykańskie podejście: 10 sposobów na uważne korzystanie z mediów spolecznościowych. Czyli po prostu, zastanów się, zanim klikniesz. Weź głęboki oddech. Przeczytaj do końca maila (tak, mnie też się zdarza tylko przebiegać wzrokiem maile pisane "longiem", które mają więcej niż 5 linijek). Bądź aktywna, nie reaktywna (oczywiście trudno lepiej przełożyć "Be active, not reactive"). Myślę, że życie w tym kraju byłoby zdrowsze i lżejsze, gdybyśmy czasem spuścili powietrze z nadętych balonów i oczekiwali czegoś mniej, niż wszechswiatowej rewolucji moralnej, która sprawi, że wszyscy staną się idealistami. Na marginesie: w tym samym numerze Tricycle któryś z autorów cytuje słowa jednego z indyjskich nauczycieli: "idealizm jest aktem przemocy". Daje do myślenia - "próba dorośnięcia do jakiegoś ideału zamiast bycia tam, gdzie jesteśmy, jest formą wewnętrznej przemocy, jeśli sprawia, że dzielisz się na dwie cześci, które są ze sobą w niesustannym konflikcie."
Tyle dzisiaj słowa na sobotę.

ROK 2138 !


Wchodzimy powoli w Tybetański Rok Żelaznego Królika i będzie to 2138 rok tego kalendarza. Przypomina to umowność liczenia czasu i potrzebę świadomego dopisywania małych literek typu p.n.e. (przed naszą erą) i n.e. (nasza era), tak aby wiedzieć co oznacza "nasza" czyli czyja? A czas jako temat rozważań to bardzo wdzięczna sprawa... więc daję spokój, bo szkoda czasu!?
Nowy rok (każdy, więc i nie "nasz"?) to dobry okres wprowadzania zmian. Właściwie nie wiadomo dlaczego, ale tak sobie to utrwalamy od dzieciństwa, podobnie jak "naszą erę". Uleganie konwencji nie jest z definicji złe o ile ma się świadomość tego co robimy. I dlatego, w pełni świadomie wprowadzam pewne zmiany w plaśnięciu w budyń!
Zmiana polega na zaproszeniu do stałego współautorstwa Anny N. i od czasu do czasu także zaproszonych gości. Pomysł przyszedł z różnych źródeł, jednym z nich był obłok kilku szybkich rozmów na fejsie, które rozegrały się pomiędzy Autonomicznymi Strefami z Wrocławia i Krakowa. Chodziło o wymianę poglądów na temat irytujących zachowań jakie zauważamy z perspektywy swej długiej już praktyki działania w obrębie kultury alternatywnej (bo słowo off nie może mi już przejść przez klawiaturę lapa). Także na fejsie wymieniłem krótkie uwagi z wokalistą świetnej i zasłużonej dla nowej ewangelizacji grupy Armia. Musiał on dodać do życzeń w postaci słów peace, pokój itd. także pax i pouczył mnie łaskawie, co ono oznacza. Nie wiem z kim przestaje ten Pan, jeszcze niedawno biegający w prześcieradle z wymalowanym krzyżem po sprzyjającej tego typu offowi telewizji, ale współczuje najwyraźniej prostej oprawy tej perły naszej muzyki rozrywkowej. Zdałem sobie sprawę, że tego rodzaju artyści mogą naprawdę uważać się za alternatywę?! To oczywiście jest poważniejsza sprawa niż sztuczne kreacje w rodzaju Marii Awarii, Patrycji M. czy jakichś, jak to określa trafnie Maciek F. czereśniaków w rodzaju Czesławów i innej uciesznej ekipy. Jest wiele innych zjawisk w naszym Budyniowym Królestwie o bardzo szemranych podstawach i warto aby czasem o nich pogadać?! Wielu młodych artystów "odkrywa" obszary odkryte od pół wieku i za sprawą Internetu ogłasza odkrycie Ameryki z irytującą głupotą i arogancją. To jest do pewnego stopnia normalne i wynika z biochemii mózgu i gruczołów dokrewnych, ale jeżeli serwuje nam to kanał telewizyjny typu Bardzo Namaszczona Kultura, o, to jest już znacznie gorzej i jak przy innych napaściach, złodziejstwie i kłamaniu w żywe oczy - warto zapytać: dla czyjego to dobra? Kto na tym ma skorzystać?
