Sunday, October 05, 2008

Hektor Zazou

8 września 2008 roku, w Paryżu zmarł Hektor Zazou. Jego muzyka wywarła na nas wielkie wrażenie i dzięki albumowi " Songs from the Cold Seas" było nam łatwiej trzymać się naszego projektu z 1998 roku : The Magic Carpathians - Lost Space Project, z którego poczatek wziął muzyczny projekt o nieco skróconej nazwie. Chodziło o to, że idea syntezy muzycznej opartej o pewien wyczuwalny brzmieniowy smak psychogeograficznego obszaru nie była (i nie jest) zbyt oczywista. My to nazwaliśmy ethnocore i odnosiliśmy się do psychogeograficznej przestrzeni Karpat. Pamiętam jak wraz z muzyką z tego albumu (w tym wypadku chodziło głównie o aranżacje Zazou) otwierały się dla nas liczne bramy Północy. Wszystko co nas spotkało później : koncerty w Szwecji, Saamowie, Kalamark, hodowla fadno... a może i Kanada Ani i ten mój sen - o dwóch oszronionych niedźwiedziach płynących przez pokryte krą morze - przywiany z Jokkmokk zza kręgu polarnego, wszystko to poruszyły dźwięki Zazou. Jakoś niewiele napotkałem o Zazou w naszych mediach (ale mam z nimi świadomie rozluźniony kontakt) i tylko widzę, że niezmordowany Henek Palczewski ze swym ARS 2, utrzymuje ciągłość kultury (www.ars2.pl). A swoja drogą jest tak samo jak 20 lat temu : jedynie niezależne, kontrkulturowe działania podtrzymują ciągłość kultury. Działania instytucji i komercyjnych mediów niszczą ciągłość i zacierają związki i kontakty. Jednym z wytłumaczeń tego zjawiska jest to co określa się mianem " muzealnienia" kultury. Ale wracając do muzyki to jestem przekonany, że Zazou był tak samo wielkim zjawiskiem jakim jest dla wielu Peter Gabriel. Ale pewnie dlatego, że działał we Francji ( urodził się w Algierii i był Francuzem o skomplikowanych rodzinnych korzeniach) i nie grał rocka... sami wiecie. U nas by się nie przebił. W necie jest świetny opis koncertu w Pradze z 11 listopada 2007 roku! Opis i foty zamieścił Jaroslav Krbusek, znajdziecie bez trudu. Ciekawostką (dla mnie ważną) jest to, że jedną z ostatnich realizacji Hektora Zazou jest ścieżka dźwiękowa do filmu niemego "Męczeństwo Joanny d'Arc" Dreyera! Graliśmy własną muzykę do tego samego filmu w tym roku na zaproszenie Teatru Słowackiego. Podobno jeszcze przed końcem roku, pośmiernie wyjdzie ostatnia praca Zazou : "In the House of Mirrors"! Często krytykowany, a nawet wyszydzany Zazou był w wielu sprawach prawdziwym pionierem i kiedy się prześledzi z kim współpracował... sami zobaczcie!
Odkrywam prawdziwie wielki bałagan z Inuitami vrs Innuitami. Ktoś mi tu mówi, że co to za różnica ale to tak jak nam w USA próbowali wciskać znudzeni naszym uporem Afroamerykanie : a co to za różnica : Rosja a Polska...! Tym bardziej się dziwię bo każdy kto pracuje z internetem wie czym się kończy opuszczenie jednej literki w szukanym haśle. Rozumiem, że dla wielu ludzi to czy bęben jest zrobiony ze skóry renifera czy z pęcherza niedźwiedzia, nie ma istotnego znaczenia bo i tak najważniejszy jest kurs gry na "dziamba"...ale kochani : dajcie żyć po swojemu ludziom z Grenlandii, Alaski, Kanady itd. itd. Im nie jest wszystko jedno! I tak np. katajjaq to nie jest rodzaj kajaka tylko kobieca tradycja głosowych "pojedynków" z użyciem alikwotów i dźwięków naśladujących głosy zwierząt. Także - piseq - to nie jest mały członek (!) PiS-u ale rodzaj osobistej pieśni. Dla mnie ma znaczenie czy dowiem się coś o tradycyjnym śpiewie czy nagle zaskoczy mnie szczera twarz posła Mularczyka. Ale to tłumaczenie przypomina moją upierdliwą kampanie na rzecz ujednolicenia i rozsądnego stosowania nazwy didjeridu ( jej pisowni i sposobu wymawiania) oraz pogląd, że dmucha się w ten instrument normalnie, a nie bokiem czyli częścią ust. Mimo wielu zabiegów w Warszawie i tak dalej mówi się "didziuridziu" bo tylko tak umiał Wielki Znawca. Pisze się też z namaszczeniem "didgeridoo", a ja zostałem zmarginalizowany jako dziwak jakiś... chociaż ryby i żółwie z oryginalnych zdobień moich pierwszych trąb jakoś mocno zawładnęły wyobraźnią wielu polskich mistrzów.
Za kilka dni przypadnie kolejna rocznica pierwszego polskiego wejścia na Everest. Dokonała tego Wanda Rutkiewicz 16.X.1978 roku. Jak wiadomo, zaginęła we wschodnim Nepalu i z niezgody na Jej śmierć mamy dziś szeptana teorię, że wcale nie umarła ale zeszła do Sikkimu i żyje tam spokojnie. Sam jestem rzecznikiem tej teorii i chcę wierzyć, że tak jest. Rutkiewicz ma "szczęście" bo o rocznicy Jej wyczynu media przypomną... w kontekście dziejów Papiestwa. Gdyby tego kontekstu nie było? Swoja drogą : jakie dawne to czasy! Na Everest chodzi się dzisiaj na samym ibupromie i wychodzą (?) tam nawet panie z biura i niepełnosprawni. Tylko mam nadzieję, że nie wyjdzie na jaw, że Rutkiewicz urodziła się na Litwie...
Zabawny przejaw miejskiej partyzantki, zwanej subvertising'iem zauważyła Ania na parkingu pod naszym osiedlowym super(???)marketem. Na samochodzie zauważyliśmy znak ryby, którym ozdabiają w celach reklamowych swoje pojazdy odrodzeni Chrześcijanie (nie wchodzę tu w szczegóły). To się dość często widzi... ale tym razem w środku ryby umieszczono napis : sushi...
Czyż to nie piękne!?

2 comments:

wojtas said...

Witam,
Coraz częściej zaglądam na ten blog i niemal zawsze znajduję kreatywne i inspirujące notki.
Swymi postami zachęciłeś mnie jeszcze bardziej do leżącej na półce książki Pani Todorovej- Bałkany Wyobrażone- kupiłem ją zaraz po powrocie z Bułgarii- tym razem padło na Rodopy Wschodnie.No i co? Jak zwykle było wspaniale.


Pozdrawiam serdecznie i życzę udanego koncertu w Sopatowcu - z powodu braku funduszy niestety nie wezmę udziału w Waszym dziesięcioleciu.Gdyby nie nieplanowane wydatki rezerwowałbym noclegi u Gosi.

Wojtek Woźniak- (zdarzyło nam się wymienić parę zdań o kavalu na myspace- może pamiętasz?)

nytuan said...

a ja widziałam wczoraj katalog z wystawy sztuki Saamów i Inuitów (po francusku jest jesczze inaczej: jedni to Innuit, a drudzy to Innue - i wszystko jasne:-), jeśli uda mi się znaleźć czas, żeby wrócić do Museum des Beaux Arts, to może przywiozę...