Telewizja, której w sposób zawodowy przygląda się A. dostarcza też wielu tematów do szerszej rozmowy. Telewizja TVN, która dostarczała nam wielu rzetelnych informacji i bywała odtrutką na różnych domorosłych ideologów typu red. Kraśko i reszta Ideolo-Jedynki, sama stała się siedliskiem groteskowych dziennikarzy, którym rozdęcie ego od nagród wręczanych samym sobie uciska najwidoczniej mózgi. TVN pyta (diagnozuje?) dlaczego jednej z partii "opadły skrzydła", a ja chciałbym zapytać (zdiagnozować?) dlaczego skrzydła opadły TVN-owi i odbiera rozum kolejnym redaktorom - mędrcom. To może czas na partie TVN - Olejnik i Durczok są najważniejsi, chociaż już dochodzą do nich żelazne damy kreujące rzeczywistość. Wiem, wiem, to prywatna stacja i robi co chce... ale ten blog jest prywatnym blogiem...
Pieniądze na kulturę przewalają kiepscy kolesie, którzy nawet gdyby ich ozłocić to i tak dobrego komiksu nie narysują i zawsze podświadomie będą śnili o przygodach Michała Wiśniewskiego, który myli się im z Chopinem. Zawsze mogą liczyć na wsparcie ministra od kultury, który w ten sposób zapewnia sobie trwanie na niepotrzebnym stanowisku. Dzięki tak rozumianemu wspieraniu kultury, mierni knajpiarze dorabiają sobie aureolę organizatorów festiwali sztuki. Warto pogadać o tym, czy to pewne jest, że w 2011 roku kluby i teatry dotowane przez partie polityczne są przestrzenią dla niezależnej sztuki? Czy wobec sztuki maminsynków i pociotków ministerialnych urzędników, ubieranej przez ich koleżanki i kolegów bawiących się w modne "kuratorstwo" w szaty nowatorstwa i wizjonerstwa podlanego starym i śmierdzącym obłudą lewicowym sosikiem, mamy milczeć? Nie, pośmiejmy się razem z osobowości telewizyjnych i nowych gwiazd. Nie aby komuś dokuczyć (przy skórze tej grubości, to nawet nie jest możliwe), ale aby było nam wszystkim wesoło, przyjaźnie i aby zaznaczyć, że to także nasza era. Inaczej budyń zaleje nas swymi teleturniejami, dyżurnymi ideologami w postaci etatowych: ekologów, feministek, muzyków o misji narodowej, bardzo mądrych "nowych twarzy" w rodzaju doradcy wizerunkowego znanego dotąd jako Edi Pyrek, facet co za sto dolarów i życzliwość starszych pań potrafił dotrzeć do Indii!
Na focie Maciek F. (Job Karma) w stroju kacerskim wpatruje się w labirynt węzła bez początku i końca.

Saturday, February 19, 2011

STO TYSIĘCY MILIARDÓW SŁÓW


I znowu stół zasłany książkami i otwartymi mapami. I znowu małe odkrycia; a to, że od Starego Sącza do Levoczy na Słowacji jest "lotem ptaka" tylko 70 km... albo, że Karpaty zajmują jedynie coś około 6 % powierzchni Polski (a w kulturze z 50 %?), albo to, że Kinga, która założyła klasztor w Starym Sączu miała matkę Greczynkę! Mam kilka dni na napisanie przewodnika po Starym Sączu i okolicach. To trudne i łatwe zarazem. Najgorsze jest to, że godziny mijają, powoli układa się z nich stosik kolejnego dnia i pisanie musi nabierać intensywności, mimo zmęczenia i lekkiego zniechęcenia. Zniechęcenie pojawia się ilekroć odkrywam, że w naszym kraju nic nie jest naprawdę dobrze zrobione. Rozmodlone rzesze fanatycznych fanów Kingi nie sprawiają, że ta bardzo interesująca postać jest świetnie poznana i opisana. Czego się dotknę to mity, pogłoski i wyobrażenia. To jak z opisem malowidła, które przedstawia Kunegundę (Kingę) gdy "błogosławi klęczącego żołnierza" (str. 7) aby na stronie 8 przeistoczyć się w obraz, na którym " lewa ręka księżny spoczywa na głowie wiernego żołnierza, który przedstawiony jest w pozycji stojącej". To może klęczy w pozycji stojącej? Autorka tych rewelacji opisuje sugestywnie poetyckie opowieści z życia Kingi i ma prawo do swoich natchnionych wizji, ale dlaczego część z nich znam z całkiem innych bajek? Można powiedzieć, że co za różnica czy żołnierz klęczy czy stoi, ale to może nie chodzić o Kingę albo żołnierz był wędrownym mnichem buddyjskim? Niby wszystko jedno...a jednak? Szkoda, że Kingę spotyka ciągle powierzchowność i rozanielona głupota zamiast uwagi i prawdziwego zainteresowania. Dziewczynka urodzona najprawdopodobniej w Ostrzyhomiu (Estergomie) - miasteczku z wielką katedrą wznoszącą się nad Dunajem, jako córka węgierskiego króla Beli IV i Marii, córki bizantyńskiego cesarza Teodora Laskarisa, wydana w wieku 12 lat za Bolesława, księcia krakowsko-sandomierskiego i późniejszego króla zwanego Bolesławem Wstydliwym, nie miała prostego życia i musiała być osobą niezwykłej siły woli aby przetrwać czas wojny, śmierć męża, budowę własnego klasztoru i skutecznie bronić się przed ekipą zawistnych biskupów krakowskich. Sprawdziłem daty: Hildegarda z Bingen żyła wcześniej o ponad sto lat: 1098 - 1179, Kinga: 1234 - 1292, mogła więc znać dokonania mistyczki, zielarki i kompozytorki z Niemiec?! To nie wystarczy na wiarygodny i jednocześnie niezwykle bogaty życiorys niezwykłej osoby? Trzeba zaraz wpuszczać nawiedzonych prostaków i zawodowych manipulatorów z fiolkami zaschłej krwi i paznokciem z lewej nogi? Koniecznie musi się zamieszać teksty pochodzące z tradycji Azji? Bo była może święta i dobra ale pozostanie zawsze obca?
No więc czeka mnie jeszcze wywołanie w umyśle stu tysięcy miliardów słów, z których tylko część zapiszę i z tych zapisanych jedynie część zostanie odczytana, z tych odczytanych tylko niewielka część zostanie zrozumiana... a w Polsce czyta cokolwiek tylko niewielka część społeczeństwa.
Już druga połowa lutego i pozostaje tylko marzec do początku naszego sezonu muzycznego. Wydaje się, że czeka nas kilka ciekawych koncertów i kilka interesujących festiwali? Nie mamy specjalnych oczekiwań, bo wygląda na to, że co zrobimy lub nie zrobimy to na jedno wychodzi. Zawsze znajdzie się ktoś, kto nas będzie chciał promować (ale nie ma na to pomysłu), kto nam zaproponuje coś co robimy z powodzeniem od lat lub zawiadomi, że jako pierwszy w Polsce pojedzie na wielki festiwal do Austin... w dziesięć lat po naszym tam koncercie i koncertach innych polskich ekip. I ktoś zawiesi swoja fotkę z Katmandu i ktoś inny się tym niezwykle zachwyci. I wszystko się tak toczy jakby losy wszystkich ludzi działy się bez kontaktu i bez wzajemnej zależności. Najlepiej widać to na fejsbuku gdzie totalnie jest jak w powiedzeniu - chłop swoje a baba swoje... albo - gadała baba do obrazu, a obraz (do niej) ani razu... I to się nazywa społecznością sieciową? No to witaj nasz drogi Jarosławie w szeregach blogerów! Byleś nie był bardziej blagierem niż blogerem?!
Skoro Nasz Drogocenny Wódz i Światłość Mądrości IV RP może uchodzić za blogera to ja mogę zabrać się za rymowanie? No więc pierwsza próbka:
Budyniu wokół masa / Kupimy z radiem grubasa / bo kasa / bo publiki masa / bo pół basa / ważne aby mieć / poglądy na ciebie / ja rymuje w niebie / bo wnerwiają mnie chuje / więc nie wystopuje / bo kasa / dobrze mieć / światopogląd i właściwy ogląd / a budyniu masa / z mafijnego grubasa wyciśnięta / to mój pogląd na złamasów światopogląd / ważne mieć!
Prawda, że sto tysięcy miliardów słów przynosi niespodzianki? I co z tego, że tekst coś Wam może przypominać! To ja przed chwilą wymyśliłem rymy, a jutro kupię sobie puszkę farby i zapoczątkuję street art... i jeżeli trafię na stołecznego dj, który odkrył właśnie radio to zawojujemy świat (czyli Polskę) bo wiadomo, że ziemia jest płaska i poza nami nikt inny nie istnieje. Więc zawsze pojawi się jakiś Wuj Śpiewa, Zbawca Nowej Huty albo powrót Lenina do Poronina. Czym głupiej tym lepiej! Wczoraj widziałem plakat, który donosił, że Nigel Kennedy gra w ramach objazdowego festiwalu żartu muzycznego, i co, czyż nie wyszło na moje?!
Na mojej focie mała i nieco pogięta uprawa z ogrody botanicznego w Krakowie.

Friday, February 11, 2011

STO TYSIĘCY MILIARDÓW DŹWIĘKÓW


W bardzo dla mnie interesującym numerze Kultury Współczesnej (nr 3/2010 z podtytułem - Wyobraźnia turystyczna), o którym już wspominałem w poprzednim wpisie, znalazłem ważny i bliski mi tekst pt.: Sto Tysięcy Miliardów Dźwięków - Podróż poza wzrokocentryzm (pejzaż dźwiękowy, soundwalk, auralsafari) Anny Nacher. Już pierwsze dwa akapity przynoszą materiał do poważnych przemyśleń... Pierwszy temat to rozróżnienie rozmaitych znaczeń słowa krajobraz (landscape), które znaczy coś trochę innego w Wielkiej Brytanii niż w Ameryce, a obydwa różnią się od niemieckiego Landschaft. A u nas? Czy krajobraz to coś bardziej naznaczonego obecnością ludzi (krajobraz angielski) czy bardziej dzikiego i naturalnego (krajobraz w Ameryce), czy też raczej określone i wydzielone jasno terytorium, jak to bywa w Niemczech? Ideogram chiński na określenie krajobrazu oznacza: góry i wody, jest więc bliższy amerykańskiemu rozumieniu tego terminu... podobnie jak u nas? Czy trudno powiedzieć?! A nie jest to całkiem teoretyczne pytanie w kraju gdzie wprowadzono ochronę tzw. Obszarów Krajobrazu Chronionego...bez czytelnej ale i pogłębionej definicji krajobrazu.
Druga świetna obserwacja i przypomnienie to historia tworzenia amerykańskich parków narodowych jako zaplanowanego i doskonale zrealizowanego procesu uczynienia z rodzimej przyrody jednego z najważniejszych elementów tożsamości narodowej w USA. Fotografie Anselma Adamsa i okoliczności w jakich powstawały pokazują, jak jesteśmy nieporadni wobec roszczeniowej, aroganckiej i głupiej postawy naszych tzw. społeczności lokalnych. Demokracja zamieniona na liberum veto daje opłakane skutki. Pierwsza część tekstu kończy się fundamentalnym rozróżnieniem słuchania na wzór patrzenia i tej innej, w pełni słuchowej praktyce postrzegania świata. To coś podobnego do wegetariańskich "kotlecików sojowych", "steków z tofu" itp. dań bezmięsnych przygotowywanych na wzór kuchni opartej o mięso i tłuszcze zwierzęce. Kuchnia wegetariańska nie jest zubożoną kuchnią mięsożerców... tak jak słuchanie otoczenia, nie jest patrzeniem na niego przez mikrofon. To ważna obserwacja, ale i konieczne doświadczenie.
A dalej jest już tylko ciekawiej: "jedną z najpowszechniejszych reguł języka muzycznego jest opisywanie tonów w kategoriach ich wysokości, a jak przypomina David Dunn, są to pojęcia związane z doświadczeniem wizualnym, gdyż w istocie opisujemy w ten sposób długość fali dźwięku i jej drgania, co nie ma nic wspólnego z położeniem względem jakiegoś punktu zero". Ej boy - David Dunn! I Jego - Why Do Whales and Children Sing? A Guide to Listening in Nature z 1999 r. Kiedy doczekamy się aby takie książki wydawały nasze poważne wydawnictwa? Ale nie wydają i czytam te pisma, pisane drobnymi czcioneczkami, a jednak nadęte od miernego (ale wielkiego jak wzdęcie po kapuście kiszonej) ego naszych wielkich specjalistów od eksperymentalnej muzyki i ciągle się nie mogę nadziwić: jak udaje się tak lać z próżnego w puste? Ot, taka mała dygresyjka.
Pojawienie się w dalszej części tekstu terminu - sound event (wypracowanego przez R. Murraya Schafera) daje następne pole do działania ze zrozumieniem, że prawie nigdy nie rejestrujemy brzmienia otoczenia, ale raczej nasze wyobrażenia o nim. W najlepszym razie nagrania "dźwięków otoczenia" mają charakter praktyki krytycznej. W tym rozumieniu seria płyt z nagraniami terenowymi z tundry jaką przyniosły rejestracje Anny dokonane w Sapmi /Laponii w 2009 i 2010 roku mogą być rozpatrywane jako Jej autorskie płyty, a nie jakieś "obiektywne" odwzorowanie brzmienia górskiej tundry.
Osobistą satysfakcją napawa mnie zwrócenie uwagi na pewną praktykę słuchania / rejestracji / odsłuchiwania, którą Christopher DeLaurenti nazwał aural safari . Poetyka tego co DeLaurenti nazywa: agresywną edycją, frenetycznym montażem, ostentacyjnie nienaturalną polifonią, szumem taśmy... a ja dodam: mechanicznymi dźwiękami włączania i wyłączania mikrofonu, skutkami używanie sprzętu o bardzo różnych parametrach, rejestrowanie dramatycznych odgłosów (szumu, tarcia, stukania w mikrofon) towarzyszących nagrywaniu w terenie itd. itd. jest mi szczególnie bliska i prawdę mówiąc nie widzę powodu aby skrzypienie starych drzwi i spuszczanie wody w kiblu opactwa, rejestrować na sprzęcie o najwyższych parametrach. Brzmienie szelestu banknotów, wystawionych na sprzedaż kroków opata i inne tego typu dyrdymały, nabrały by tylko wiarygodności i dramatyzmu gdyby zrealizować je tak, jak na to zasługują; w najtańszy i możliwie roboczy sposób. Inaczej otrzymamy to, co Rafał Księżyk opisał swoim genialnym określeniem: hipisowscy filharmonicy (to o Osjanie z tego okresu, który sobie darowałem)... i czar pryska?!
Cały tekst o tytule, który pomagałem autorce bronić... i super, że się udało, bo mam już dość tych uczonych Zarysów do próby wstępu , którymi usiane są uczone wydawnictwa.
I jeszcze jedno, oczywiście każdy może przepisać coś z Schafera, ale trzeba zniszczyć kilka par dobrych, górskich butów podczas tego co nazywamy "doświadczaniem", aby to co się pisze miało wiarygodność i siłę. W przeciwnym razie pozostaje nudne emanowanie światła odbitego, ale to autorce Stu Tysięcy Miliardów Dźwięków nie grozi. I dlatego zaraz wstaję od laptopa i obieram "relaksacyjne" pomelo... bo znowu ślęczy nad klawiaturą komputera!
Cały tekst można czytać na stronie Anny.
Na mojej focie A.N. wyciskająca maile ze stalowego laptopa w Budapeszcie, jesień 2010 r.

CIENIE


Rozpakowałem właśnie spory pakiet z płytami Accomplice Affair. To nowa płyta, którą Przemek Rychlik przygotowywał od wielu miesięcy.Na płycie znalazłem osiem kompozycji zagranych głównie na gitarach, ale także z wykorzystaniem głosu i drobnych instrumentów perkusyjnych oraz wielkiej cytry fidola. Przemek zaprosił mnie do stworzenia dwóch dronów, które wkomponował w swoją wizję muzyki. To było bardzo ciekawe doświadczenie i drony przygotowałem w studiu, używając instrumentu, który wyciągnąłem z moich zbiorów. To doświadczenie, dopełniło w jakimś sensie moje wcześniejsze zaproszenie Przemka do projektu Cybertotem Remix Project. Kompozycje Przemka są bardzo specyficzne; pełne dźwięków unoszących się w przestrzeni, długich wybrzmień, ukrytej pulsacji i falowania energii. Kiedy słuchan tych wszystkich nasyconych i gęstych ale jednocześnie ulotnych tematów, przychodzi mi na myśl to, co w przypadku wzroku nazywa się powidokiem. Accomplice Affair mistrzowsko buduje obszar, który wywołuje i podtrzymuje dźwiękowe powidoki. W fizjologii słyszenia jest opisane zjawisko pojawiania się dźwięków, które nie dochodzą do naszego mózgu z zewnątrz, ale są wynikiem pewnego rodzaju rezonansu i produkowane są w naszym umyśle jako odzew na niektóre rodzaje stymulacji aparatu słuchowego. Wielu ludzi będzie miało problem ze słuchaniem długich kompozycji (na 8 utworów, jedynie jeden ma mniej niż 4 minuty, jeden nieco mniej niż 6 minut... a reszta oscyluje pomiędzy 6 a 8 minut!), bo tak zostali wytresowani przez komercyjne radio i telewizje. Tym, którzy się jednak nie boją tego rodzaju wyzwań, przyjdzie łatwo poddać się Cieniom i zapaść w ten błogosławiony stan, który pozwala nam "dogonić" nasze dusze na intensywnych mapach codzienności. Dziwi mnie niepomiernie, że obserwowane (np. na Facebooku) przeze mnie z uwagą praktyki, polegające na nieprzerwanym oglądaniu "videoclipów", uznaje się za bardziej urozmaicone i "normalniejsze" zajęcie niż przesłuchanie z uwagą jednej płyty w całości? Ale zostawmy to psychiatrom i psychologii mediów? Mam nadzieję, że płyta Accomplice Affair wejdzie w szerszy obieg (nie mam na myśli masowego obiegu popowych śmieci), co by jednak znaczyło, że budyń nie podchodzi do wszystkich gardeł?! W książeczce towarzyszącej płycie zamieszczono fragmenty tekstów Tadeusza Micińskiego. Tyle o płycie Accomplice Affair, teraz o innych i dosłowniejszych - cieniach! Na początek cytacik: " jak fundamentalizm światopoglądowy Cejrowskiego wpływa na jego relacje z innym? Czy uprawiane przez niego podróżopisarstwo może być "nowoczesna formą ewangelizacji"? Przypadek Wojciechowskiej, a zwłaszcza jej droga medialna - od modelki, prezenterki telewizyjnej Big Brother i Automaniak, przez sesje zdjęciowe w "Playboyu", po zdobycie korony świata i stanowisko redaktora naczelnego "National Geographic" stawia równie wiele - wcale niełatwych do odpowiedzi - pytań. Czy podróż jest jest pasją, zawodem, czy forma autokreacji?" To był fragment z niezwykle ciekawego tekstu dr Elżbiety Rybickiej z UJ - Travelebrity - markowanie dyskursu podróżniczego z ultra (dla mnie) ciekawego numeru pisma Kultura współczesna (numer 3 (65) 2010 )! W tym samym numerze pisma znajdziecie tekst pt. Turystyka uwikłana w pamięć zbiorową, w którym dr Magdalena Saryusz-Wolska przypomina, że: " współczesna zachodnia turystyka to w gruncie rzeczy zjawisko o podłożu kolonialnym i imperialnym, polegające na tym, że bogaci ludzie z Północy wykorzystują biednych z Południa". Wypowiedzi naszych turystów (?) wybierających się do Egiptu, w rodzaju: jedziemy bo co nas jakaś rewolucja obchodzi wpisują się idealnie w ten tekst! Szkoda tylko, że tak mało ludzi chce czytać/słuchać refleksji ludzi, którzy praktykują myślenie?! Budyniowi celebryci mają ciągle duże "przebicie"?! Ale powoli dywanik wysuniemy im spod ciżemek i nie będzie to wynik działalności anarchistów, wolnościowców ani innych offowców... To są cienie naszej pop-kultury.
Na mojej focie - krajobraz Kral'ovej Hol'y (Niskie Tatry) na Słowacji.

Monday, February 07, 2011

ŁĄKA POD REKLAMĘ


Jeszcze trochę nogi bolą i trudno się przestawić na "miejski tryb" po trzech dniach w górach. Karpaty ciągle mnie zadziwiają i mimo wielu szlaków jakie mamy za sobą jest nieomal pewne, że kolejny wypad przyniesie wiele niespodzianek. Tym razem mieliśmy zamiar wyjść na Kral'ovą Hol'ę (1946 m n.p.m.) w fascynującym paśmie Niskich Tatr. Na miejsce wyjścia w góry wybraliśmy wioskę Liptowską Teplićkę, położoną około 25 km od Popradu na Słowacji. Wioska okazała się miejscem dość niezwykłym; nosi tytuł wioski roku 2007, ma świetną restaurację "Turnićka" w stylu pasterskim (nie tzw. "mordownię" tylko restaurację z przyzwoitym jedzeniem i doskonała kawą!, bo stylowa Karćmicka (raczej dla miejscowych...) mieści się w Penzionie Vah. W pensjonacie się nocuje, a je w Turnićkie...i przyznaję, że tak jest lepiej dla wszystkich stron. Poza tym w Liptowskiej Teplićce są tzw. stodoliśte czyli małe piwniczki ziemne, wykopane w jednym rozległym wzgórzu na terenie wsi. Jest ich blisko pół setki i wyglądają bardzo intrygująco! Podobno przechowuje się w nich ziemniaki ze względu na stałą temperaturę wzgórza, która utrzymuje się także w mroźne zimy! To kolejny przykład na Karpacką Inżynierię Wernakularną, której przejawy opisałem w Książce Która w Budyniowie Nie Znajdzie Wydawcy. Piwniczki zaraz zostaną dopisane do stosowanego rozdziału KKwBNZW, tuż obok opisu oryginalnego wodnego młyna o wielu łopatach, który został zbudowany w środku wsi for fun?! Do tego wszystkiego dochodzi wspomnienie istniejącej niegdyś kolejki wąskotorowej, która łączyła L. Teplićkę z miasteczkiem Liptowski Hradok!
Około ósmej rano ruszyliśmy w kierunku Kral'ovej Hol'y rozległą doliną. Deszczyk i mgły nadawały ton kolejnym kilometrom i utwierdzały nas w słuszności decyzji pozostawienia naszych trekkingowych nart w pensjonacie... Kolejne doliny odchodziły raz na południe, innym razem na północ, ale my trzymaliśmy się szybkiego nurtu Ciernego Vahu, którego źródliska znajdują się pod samą kopułą K. Hol'y. Oczywiście Cierny Vah ma swego krewnego w postaci... Bieleho Vahu, który płynie znacznie bardziej na północy i dopiero po ich połączeniu mamy do czynienia z piękną słowacką rzeką Vah. Po dwóch godzinach zaczynało być naprawdę stromo, po trzech było bardzo stromo i zaczynał się śnieg i oblodzenia. Weszliśmy ponad granicą lasu w gęstą kosodrzewinę i zaczęły się problemy... Szlak gdzieś przepadł, a słabe ślady kogoś (?) przed nami oplatały tropy niedźwiedzia, wilków i rysia. Zauważyliśmy także sporo tropów i śladów jarząbków. Deszcz zaczynał zamieniać się w słaby opad śniegu z deszczem. Mgła była naprawdę fascynująca i działała na wyobraźnię i kreatywność, ale było około południa, a my zapadaliśmy się po pas w kosówce przykrytej śniegiem. Oznakowanie szlaku zniknęło na dobre i z wysokości około 1600 m n.p.m., prawdopodobnie 30-50 minut od szczytu, zdecydowaliśmy się zawrócić. Takie decyzje nie są jakieś specjalnie radosne, ale nie przychodzą nam też z trudem bo szanujemy góry i czujemy duży respekt wobec tego co się w nich dzieje. Wracając po własnych śladach spotkaliśmy tropy niedźwiedzia i całkiem nisko, w okolicy domku myśliwskiego także odciski łap na topniejącym lodzie. Jesteśmy pewni, że nie było ich tam, kiedy wspinaliśmy się w górę Cierneho Vahu... Nasza wyprawa z wyjścia na Kral'ovą Hol'ę zamieniła się w dojście do źródliska Cierneho Vah'u i tak jest całkiem dobrze! Do Turnićki na liptowskie pierogi z bryndzą doszliśmy w ciągle padającym deszczu na trzecią z groszami - siedem godzin w górach to jest średni wyczyn w lecie, zimą to inna sprawa i przyznaję: byłem wykończony! Ten kto nazwał ten obszar Tatr - Niskimi, musiał być nieco złośliwy... Zapomniał dodać: Rozległe i Dzikie. W Niskich Tatrach właściwie nie ma schroniska górskiego (są ze dwa schrony?), a odległości i dzikość terenu powoduje, że jest to wyjątkowo ciekawy teren dla trekkingowych przejść w dość ekstremalnych warunkach. Jeżeli nie czujecie przymusu paradowania w kaskach i oplatania się linami, to Tatry Niskie (ale) Rozległe i Dzikie są dla Was! Tatry Niskie słyną też z niedźwiedzi o każdej porze roku i to jest pewien problem ze względu na "nie zalecanie" obozowania w namiotach. Ale jak obozować? Bez namiotu, bez schroniska? Przytulić się do niedźwiedzia? W Tatrach Wysokich trudno jest przejść 5 godzin nie natrafiając na schronisko albo dwa... Postaramy się w 2011 sprawdzić jak przetrwać bez takich udogodnień?!
Dzisiaj od 7.30 wracaliśmy do Krakowa, kolejno: przepełnionym autobusem miejscowym do Popradu, wypełnionym i nawet przepełnionym uczniami, pilarzami, Romami, chorymi udającymi się do lekarza (wszyscy kichali, smarkali, a kaszel jednego dorodnego Roma był głęboki i dochodził z samego hara!), następnie: busem firmy Strama ( dzięki Firmo Strama, że utrzymujesz to zbawienne połączenie!!!) z Popradu do Zakopanego. Z Zakopanego - brzydkiego do bólu oczu i skurczu zaciśniętych z odrazy powiek - miasteczka-dziwoląga i jeszcze straszniejszego Podhala, dojechaliśmy do spowitego w smog Krakowa. Nie muszę wspominać, że oczywiście od rana było piękne słońce i niebieskie niebo, ale do tego zjawiska pogodowego (piękna pogoda podczas powrotu do domu) już się przyzwyczailiśmy i wycieczki w słońcu trochę nas stresują...
Staram się zrozumieć przyczyny nagromadzenia brzydoty na Podhalu i w "perle polskich gór", ale mimo kilku teorii nie dopracowałem się jasnej odpowiedzi. Skórki owiec farbowane na kolory tęczy, pustakowe "dworki góralskie", domy-dziwaki jak złośliwa karykatura "stylu zakopiańskiego" stworzonego przez Stanisława Witkiewicza (ojca), potworne reklamy z mieszaniną taniej erotomanii i wciskaniem kitu przybyszom traktowanym jak masa idiotów... Ta straszna miłość do gór i ogłoszenia typu: "Łąka pod reklamę", albo specyfika samostanowienia ujęta w tytuł konkursu: "Osobowość Ziem Górskich w Kategorii Średni Przedsiębiorca"... wow! jak mawiają w Chicago...
Ale co tam, my tylko przesiadamy się tutaj w drodze na południową stronę...
W domu oczywiście kilkadziesiąt powiadomień z FB i kilkanaście maili... jeden z nich był całkiem niezwykły! Napisał go Ramunas Jaras, nasz przyjaciel i muzyczny partner z Litwy, który pisał zaniepokojony: śniło mi się, że szliście na wielką górę, poszedłem za wami z moim polymoogiem aby razem zagrać koncert z naturą... Przez cały czas wspinania się przez górną część stromych, zalesionych stoków i później w kosówce mieliśmy wrażenie, że ktoś idzie za nami... Tropy niedźwiedzi i sam niedźwiedź, który mignął Ani podczas szybkiego zejścia na wysokości około 1200 m stanowiły odpowiedź jaką sobie udzieliliśmy co do wyczuwanego towarzystwa... aż do przeczytania tego maila. Okazało się, że obok ekipy niedźwiedzi był to także Ramunas z polymoogiem! Karpaty Magiczne - pewnie nikt mi nie uwierzy, że do dzisiaj nie traktuję tego stwierdzenia jedynie jako nazwy naszego z Anią, wspólnego projektu artystyczno-badawczego!
Inne maile przyniosły wiadomości o tym, że znowu zagramy na Festiwalu Herbaty w Cieszynie (tym razem w pierwszej połowie czerwca) i będziemy celebrowali rocznicę Industrial Festiwal we Wrocławiu. Trochę się pośmialiśmy, że skoro mamy zabukowane dwa koncerty w Krakowie, jeden we Wrocławiu i jeden w Cieszynie to już właściwie na 2011 wystarczy! Bo po co się szarpać skoro i tak pokona nas playlista! Tak, tak, byłem w znanym radiu, w którym można opowiadać o swojej nowej płycie, ale i tak puszczą w tle Muńka. Playlista obowiązuje i tyle. Ze starych nowości krakowskich to studencki klub znowu daje piwowarski team ww, tym razem będzie split z metalem! Powalające! I jak tu przekonywać, że "nie wszyscy muzycy to szmalcownicy"? No jak?
Ale niedźwiedzie mają to gdzieś...
Na mojej focie - intrygujące piwniczki stodoliśte.